[Tatooine] Xyeblax Leeppoonach - poszukiwany żywy lub martwy

Awatar użytkownika
Jack O'din
Gracz
Posty: 16
Rejestracja: 01 wrz 2021, 09:41

Jack O'din i Oto'reekh przybyli z:
Loronar B-7 "Trzmiel" - Oto'reekh

Lot z Księżyca Przemytników przebiegł bez większych atrakcji. Możliwe, że miał w tym udział sam Jack, który znajdował za każdym razem wymówkę by przejąć stery "Trzmiela", ale i również dlatego, iż znał parę szlaków gwiezdnych umożliwiających ominięcie ewentualne kłopoty. Pokornie jednak zajmował miejsce drugiego pilota. Przy okazji mieli okazję z Oto'reekhiem trochę się poznać, co zaowocowało tym, że obaj czuli się swobodniej - w tym udział na pewno miał alkohol.
- Przyjąłem i bez odbioru - zakończył O'din rozmowę z wieżą kontroli lotów i gładko poprowadził statek do jednego z wielu lądowisk Mos Eisley. Czuł narastające podekscytowanie gdy przelatywali nad tą pustynną metropolią. Już się nie mógł doczekać gdy podeszwy jego butów dotkną ponownie piachu Tatooine. Nie ma to bowiem jak w domu.
- Cel rzekomo gdzieś tu się kręcił... W sumie na planecie nie ma za wiele miejsc gdzie mógłby się udać. Mam tylko nadzieję, że nie jest kumplem Jabby - rzekł Jack do Oto'reekha, gdy podchodzili do lądowania - Ogółem problemem może być też to, że w okolicy jest dosyć sporo Rodian. No ale cóż... Będzie chyba trzeba popytać po knajpach czy ktoś słyszał o nim. Ewentualnie dać w łapę w kapitanacie i spojrzeć w rejestr, choć nie sądzę byśmy stamtąd coś logicznego się dowiedzieli - dodał.
Awatar użytkownika
Oto'reekh
Administrator
Posty: 49
Rejestracja: 26 sie 2021, 17:40

Oto’reekh był zadowolony i dumny. Jego dość niekonwencjonalna lub po prostu subiektywna świadomość kazała mu się tak czuć, w końcu czarnoskóry człowiek nie odebrał mu sterów, a jedynie mu asystował. Cała podróż przebiegała spokojnie i bezpiecznie, dla wielu istot jest to standard podróżowania, Gand jednak czuł się tak pierwszy raz w trakcie swoich samotnych wojaży po galaktyce.
W trakcie lotu w hiperprzestrzeni Oto’reekh miał też chwilę czasu na oddanie się swoim rytuałom wewnątrz kabiny. W trakcie ich trwania w jego umyśle pojawiła się ulotna jednak przerażająca myśl, która wybudziła go z transu. Postanowił podzielić się nią z Jackiem O’Dinem przy najbliższej stosownej okazji…

- Gand zaufa Jacakowi O’dinowi – wytrzeszczał wokabulator gdy zbierali się do wyjścia ze statku. - Jack zna teren, a jakaś kantynę i tak powinniśmy odwiedzić. - dorzucił przerzucając strzelbę przez plecy.
- Oto’reekh chciał jeszcze zadać pytanie czy Jack O’din kojarzy jakieś wielkie… - przez chwile szukał słowa –jaszczury na tej planecie? Ten Gand ma przeczucie, że ta sprawa może być z nimi związana… - dodał
Awatar użytkownika
Jack O'din
Gracz
Posty: 16
Rejestracja: 01 wrz 2021, 09:41

- Duże jaszczury? - zmarszczył brwi Jack, sprawdzając czy jego blaster gładko wychodzi i wchodzi do kabury - Jakbyś dodał, że w dodatku paskudne, to opisałbyś smoki krayt. W okolicy żadnego raczej nie ma, ale za Wielkim Płaskowyżem Mesra zdaje się że mieli w swoim czasie jakieś problemy z nimi... No dobra, jeśli jesteś gotowy to zbierajmy się. - zakończył robiąc młynek blasterem i chowając go ostatecznie w kaburze.
Schodząc po trapie obaj łowcy nagród mieli wrażenie jakby wchodzili do piekarnika. Tatooine przywitało ich z typową dla siebie pogodą: upałem, lejącym się z nieba i wszelkich powierzchni żarem oraz niemal ujemną wilgotnością powietrza.
- Nie ma to jak w domu... - wyszczerzył zęby Jack i dziarskim krokiem ruszył wgłąb pustynnej metropolii.
Mos Eisley było dosyć rozbudowane jak na galaktyczne zadupie jakim było Tatooine. Oczywiście w ogóle nie miało startu do innych znanych w Galaktyce ośrodków miejskich, ale na pewno miało swój unikalny egzotyczny klimat: gęsto upakowane budynki, były przeważnie parterowe o obłych kształtach z maciupkimi oknami, nad praktycznie każdą ciasną uliczką rozwieszone były jakieś płachty osłaniając kwitnący pod nimi handel bezpośredni i praktycznie każdy przechodzień był szczelnie opatulony chroniąc się przed wszechobecnym upałem. Co ciekawe było tu można również dostrzec szczątkową aktywność Imperium, jednakże charakterystyczne białe hełmy raczej trzymały się swoich rewirów - wszak rządził tutaj obrzydliwie wyglądający i obrzydliwie bogaty, ślimakopodobny Jabba Hutt.
Jack z Oto'reekhiem trochę się wyróżniali z tłumu, co owocowało tym, że właściwie z praktycznie każdego straganu ktoś ich zaczepiał by kupili jakiś szmelc albo niekoniecznie apetycznie wyglądające potrawy. Łowcy jednak ich ignorowali, klucząc uliczkami, które wcale ich nie przybliżały do najbardziej znanej knajpy w mieście: Kantyny Mos Eisley. Jack bowiem wiedział, że osoba która się w miarę ukrywa, na pewno nie wparuje do największego lokalu w mieście wypełnionego po sufit wszelkiego rodzaju szumowinami i kapusiami. Poza tym wolał zupełnie inną knajpę.
- Podwójną whisky dla mnie oraz Vosh dla mojego przyjaciela - rzucił Jack rozsiadając się przy kontuarze. Lokal do którego zabrał Oto'reekha był zupełną odwrotnością dla Kantyny. Przede wszystkim był na pół pusty, klientelę stanowiło parę drobnych pijaczków oraz osobnicy ubrani w spracowane robocze ciuchy, a z nielicznych głośników sączyła się melancholijna melodia wygrywana na prostych instrumentach, której towarzyszył lekko zawodzący męski barytonowy wokal, snujący opowieść o prostocie życia i obsłudze maszyn rolniczych.
- Nie pomyliliście przypadkiem lokalu? - rzucił cierpko barman, stawiając na barze szklanki z zamówionym alkoholem.
- Jesteśma gdzie chcielim trafić - odpowiedział Jack z wyraźnie zmienionym akcentem, wymową i gramatyką, którymi nauczyciela Basicu na Corrusant przyprawiłby o migrenę. Najwyraźniej podziałało to również na barmana, bo ten zdecydowanie zmienił nastawienie.
- Bancia dupa, swojak a wystrojony jak turysta - roześmiał się tubalnie - Co was tu sprowadza?
- Szukamy info - odpowiedział Jack, po czym wziął haust ze swojej szklanki i w zadziwiający sposób skrzywił się wyrażając jednocześnie zadowolenie - Uuuu... Dobra i ostra... W każdym razie dziejo się tu jakieś ciekawe rzeczy? Może jakaś nagonka na krajta? - dodał.
Przekazuję pałeczkę i rozumiem, że sami sobie mistrzujemy jak dawnych starych czasach? 8-)
Awatar użytkownika
Oto'reekh
Administrator
Posty: 49
Rejestracja: 26 sie 2021, 17:40

- Nagonka na Krajta zapytujecie… - zamyślił się Barman chwilę i mocniej niż zwykle pucował szklankę - przynajmniej nie owijocie w bawełna, lubie to. - rzucił i zrobił krótką przerwę odkładając ścierkę i szklankę, a następnie opierając się o bar jak gdyby miał wyjawić im coś sekretnego, a zarazem ważnego - Jako, że ty jesteś swój to może faktycznie coś tu pomożecie. Ostatnio z okolic Mesra przybywają jacyś pechowcy, najczęściej mamroczą do siebie i piją na umór - splunął przypominając sobie jeden z incydentów, po czym oprzytomniał, że pluje we własnym lokalu – było też głośno o jakiejś bandzie przyjezdnych galaktyczniaków, którzy szukali transportu w tamte strony, ale nie znam szczegółów, no i szybko o nich ucichło. Może Imperium zajrzało im za wszarz. – dodał bez przekonania. Czekając na jakąś reakcję gości i rekompensatę.
Być może zaskakując Jacka, Oto’reekh wystartował prędzej z hojnym napiwkiem. Sprytny insektoid już od dłuższej chwili czekał na okazję do wykazania się wcześniej wyuczoną sztuczką, którą tak często lubili Barbarzyńcy.
Ten Gand jest bardzo wdzięczny za te informacje – zabrzęczał wokabulator – czy nie wie Barman kto mógłby wiedzieć więcej o tej grupie galaktyczniaków? – zapytał, smiało popijając Vosha, będąc w słusznym przekonaniu, że nie zagrzeją w tym barze już zbyt długo.
-Pewnie stary Greg będzie coś wiedzioł, wypożycza stare śmigacze komu tylko się da, pewnie nie przepuścił tak napalonych klientów. Znajdziecie go przy głównej ulicy zaraz przy kosmoporcie, szukajcie tablicy z napisem „Dziarskie Wehikuły” – poradził z uśmiechem na ustach przeliczając kredyty.
Gand nieco się zdziwił, że wypożyczalnia w takim miejscu miałaby się tak nazywać, ale nie jego zadaniem było ocenianie barbarzyńców. Dopił swojego Vosha, obrzucił wzrokiem O’dina czy poradził sobie ze swoim whisky i kłaniając się nisko, wyruszył w stronę wyjścia. Gdy tylko znaleźli się na zewnątrz nie tylko powrócił nieznośny upał, z którym organizm Ganda jakoś sobie radził, ale zaniepokoiła go jeszcze jedna rzecz.
- Jacku O’Dinie – wokabulator przemówił najbardziej konspiracyjnym tonem na jaki było go stać – Oto’reekh zauważył, że śledzi nas jakaś zamaskowana istota, od momentu w którym opuściliśmy port, czy ty też ją zauważyłeś? - zapytał
Awatar użytkownika
Jack O'din
Gracz
Posty: 16
Rejestracja: 01 wrz 2021, 09:41

Jack skrzywił się w myślach widząc ile kredytów Oto'reekh położył na kontuarze. Wedle niego, za tę kwotę barman sam powinien polecieć na jednej nodze do starego Grega i się zorientować w temacie, przybiec z powrotem z informacjami i jeszcze postawić ze trzy kolejki. Najwyraźniej Gand o imieniu Oto'reekh był jeszcze trochę turystą w świecie ludzi, ale mając Jacka za towarzysza jeszcze się wyrobi.
- Taaa... Zwróciłem już wcześniej uwagę na tego ktosia - rzekł Jack niewzruszonym tonem głosu - Nic nie mówiłem bo to standard, że co niektórzy śledzą świeżoprzybyłych, by ich naciągnąć na jakieś pierdoły, albo po prostu okraść. Jakby jednak o to chodziło, to raczej dałby sobie już spokój. Widać ktoś jest ciut bardziej nami zainteresowany... Chodź tędy - rzucił Jack i gwałtownie skręcił w pierwszą z brzegu uliczkę i znacznie przyspieszył kroku. Następnie wraz z Oto'reekhem kluczyli przez wiele minut bez większego celu w ciasnych uliczkach Mos Eisley.
Nie chodziło jednak o to by zgubić ogon. Można by wręcz powiedzieć, iż w zamyśle chodziło o coś zgoła odwrotnego. Otóż Jack liczył na to, że śledząca ich dżentelistota popełni błąd i zbliży się do nich za bardzo by uciec:
- Przywitaj się z moim małym przyjacielem - rzekł Jack, po tym jak ze swoim towarzyszem skręcili ponownie w kolejny zaułek. Tym razem Jack zatrzymał się i obrócił, wyjmując blaster z kabury by wycelować w przestrzeń, w której wedle jego wyliczeń, powinna pojawić się za sekundę głowa śledzącej ich istoty.
Awatar użytkownika
Oto'reekh
Administrator
Posty: 49
Rejestracja: 26 sie 2021, 17:40

Jednak nikt się nie pojawił, stali jeszcze przez kilkadziesiąt długich sekund, bez efektu. Jack odłożył blaster z powrotem na swoje miejsce i spojrzał na Ganda.
- Chyba go zgubiłeś Jacku O’din– zaskrzeczał wokabulator insektoida – rozejrzyjmy się jeszcze chwile i ruszajmy do tej wypożyczalni.
Krótkie śledztwo i próba przebicia się przez lokalny tłum nie przyniosła żadnych nowych wniosków. Bohaterowie albo cierpieli na manie prześladowczą, albo ich obserwator znał się na rzeczy.
Niespiesznie ruszyli w stronę wypożyczalni niejakiego Grega. W trakcie marszu Gand pochłaniał lokalne widoki i ludność. Ciężkie warunki atmosferyczne, nomadyczny klimat odrobinę przypominał mu Gandzie kolonie, ale podobieństwa były bardzo powierzchowne i w jego głowie niesprawiedliwe dla macierzystej planety. Lokalni barbarzyńcy wydawali się nieco zdziczali, biedni i dość podejrzani, choć musiał przyznać, że we własnym gronie wydawali się dość otwarci. Pomyślał, że Jack może to wykorzystać na ich korzyść tak jak zrobił to w barze.
Po kilkunastu minutach dotarli do celu, ale natknęli się na kolejny problem. Przybytek „Dziarskie Wehikuły” był zamknięty na cztery spusty. Okna były zasłonięte i ani pukanie, ani używanie brzęczyka nie przynosiło rezultatów.
- Czyżby Jack O’din i Gand przybyli o nieodpowiedniej porze? - przemówił Gand zwracając się w kierunku swojego nowego partnera, a następnie spoglądając na chronometr.
Jack stanowczo pokręcił głową, co Gand poprawnie odczytał, jednak zajęło mu to dobrą sekundę.
- Oto’reekh proponuje dostać się do środka od tyłu – nieco ciszej niż zwykle przemówił wokabulator, Jack mógł przysiąc, że był w stanie wyłapać też zakłopotanie. Gand wpatrywał się w niego i czekał na jego decyzję.
ODPOWIEDZ