[Nieznana Przestrzeń] Układ TC-003-B287C (Lumenera)

Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
Posty: 27
Rejestracja: 01 wrz 2021, 11:58

Drużyna ekspedycyjno-poszukiwawcza przybywa ze statku "Sunshine"

- Myślę, że nazwę ten układ "Lumenera" - powiedziała Palakwi, nie spuszczając wzroku z danych wyświetlanych na ekranie.
- Mhm - zamruczał Adanat. - A skąd ta nazwa?
- Z książki. Poza tym jest trochę przekorna - ten czerwony karzeł nie zapewnia wiele światła.
Verlut pokiwał głową, niezbyt rozbawiony systematycznym żarcikiem słownym, a ona zajęła się swoimi wykresami danych. Z tego, co dostarczył im pobieżny skan, jeszcze nie dało się wiele wywnioskować; mieli same ogólniki, Palakwi lubiła jednak zastanawiać się nad tym, jakie organizmy mogły powstać w takich warunkach. Były to głównie przypuszczenia i luźne zgadywanie, przypominało to trochę wymyślanie własnego uniwersum - oczywiście bazując na biologicznej wiedzy i naturalnych prawach rządzących światem.
Znacznie ciekawiej zrobiło się, gdy zakończyli skok i dotarli do układu. Palakwi od razu poleciła komputerowi szczegółowy skan, na który jak zwykle trzeba było poczekać, toteż przed analizą wyników miała czas, żeby pooglądać sobie nowe planety.
A te - jakby na przekór ich sytuacji - prezentowały się nad wyraz czarująco. Skaliste planety były małe ale różnorodne: pierwsza była rudo-brązowa, zryta parowami i uskokami, upstrzona kilkoma zbiornikami wodnymi; druga była szmaragdowa - według skanu lód pokrywający jej powierzchnię zawierał spore ilości soli baru i niklu, stąd kolor; trzecia była szara, dość monotonna, choć według danych większość jej powierzchni zajmowały ogromne, wygasłe wulkany.
Gazowe olbrzymy, bardzo odległe od słońca, były bardzo majestatyczne - różnokolorowe, o skłębionych, mieszających się i wirujących chmurach gazów. Palakwi pobieżnie przejrzała ich opisy - żadne z czterech ciał nie miało stałej powierzchni, a tylko jedna planeta dysponowała aktywnym, otoczonym skalistą warstwą jądrem.
Gdyby tylko miała więcej czasu na zbadanie tych planet. Musiała im przecież wymyślić imiona, jakoś je opisać... Cały układ był tak stary, że równie dobrze mogło się na nim rozwinąć i wyginąć przynajmniej tuzin inteligentnych cywilizacji...
Kapitan szybko sprowadził ją na ziemię... czy też raczej pokład statku. Verlut stanął za nią i zapuścił żurawia w wyświetlające się na ekranie dane.
- To jak tam? Co mamy?
- Na gazowych nie powinni mieć problemu ze znalezieniem czegoś na paliwo, o ile rafinator się nie posypie. My natomiast nie mamy dużego wyboru - tylko pierwsza ze skalistych planet ma atmosferę i wodę w stanie ciekłym. Skany pokazują też sporo związków węglowych na powierzchni, co w najgorszym wypadku sugeruje mech i porosty, a w najlepszym normalne rośliny i jakieś zwierzęta. Ale bez względu na to, co tam znajdziemy, pewnie będziemy w stanie to zjeść. Oczywiście po uprzednim oczyszczeniu i przerobieniu na organiczną papkę.
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 64
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Verlut dostrzegał czekające na nich zagrożenia, ale jak zwykle, nie mieli wyboru. Liczył tylko, ze układ będzie przydatny, ale też nudny i nic więcej poza naturalnymi zagrożeniami na nich nie czyha. Nie spodziewał się, żeby atmosfera była zdatna do oddychania, ale lepsza taka niż jej całkowity brak. Może układ podtrzymywania życia starczy na dłużej, gdy będzie musiał ją tylko oczyszczać a nie zastępować. No chyba, ze będzie toksyczna lub zbyt gorąca. Wtedy będzie zabawa... Mógł jeszcze pozostawać problem radiacji, atmosfera nie była wystarczająco gęsta, by zatrzymać wystarczającą ilość promieniowania jak na ludzkie warunki. No ale może po wszystkim uda się coś tam zdobyć. Na przykład jedzenie.
- Ech, więcej tej paskudnej papki. Ile ja bym dał za porządny kawał mięsa. Albo jajka, mogą być nawet jakiegoś gada, byle by były. Dobra, szkoda tracić czasu. Durneh słyszysz mnie? Trzymaj się z dala od gwiazdy, bo jeszcze ci jakiś rozbłysk system usmaży. Ale sprawdź to pole asteroid za planetą. Wystarczy nam niespodzianek z jednej strony.
Następnie ponownie zwrócił się do twi'lekanki, a zaraz po tym wyszedł, by przygotować swój skafander.
- Wybierz ze skanu jakieś dogodne miejsce do lądowania. Wysoko, ale z dostępem do tej flory i wody. I w jakimś zacienionym miejscu.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Posty: 56
Rejestracja: 26 sie 2021, 21:59

Czerwone karły mają to do siebie, że choć bardzo powszechne w galaktyce, bardzo rzadko umożliwiają rozwój inteligentnego życia. Ze względu na niską temperaturę gwiazdy, jest ona w stanie utrzymać ekosferę tylko bardzo blisko siebie. W układzie TC-003-B287C jedyna planeta posiadająca atmosferę oraz wodę w stanie ciekłym znajdowała się zaledwie około 10 000 000 kilometrów od ciała centralnego i - według aktualnej wiedzy - była mu najbliższą. Systemy komputerowe od razu nadały jej nazwę TC-003-B287C-1.
Na, rzucającym na twarz twi'lekanki światło, ekranie zaczynały pojawiać się pierwsze, dokładniejsze informacje dotyczące planety. Jej średnica wynosiła 5000 km, nachylenie względem ekliptyki 1,35°, czas obrotu wokół własnej osi to 11,5 standardowego dnia - podobnie jak okres orbitalny. Taka synchronizacja oznaczała, że jedna strona była cały czas zwrócona do gwiazdy, podczas gdy na drugiej panowała wieczna noc. Największe szanse za zaistnienie życie miało w wąskim pasie pomiędzy jasną i ciemną stroną planety. Woda w stanie ciekłym, ze względu na temperaturę, znajdowała się jedynie na oświetlonej części kosmicznej skały i tworzyła rozległy, parujący w temperaturze blisko 90 stopni ocean. Trzy morza znajdowały się wzdłuż równika, na granicy dnia i nocy.
Siły pływowe planety powodowały dużą aktywność wulkaniczną i sejsmiczną - a dalej także były przyczyną gigantycznych fal na powierzchni oceanu. Powierzchnia ziemi zryta była głębokimi parowami i kanionami powstałymi na skutek ruchu płyt tektonicznych. Problemem były silne huragany, bowiem prędkość wiatru w niektórych miejscach dochodziła do 900 km/h.
Jeśli coś żyło na tej planecie to tylko na niewielkim jej obszarze i najpewniej nie na samej powierzchni, lecz skryte pod ziemią lub wodą...

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Durneh Viir
Gracz
Posty: 8
Rejestracja: 02 wrz 2021, 19:43

Po odprawie i omówieniu planu wszyscy rozeszli się podzieleni na grupy. Durneh pilotował statek na którym był razem z Komandorem statku oraz twi’lekanką. Ich zadaniem było zbadać kilka skalistych planet i jedną planetę z atmosferą. Nie było dużo nadziei żeby planeta była zamieszkana przez rozumne istoty (o ile będzie tam cokolwiek żyjącego), ale w obecnej sytuacji nie mieli wiele możliwości. Przeciwna grupa poleciała na gazowego olbrzyma w celu destylacji paliwa. Jeżeli im się uda nasze szansę na przetrwanie i co za tym idzie wyrwanie się stąd wzrastają.
Durneh Viir pilotował ich ostatni sprawny myśliwiec, który jednocześnie uzupełniał możliwości frachtowca. Za jego sterami zasiadał sam Adanat, a pomagała mu twi'lekanka, która głównie zajmowała się skanerami przez większość ich czasu lotu. Transportowiec już dawno przekształcili w coś na kształt małego statku górniczego, służącego do wydobywania wszystkiego, co mogło się przydać.
Statek którym mieli zaszczyt lecieć ledwo co poderwał się z hangaru, mimo to udało im się przelecieć im znaczną odległość, więc istniała szansa na powrót. Lecieli tak przez krótką chwilę wpatrzeni w skanery i gwiazdy które oglądają od 3 lat. Po chwili wykonali skok i Drużyna ekspedycyjna wyrusza do układu TC-003-B287C
Durneh nie znał się na astronomii. Istniały dla niego tylko planety, gwiazdy, słońca. Mimo tego, że widział wiele planet, z powierzchni i z orbity nadal nie różniły się dla niego niczym innym niż wyglądem, atmosferą, florą i fauną. Kiedy zakończyli skok i weszli w układ ich oczom ukazało się kilka planet. Skaliste były mniejsze o kolorach brązu, zieleni i szarości. Były tam także gazowe olbrzymy, oddalone trochę od słońca, różnokolorowe z kłębiącymi się chmurami gazów na ich atmosferze. Nasz Kel-Dorański komandos nie podzielał zachwytu Palakwi wpatrzonej przez szybę statku na gazowe giganty dryfujące przez kosmiczną pustkę. Przez chwilę przypominała mu jego dzieciństwo, kiedy jako malec prawie z takim samym zapałem był wpatrzony w wojsko republiki przechodzące ulicami jego miasta. Ale szybko się otrząsnął, nie był to bowiem czas na wspominanie dzieciństwa.
- To jak tam? Co mamy? – zapytał Adanat

- Na gazowych nie powinni mieć problemu ze znalezieniem czegoś na paliwo, o ile rafinator się nie posypie. My natomiast nie mamy dużego wyboru - tylko pierwsza ze skalistych planet ma atmosferę i wodę w stanie ciekłym. Skany pokazują też sporo związków węglowych na powierzchni, co w najgorszym wypadku sugeruje mech i porosty, a w najlepszym normalne rośliny i jakieś zwierzęta. Ale bez względu na to, co tam znajdziemy, pewnie będziemy w stanie to zjeść. Oczywiście po uprzednim oczyszczeniu i przerobieniu na organiczną papkę. – odpowiedziała Twi’lekańska naukowczyni.

- Świetnie, nic nie poprawia nastroju jak porządna porcja organicznej papki- odparł Durneh z wyraźnym sarkazmem

- Ech, więcej tej paskudnej papki. Ile ja bym dał za porządny kawał mięsa. Albo jajka, mogą być nawet jakiegoś gada, byle by były. Dobra, szkoda tracić czasu. Durneh słyszysz mnie? Trzymaj się z dala od gwiazdy, bo jeszcze ci jakiś rozbłysk system usmaży. Ale sprawdź to pole asteroid za planetą. Wystarczy nam niespodzianek z jednej strony.

-Jasna sprawa Komandorze.
Załoga powoli zbliżała się do jednej ze skalistych planet w celu poszukiwania miejsca na lądowanie.
-Coś czuję, że na pewno nie będziemy się tam nudzić-parksnął pod nosem Kel Dorański pilot.
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 64
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Gdy Durneh skierował się w stronę pola asteroid, frachtowiec ruszył od razu w kierunku wąskiego pasma na planecie, gdzie wieczny dzień zderzał się z wieczną nocą. Po zacienionej stronie planety nie mieli czego szukać. Większość terenu była pokryta lodem i śniegiem, z wyjątkiem stref bliskich tej środkowej, gdzie skanery wykryły wybuchy wody z gejzerów. Samo tarcie aktywnej skorupy planety dostarczało wystarczająco ciepła, by w tej strefie lód pękał, odsłaniając teren odrobinę zdatniejszy do funkcjonowania. Może jakieś ekstremalnie odporne życie nawet tam dotarło. Dla nich najważniejsze było jednak to, że ogromne ilości lodu będą znakomitym źródłem wody dla ich kolonii na statku. Ze względu na silne wiatry, wręcz huragany, będzie trudna do wydobycia, ale będzie. Wody zdatnej do przetworzenia nie było wcale w galaktyce aż tak dużo. Trzeba było brać, co jest.
Słoneczna strona również ich nie przyciągała. Z oczywistych wręcz powodów. Ogromny skwar bijący od pobliskiej gwiazdy i parujący ocean. To, że w temperaturze dziewięćdziesięciu stopni on w ogóle istniał, oznaczało, że woda musi być zmieszana z jakimiś dziwnymi związkami. Świetna zagadka dla naukowców, co też to powodowało, ale nie dla nich, którzy szukali przydatnych źródeł jedzenia. W tej temperaturze i zanieczyszczeniu czymś dziwnym mogli zapomnieć o większych organizmach. Pozostawał zatem wąski pasek odsłoniętego lądu pomiędzy strefą dnia i nocy. Różnice temperatur szczególnie tutaj wywoływały silny huraganowy wiatr, miejscami zamieniając go w prawdziwe planetarne tornada. Jeśli cokolwiek żyło w takich warunkach, to w szczelinach i kanionach utworzonych przez ruch płyt tektonicznych. I właśnie do nich się skierowali.
- Widzisz ten fragment tuż za tą burzą? - wskazał twi'lekance część planety zaraz za masywnymi chmurami. - Tam wylądujemy. Będziemy mieć więcej czasu przed następnym huraganem. Spróbuj znaleźć dziurę wystarczająco dużą na ukrycie statku przed tym wiatrem, który i tak może się nagle zerwać.
Palakwi kiwnęła głową. Po kilku chwilach wybrała dogodne miejsce i skierowała szefa ekspedycji w tamtą stronę. Verlut mocniej złapał stery, gdy te zaczęły się delikatnie opierać, gdy statek wleciał w atmosferę. Powoli skierował frachtowiec do jednego z wielkich kanionów na granicy światła i cienia. Pierwszym, co rzuciło się w oczy, to rzeka spływająca z lodowca po lewej stronie mniej więcej ku wyschniętym wzgórzom po prawej, by w końcu wpaść do oceanu. Ale gdy płynęła kanionem, tworzyła miejsce, którego właśnie szukali. Miejsce potencjalnego życia. Zagłębili się w skały coraz bardziej, w ostatniej chwili unikając też niesionej przez wiatr chmury.. czegoś, chyba jakichś zarodników, aż w końcu część gwiazdy pozostała głęboko schowana, a ich ogarnął lekki półmrok. Wciąż jednak światła było wystarczająco, by już z iluminatorów zobaczyli pierwsze porosty i proste rośliny. Chyba rośliny... Adanat skupił się bardziej na posadzeniu statku. Wybrał większy kawałek płaskiego terenu, wyglądającego względnie stabilnie, który był też skryty za załomem skalnym, który powinien dać jakiekolwiek schronienie przed silnym wiatrem.
- No dobra, siedzimy. Ubieraj się i wychodzimy. Uważaj, to że planeta jest niesprzyjająca, nie znaczy, że nie ma tu jakichś drapieżników. A z zasady wszystko może być trujące. Żeby ta twoja ciekawość nie skończyła się jakąś tragedią.
Sam poszedł ubrać się w kombinezon, by następnie wyciągnąć na powierzchnię aparaturę badawczą, która miała zebrać dokładniejsze dane już z powierzchni planety.
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
Posty: 27
Rejestracja: 01 wrz 2021, 11:58

Palakwi przewróciła oczami słysząc narzekania kapitana, ale posłusznie wyłączyła silniki i zaczęła ubierać kombinezon. Zawsze żałowała, że na obcych planetach muszą oddychać przez filtry - była ciekawa, jaki zapach miała Lumenera.
Twi'lekanka chwyciła swój datapad i przenośny sekwenator, wrzuciła wszystko do torby i zeszła ze statku, wyprzedzając Verluta o krok.
Oczywiście niemal zaraz po opuszczeniu trapu zignorowała jego ostrzeżenia i uklękła przy najbliższej skale.
- Popatrz! Ślimaczek!
W rzeczywistości stworzenie tylko przypominało ślimaka. Na pierwszy rzut oka można by go przypisać do śluzowców, ale do tego Palakwi potrzebowałaby znacznie więcej czasu; żeby dokładnie obejrzeć żółte stworzonko musieliby dysponować przynajmniej tygodniem.
Palakwi zrobiła kilka zdjęć ślimaka, po czym na kolanach doczłapała do następnego kamienia. Tam nachyliła się nad małą plamą zieleni.
- O, a tu widziałeś? Trochę jak mech, albo porost. Ciekawe, czy te ślimaki to jedzą?
Adanat westchnął, a ona znowu przewróciła oczami. W kapitanie nie było za grosz naukowego zacięcia.
Palakwi zeskrobała trochę zielonego nalotu do probówki, a z niej przełożyła znalezisko do sekwenatora. Podłączyła urządzenie do datapadu i po chwili miała wyniki analizy. Przepuściła je przez inny program do analizy, żeby zobaczyć, co zawiera w sobie nieznana zieleń, a w trakcie kiedy algorytm liczył, ona raczkowała między kamieniami i szukała robaczków.
Verlut cierpliwie czekał, aż datapad zapiszczy, dając znać, że analiza zakończona.
- Zostawisz ten świat robali i powiesz, co z tego wyszło?
- Niestety niewiele - powiedziała Twi'lekanka, odczytując dane. - Proste białka i ściany komórkowe z chityny. Niewiele więcej wartości odżywczych od kamieni. Moglibyśmy oczywiście przerobić to na naszą ulubioną papkę, ale zeskrobywanie tego ze skał zajęłoby lata. Musimy znaleźć coś większego.
Kapitan machnął ręką, więc Palakwi pożegnała się z kolejnymi ślimakami, spakowała rzeczy i ruszyli dalej.
Statek zostawili w zagłębieniu - właściwie jaskini bez stropu - które opuścili przez szczelinę między skałami. Wyszli stamtąd na półkę nad korytem rzeki, a z niej mieli całkiem dobrze wyglądającą ścieżkę wzdłuż ściany doliny, zgodnie z biegiem rzeki.
Szli ostrożnie, uważnie badając grunt przed nimi, gdyż kapitan martwił się, czy półka na pewno ich utrzyma. Po kilkudziesięciu minutach marszu ścieżka zaczęła się obniżać, a dolina kończyć. Wkrótce znaleźli się na poziomie rzeki, na pustym terenie jej prawego brzegu.
Było tam dość jałowo, chociaż sam krajobraz prezentował się nawet różnorodnie. Wszędzie wznosiły się mniejsze lub większe pagórki i wzgórza, a wiele zerodowanych skalnych formacji przybierało dziwne, surrealne kształty. Mimo iż byli blisko granicy cienia, a właściwie prawie tuż na niej, ziemia i powietrze były całkiem nagrzane. Palakwi czuła, że kombinezon zaczął już niwelować wysoką temperaturę, utrzymując wewnątrz przyjemne dwadzieścia stopni.
- Musimy rozejrzeć się gdzieś na tej równinie, ale nie za daleko od rzeki - powiedziała do Verluta. - Może w cieniu albo jakichś zagłębieniach będzie się coś kryło.
Kapitan skinął głową i przygotował broń. Ubezpieczony (ale i trochę paranoiczny) jak zwykle.
Im dalej od rzeki, tym mniej roślin znajdowali. Przypominało to trochę żyzne doliny pustynnych planet, na których rzeka była jedynym źródłem życia. Palakwi zaglądała w każdą dziurę i szczelinę, podnosiła kamienie, zrywała sztywne pędy, nawet podkopała się pod jakąś krzewinę. Znalazła tylko małe, owadopodobne stworzonka i kilka większych, podobnych do łysej myszy. Większość uciekała jednak bardzo szybko, jak tylko wyczuła wibracje podłoża.
Po jakichś dwóch godzinach wędrówki, kiedy obydwoje trochę się rozeszli, żeby przeczesywać większy teren, Adanat odezwał się do niej przez kombinezonowy komunikator.
- Chodź do mnie szybko, tylko cicho. Coś mi się ruszyło w jakimś rowie - powiedział szeptem.
Palakwi zostawiła przypominające polipa coś i od razu ruszyła w kierunku kapitana. Starała się nie narobić hałasu i ostrożnie stąpać, chociaż zajęło jej do dużo czasu.
Adanat kucał przy przypominającej grzyba skale. Jedną ręką przywołał ją do siebie, a drugą, tą z bronią, wskazał przed siebie.
W rzeczonym miejscu Twi'lekanka również dostrzegła ruch. Ostrożnie, stawiając stopę za stopą, wyszła zza trzonka skały. Jakieś dwadzieścia metrów przed nią, w cieniu innej formacji, przykucnęło czarne, opalizujące stworzenie, Miało korpus w kształcie pięciokąta, zawieszony wysoko nad ziemią na pięciu owadzich, członowanych nogach. Z otworu na szczycie korpusu wystawały dwie czułki, spoczywające teraz na ziemi. Przy czułkach otwierało się coś, co najprawdopodobniej było otworem gębowym. Palakwi nie dostrzegła nigdzie oczu zwierzęcia, ale podejrzewała, że czułki, włoski na nogach i najpewniej jakieś receptory na tychże służyły mu za główne zmysły orientacji.
Pochłonięta obserwowaniem śpiącego stworzenia nie zauważyła, że Verlut podkradł się bliżej. Chwilę później padł strzał, a czarny owad odleciał metr dalej. Verlut strzelił raz jeszcze, bardziej już dla pewności, bo zwierzę zadrgało, zatrzęsło się i w akompaniamencie dziwnego skrzeku znieruchomiało.
- Mógłbyś mnie ostrzegać, że zamierzasz strzelać! - rzuciła Palakwi.
- Wtedy ostrzegłbym też twojego robaka. Nie narzekaj już, idź go sobie pokroić.
Palakwi parsknęła, ale zaraz podeszła do martwego stworzenia. Z bliska wyglądało dość obrzydliwie, więc po raz kolejny podziękowała w duchu za to, że ich papka jest bezpostaciowa. Potem wyjęła przybory i wykroiła kawałki stwora - trochę zewnętrznej skóry (skorupy?), trochę wnętrzności, trochę wydzielin różnego rodzaju. Wszystko po kolei przerzuciła przez sekwenator i dała do analizy. Verlut w tym czasie usiadł sobie w cieniu i oglądał okolicę, wypatrując ewentualnych niebezpieczeństw.
- Nareszcie - powiedziała Twi'lekanka, kiedy datapad podał ostatnie dane.
- Co tam mamy?
- Same pyszności. Normalna istota białkowa, nawet ma organ do magazynowania cukrów. Trochę witamin z grupy B, a jak przetworzymy tę jego skorupę, to jakieś mikro- i makroelementy z tego wyciągniemy. No i trochę mi to przypomina stawonoga, ale nie jestem pewna, czy to będzie stawonóg, bo ma jednokomorowe serce, coś na kształt szkieletu, tylko chrzęstnego, no i nawet elegancki układ nerwowy. Tylko te nogi ma segmentowe, a pancerz też taki trochę owadzi. Jestem ciekawa, czy ma larwy... Może to jest jakieś ogniwo pośrednie, forma przejściowa...
- Do rzeczy.
- No w każdym razie ma ten gen, którego nie mają naczelne, a który umożliwia wytwarzane oksydazy L-gulono-γ-laktonowej! Mamy w nim witaminę C nawet! Przydałoby się więcej tłuszczy, no i dalej będzie problem z niektórymi witaminami, ale to dziwadło zaspokoi sporo bieżących potrzeb. Przynajmniej odwlekło na chwilę groźbę szkorbutu. Muszę go jakoś nazwać... pentapod? Może kikutnik pięcionóżek, co o tym sądzisz?
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 64
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Verlut zmarszczył brwi w sposób mówiący wszystko o tym, co sądzi o nazwie "kikutnik pięcionóżek" dla stwora tak obrzydliwego jak ten, którego truchło leżało przed nimi.
- Pentapod. To słowo jest przynajmniej wymawialne.
Twi'lekanka jakby zignorowała jego zgryźliwy ton, dalej będąc zafascynowana nowym "obiektem badawczym". Próbowała dogłębnie zrozumieć ten organizm, w tym sposób jego odżywiania i źródło pożywienia. Z paszczą wypełniona drobnymi i ostrymi zębiskami nie wyglądął na roślinożercę. Zaś jego macki wyglądały na wystarczająco chwytne, by mógł polować. Tylko na co? Adanat miał nadzieję, że na jakieś małe robactwo chowające się wśród skał czy przy rzece.
Upewniwszy się, że w okolicy nie ma zagrożeń, podszedł bliżej do zwłok stwora i wyłożył przy nich durastalową siatkę. Kilkoma kopniakami przepchnął truchło na nią, po czym zaciągnął linkę, łapiąc wszystko w siatkę, by móc ciągnąć to za sobą. Jego brutalne traktowanie pentapoda nie spodobało się Palakwi, co skitowała mamrotaniem pod adresem swojego komandora. W tym samym momencie usłyszeli znajomy odgłos silników mysliwca.
- Chodź, zbieramy się z tym na statek. Viir już ląduje. Sprawdzisz sobie tego stwora dokładniej na frachtowcu, a ja z kimś mniej przyjaznym tutejszej florze i faunie zajrzę jeszcze w te wnęki. Nie podoba mi się, że tą poczwarę spotkaliśmy tylko jedną.
Awatar użytkownika
Durneh Viir
Gracz
Posty: 8
Rejestracja: 02 wrz 2021, 19:43

Statek z Twi’lekanką i Admirałem odłączyli się od Durneha lecąc w stronę pobliskiej asteroidy. Kel Dorański komandos w między czasie został w przestrzeni aby dokładnie zeskanować pole asteroid. Viir mimo iż nie miał artystycznej duszy i najczęściej nie potrafił dostrzec piękna wielu rzeczy, to pole które właśnie obserwował zajęło go na tyle, że nie usłyszał piskliwego dźwięku wydobywającego się ze skanera, informujące o zakończeniu skanu. Szybko się otrząsnął i zaczął przeglądać informacje które udało mu się wyciągnąć.
-I jak tam Viir? Jest coś?- zapytał go głos Verluta, wydobywający się z komunikatora.
-Nic specjalnego, panie kapitanie. Nic więcej niż to czego moglibyśmy się spodziewać po kupie kilku kamyków w przestrzeni kosmicznej. Na mniejszych nie ma prawie żadnych form życia, poza jakimiś pojedynczymi przypadkami insektów które były w stanie wytrzymać w tej atmosferze. Na tych większych znajdzie się coś wartego uwagi. Trochę mchów i porostów, może jadalnych, może nie, proste formy życia najczęściej jakieś insekty, owady lub pajęczaki. Jakbyśmy się bardzo postarali może nawet znaleźli byśmy jakiegoś płaza. Poza tym, że nie ma tlenu, w niektórych miejscach atmosfera może być trująca. Nic więcej nie udało mi się znaleźć.
-Dobra robota Viir. W takim razie wracaj do nas, będziemy się zabierać.
-Jasna sprawa kapitanie.
Durneh obrał na cel planetę, na której wylądowali. Po krótkiej chwili doleciał i wylądował na powierzchni. Otworzył klapę kokpitu i wyszedł im na spotkanie. Kiedy zbliżył się na tyle żeby zobaczyć ze ciągną truchło jakiegoś robaka zawołał.
-Nie mówcie mi, że będziemy to jeść?
-Nie ma takiej opcji żebym w tym grzebał a co dopiero to zjeść. Palakwi nalegała, żebyśmy zabrali to ze sobą na badanie.
-Rozumiem. Wyjaśnimy tylko sobie jedną rzecz. Nie ma szans żebym zabrał to na mój statek. Nie chce mieć statku umazanego jakimś robactwem.
Palakwi burknęła coś po nosem po czym zaczęła przygotowywać truchło do transportu.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Posty: 56
Rejestracja: 26 sie 2021, 21:59

Czas spędzony na planecie mógł wydawać się raczej stracony. Mchy i porosty nie mogły stanowić realnych zapasów żywności dla mieszkańców statku kosmicznego, zaś pięcionogich stworzeń nie zauważyli od momentu przypadkowego spotkania z jednym z nich. Wszystko wskazywało na to, że nie uda im się zebrać wystarczająco materii organicznej, by zrobić z niej choćby tę bezsmakową papkę. Prawda była taka, że rzadko im się to udawało. Verlut czuł, że coś nie gra. Jeśli życie mogło istnieć jedynie na wąskim pasie między dniem i nocą to albo powinno pentapodów być tu więcej, albo wcale. Jego rozum nie akceptował tego, że istniałyby wyłącznie pojedyncze sztuki - chyba, że właśnie trafili na wielkie wymieranie, a on odstrzelił ostatniego samca.
Wiatr się wzmagał, więc spodziewali się, że niedługo będą musieli opuścić tę planetę, wrócić na Sunshine i zameldować o tym, że jednak śmierć głodowa nie została odsunięta o kilka dni. Pewnie trzeba będzie jeszcze bardziej ograniczyć racje żywnościowe. Nie po raz pierwszy, zresztą.
Zajrzał do kilku wgłębień, ale nie znalazł w nich nic ciekawego. Westchnął cicho i - całkowicie nieświadomie - kopnął kamień do jednego z nich. Stoczył się kilkukrotnie uderzając o kamienne ściany, po czym zniknął gdzieś w szczelinie. Verlut odwrócił się i w tym momencie do jego uszu dotarło ciche stuknięcie.
Kamień spadł.
Spadł pod skałę, po której on stąpał.
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 64
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Adanat słuchał odgłosów kamienia, spadającego głębiej i głębiej, aż do jego uszu dotarł odgłos echa niesionego z olbrzymiej pustki gdzieś pod ziemią. Ten krótki dźwięk przywodził na myśl wielkie i rozległe tunele, skryte pod zamrożoną lub spieczoną powierzchnią planety.
- Co do...? Hej, słyszeliście? Tam musi coś być, pod nami.
Trącił stopą jeszcze jeden z kamieni, celując do tej samej dziury i efekt powtórzył się. Po długiej chwili spadania kamień wydał dźwięk uderzania o skałę, roznoszący się echem w olbrzymiej pustce.
- Pod nami musi być wielka sieć tuneli albo jakieś duże jaskinie. Na mój gust, jeśli mamy znaleźć tu coś użytecznego, to właśnie tam. Nie podoba mi się ten pomysł, ale musimy to sprawdzić.
Zaczął rozglądać się za miejscem, gdzie mogliby spróbować zejść do tych tuneli czy jaskiń. Przede wszystkim szukał otworu, przez który mogły przejść stworzenia wielkości przynajmniej tych obrzydliwych pentapodów. Wtedy mogliby zejść tą samą drogą, co te stwory, choć musieliby mieć się na baczności - nie było okazji sprawdzić, czy te stworzenia są agresywne. Po kilku minutach poszukiwań, znalazł wejście do jakiegoś tunelu. Nie było zbyt wielkie, ale każde z nich zmieści się tam pochylając głowy czy idąc zgięte.
- Tutaj, chodźcie. Durneh, pilnuj wejścia. Palakwi, weź, co trzeba do badan a co możesz unieść i schodzimy. Ja upewnię się jeszcze, że statki są wystarczająco chronione przed burzą i nam nie odlecą na drugi koniec planety z wiatrem.
Po kilku kolejnych minutach przygotowań weszli w mroczny tunel prowadzący pod powierzchnię planety.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Posty: 56
Rejestracja: 26 sie 2021, 21:59

Początkowo tunel, którym schodzili był wąski na tyle, że musieli iść gęsiego, momentami zmuszał ich do schylania głów lub nawet poruszania się na czworakach. Po kilku minutach ostrożnej eksploracji trafili na jaskinię, której dno łagodnie opadało w dół stopniowo dając im więcej przestrzeni wypełnionej fluorescencyjnymi, fioletowymi plamami będącymi - jak się okazało po bliższym przyjrzeniu się im - koloniami porostów. Verlut kątem oka dostrzegł ruch przy jednej z nich, więc odruchowo spojrzał w tamtą stronę. Światło jego latarki padło na stworzenie wyglądające identycznie jak to, które zastrzelił na powierzchni. Spłoszony pentapod uciekł stukając odnóżami w kamień.
Z jaskini odchodziły dwa kolejne tunele - jeden prowadzący praktycznie na wprost w stosunku do kierunku, z jakiego przybyli, a drugi dość stromo w dół z wejściem zlokalizowanym po lewej stronie. Według wstępnych skanów, kilka metrów pod nimi znajdowała się wielka, pusta przestrzeń. Durneh postawiłby kryształy kyber przeciwko złomowi z piaskoczołgu jawów na to, że gdzieś z dołu dochodzi dźwięk płynącej rzeki.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
Posty: 27
Rejestracja: 01 wrz 2021, 11:58

Na widok świecących wokół nich porostów Palakwi wydała okrzyk zachwytu.
- Jakie ładne. I te kolory... Jest na co popatrzeć.
Niestety jej towarzysze nie podzielali tego entuzjazmu. Durneh rozglądał się uważnie i co jakiś czas zerkał, czy wyjście na pewno jest za nim, Verlut z kolei o mało nie zastrzelił drugiego pentapoda.
Mężczyźni rozeszli się, żeby przyjrzeć się następnym korytarzom, a Twi'lekanka uklękła przy najbliższej skale i zaczęła pobieranie próbek.
Oczywiście nie mogła powstrzymać się przed rozmową z porostami.
- Jakie wy jesteście śliczne. Ciekawe, jak długo tu już sobie żyjecie. Widzę kryształki, czyli pewnie macie kwasy porostowe. To też trzeba będzie zbadać, czy aby nie będzie trujące... Może nawet jakieś lekarstwa nam się z was uda spreparować.
- Założę się, że lubicie tę atmosferę. Macie sporo azotu, ale mało słońca, więc podejrzewam, że gdzieś z tych skał może się coś ulatniać... Trzeba powiedzieć chłopakom, żeby nie pomyśleli przypadkiem o zdejmowaniu hełmów, prawda?
- Palawki, skończyłaś?
- Tak, tak, idę już.
Verlut wskazał jej znalezione przez niego i Durneha przejścia.
- Jeden wiedzie w dół, drugi prosto, ale jest wąski. Którędy lepiej? - zapytał kapitan.
- Ja bym poszła w prawo - odparła Palakwi po chwili zastanowienia. - Nie uśmiecha mi się potem wracanie z tamtej dziury. A jak uda nam się przecisnąć przez ten korytarz, znajdziemy więcej porostów. No i może jakieś pentapody. Co wy na to?
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 64
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Patrzył jak ich naukowiec z dziecinną radością klęczy przy znalezionych formach życia. Za każdym razem miał obawy, że właśnie takie postepowanie skończy się źle na ich wyprawie, ale nigdy nie udało mu się wyplenić go z tych naukowców. Musiał się z tym pogodzić, ze byli trochę jak niesforne dzieci, gdy znajdowali coś nowego. Nawet, jeśli zauważyliby to w paszczy rancora...
- Dobra, idziemy tym korytarzem w prawo. Ja pierwszy, ty po środku, Durneh zabezpieczasz tyły. Nie zatrzymujemy się, bo takie wąskie przejścia to zawsze dodatkowe zagrożenie. Powiedziałbym też, żeby nie robić hałasu, ale echo w tych jaskiniach tak się niesie, że to raczej niemożliwe.
Zaczęli przemieszczać się wąskim przejściem, które bardzo szybko zrobiło się jeszcze węższe. W końcu dotarli do miejsca, gdzie ledwo co mogli się przecisnąć, a kombinezony zupełnie im tego nie ułatwiały. Do tego skały były ostre w niektórych miejscach, więc musieli bardzo uważać, więc to niby łatwiejsze przejście zaczęło zabierać im sporo czasu.
- Uważajcie, żeby wam się kombinezony nie rozdarły - wysapał.
Po tych słowach musiał jednak na chwilę przystanąć. Poczuł na plecach nagle hamującą ruch twi'lekankę. Na samym końcu wąskiego tunelu napotkał bowiem kolejną przeszkodę. Gęstą zasłonę utworzoną z porostów i dziwacznej siateczki minerałów, na których opierały swoją "powietrzną strukturę". Jednocześnie takie skupisko roślin spowodowało znaczne rozjaśnienie tunelu, choć światło odbijające się od skał rzucało niepokojące cienie. Dowódca wyprawy przez chwilę zastanawiał się, co w takim wypadku powinni zrobić, po czym bez zbędnego ociągania wyjął nóż i zaczął bezceremonialnie ciąć zasłonę z porostów, próbując utworzyć dla nich możliwie jak największe przejście bez zbytniego dotykania tej flory.
W końcu mu się udało. Płaty zasłony padły na skały pod ich nogami i, nadal przeciskając się przez wąskie przejście, Verlut przeszedł nad nimi, po kilku chwilach docierając w końcu do większej przestrzeni. Od razu strzepnął z siebie resztki porostów, który zaczepiły się o kombinezon.
Awatar użytkownika
Durneh Viir
Gracz
Posty: 8
Rejestracja: 02 wrz 2021, 19:43

Kiedy Durneh wylądował na planecie, żeby zabrać resztę ekspedycji zobaczył Admirała, który z niewiadomych powodów kopnął kamyk. Nikt by się tym znacznie nie przejął, dopóki nie usłyszeli by echa kamyczka odbijającego się od kamiennych ścian pod ich stopami. Zdarzenie to zaciekawiło ich wszystkich na tyle, żeby spróbować zejść na dół w poszukiwaniu kompleksu jaskiń.

Okazało się, że jednak się nie przesłyszeli i pod ich stopami naprawdę znaleźli tunele jaskini. Pierwszy szedł Verlut, za nim Palakwi, a tyły zabezpieczał Durneh. Palakwi co jakiś czas zatrzymywała się klękała na ziemi, żeby obserwować porosty, które rosły pod ich stopami.

- Jakie ładne. I te kolory... Jest na co popatrzeć.
Niestety jej towarzysze nie podzielali tego entuzjazmu. Durneh rozglądał się uważnie i co jakiś czas zerkał, czy wyjście na pewno jest za nim, Verlut z kolei o mało nie zastrzelił drugiego pentapoda. Po krótkiej chwili przeciskania się przez skalny korytarz doszli do małej jaskini z której prowadziły dwie ścieżki.

- Jeden wiedzie w dół, drugi prosto, ale jest wąski. Którędy lepiej? - zapytał kapitan.
- Ja bym poszła w prawo - odparła Palakwi po chwili zastanowienia. - Nie uśmiecha mi się potem wracanie z tamtej dziury. A jak uda nam się przecisnąć przez ten korytarz, znajdziemy więcej porostów. No i może jakieś pentapody. Co wy na to?

- Dobra, idziemy tym korytarzem w prawo. Ja pierwszy, ty po środku, Durneh zabezpieczasz tyły. Nie zatrzymujemy się, bo takie wąskie przejścia to zawsze dodatkowe zagrożenie. Powiedziałbym też, żeby nie robić hałasu, ale echo w tych jaskiniach tak się niesie, że to raczej niemożliwe.

Zaczęli przemieszczać się wąskim przejściem, które bardzo szybko zrobiło się jeszcze węższe. W końcu dotarli do miejsca, gdzie ledwo co mogli się przecisnąć, a kombinezony zupełnie im tego nie ułatwiały. Do tego skały były ostre w niektórych miejscach, więc musieli bardzo uważać, więc to niby łatwiejsze przejście zaczęło zabierać im sporo czasu. Podczas przeciskania Durneh rozerwał sobie kombinezon prawie 4 razy, na szczęście nadal był w całości. Kiedy udało im się wyjść z korytarza trafili na ogromną jaskinię pełną kolorowych porostów, mchów i latających robaków. Palakwi prawie przewróciła się z podekscytowania, jak dziecko od razu zaczęła przebierać między florą jaskini. Durneh i Verlut w międzyczasie szukali dalszego przejścia.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Posty: 56
Rejestracja: 26 sie 2021, 21:59

Wąski i kręty korytarz zaczynał schodzić w dół, a wraz z jego stromizną trójka badaczy znajdowała się coraz niżej pod poziomem skalistej powierzchni, na której wylądowali. Skafandry uniemożliwiały im poczucie, że powietrze wokół nich robi się coraz bardziej gęste i parne, ale odczyty na wyświetlaczach ich aparatury były jednoznaczne: wilgotność wzrastała z każdym, pokonanym bezpośrednio w dół, metrem.
Wreszcie, po kilku minutach żmudnego przeciskania się pomiędzy kamiennymi ścianami, naturalny tunel zaczął się nieco rozszerzać pozwalając im na nieco swobodniejszy marsz pozbawiony ryzyka, grożącego utratą życia, rozdarcia materiału skafandra. Nawet nieduże zniszczenie, początkowo niezauważalne i - być może - zlekceważone po dłuższym czasie nieść mogło ryzyko utraty przytomności, choroby lub nawet śmierci, wszystko w zależności od składu powietrza dostającego się pod barierę chroniącą ich przed wpływem nieznanego środowiska, w jakim się znajdowali na obcej planecie. A ten właśnie mógł ulegać zmianie, zawierać substancje o działaniu nieznanym na ich - różniące się od siebie - ciała, bowiem im dalej szli, tym bujniejsze porosty znajdowali. Początkowo niemal niezauważalne, potem przechodzące w plamy wielkości klatki piersiowej dorosłego człowieka, by wreszcie zamienić się w bujną, całkowicie zakrywającą kamień, bogatą w najróżniejsze kolory warstwę, grubą i puszystą poduszkę, z której gdzieniegdzie, na cienkich, niemal niewidocznych łodyżkach, wystawały przezroczyste wąsiki zakończone białym, może półcentymetrowym kielichem albo - w innych miejscach - fioletowe kwiatki rozmiarów paznokcia.
Wszystko to wyglądało na swój sposób bajecznie i dawało nadzieję na znalezienie pod ziemią czegoś znacznie bardziej obiecującego niż niemal martwa powierzchnia planety. Mężczyźni mogli się domyślać, że Daesh'Rha właśnie wkracza do, pełnego obcych i nieznanych form życia, raju.
Prawdziwe niebo znajdowało się jednak dalej - w grocie, którą już widzieli, a której rozmiar zapierał dech w piersiach. Korytarz, którym szli kończył się właściwie pod jej sufitem, zawieszony na pionowej ścianie dobre dwadzieścia pięć metrów ponad gruntem, który dosłownie tętnił życiem. W dole widzieli fluorescencyjne grzyby o rozmiarach przywodzących na myśl drzewa, nieco przypominające te rosnące na Felucii. Pomiędzy nimi zaś, tworząc gęsty dywan wyrastały wielokolorowe rośliny o długich, wąskich liściach, wielkich kwiatach i grubych pnączach.
A wszystko to bez światła słonecznego.
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
Posty: 27
Rejestracja: 01 wrz 2021, 11:58

- O jaa... Ile tu roślinek...
Durneh i Verlut rzucili się, żeby złapać Twi'lekankę za kołnierz, gdyby ta wypadła poza krawędź skalnej półki. Palakwi na szczęście, pomimo zadartej wysoko głowy, za krawędź nie wypadła, ku uldze obu mężczyzn.
- Zejdziemy na dół? - zapytała z entuzjazmem pięciolatki.
Verlut westchnął, ale zaczął rozglądać się za zejściem. Wkrótce razem z Durnehem wypatrzyli jakąś mniej stromą ścieżkę w dół, złapali Palakwi za ręce i poprowadzili ją w dół. Ona w tym czasie kręciła głową jak sowa, próbując dostrzec każdy szczegół otaczającego ich bogactwa naturalnego.
Po zejściu w las świecących grzybów i porostów przystąpiła do badań. Zebrała kilka próbek z roślin i gleby, znalazła też jakieś strumyczki, więc je też przebadała. Kiedy trwała analiza, Palakwi skanowała podłoże i warstwy pod ich stopami. Oczywiście cały czas mamrotała pod nosem.
Z ciekawości zaczęła także przyglądać się dokładniej niektórym kwiatom i ku swojej radości odkryła, że nie wszystkie były roślinami. Po bliższych oględzinach odkryła, że część kwiatów to tak naprawdę gonady tutejszych mięczaków, które wyglądał jak zwyczajne ślimaki bez skorupek. Widziała już wcześniej jeden gatunek, który rozmnażał się w podobny sposób. Dwa osobniki spotykały się i wytwarzały lepki, gęsty śluz, na którym zwieszały się z gałęzi lub skał. Wisząc na paśmie takiego śluzu z boków ich głów wysuwały się gonady, które przypominały miniaturowe wersje dorosłych ślimaków. Same ślimaki oraz ich gonady splatały się ze sobą w dziwnym tańcu godowym. Gonady podczas splatania tworzyły dziwne kształty, przypominające kwiaty, i często świeciły w podczerwieni. Najwyraźniej tutejsze świeciły same z siebie. Potem następowało zapłodnienie, gonady chowały się, a ślimaki rozplatały i opadały na ziemię, by po kilku dniach jeden z pary mógł znaleźć dogodną jamkę i w niej złożyć jaja.
Natura była fascynująca.
- I jak tam? - przerwał jej w końcu Verlut. - Co mamy?
- No to słuchajcie. Pod ziemią jest rzeka zamarzniętego suchego lodu, dwutlenek węgla w stałej postaci. Trochę go tam sublimuje i paruje przez szczeliny do tej jaskini. Ponad to, mamy tu trochę soli żelaza w skałach i wodzie i na tym żyją sobie bakterie żelazowe. Grzyby, porosty i jakieś dwa gatunki prostych okrytonasiennych, które do tej pory znalazłam, żyją w symbiozie z tymi bakteriami i dzięki nim mają energię do asymilacji tego dwutlenku węgla spod ziemi.
- No dobra - przerwał jej Durneh. - Ale co to nam daje?
- Daje nam to tyle, że z roślin można robić papkę. Wody są twarde i mocno zmineralizowane, ale jest ich za mało, żeby coś z nich wyciągać. Jestem ciekawa, czy żyje tu coś większego, może więcej pentapodów, które moglibyśmy... przerobić na więcej papki. Ach, gdybyśmy nie musieli walczyć o przeżycie na tym statku... Mogłabym tu zostać przez parę lat i robić badania, może nawet napisać jakąś pracę naukową...
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 64
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Miejsce, po tym co widzieli na reszcie planety, było niesamowite. Nawet Verlut to rozumiał, choć nie odczuwał aż takiej fascynacji, jak ich pani naukowiec. Mimo wszystko miło było zobaczyć coś bardziej żywego po tylu dniach oglądania skał i co najwyżej dziwnych glonów. Ta anklawa życia w tak niegościnnym klimacie była czymś, co przyciągało wzrok.
Nie mógł sobie jednak pozwolić na więcej podziwiania tego miejsca. Więcej życia, oznaczało też więcej możliwych zagrożeń. I całym szczęściem nie przedarli skafandrów o te cholerne skały. Informacje o atmosferze wypełnionej dwutlenkiem węgla oznaczały dla nich jedno - szybkie uduszenie się po jakiejś standardowej minucie wdychania tutejszego powietrza. Oznaczało to, że są niemal zamknięci w swoich ochronnych powłokach i dosłownie każda rzecz, która by je przerwała w tych głębokich jaskiniach, mogła oznaczać śmierć. Oczywiście mieli jeszcze zapasowy zestaw do oddychania, ale starczał na nie więcej niż dwie czy trzy standardowe minuty. Ekstremalnie mało, by dobiec stąd do statku.
- Pentapody w zupełności mi wystarczą jako największy organizm tej planety. Dobrze, że nie widziałaś więcej małych żyjątek, bo jest większa szansa, że te stwory żywią się tymi glonami tutaj. W każdym razie... Palakwi, masz specjalne zadanie! - Adanat miał nadzieję, że ton głosu pozwoli mu zwrócić jej uwagę chociaż na chwilę. Konkurencja roślinek była bowiem duża. - Zostań tutaj na tej półce, zbierz próbki każdej z roślinek, jaką znajdziesz. Gdy ty będziesz je sobie katalogować na statku, jajogłowi camaasi sprawdzą, czy któreś nie nadają się też na leki. Albo na coś jeszcze. Durneh, ty idziesz ze mną. Zajmiemy się czymś ciekawszym. Widzisz tamten brzeg półki skalnej? Tam zejdziemy niżej. Zaczep porządnie linkę i zejdziemy w dół do tych grzybów i całej reszty. Ja biorę cały ten bajzel do pobierania próbek. Bądź czujny. Nie wiemy, co tu jeszcze żyje.
Awatar użytkownika
Durneh Viir
Gracz
Posty: 8
Rejestracja: 02 wrz 2021, 19:43

Kiedy Durneh i Verlut zostawili Palakwi razem z jej świecącymi roślinkami, zajęli się przygotowywaniem linek do zejścia na niższe poziomy. Kiedy byli gotowy zaczęli powoli schodzić na dół, próbując nie rozerwać kombinezonów. Po drodze widzieli kilka nowych okazów flory na skalnej ściance. Kiedy dotarli na ziemię było na tyle ciemno, że musieli włączyć latarki. Odeszli kawałek dalej od „miejsca zrzutu” i ruszyli w poszukiwaniu czegoś co mogliby przerobić na uwielbianą przez wszystkich papkę.

-No dobra, spróbuję coś tutaj wyskrobać- stwierdził Verlut klękając nad kolorowymi grzybkami – a ty spróbuj znaleźć coś dalej w głębi.
-Się robi szefie

Dalsza część tunelu nie była tak piękna i fascynująca jak wcześniej. Było tutaj zdecydowanie mniej świecących grzybów i kwiatków. Na tyle ile pozwalała widzieć latarka, dało się tylko znaleźć kamienie, szpary czy pęknięcia. Kel Doran zatrzymał się by zebrać próbkę z pobliskiej skały którą porastały dziwne porosty. Z pobranych danych dużo nie był wstanie wyczytać, mimo, że i tak nie zbyt go to interesowało. Co kilka metrów zaglądał do szpar w poszukiwaniu jakiś form życia. Zeskanował tak jeszcze kilka innych roślin. Po niedługiej chwili chodzenia po ciemnym korytarzu, poczuł jak coś miękkiego pisnęło pod jego butem, odruchowo wyjął blaster i posłał jeden celny strzał pod swoje stopy.

-Wszystko w porządku Viir?- krzyknął admirał
-Chyba tak. Coś znalazłem, chodź do mnie.

Kiedy Durneh z dumną miną wyborowego strzelca uklęknął nad tym co zastrzelił. Poświecił latarką nad truchłem czarnego robaka z pięciokątnym korpusem.

-O! Jaka duża mrówka
-No dobra, to od czego nas tym razem uratowałeś?
-Jakiś dziwny robak. Wiesz co to jest?
-Natknęliśmy się już na takiego, to ten sam co leży teraz na statku. Palakwi nazwała go „Pentapodem”.
-Phi, ona to jak coś wymyśli.
-Dobra owiń to w siatkę, tylko ostrożnie, to zabierzemy go na statek i przy okazji będziemy się zbierać.
-Zapaskudzi mi to cały kombinezon- szepnął pod nosem Durneh

Zebrał szczątki robaka do siatki którą zawiesił na plecach.

-Jak Palakwi się dowie, że zabiliśmy kolejnego pentapoda to urwie nam łby
-W takim razie ty jej o tym powiesz, ja nie miałbym serca poinformować pani naukowiec o tak strasznym wydarzeniu.
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 64
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Pentapod, którego zabili, był wyraźnie mniejszy od tego pierwszego. Adanat bezpiecznie założył, że mógł być młodą formą, a to znaczyło, że i czyimś dzieckiem. Dlatego wolał nie ryzykować spotkania z rodzicami. Nawet jeśli podejrzewał te stworzenia o bycie nieszkodliwym dla większych organizmów. W gruncie rzeczy nie wyglądały na drapieżniki.
Wskazał towarzyszowi kierunek, gdzie pozostawili linę do ponownej wspinaczki na skalną półkę. Gdy Kel Dorczyk pokonywał kolejne metry, sapiąc od dźwigania truchła obowiązanego wokół jego pleców, Verlut osłaniał go od dołu. Wtedy właśnie zobaczył jakiś ruch.
Jakieś trzydzieści metrów od niego, wśród półmroku świecących grzybów coś się poruszyło. Nie widział dokładnie co, ale w jednej chwili miał już blaster skierowany w tamtą stronę.
- Durneh, właź dalej. Coś tam się rusza. Jak wejdziesz, to od razu bierz blaster i mnie osłaniaj.
Wspinaczka jego kompana trwała jeszcze chwilę, ale w tym czasie nic więcej nie poruszyło się w tamtym miejscu. Verlut ruszył powoli w tamtą stronę.
- Uwaga, idę to sprawdzić.
Przez całą drogę mijał jednak tylko wielkie grzyby i różnych kształtów porosty czy inną roślinność. Nic się nie ruszało. W duchu miał nadzieję, że może jego obawy były bezpodstawne i młode pentapodów są porzucane przez rodziców, dorastając samodzielnie. Ale wtedy jedną z roślin w kształcie bardzo grubej trawy poruszyła się w stronę najbliższego grzyba i zaczęła oplatać go źdźbłami niczym jakąś winorośl.
- W porządku - przekazał do zespołu. - To tylko miejscowy romans flory.
Korzystając z zestawu do próbek nagrał całą sytuację i zebrał skany. Może naukowcy się tym zainteresują. Już miał wracać na skalną półkę, gdy jego wzrok padł na coś dziwnego pod tą oplatającą rośliną. Leżało tam coś małego, co odbiło refleksem światło z grzyba. Gdy Adanat podszedł bliżej, zobaczył małe czarne kryształy. Wyróżniały się w zielonej pokrywie skał, choć i tak nie były łatwo widoczne w tym świetle. Fartem odbiły go trochę w odpowiednim momencie. Kapitan zbliżył się ostrożnie do rośliny i wziął trzy spośród czarnych kryształów. Miały idealny kształt podwójnego tetraedru, złączonego podstawami.
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
Posty: 27
Rejestracja: 01 wrz 2021, 11:58

Palakwi zabrała się z ochotą za zlecone jej zadanie. Z przyjemnością oddała się zbieraniu całych roślin oraz ich fragmentów, oznaczaniu ich, zabezpieczaniu i pakowaniu do skrzynki na próbki. Narobiła zdjęć, notatek, nawet kilka krótkich filmików - i chociaż nie na wszystkich znajdowały się rośliny, Twi'lekanka czuła, że wykonała kawał porządnej roboty. Gdyby Verlut miał więcej zrozumienia dla nauki i badań, z pewnością doceniłby jej starania. Niestety, pewnie będzie musiała zadowolić się krótką pochwałą, albo milczącą akceptacją. Przynajmniej na statku znajdzie się ktoś, kogo jej badania będą ekscytować.
Być może znalezienie tych pentapodów wniesie trochę nadziei i optymizmu pośród ludzi na "Sunshine". Palakwi było trochę przykro, że odbieranie życia nowo odkrytemu gatunkowi poprawi humory, ale taka niestety była prawda - brakowało im pożywienia, a w takich sytuacjach ludzie zmuszeni byli zapomnieć o swoich moralnych dylematach i dać się opętać swoim naturalnym popędom, czyli właśnie zabijaniu wszystkiego, co można było zjeść. Chęć i potrzeba przeżycia była naturalna, wpojona ludziom przez tysiące lat ewolucji i ciężko byłoby z nią walczyć. Palakwi rozumiała to, chociaż nie lubiła myśleć, że wystarczyło tylko przyprzeć człowieka do muru, by ten porzucił wszelkie swoje przekonania i zasady oddzielające go od dzikiego zwierzęcia i by bez zahamowań powrócił do swoich pierwotnych instynktów. Okazywało się, że natury nie można się wyprzeć.
Kiedy Palakwi zebrała wszystko, co chciała później dokładniej przebadać, Durneh i Adanat nadal nie wrócili, dlatego z ciekawości zabrała się za zeskrobywanie wilgotnych osadów ze skał. Część miała bardzo ładne, wyraziste kolory - od ceglastego, do jasnożółtego. Nie spodziewała się czegoś więcej, niż soli żelaza lub siarki, ale dla zasady one również trafiły do skrzyneczki.
W trakcie zbierania natrafiła także na okrągłe dziurki w ziemi pomiędzy niektórymi skałami. Przyjrzawszy im się dokładniej, dostrzegła, że nieliczne zostały zakryte kawałkami malutkich kamyczków. Palakwi uklękła na ziemi i zaczęła przepatrywać podłoże w poszukiwaniu innych dziurek.
Udało jej się dostrzec jedną z nich, niczym nie zakrytą. Tak jak się spodziewała, wewnątrz coś się kryło. Twi'lekanka wyjęła zza paska pęsetę, nachyliła się nad pierwszym lepszym porostem i pochwyciła malutkiego robaczka. Przeniosła nieszczęsne stworzonko nad dziurkę i wypuściła. Stworzenie opadło i zaczęło wybiegać z pułapki, ale wtedy z otworu wyskoczyła zaopatrzona w ostrze żuwaczki głowa na białym, giętkim i pulchnym tułowiu. Żuwaczki chwyciły robaczka, zacisnęły się na nim i w mgnieniu oka wciągnęły pod ziemię.
Palawki siedziała w kucki i oglądała całą walkę, trwającą niespełna kilka sekund. Zdecydowanie cieszyła się, że największe, co do tej pory spotkali, to właśnie pentapody. Zawsze bała się, że istnieje gdzieś miejsce, w którym fauna przypomina tę z innych planet, tylko jest większa, a wśród dużych przeważają stawonogi. Na szczęście na tej planecie warunki chyba nie sprzyjały zbytniemu ich rozrostowi, nie licząc oczywiście pentapodów, które w porównaniu z niektórymi bezkręgowcami przedstawiały się nader sympatycznie. Niemniej jednak Twi'lekanka z pewnym niepokojem zaczęła się zastanawiać, co takiego zajęło jej towarzyszom tyle czasu.
ODPOWIEDZ