[Dantooine] - Odsetki od wyboru

Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Posty: 175
Rejestracja: 26 sie 2021, 21:59

Karen pogrążyła się w myślach o ucieczce albo chociaż jakiejkolwiek możliwości poprawy swojej obecnej sytuacji życiowej. W tym czasie poczuła, że zaczęli wchodzić statkiem w atmosferę jakiejś planety. Kilka razy nimi zarzuciło w delikatnych turbulencjach, a potem był już tylko szum silników i aparatury pokładowej.
W pomieszczeniu, do którego wrzucono Karen, nie było żadnych okien ani ekranów, dlatego o tym, że dolecieli na Dantooine, dowiedziała się dopiero od jednego z jej strażników - kolejnego chudego, żylastego służbisty. Mężczyzna wydawał się jednak spokojny i dość kulturalny, porównawszy z zachowaniem jej poprzednich "opiekunów".
- Dolecieliśmy na Dantooine, do posiadłości pani Raylii. Proszę teraz za mną, zaprowadzę cię do pokoju.
Zeszli na lądowisko, które umieszczono na wzgórzu, podobnie jak okazałą rezydencję rozpościerającą się naprzeciwko. Katen aż westchnęła, widząc przepastne równiny porośnięte żółtozieloną trawą, jakimiś białymi kwiatami i poprzetykane polami uprawnymi. U stóp wzgórza rozłożyło się jakieś miasteczko, z jasnymi, durastalowymi budynkami i szerokimi uliczkami. Natomiast sama rezydencja prezentowała się wyjątkowo okazale - ogromna, z wieloma przeszklonymi ścianami, kilkoma tarasami, palmiarnią i wysypanymi kamyczkami ścieżkami.
Jej przewodnik szedł przed nią, z rękoma założonymi za plecami, a tuż obok niej maszerowali szturmowcy. Karen zaczęła się już zastanawiać, dlaczego szturmowcy pełnią rolę jej strażników, skoro najwidoczniej została już przekazana w "prywatne" ręce, ale zanim zagłębiła się w tej kwestii dalej, mężczyzna wprowadził ją jakimiś bocznymi drzwiami do rezydencji.
Przeszli przez kilka korytarzy, aż dotarli do mniej zadbanej i okazałej części domostwa. Mężczyzna wskazał jej mały, ciasny pokoik (znowu bez okien), w którym znajdowała się prycza, stolik nocny i mała szafka.
- Pani Rayla nie mogła przybyć od razu do rezydencji, dlatego poprosiła, żebym przydzielił cię do jakiejś pracy - powiedział mężczyzna. - Dołączysz do służby domowej. Masz teraz chwilę, zanim przyjdzie do ciebie nasza ochmistrzyni.
Kiedy mówił, jeden ze szturmowców podszedł do niej, złapał ją za nadgarstek i nałożył ciasną obręcz. Od razu zapaliła się na niej czerwona lampka, co bardzo zaniepokoiło Twi'lekankę.
- To coś w rodzaju kajdanek, ale nieutrudniające pracę - kontynuował mężczyzna. - W razie kłopotów, próby ucieczki lub nieautoryzowanego opuszczenia terenu rezydencji porazi cię prądem i natychmiast zawiadomi ochronę. Traktuj to jak areszt domowy, czy coś w tym stylu. Pewnie miałaś okazję tego doświadczyć, biorąc pod uwagę twoją prezencję... Tak czy owak, dopóki pani Rayla nie wróci i nie postanowi czegoś w twojej sprawie, masz się spisywać tutaj. Ochmistrzyni przydzieli ci twoje zadania.
Po tych słowach bezceremonialnie wyszedł, zabierając ze sobą strażników. Karen została sama i chociaż nie była związana, a drzwi najwyraźniej nie zostały zatrzaśnięte, czując chłód metalu na nadgarstku jakoś nie miała ochoty na piesze wycieczki.
Obrazek
Awatar użytkownika
Karen
Gracz
Posty: 33
Rejestracja: 30 mar 2022, 09:41

Wizyta w bogatej rezydencji zabolała ją bardzo. Całe życie sprzedawała swoje ciało, godność, a nawet rodzinę, a ostatecznie wylądowała na ulicy. Fakt, że jej córka osiągnęła sukces zupełnie inną drogą zawodową, mocno zrujnował ego matki. Poczuła, że jej dotychczasowe życie było próżne i bezwartościowe, ostatecznie nic nie osiągnęła, a z każdym rokiem życia stawała się brzydsza i starsza. Karen wiele lat życia spędziła w niewoli, ale teraz poczuła się zaskoczona i upokorzona. Jej prace związane były z tańcem, zabawianiem gości, rozrywką, masażami i roznoszeniem drinków. Nikt nigdy przedtem nie kazał jej sprzątać. Duma twi'lekanki i resztki godności nie zazwalały jej na ten pogardzany proceder.
- Sprzątanie jest dla droidów, a poza tym mam chore stawy! - Poczuła się zaskoczona stanem rzeczy. Czterdziestolatka w swoim życiu zawodowym nigdy nie pracowała na etacie fizycznie, ani nawet umysłowo. Ponadto Karen otwarcie gardziła takim zawodami. Taniec traktowała jako sztukę, a nienawidziła prac porządkowych. Zmęczona kobieta położyła się na pryczy, rozmyślając przez krótki czas.
Kobieta pozostawiona w spokoju nie mogła dużej leżeć bezradnej. Nadmiar kurzu w zaniedbanym pomieszczeniu wywołał u niej reakcje alergiczną. Chciała lepiej poznać to nowe więzienie, ale nie miała ochoty się podnieść z pryczy. Wierciła się na posłaniu, nie mogąc zdecydować co robić. Pogrążyła się w rozmyślaniu, jak się wydostać z tej rezydencji. Miała nadzieję, że oczekiwana ochmistrzyni pozwoli jej się przebrać, umyć i coś zjeść po podróży.

Karen gapiła badawczo na kajdanki starając się przypomnieć sobie jak działał ten znajomy sprzęt. Jej szare komórki zaczęły intensywnie pracować. Po chwili neurony w jej lekku połączyły się, łącząc fakty i przypomniała sobie stare dobre czasy. W przeszłości Karen sama zakładała swoim córkom tego typu kajdanki, trzymając dzieci w areszcie, pod kontrolą. Lata temu, kiedy Karen jako samotna matka wychowywała dzieci, bez otrzymywania żadnych alimentów oraz z mizerną pomocą socjalną, twi'lekanka pragnęła zarabiać więcej. Odkąd jej córki kończyły czternasty rok życia, Karen wdrażała i zmuszała je do "najstarszego zawodu galaktyki", czerpiąc spore zyski z ich usług. Sprzedawała dzieci tylko wtedy, kiedy te przestawały dzielić się z rodzoną matką zarobioną w ten sposób kasą lub regularnie podejmowały próby ucieczki z domu. Nikt nie sprzedawał kur znoszących złote jaja, a twi'lekanka należała do pragmatycznych osób.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Posty: 175
Rejestracja: 26 sie 2021, 21:59

Karen pogrążyła się w rozmyślaniach nad przeszłością, lecz zanim zdążyła się bardziej w nie zagłębić, drzwi do jej nowego pokoju otworzyły się z cichym świstem. Przeszła przez nie kobieta o typowej dla ochmistrzyni aparycji. Była niska i pulchna, z krótkimi włosami ukrytymi pod chustką, z szerokim fartuchem owiniętym wokół brzucha. Karen przyjrzała się jej ubiorowi i z pewnym niepokojem zauważyła, że strój kobiety był nienaganny - czysty, wyprasowany i skromny. Wykrochmalone mankiety sterczały na baczność, idealnie wygładzone zagięcia spódnicy kłuły w oczy symetrią, a zapięty pod brodą kołnierzyk zapewne dbał o właściwą postawę, obiecując problemy z oddychaniem przy najmniejszym zachwianiu pozycji.
Kobieta położyła na pryczy obok Karen idealnie złożone zawiniątko.
- To twój nowy strój - powiedziała, wskazując przyniesione rzeczy. - Przebierz się teraz, a później przyniosę ci zapasowe.
Karen już miała się sprzeciwić, ale chłodne spojrzenie kobiety i widok strażnika, który przystanął na zewnątrz, jakoś zniechęciły ją do buntu. Ku jej uldze prosta sukienka, którą dostała, nie była specjalnie niewygodna. Od biedy można się było nawet przyzwyczaić do sztywnego, ciemnoszarego materiału.
- Nazywam się Betrita Dabnev i jestem przełożoną służby domowej. Mam cię wprowadzić do tego domu i przedstawić panujące tu zasady. Mam nadzieję, że szybko się uczysz, bo ja nie będę się powtarzać, a za każde złamanie regulaminu przewidziana jest kara. A teraz chodź ze mną, pokażę ci twoje stanowisko pracy.
Betrita ruszyła, nie oglądając się. Strażnik, z którym przyszła, kazał Karen wyjść z pokoju i podążyć za kobietą. Cały czas szedł za Twi'lekanką, a ta czuła na plecach jego wzrok. Karabin, który wisiał mu swobodnie przy boku, był dostatecznym ostrzeżeniem. Ciekawe, czy pozostałych służących też tak witano...
Betrita szła korytarzami pałacu i opisywała poszczególne pomieszczenia.
- Tutaj są pokoje służby. Od godziny dwudziestej drugiej do północy macie czas wolny, jednak nie wolno wam opuszczać tego skrzydła. O szóstej rano jest śniadanie, w tej sali. O szóstej trzydzieści zaczynacie obowiązki.
- Tutaj jest wyjście na dziedziniec. Nie wolno wam wychodzić za bramę. Tutaj jest magazyn. Mogą tam wchodzić tylko tragarze. Tutaj jest sala jadalna dla gości. Ma być w niej porządek, ale kolacje odbywają się tylko co kilka dni. Tutaj jest skrzydło dla pani i pana. Nie wolno ci tam wchodzić. Tutaj są kuchnie. Nie wolno...
I tak to szło. Karen już po drugim pomieszczeniu przestała uważnie słuchać, bo głownie sprowadzało się to do tego, że nic jej nie było wolno. Nie, nie, nie i nie - Betrita jakby zacięła się na jednym programie. W końcu dotarły do kuchni, dużego pomieszczenia pełnego pary, krzątających się ludzi, zapachów i stukotu zastawy.
Betrita wskazała Karen mały fragment stołu, na którym przygotowano już jakieś narzędzia. Obok stała skrzynia pełna czegoś kolorowego - zapewne warzyw, chociaż Twi'lekanka nie była tego pewna.
- To twoje stanowisko - powiedziała Betrita. - Na razie zajmiesz się krojeniem i przygotowywaniem warzyw. Jak skończysz, kucharz wyda ci następne polecenia. Przerwa na posiłek jest za dwie godziny, przyjdziecie wtedy wszyscy do waszej sali jadalnej.
To powiedziawszy, kobieta po prostu odwróciła się i odeszła, a strażnik razem z nią. Karen rozejrzała się, ale nim zdążyła skupić się na czymś konkretnym, przy jej uchu wydzierał się już jakiś Devaronian.
- Do roboty! Masz z tym zdążyć przed obiadem!
Obrazek
ODPOWIEDZ