[Naboo] Zawsze znajdzie się większa spluwa

Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
Posty: 20
Rejestracja: 05 wrz 2021, 23:09

Prędzej czy później, IG-101 i Reise Vremeni docierają z: [Nar Shaddaa] Port Kosmiczny

Z dala od handlowych i przemytniczych szlaków Zewnętrznych Rubieży, w zimnej, obojętnej przestrzeni, którą z rzadka przecinały wścibskie imperialne korwety, dryfował statek. Owa relatywnie średniawych rozmiarów jednostka transportowo-patrolowa unosiła się w kosmosie przy minimalnym poborze energii, ledwo utrzymując w gotowości silniki, a przy życiu – załogę. W tym konkretnym przypadku, ta ostatnia składała się z pilota, kapitana i właściciela w jednej osobie, brodatego jegomościa z zimną puszką taniego, proletariackiego lagera w garści. Umoszczony w skórzanym fotelu mężczyzna spoglądał przez transparistalowe okno kokpitu na upstrzony odległymi gwiazdami przestwór galaktyki, sącząc browar i leniwie kiwając głową w rytm dathomiriańskiego trance-punka rozbrzmiewającego z wewnętrznych głośników smukłej łajby. Wyraz twarzy amatora niszowych dźwięków i prostych trunków zdradzał głębokie ukontentowanie.
Błogość przerwał pokładowy komputer, który odezwał się paroma sekundami ostrego, gitarowego riffu – dżingla zwiastującego nadchodzącą wiadomość tekstową. Brodacz stęknął żałośnie, podniósł się z fotela i stuknął palcem w dotykowy ekran na środku pulpitu sterowniczego. Format świeżo odebranego komunikatu sugerował ogłoszenie z Gildii Łowców. Kapitan przejrzał treść oferty, z największą uwagą analizując liczbę zer w polu „Nagroda”, a także cyferkę, która przed tymi zerami stała.
Każdy szanujący się najemnik miał swoje minimum, a stawka Segghedyna Tresty zaczynała się od pięćdziesięciu kawałków. Kondotier rozłożył się z powrotem w siedzeniu, przymknął oczy zmęczone oglądaniem niskiego honorarium i zaserwował sobie kolejny łyk gorzkiego.

*

Światło pojedynczej żarówki padało plackiem na ponurą scenę rozgrywającą się w obskurnym, pieczołowicie zdemolowanym i zamkniętym na cztery spusty motelowym pokoju; był to motel tego rodzaju, gdzie nikt nie zadawał zbędnych pytań i nie wzywał policji nawet, kiedy wrzaski i szlochy robiły się nieznośne. Gdyby odgarnąć wstydliwie przysłaniającą świat zewnętrzny roletę, można by zauważyć, że akcja dramatu działa się w getcie dla obcych na jednym z niższych poziomów Coruscant, lub jak kto wolał – Serca Imperium. Okutany beżową, powłóczystą szatą Kaleeshanin trzymał za gardło swoją ofiarę, otyłego ludzkiego biznesmena, kilka godzin temu przemocą wyrwanego z penthouse'u na wyżynach ekumenopolis. Krawędź majchra, którym operował kosmita, złośliwie odkrajała kolejne, dość newralgiczne fragmenty facjaty pucułowatego eleganta.
- Cz-czego chcesz? Mogę załatwić wszystko, p-pieniądze, akcje, d-dzieła sztuki...
Głos zakładnika drżał jak osika na wietrze, co umiarkowanie pomagało mu negocjować ten przykry targ o własne życie.
- P-proszę, na wszystkie świętości, czego chcesz?!
Kaleeshanin szykował się nie tyle do utarcia, ale raczej ujęcia nosa Coruscantczyka, kiedy w jednej z rozlicznych kieszeni jego tradycyjnego przyodzienia zawibrował komunikator.
- P-prochy, tak, mogę ci załatwić każdą chemię! Mam kontakty, z-znam dilera z Rubieży, który...
Zamaskowany humanoid zaczął kroić od nasady tłustego kulfona. Ostrze z chrobotem werżnęło się w chrząstkę i kość, niemal zwierzęcy krzyk rozbił się o ściany ciasnego pomieszczenia.
Niech sobie dzwonią. Teraz trwały inne zabawy.

*

Patolog zebrał odzież denata we w miarę zorganizowaną stertę i otworzył plastikowy pojemnik, gdzie spoczywała już reszta rzeczy osobistych zmarłego: zegarek, portfel, przeźroczysta saszetka wypełniona ryllem... i brzęczący palmtop. Lekarz podniósł minikomputer i zerknął na rozjarzony ekran. Gungański najemnik. Reef Faas. Nagroda.
Wyglądało na to, że rozciągniętego na stole autopsyjnym Durosa ominie nie lada afera. Doktor wyłączył urządzenie, rzucił je z powrotem na dno pudła i przykrył kompletem wymiętych łachów.

*

- Kark! Pieprzone czujniki! Nie mogę latać na ślepo!
Krępa Boltrunianka wyskoczyła z kokpitu zauważalnie zaniedbanego Z-95 Headhuntera, uderzając ciężkimi, czarnymi glanami w posadzkę skromnego hangaru w porcie w Bilbousa na Nal Hutta. Z głośnym kliknięciem doczepiła do pasa z narzędziami użyty przed momentem uni-klucz i prężnym krokiem ruszyła w stronę cierpliwego słuchacza swoich żalów, odzianego w ciemnozielony kombinezon, prawie dwumetrowego Ithorianina.
- Nie stać mnie na nowy statek, nie stać mnie na naprawę tego złomu, niedługo nie będzie mnie stać na lądowisko w porcie. Echuta!
Młotowaty siedział przy blacie zawalonym horrendalną ilością przyrządów i materiałów naprawczych, komponentów wyposażenia statku i innych gratów. Do jednej ze swoich dwóch paszcz niespiesznie wlewał kawę z zaśniedziałego termosu. Na widok zbliżającej się koleżanki wyciągnął rękę z datapadem.
- Dostałaś wiadomość. Vex.
Gungański najemnik. Reef Faas. Nagroda.
- Cholera! - Boltrunianka plasnęła dłonią w karbowane czoło. - Trzydzieści tysięcy! Widziałeś to?
- Właściwie. - Ithorianin pokazał ekran swojego komunikatora. - Dostałem taką samą wiadomość. Ma sygnaturę Gildii. Pochodzi od kogoś z dostępami. Ale to ogłoszenie. Nie ma go w intranecie.
- Kark mnie to obchodzi, Jubo! Sam mówiłeś, sygnatura się zgadza, nie pierwszy raz oferta wpada po referencjach na prywatne skrzynki. Wystarczy skasować jakiegoś Gunganina i dostaniemy trzydzieści kafli do podziału! Oczywiście pół na pół, nie będziemy się kłócić. Piętnaście dla mnie na statek, piętnaście dla ciebie na... Na... Cokolwiek tam cię rajcuje.
Dryblas zwany Jubo westchnął w stereo.
- Niech będzie. Jestem dwa miesiące w plecy. Z alimentami.
Boltrunianka raptownie szturchnęła Ithorianina w bark; kawa polała się po zielonym uniformie.
- I w drogę!

*

Executioner wśliznął się w atmosferę Naboo jak nóż w masło. W porównaniu z toksyczną powłoką Nar Shaddaa, ojczysty glob imperatora Palpatine'a jawił się niczym otoczony lśniącą, złocistą aureolą. Komuś wyraźnie opłacało się przejść na hybrydy.
Informacja o pochodzeniu jaśnie pomarszczonego zbawcy galaktyki była jedną z wielu ciekawostek, jakie pochłonął Reise, przeglądając zasoby Holonetu na wyproszonym od droida datapadzie. Wiele się zmieniło w ciągu ostatnich stu lat. Zakon Jedi poszedł z dymem. Armia klonów wyrżnęła w pień armię robotów. Wielki faszystowski kaleka rozbijał się po galaktyce, pałując dysydentów magicznym czerwonym kijem. „Obyś żył w ciekawych czasach”.
Wampir wstał z fotela i zapukał do drzwi stanowiska pilota.
- Nie było problemów z imperialną kontrolą?
Awatar użytkownika
Sskirt
Mistrz Gry
Posty: 33
Rejestracja: 31 sie 2021, 20:16

Tak prezentowały się wyjątki z bazy danych Hangmana, którymi częściowo kierował się przy wyborze adresatów spreparowanego ogłoszenia:
Miano:
Segghedyn Tresta
Rasa:
Człowiek
Fach:
Zazwyczaj bezrobotny, sporadycznie najemnik
Członek Gildii Łowców Nagród
Opis:
Brodaty grubas, który onegdaj podpierdzielił Hangmanowi zlecenie i miał dość szeroko pojętego szczęścia, żeby pozostać przy życiu. Pewną rolę mógłby odegrać tu immunitet gildyjny, który zabrania ukatrupiać innych łowców, gdyby epizodycznie Łowca nie miał go w głębokim poważaniu.
Predestynacja:
Śmierć okrutna i bolesna
Miano:
Nebtiluis sen Sk'ir
Rasa:
Kaleeshanin
Fach:
Członek Gildii Łowców Nagród
Opis:
Kaleeshanin w powłóczystych, beżowych szatach, robiących nawet większe wrażenie, niż tradycyjna i okrutnie zajechana peleryna Hangmana. Utalentowany oprawca i miłośnik tej sztuki. Jeden z krótkotrwałych współpracowników Hangmana.
Miano:
Card Sanek
Rasa:
Duros
Fach:
Członek Gildii Łowców Nagród
Opis:
Jeden z typowych członków Gildii przysłowiowego "gorszego" sortu, którzy powinny znać swoje miejsce i nie podnosić z byt wysoko głowy... bo mogą ją stracić.
Miano:
Vex
Rasa:
Boltrunianka
Fach:
Pilot
Członkini Gildii Łowców Nagród
Opis:
Właścicielka zdezelowanego, starego myśliwca typu Z-95 Headhunter. Współpracowniczka Juba. Według ostatnich danych - kompletnie spłukana.
Miano:
Jubo
Rasa:
Ithorianin
Fach:
Mechanik
Członek Gildii Łowców Nagród
Opis:
Współpracownik Vex. Lubi przedstawicielki płci przeciwnej.
Według ostatnich danych - spłukany.
***
Gdyby Reise Vremeni przejrzał ostatnie wydarzenia w galaktyce ze szczegółami i umiejętnie połączył fakty, to mógłby zorientować się, że oto jego, jak można by górnolotnie powiedzieć, parterem jest sprawny i działający świadek tamtych wydarzeń, który na własne fotoreceptory widział Kenobiego, Skywalkera, a nawet własnymi manipulatorami z nimi walczył i pomógł uprowadzić, ówczesnego kanclerza, obecnie imperatora Palpatina podczas bitwy o Coruscant.
Drzwi wpuściły Anzatę do dosyć przestronnego kokpitu Executionera, którego jedno ze stanowisk było zajęte przez pilotującego Hangmana. Przez liczne transpastalowe iluminatory pomieszczenia rozciągał się widok na malowniczy pejzaż planety Naboo: była jak zawsze piękna i kwitnąca.
- Nie było - odpowiedział lakonicznie pilot, oszczędnymi ruchami korygując przy okazji kurs czarnej jednostki, która zaprowadzić miała ich prosto do Selton. Przy okazji stuknął w kilka klawiszy na jednym z pulpitów, co zaowocowało tym, że na wysępiony datapad, dzierżony przez Vremeniego, zapikał powiadomieniem. Urządzenie wyświetliło raport, który Hangman przesłał Imperialnej kontroli. Pośród zupełnie standardowo, a w większości nawet zgodnie z prawdą, wypełnionych rubryczek, jedna mogła przykuć szczególną uwagę:
Cel wizyty:
Rekreacja, aktywny wypoczynek i myślistwo
Jak można było zauważyć Łowca Nagród miał z imperialnymi swoistą umowę; on udawał, że nie robi nic niezgodnego z prawem, a oni udawali, że w to wierzą.
Cel wizyty zresztą ściśle łączył się z tym, co o miejscowości, szumnie nazywanej miastem Selton, można było wyczytać w HoloNecie. Otóż "metropolia" ta mieściła się na uboczu i była głównie odwiedzana przez wczasowiczów i kuracjuszy, ale przede wszystkim spośród tych dżentelistot, które na stałe mieszkały na Naboo, a w kręgach szerokiej galaktyki Selton pozostawało generalnie nie znane.
W jego to właśnie, przeznaczonym głównie dla turystów, kosmoporcie, wylądował Executioner, a garść kredytów później znalazł się w prywatnym doku, z dala od wścibskich spojrzeń. Każdy bowiem, kto miał do czynienia z "ptakiem nocy" Hangmana, prawie wszędzie już rozpoznałby tą jednostkę i zadał, niepotrzebne w tej sytuacji, pytania.
Te jednak mogłyby się również pojawić, gdyby mieszkańcy zobaczyli prawie dwumetrowego łowcę nagród w czarnym pancerzu, jak przechadza się po okolicy. Toteż, w celu przeciwdziałaniu rozsiewaniu się niepotrzebnych plotek pocztą pantoflową, tenże łowca, przy pomocy lokalnej wypożyczalni, zaopatrzył ich drużynę w kryty pojazd repulsorowy, sam natomiast przyodział się w szary, długi i obszerny płaszcz przeciwdeszczowy oraz sportową torbę, do której zapakował różne fanty.
Przechadzkę po mieście można było uznać za rozpoczętą.
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
Posty: 20
Rejestracja: 05 wrz 2021, 23:09

Kiedy IG-101 kończył załatwiać formalności związane z wynajmem śmigacza, Vremeni zainteresował się pracownikiem kosmoportu, który za niemałą opłatą udostępnił Executionerowi prywatne lądowisko. Anzata zbliżył się do łysiejącego seltonianina na odległość kilku kroków, z uprzejmym, łagodnym uśmiechem rysującym się na twarzy. Doker przerwał wstukiwanie sobie tylko znanego ciągu znaków do przenośnego komputera spoczywającego w jego masywnej, włochatej grabie i przeniósł wzrok na naruszacza przestrzeni prywatnej.
- Hm? Coś nie tak z miejscem?
Reise wycelował palec wskazujący w pokaźnie obudowany datapad.
- Interesujące urządzenie. Podejrzewam, że służy do rejestrowania i aktualizowania informacji o przylotach do miasta?
Seltonianin zmrużył oczy.
- Aha. Rozumie pan, mam robotę. Będzie coś nie tak z miejscem, starczy sygnał do biura w porcie.
Łysol skinął głową na pożegnanie. Vremeni w odpowiedzi uśmiechnął się nieco szerzej i postąpił naprzód.
- I ten wihajster jest zapewne podłączony do sieci, będą się na nim wyświetlać informacje wprowadzane przez pana kolegów?
Doker zacisnął prawą dłoń w pięść.
- Słuchaj pan, nie wiem, co...
Grymas na dystyngowanym licu Anzaty rozkwitł już na tyle, że obnażył się niemal cały garnitur jego perlistego uzębienia. Kontemplując hipnotyczne tęczówki wampira, seltonianin poczuł wpierw intensywny ból głowy, a potem równie silną potrzebę zastosowania się do poleceń nieuczesanego nieznajomego.
- Poproszę wihajster.
Łysy wypełnił imperatyw.
- Myślę, że powinien pan wrócić do swoich obowiązków.
Mężczyźni rozeszli się obaj o coś wzbogaceni: Reise o kawał porządnej elektroniki, doker o nowe doświadczenie życiowe. Vremeni otworzył drzwi pojazdu repulsorowego, przy którym czekał droid-zabójca, i rzucił urządzenie do monitorowania lądowań na wąskie, raczej symboliczne tylne siedzenie.
- Żeby nie przegapić towarzystwa z Gildii.
Anzata uprzedził kompana i zasiadł na fotelu kierowcy, zostawiając Powroźnikowi siedzenie pasażera. Po wieku spędzonym w zamknięciu, bladawiec był jak akk spuszczony ze smyczy. Błyskawicznie chwycił za kierownicę z plastiku i syntskóry i gdyby miał ogon, z pewnością zamerdałby nim na myśl o przejażdżce po kurorcie; na szczęście nie merdnęła żadna inna część jego anatomii.
Mieli dwie mile do centrum miasta, bak pełen paliwa, torbę ciężką od broni, był słoneczny dzień, a robot nosił przeciwdeszczowe ponczo. W dro...
- Ach. Znamy może namiary na willę Gunganina?
Awatar użytkownika
Sskirt
Mistrz Gry
Posty: 33
Rejestracja: 31 sie 2021, 20:16

Rzucony wichajster jeszcze dobrze się nie poodbijał od oparcia tylnego siedzenia, a słowa Anzaty jeszcze dobrze nie przebrzmiały, gdy Hangman wyciągnął po przenośny komputer swoją długą metalową kończynę zakończoną sześciopalczastym manipulatorem. Ruch był szybki i precyzyjny, nieomal pazerny.
- Sam widziałeś zlecenie. Podali tylko miasto - zbył pytanie obcego Łowca.
Powroźnik, jakiego to w myślach miana używał Vremeni dla określania towarzysza swojej eskapady, zaczął regularnie i szybko stukać we wzięte urządzenie, w sobie tylko wiadomym celu. Cel ten był, przynajmniej dla niego samego, jasny; mianowicie sprawdzenie, czy w bazie danych portu kosmicznego znajdują się jakieś statki Reefa Faasa, ich celu. Wszak jeżeli ktoś miał prywatną willę-fortecę i oddział, uzbrojonych po zęby, groźnych najemników, to najprawdopodobniej posiadał też i jakiś środek lokomocji międzygwiezdnej, co z kolei wiązało się z obecnością w systemie danych o ich właścicielu, którego właśnie szukał. Tudzież szukali.
Gdy Reise Vremeni, pomimo całego swojego dystyngowania, zaczął tracić cierpliwość, Hangman przerwał i sięgnął do wbudowanej w panel koło kierownicy nawigacji. Po chwili aparatura posłusznie przedstawiła kierowcy trasę prowadzącą do willi poszukiwanego przez nich Gunganina. Z tego, co się można było na pierwszy rzut oka zorientować, to siedziba obcego była na obrzeżach, właściwie pod samym miastem. Była to jedna z tych okolic, które szczególnie lubiły istoty zamożne; to jest cicha i spokojna, a jednocześnie na łonie natury, umożliwiająca jednak pojazdowi repulsorowemu dość szybkie dotarcie do centrum, gdyby sytuacja tego wymagała.
Miałem co prawda być nieobecny, ale jednak czas na krótki odpis mi się wygospodarował. Post był edytowany, dodałem mu dwa ostatnie zdania.
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
Posty: 20
Rejestracja: 05 wrz 2021, 23:09

Nebtiluis sen Sk'ir skończył. Korpulentny biznesmen u jego stóp przestał drgać, rzęzić i paskudzić swoją kosztowną odzież. W motelowym pokoju nastała - gra słów zamierzona - śmiertelna cisza. Kaleeshanin przykucnął nad zwłokami i położył brzytwę płazem na miękkiej, nowomodnej marynarce. Płynnym, wielokrotnie już przećwiczonym ruchem starł krew z głowni, pozostawiając na granatowym materiale kolejną brudnoczerwoną smugę.
Komunikator schowany w kieszonce u pasa Sk'ira, gdzieś pod spływającą niezliczonymi fałdami, białawą peleryną, nie przestawał wibrować. Łowca wydobył urządzenie, przytrzymał je naprzeciw swojej twarzy i odebrał połączenie. Niebieska poświata bijąca od urokliwie maciupkiego hologramu nadała kościanej masce krzynę karnawałowego charakteru.
- Dobre wieści, przyjacielu?
Po drugiej stronie łącza sygnał nadawał mężczyzna w średnim wieku, żylasty, ogrzewający w dłoni szklankę czegoś mocniejszego. Porównując nieco rozmazany zarys sylwetki wydobywający się z projektora i zdjęcie celu z gildyjnego ogłoszenia, nie można było mieć wątpliwości: oto prezentował się Reef Faas. Lata najemniczej włóczęgi po najrozmaitszych zakątkach galaktyki odarły jego basic z prawie wszystkich gungańskich naleciałości. Gdyby nie lekko bulgoczący akcent, Nabooańczyk brzmiałby jak lektor z holonetowych pasm informacyjnych.
- Wieprz trafił pod nóż. - wychrypiał w odpowiedzi Nebtiluis; jemu nie groził angaż w telewizji. - Rozpruty i owałaszony niczym hańba miotu. Żaden więcej głupiec nie waży się płacić za twoją śmierć.
Faas wzniósł szkło we wdzięcznym toaście.
- Wspaniale, Neb. Wspaniale. Dziesięć tysięcy, wyobrażasz sobie? I za jakąś kobietę? Gdzie byś nie rzucił granatem, tam baba. Nie trud znaleźć nową.
Sk'ir wymownie milczał.
- Pamiętam, pamiętam. - Gunganin uniósł dłoń w przepraszającym geście. - Dwadzieścia za twoją fatygę. Tylko muszę nalegać, żebyś zawitał po pieniądze do Selton, może odrobinę tu zabawił. Pozbyliśmy się wdowca, jasne, ale wiesz, jak jest. Mój szpicel w Gildii ostrzegał, że oferta mogła już wcześniej po znajomości wyciec do paru bardziej obrotnych łowców.
Nebtiluis przytaknął. On sam dostał rzeczony cynk od anonimowego nadawcy.
- Cholerne kumoterstwo. - kontynuował Reef. - Jeśli faktycznie zjawią się jacyś gieroje, nie chciałbym, żeby cała zabawa przypadła mojej ekipie. Mielibyśmy szanse ramię w ramię przelać trochę krwi, jak za dawnych lat.
Wstyd iść w gości z pustymi rękami. Należało zorganizować prezent. Kaleeshanin utkwił gadzie ślepia w cuchnącym truchle na podłodze, po czym uderzył się w pierś dłonią trzymającą majcher.
- Hojny gospodarzu, spodziewaj się mnie z głową ścierwa, które cię znieważyło.

*

Frachtowiec - model 690 - przemierzał kosmos w nienachalnym, acz wyrównanym tempie. Nie było sensu się spieszyć; do Naboo rzut beretem. Dryblas Jubo, pilotujący wzmiankowaną jednostkę, uruchomił łącze komunikacyjne do kokpitu swojej towarzyszki, Vex. Headhunter kobiety śmigał wokół obszerniejszego Ghtroca niczym osa złośliwie lawirująca wokół ospałego trzmiela.
- Nie szalej. Jaki plan działania. Tam na dole.
- Wypatrzyłam działkę Gunganina na mapie satelitarnej, ale omińmy Selton i wylądujmy przy jeziorze Isarda. To tylko kilka kilometrów dalej, a unikniemy miejskich rejestrów. - odparła Boltrunianka. - Na miejscu zorganizujemy sobie transport naziemny. Chyba wymyśliłam, jak odłączyć chatę tej żaby od zasilania. Będę musiała pożyczyć trochę twoich narzędzi.
- Przyjąłem. Jasne. Koryguję kurs.
Ithorianin zerknął na komputer pokładowy. Niecałe pięć minut i mieli znaleźć się u celu.

*

Vremeni kiwnął z uznaniem głową na widok wirtualnie wyznaczonego szlaku do posiadłości Reefa Faasa.
- Ha. Młodzież i ich komputery.
Trudno było powiedzieć o Selton coś, czego wcześniej już nie nadmieniono. Obserwując świat za przyciemnioną szybą, Reise napatrzył się na: tabuny kuracjuszy w różnych stadiach geriatrycznej spirali; skąpe patrole nabooańskich gliniarzy w żołędziowych hełmach; obsceniczne ilości uroczych kafejek na świeżym powietrzu; tyle pastelowych kamieniczek, że można było sobie oczy wyłupić; i tak dalej, i tym podobne. Jedynym produktywnym zajęciem podczas leniwej – żeby nie zwracać na siebie uwagi – jazdy było analizowanie rozlicznych wąskich alejek i ubocznych, brukowanych uliczek kurortu, gęstych niczym układ nerwowy aglomeracji, pod kątem potencjalnych dróg ucieczki. Nigdy nie wiadomo, jak poważna rozkręci się rozróba. Anzata był przy tym pewien, że IG-101 zaprzągł do pracy swój własny, zaprogramowany na wojskową modłę procesor i na bieżąco dokonywał tego samego sortu taktycznych kalkulacji.
Wyjechawszy na obrzeża miasta, gdzie labirynt budynków z piaskowca i marmuru ustąpił miejsca rozłożystym połaciom płaskich łąk i odległym konturom zagajników, Vremeni zwrócił się do towarzysza.
- Zbliżamy się do willi. Daj znać, jeśli zauważysz dobry punkt widokowy.
Gdzieś, gdzie nie będziemy sprawiać wrażenia pary seryjnych morderców na czatach, dodał w myślach wampir.
Płonna nadzieja.
Zaspokoiłem swoją potrzebę zwrotu akcji z Kaleeshaninem, oczywiście sięgaj po enpeców, jak w duszy gra.
Awatar użytkownika
Sskirt
Mistrz Gry
Posty: 33
Rejestracja: 31 sie 2021, 20:16

Nadzieja matka głupich, jak głosiło jedno z przysłów organicznych istot.
Hangman nie miał nadziei, że znajdą pomyślane przez Anzatę miejsce. Powód był zasadniczo prosty: jego systemy co prawda rozumiały sens pojęcia "nadzieja", nie było ono jednak praktycznie wykorzystywane, a jego miejsce zajmowało prawdopodobieństwo: procentowa szansa na to, że się uda, albo będzie marnie. Zazwyczaj bywał też przygotowany na oba warianty. Teraz jeden z wątków jego systemu, na podstawie mapy, zajmował się analizowaniem i porównywaniem różnych lokalizacji, które znajdowały się wokół sadyby Gunganina. Jedna była nawet obiecująca.

***

Na płytę lądowiska w Selton powoli opadł Wściekły Roggwart. Był to zmodyfikowany statek kurierski serii Hawk typu Hwk-290 wyposażony w słuszną ilość wszelkiego uzbrojenia oraz wymalowanym na boku rzeczonym wcześniej roggwartem. Na jego spotkanie wyszła swoista delegacja: urzędnik Imperialny w charakterystycznym ciemnozielonym mundurze, z datapadem w ręku i dwóch szturmowców w standardowych białych pancerzach, uzbrojonych w blastery, którzy stali za nim po lewej i prawej stronie.
Na spotkanie z nimi schodził po trapie jednostki Kaleeshanin w kremowych, powłóczystych szatach, z twarzą zasłoniętą kościaną maską.
- Nie mamy zapowiedzianego pana przylotu... - zaczął urzędniczyna formalnym tonem, nie patrząc jednak w twarz rozmówcy, ale w ekran podręcznego komputera.
- Wszystko się zgadza, chcę tylko zasięgnąć informacji... - odpowiedział Nebtiluis sen Sk'ir chrypliwym basic'iem, z pewnym błyskiem w gadzich oczach. Biurokrata rozpoznał ten błysk i skinął głową na towarzyszących mu żołnierzy, że mogą wracać. Cóż, nie była to standardowa procedura. Podobnie jak niestandardowe było późniejsze przejście kredytek od starego właściciela do nowego.
- ...więc, interesuje mnie, czy mieliście tutaj ostatnio jakichś podobnych, niezapowiedzianych gości...
- Tak, przed kilkoma godzinami wylądował u nas osobnik... - urzędnik przesunął ręką po ekranie urządzenia - w rejestrze podpisał się jako Hangman, zajął nawet prywatne lądowisko...
Jednak obcy nie słuchał już dalej, odkąd urzędnik wymienił imię wcześniejszego "gościa". Jego umysł jakby się na chwilę zawiesił.
Kurwa, dlaczego on - pomyślał Kaleeshanin. Los mu wyraźnie nie sprzyjał. W takim wypadku sprawy się mocno skomplikują...
Ostatnia iskierka nadziei zgasła, gdy mężczyzna zobaczył w prywatnym doku statek przybysza. Tak, tego czarnego jastrzębionietoperza nie można było z niczym pomylić. Nie zwlekając, wrócił na pokład Wściekłego Roggwarta, żeby polecieć wprost do siedziby swojego mocodawcy. Czuł, że czas gra tu na jego niekorzyść.
Odpowiednia sumka sprawiła też, że nie pozostała po Kaleeshaninie żadna wzmianka w systemie kosmportu. Jakby go tam nigdy nie było.

***

Po trawiastej równinie goniła się trójka dzieci. Dwóch chłopców: człowiek i Ganganin oraz towarzysząca im jasnowłosa dziewczynka. Byli raczej w podobnym wieku, który kwalifikował ich na poziom edukacji późnej podstawówki.
- Ha, mówiłam, że dobiegnę pierwsza - uśmiechnęła się zadziornie dziewczynka, która pierwsza dobiegła do kilku rozłożystych drzew, które znajdowały się na skraju pola.
- To nie fair - odpowiedział chłopiec, który dotarł w obecne tu zarośla jako drugi - zaczęłaś biec zanim skończyłem liczyć...
Ich przyjacielskie przekomarzanie zaczęło się rozwijać w najlepsze, gdy w końcu dotarł do nich i Gungan, dysząc ciężko, z językiem wywalonym na zewnątrz dzioba. Najwidoczniej wyczyny sprinterskie nie były jego mocną stroną.
Trójka weszła między zarośla na ukrytą tu między roślinnością polanę. Podobnie jak dzieci w większości zakątków galaktyki mieli swoją "bazę", a miejsce tej grupy znajdowało się tutaj, ukryte przed wzrokiem dorosłych. To jednak, co zastali, ich zaskoczyło; oto ułożone przez nich misternie, w konstrukcję przypominającą fort, palety leżały niedbale rzucone z boku, a środek polany zajmował pojazd.
Młodzi spojrzeli po sobie zaskoczeni i zmieszani, a Gungański chłopiec bystrym spojrzeniem żółtych oczów na szypułkach zlustrował okolicę. Coś jeszcze mu się nie zgadzało, oprócz obecności niezidentyfikowanego pojazdu repulsorowego. Ruchem dużej ręki przyciągnął do siebie towarzyszy i, szepcząc konspiracyjnie, wskazał na koronę jednego z drzew:
- Patrzcie, to siatka maskująca, mój tato pokazywał mi taką jak byliśmy na łowach...
- Może powinniśmy...
Chłopiec nie zdążył dokończyć odpowiedzi, gdy z korony jednego z drzew drzew odczepił się obiekt, niby czarny cień na tle zielonych liści i spadł tuż przed nimi. Słowo spadł było tu może niewłaściwie użyte, bowiem istota z gracją wylądowała przed zgromadzonymi. Niczym koszmar senny; albo zjawa. Czarna postać podniosła się na całą wysokość; mierząc prawie dwa metry górował nad dziećmi, które jakby skurczyły się na jego widok. Materiał jego stroju zaszeleścił.
Trójka nie miała dość odwagi, żeby stawić temu koszmarowi czoła; jeden uciekał szybciej od drugiego, a drugi od trzeciego. Był to jednak daremny wysiłek.
Gungan poczuł bolesne uderzenie na wysokości dużych stóp, a potem nader dziwne uczucie, że leci. Bardzo krótkotrwałe uczucie. Następnym, i zarazem ostatnim, był ból podłużnej głowy, dosłownie rozgniecionej o podłoże. Ostatnim, bo na nim życie tej istoty się zakończyło.
Dziewczynka, choć była w biegu, poczuła bardzo bolesne szarpnięcie za włosy, które dosłownie zatrzymało ją w miejscu. Przynajmniej jej głowę, tak że upadła na plecy. Dalej widziała już tylko ciemność.
Chłopiec odniósł wrażenie, że się potknął. Wrażeniu temu towarzyszyło kolejne: nader dziwna świadomość, że ziemia powoli zmierza na spotkanie jego twarzy. I tak się stało. Potem jego również dosięgła ciemność.
Ocknięcie będą miały nader ciężkie; związane, zakneblowane i z zasłoniętymi oczami. Jedyną zaleta było bodaj miejsce siedzące w tylnej części pojazdu repulsorowego. Ale i odpowiednio długie siedzenie mogło się w końcu zamienić w torturę.
Niewielu rzeczy oprogramowanie Hangmana było pewne na 100%, ale między innymi tej jednej: jeżeli wampir spróbuje położyć swoje ssawki na jego zdobyczy, to Łowca wyrwie mu ręce. A od jednego z mieszkańców Kashyyyka podpatrzył bardzo dobrą technikę...
***

Żeby dwie gniewne i rzucające się w oczy istoty, przestały rzucać się w oczy, należało znaleźć dobre miejsce, takie poza zasięgiem wzroku przeciętnych przechodniów czy łowców nagród. Takim miejscem był właśnie mały zagajnik na skraju pola, na którym znajdowała się posiadłość Reefa Faasa. Dość blisko, żeby zmodyfikowany karabin EE-3 mógł w trybie snajperskim trafić w obecnych w willi Gunganina najemników, gdy wychylą głowę, a jednocześnie na tyle daleko, żeby nie zwracać na siebie uwagi.
Toteż MagnaGuard i Anzata zajmowali, dobrze ukryte siatką maskującą, stanowisko snajperskie na dosyć rozłożystym drzewie. Wcześnie był to domek na drzewie, ale teraz jego przeznaczenie się zmieniło, gdy miejsce w jednym oknie zajął karabin blasterowy EE-3 na dwójnogu, a miejsce w drugim jego siostrzany egzemplarz.
Na razie były nieużywane, bowiem Hangman obserwował hacjendę ich celu przy pomocy elektrolornetki, a następnie podał urządzenie Vremeniemu. Cóż, widok nie napawał optymizmem.
Prostokątna działka otoczona była solidną siatką, zwieńczoną drutem kolczastym na szczycie. W dodatku całość zdawała się być pod napięciem, co można było stwierdzić po odchodzących od niej przyłączach. Natomiast w narożnikach znajdowały się solidne wieżyczki, wyposażone w jeden autoblaster każda, naturalnie oprócz uzbrojonych najemników, którzy pełnili na nich swoją wartę.
Ci natomiast byli różnoracy: przedstawiciele różnych ras i różnie wyposażeni, oprócz średnich pancerzy, które wszyscy mieli podobne.
Na środku działki znajdował się duży główny budynek, który można było określić jako "posiadłość główną" Reefa Faasa. Dokoła niego zaś kilka budynków gospodarczych: garaże, kwatery najemników, zbrojownia itd.
Przy ogrodzonym prostokącie, czyli nie w jego wnętrzu, znajdowała się płyta niedużego lądowiska, obecnie niezajętego.
Całości obrazu dopełniała pogoda: co prawda do tej pory było słonecznie, ale na horyzoncie można było już dostrzec front szarych, zbitych chmur warstwowych, zmierzających w tę stronę, co niechybnie zapowiadało załamanie się warunków atmosferycznych.
Łowcy czekali, obserwowali i nie pozwalali się zdekonspirować, wszak to nie oni mieli zacząć to rozdanie. Dobre wychowanie nakazywała ustąpienie gościom pierwszeństwa. Chwila, chwila, oni też byli tutaj gośćmi...
jak iż nie mam za bardzo wiedzy o nabooańskiej architekturze, to opisanie szczegółów, zwłaszcza głównego budynku mieszkalnego, zostawiam Ci w możności
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
Posty: 20
Rejestracja: 05 wrz 2021, 23:09

Reise skończył napawać się widokiem kompleksu mieszkalno-zbrojeniowego Reefa Faasa i oddał lornetkę droidowi.
- Robi wrażenie. Gunganin mus ma fuchę na boku, ważąc rozmach zabezpieczeń. Do tego płaski teren, nijak się zakraść. Z dobrych wiadomości, wpadłem na pomysł, jak odwrócić uwagę policji i być może wywabić paru drabów.
Anzata podniósł z drewnianej podłogi przenośny terminal komputerowy zdobyty w kosmoporcie.
- Urządzenie pozwala zgłosić alarm bombowy, oflagować zadokowane statki jako podejrzane w związku z działalnością przemytniczą, przywłaszczeniem. Akurat, żeby trochę zamieszać. - Vremeni zerknął na skradzione urządzenie. - Niestety nie zdradzili się żadni członkowie Gildii.
U podnóża drzewa rozległo się parę niewyraźnych, stłumionych dźwięków. Zaanektowanym przez IG-101 wyrostkom musiał powoli doskwierać ich śmigaczokształny karcer.
Reise zastanowił się, czy jego relacja z nowym partnerem nie przeszła zbyt szybko na nowy poziom. Mieli już razem bazę w uroczym domku na drzewie, wspólny samochód, gromadkę dzieci. Dzielili się praktycznie wszystkim, od noży, karabinów EE-3 po intymne płytki pancerza.
- Jakaś koncepcja na dostanie się do środka? - wampir przerwał poboczne dywagacje i powrócił do rzeczywistości. - Mamy trochę sprzętu. Porządny plan musi się zmaterializować.

*

Westybul rezydencji Reefa Faasa utrzymany był w tych samych ciepłych, bursztynowo-złocistych barwach, które dominowały znakomitą większość pozostałych przykładów seltoniańskiej architektury. Uniformizacja lokalnego budownictwa była nie tyle konsekwencją płynących z ratusza przykazów, co bardziej wszem i wobec uzgodnionym pragnieniem mieszkańców, znanych z umiłowania rutyny i pewnej kojącej współzależności. Seltonianie cenili sobie niemal karną jednolitość w prezentowaniu estetycznych walorów swojego kurortu. Wierzyli, że tego szukają przybywający do miasta turyści: napaść oczy klasycznym obrazem Naboo, konserwatywnym jakby zdjęty z tandetnej pocztówki.
Faas pozwolił sobie jednak na pewne indywidualistyczne wtręty. Hol domostwa Gunganina wypełniały spoczywające na wysokich podestach akwaria, wypełnione podmorską roślinnością z jego rodzinnych stron. Abstrakcyjnie pigmentowane wodorosty, moczarki i rdestnice falowały głównie za szkłem, niemniej na środku pomieszczenia znajdowała się także pokaźnych rozmiarów fontanna, gdzie ulokowano resztę glonów i inszych alg.
Korzystając z niskiego położenia misy wzmiankowanej fontanny, a zarazem wzdragając się na myśl o podróży do toalety w przeciwnej części posesji, Reef zgrzytnął rozporkiem i ulżył sobie do plumkającego bajorka.
- Neb już przyleciał?
Mężczyzna stojący za plecami Gunganina – w niegrożącej odpryskiem odległości – zerknął cybernetycznymi oczami na ekran dzierżonego w dłoni tabletu.
- Tak. Jego statek zadokował.
- Świetnie. - mruknął Faas i dwa razy potrząsnął. - Myślisz, że ta łajza Sorrento zażyczył sobie w łapę?
Totumfacki przekrzywił głowę, cmoknął z niesmakiem.
- Myślę.
- Pieprzony urzędas! Brać haracze od moich przyjaciół. Faas Security ma dostęp do każdego budynku w tym mieście! Mógłbym puścić całą tę dziurę z dymem.
Reef nagle przerwał wywód, westchnął ciężko i wzruszył ramionami.
- Sukinsyn zrobił się bezczelny, odkąd przygarnął go nowy reżim. Tak się kończy parytet dla debili. Nieważne. Trzeba przygotować gotówkę dla Neba. Wirtualne transfery nie są w jego stylu.
Przydupas z elektronicznymi patrzałkami przytaknął leniwie, notując coś palcem na dotykowym tablecie.
- I poproś któregoś z chłopaków o przefiltrowanie fontanny. Znowu.

*

Vex przyklęknęła przed wysoką, zacienioną ścianą, nafaszerowaną tak porażającą ilością skomplikowanej maszynerii, że można było dostać oczopląsu. Kobieta wyglądała, jakby modliła się do sakralnego monolitu jakieś dawno zapomnianej religii, gdzie zamiast runom czy innej okultystycznej typografii cześć oddawało się rozmaitym pstryczkom, plątaninom enigmatycznych przewodów oraz gwiazdozbiorom migoczących diod. Względnie ciasne, choć strzeliste pomieszczenie, gdzie pracowała z nosem w kablach Boltrunianka, stanowiło stację transformatorową dla okolicznej gromady domostw jednorodzinnych i skromnych okołoturystycznych mikrobiznesów.
Na zewnątrz czekał Jubo, któremu towarzystwa dotrzymywały dwa małe gualaary. Zwierzęta stały spokojnie, raczej symbolicznie przytroczone za uzdy do pary okolicznych cyprysów.
- Rozgryzłaś to wreszcie. Vex.
- Sekundę. - odparła łowczyni. - Nie chcę odłączyć całego osiedla. Jeszcze chwila i chyba uda mi się wygasić samego Gunganina.
- Dziwne konie. Nie lubię ich. Śpiesz się.
Kobieta zaśmiała się.
- Tak myślałam, że nigdy nie miałeś zwierzaka. Dobrze ci zrobi parę chwil z rogaczami. Zobaczysz, są prostsze w obsłudze niż twój Ghtroc.
Ithorianin przeklął w ojczystej mowie.
- Jakoś wolę. Smród oleju.
Okrzyk radości dobywający się z wnętrza trafostacji przerwał ciszę po komentarzu Jubo.
- Udało ci się. Wyłączamy. Teraz.
- Widzisz? Pochmurno. - Vex wyszła na świeże powietrze i wskazała palcem szare niebo nad Selton. - Poczekamy do pierwszych błyskawic. Może pomyślą, że to burza załatwiła im prąd. Potrwa, zanim domyślą się, że to sabotaż.
- Wątpliwe. Ale niech będzie. Potem ruszamy. I smażymy ich broń.
Jubo skinął głową w stronę długiego na kilkadziesiąt centymetrów drona, który kolebał się u siodła jednego z gualaarów. Latadło było ciężarne: w środku znajdowała się garść gotowych do zrzutu ładunków jonowych.
ODPOWIEDZ