[Nieznana Przestrzeń] Układ TC-003-B287C (Lumenera)

Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Posty: 167
Rejestracja: 26 sie 2021, 21:59

Papka.
Gdyby był tutaj kwatermistrz Sunshine, najpewniej widziałby jaskinię wypełnioną papką, którą można wyżywić mieszkańców statku właściwie bez względu na ich rasę i gusta smakowe - szczególnie bez oglądania się na te ostatnie, bowiem ta dziwna substancja zasadniczo pozbawiona była smaku. I koloru. I jakichkolwiek walorów oprócz zawartości witamin, minerałów i samego faktu, że pozwalała im nie umrzeć z głodu - a nieumieranie z głodu było w porządku, bo pozwalało następnego dnia znów napełnić żołądek mazią będącą specjalnością szefów kuchni na całej jednostce zawieszonej w kosmicznej próżni. Jeśli kiedykolwiek dolecą do cywilizowanej części galaktyki, połowa uchodźców najpewniej podróż tę będzie kojarzyć nie z nieustanną walką o przetrwanie, ale z tym marnym substytutem pożywienia.
Większość pasażerów Sunshine wiele dałaby za świeżo usmażony, dobrze doprawiony kawałek mięsa - nieważne czy pochodzącego z banthy, świmaków czy nawet rancora. Byleby poczuć na języku i podniebieniu, nie tylko ten wytęskniony smak, ale i strukturę dania tak bardzo odmienną od... papki. Wielu przyznałoby, że taki stek nie musiałby być nawet wysmażony idealnie z ich preferencjami, fani krwistego byliby w stanie zjeść podeszwę, a wysmażonego na wpół surowy plaster. Nie przeszkadzałoby im najpewniej nawet to, że mięso to pochodziło z dwudziestometrowego, fioletowego robala drążącego tunele w skale, doskonale maskującego się wśród absurdalnie wysokich podziemnych grzybów i spoglądającego właśnie fasetkowymi oczami na dziwne dwunożne istoty przyglądające się, wydalanym przez skórę, przypominającym kryształki, produktom jego metabolizmu.
Durneh oraz Nantel dostrzegli stworzenie w tym samym momencie, gdy jego łeb odległy był od nich zaledwie o cztery metry, a jego rozdziawiona paszcza ukazała kilka szeregów malutkich, ostrych jak brzytwa zębów.
Tych zębów były setki. Tysiące.
Obrazek
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 96
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Czarne kryształy mocno zaciekawiły kapitana. Były czymś bardziej niespotykanym niż po prostu kolejny rodzaj skał. Twarde niczym diament, jednocześnie całkowicie czarne. Nie wiedział, czy będą do czegokolwiek użyteczne, ale sam szukał właśnie takich "znalezisk", mając nadzieję, ze kiedyś znajdzie coś, co pozwoli cudownie naprawić okręt, zasilić hipernapęd i w jakikolwiek inny sposób uwolnić ich z tego zadupia.
Wyjął z zestawu do próbek sterylny foliowy worek i ostrożnie umieścił kryształy w środku, by nie zanieczyszczać ich czymkolwiek ze swojego kombinezonu. No i tez samemu się chronić. Verlut właśnie chował do jednej z podręcznych kieszeń dziwne kryształy, gdy podniósł głowę w momencie, by dostrzec fasetkowe oczy wielkiego robala, razem z tysiącami ostrych zębów, niczym ostrza maszyny drążącej.
Zbyt długo w ostatnich czasach napotykał się na niebezpieczeństwa, by jego reakcje nie były szybkie i wyuczone. Czasem nawet ułamek standardowej sekundy na zastanowienie się decydował o życiu i śmierci. Dlatego tacy jak on w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia najpierw działali, a potem myśleli. Od myślenia nad możliwościami mieli swoją panią doktor.
I tak właśnie w tym momencie postąpił Adanat. Wielka paszcza tego robala, która rozdziawiła się tuż przed nim i Durnehem była jak wielka tarcza strzelnicza. Tysiące ząbków wyznaczały koncentryczne kręgi kolejnych punktowanych pól. Im bliżej środka, tym więcej punktów życia zyskujesz. Nie pozostawało więc nic innego, jak tylko zacząć strzelać w sam środek tarczy, który w tym przypadku był otwartym wnętrzem cielska robala.
Jednocześnie jednak zaczął się cofać, nie pozwalając na zbliżenie się stwora, gdyby jego blaster okazał się zbyt słaby. Miał jednak jeszcze w asa w rękawie - gdyby jakimś cudem DL-44 okazał się niewystarczający na wnętrze stwora, to otwarty otwór gębowy idealnie nadawał się do wrzucenia tam termodetonatora.
Awatar użytkownika
Durneh Viir
Gracz
Posty: 13
Rejestracja: 02 wrz 2021, 19:43

Kiedy Durneh i Verlut byli zajęci badaniem małych, świecących, czarnych kryształków poczuli, że ziemia pod ich nogami się porusza. Nie wyglądało to ani na ruch płyt tektonicznych ani na trzęsienie ziemi. Kiedy po chwili ustało obaj zabrali się za zbieranie kryształków. Durnehowi jednak coś nie dawało spokoju. Przejęty ostatnimi wydarzeniami, rozglądał się po ciemnym tunelu w poszukiwaniu czegoś co mogło wywołać takie zjawisko.

Mimo, że w życiu widział wiele strasznego to co zobaczył za swoimi plecami sparaliżowało go. Kilkudziesięciu metrowy, fioletowy robak z ilością zębów większą niż ilość gwiazd na niebie, unosił się nad ich głowami czekając tylko aż będzie mógł zrobić z Verluta i Durneha podwieczorek. Mimo iż całe to zdarzenie trwało kilka sekund, jedyne co Viir zdążył pomyśleć to: „A niech to dunder świśnie”. Komandor nie zdążył pomyśleć wiele więcej, obaj więc chwycili za broń i zasypali potwora ogniem blasterów. Potwór widocznie nie poruszony obrażeniami blasterów, wił się w ich stronę.

-Oby to zadziałało- powiedział Durneh po czym cisnął termodetonator prosto w pełną zębów paszczę potwora.
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
Posty: 42
Rejestracja: 01 wrz 2021, 11:58

W trakcie oczekiwania Palakwi nazbierała więcej próbek niż nigdy dotąd. Pozwoliła sobie na chwilę odprężenia, chwilę niemyślenia o trudach utrzymania przy życiu całej załogi - teraz była tylko ona i dziesiątki małych probówek, w których spoczywały jarzące się z lekka fragmenty grzybów, porostów i kryształków. Czasami żałowała, że nie ma w sobie nic z artystki, bo czasami wyniki badań i suche, naukowe opisy nie oddawały piękna tego, co można było na świecie odkryć.
Po jakimś czasie wstała z kolan i przeszła się w kółko, rozprostowując stawy. Pospacerowała po jaskini, aż w końcu stanęła na półce, po której zeszli Durneh i Adanat i spojrzała w dół.
Tam również gęsto było od kolorowych grzybów i porostów, aż ciężko było dostrzec podłoże. Delikatny blask rzucał blade cienie na ściany jaskini, jak w jakimś narkotycznym teatrze cieni. W tym wszystkim nietrudno było odnaleźć mężczyzn - szli między obrośniętymi kolorami skałami ostrożnie, ale brakowało im pewnej finezji, którą wykazywały pałętające się wszędzie stawonogi i mięczaki.
Wtedy dostrzegła ruch tuż za nimi. Nie zdążyła jednak nawet nabrać powietrza, bo Verlut już odwracał się w stronę uzębionego robaka, który wynurzył się spod ziemi. O tak, tutejsze bezkręgowce zdecydowanie lepiej poruszały się wśród tych skał.
Palakwi spodziewała się, że mężczyźni użyją jedynego znanego sobie środka do rozwiązywania podobnych problemów - po prostu zaczną strzelać. Twi'lekanka podejrzewała, że skoro robal ukrywał się pod ziemią, raczej polegał na odbieraniu drgań niż na słuchu, dlatego chwyciła kilka mniejszych kamieni i zaczęła rzucać nimi w pobliżu robaka. Miała nadzieję, że wstrząsy spadających skał odwrócą uwagę stwora, a przynajmniej wprawią w zakłopotanie jego błędnik.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Posty: 167
Rejestracja: 26 sie 2021, 21:59

Blasterowe strzały, nie tylko raniły zwierzę, ale mogłyby nawet okazać się skuteczne nawet w stosunku do pancerza, jaki wyewoluował po to, by chronić przed ziemią i ostrymi skałami, a nie rozgrzaną, zjonizowaną wiązką energii wystrzeloną z broni zaprojektowanej do tego, by zabijać istoty kryjące się pod nowoczesnym, bardzo wytrzymałym sprzętem wojskowym. Problemem nie była jednak skuteczność ognia, a czas jaki należałoby poświęcić na oddanie wystarczającej liczby strzałów, by tego potwora ranić w stopniu wystarczającym do zatrzymania funkcji życiowych.
Dla odmiany, detonacja ładunku wybuchowego w otwartej paszczy kilkumetrowej istoty pozbawiona była tej wady.
Wielki robal był martwy w tym samym momencie, w którym termodetonator eksplodował zamieniając znaczną część jego ciała w krwawą miazgę barwnie zmieniającą wystrój jaskini sprawiając, że ta w ułamku sekundy zaczęła przypominać plan zdjęciowy jakiegoś przerażającego holowidu. Strzępki bliżej nieokreślonych części ciała i organów dotarły nawet na półkę skalną, na której stała Daesha'Rha, zaś Nantel oraz Durneh byli nimi pokryci od stóp do głów.
W chwili detonacji ładunku zostały rozrzucone nie tylko strzępy ciała fioletowego potwora, ale również tysiące zębów, które w tym momencie zamienione zostały w rozpędzone do dużej prędkości ostre odłamki. Gdyby nie echo ogłuszające echo eksplozji, huk roznoszący się po jaskini jeszcze przez kilka następnych sekund, wszyscy troje mogliby usłyszeć plaśnięcia, mlaśnięcia i inne dźwięki towarzyszące wbijaniu się uzębienia w miękkie tkanki roślinne.
Nantel i Durneh spojrzeli po sobie rozumiejąc, że zagrożenie ze strony potwora minęło równie gwałtownie jak się pojawiło. Ot, technologia po raz kolejny udowodniła swoją wyższość nad ewolucją. Nie mieli jednak okazji specjalnie długo zwycięstwem się nacieszyć, bowiem w momencie, gdy ich spojrzenia się spotkały, zrozumieli wagę popełnionego błędu.
Ich skafandry były podziurawione. Podobnie jak ciała, z których zaczynała wyciekać krew.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Obrazek
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 96
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Wydawało się, że niebezpieczne spotkanie z tubylcem jak szybko się zaczęło, tak szybko się zaczęło i niebezpieczeństwo minęło. Nie przewidzieli jednak jednego. Zęby robala po wybuchu granatu zadziałały jak szrapnel. Bliskość stwora w połączeniu z delikatnością jego powłoki od środka rzeczywiście rozerwały go na najdrobniejsze kawałki, wraz z którymi drobne ząbki cięły wszystko na swojej drodze. Osłony twarzy szczęśliwie wykonane były z wystarczająco wytrzymałego materiału, by zatrzymać wbite w nie drobinki kostne i nie dopuściły do rozszczelnienia hełmu i porozcinania twarzy. Reszta kombinezonu nie była jednak tak wytrzymała. Liczne rozcięcia, znaczone pojawiającą się wokół nich ich własną krwią. Znacząco odróżniała się od brei potwora, którego resztki truchła miał przed sobą. Spojrzął na swojego towarzysza i niestety on był w takim samym stanie, co Verlut.
- Szlag - Adanat spojrzał jeszcze raz na kombinezon, z którego już zaczynało uchodzić cenne powietrze. - Łap za taśmę i owijaj się, zanim się udusisz!
Sam kapitan wyciągnął srebrną taśmę - najlepszy przyjaciel każdego w przestrzeni kosmicznej i zaczął owijać każde rozcięcie, jednocześnie hamując upływ tlenu i tamując trochę krwawienie u siebie. Niedługo potem wyglądał jak słaby żart jakichś dzieciaków, które postanowiły się poznęcać nad kolegą, ale wydawało mu się, że przynajmniej chwilowo zwiększył szanse swojego przeżycia na czas dotarcia na płaskowyż do Palakwi.
Razem z Durnehem ruszyli powoli i bezpiecznie do pozostawionej pod półką skalną liny. Gdy Durneh rozpoczął wspinaczkę, Verlut osłaniał go jeszcze, szukając ruchów następnego z robala, chociaż po takim wybuchu były małe szanse, by następny zechciał się tu zjawić.
- Palakwi, nie jest różowo. Musisz nas poskładać zanim ruszymy z powrotem na statek - rzucił jeszcze do twi'lekanki.
Awatar użytkownika
Durneh Viir
Gracz
Posty: 13
Rejestracja: 02 wrz 2021, 19:43

Kiedy głowa robaka eksplodowała ratując ich od zagrożenia jakie stanowił potwór, sam wybuch spowodował kolejne. Kombinezon admirała i Durneha był na tyle poszarpany że był w stanie zabić ich w przeciągu kilku minut. Zbyt mało żeby dotrzeć z powrotem na statek. Obaj zaczęli obwiązywać rany czym tylko znaleźli. Mimo iż Durneh był w stanie oddychać w próżni, samo wykrwawienie się stanowiło zagrożenie. Nie wiedzieli także czy w powietrzu
nie znajduje się coś co mogło by ich zatruć.

Kiedy Verlut obwiązywał rany kawałkiem materiału Durneh przeszukiwał plecak w poszukiwaniu czegoś co mogło by pomóc im przeżyć. Udało mu się znaleźć strzykawkę z adrenaliną.

- Zawsze coś - powiedział, po czym rozchylił jedną z dziur kombinezonu i zaaplikował sobie część zawartości strzykawki po czym podął ją Verlutowi.

Znalazł także stare resztki bandaża, wystarczyły one jednak tylko na załatanie kilku ran.

Po obwiązaniu się Verlutem taśmą, resztkami bandaża i kilkoma szmatami ruszyli powoli w stronę Palakwi.

- Palakwi, nie jest różowo. Musisz nas poskładać zanim ruszymy z powrotem na statek - rzucił Verlut do twi'lekanki.
- Mam co do tego złe przeczucia – westchnął Durneh
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
Posty: 42
Rejestracja: 01 wrz 2021, 11:58

Palakwi złapała się za głowę na widok towarzyszy, którzy obwiązani srebrną taśmą wdrapali się z powrotem na półkę skalną.
- Nie mieliście lepszych pomysłów? Zawsze musicie wszystko wysadzać?
Varlut rzucił jej zrezygnowane spojrzenie i usiadł na ziemi. Więcej nie trzeba było dodawać.
- No dobra, biegniemy na statek, bo przez skafandry was nie opatrzę. Durneh, czekaj, weźmiesz dla mnie trochę probówek.
Starała się zebrać najszybciej, jak było to możliwe. Na szczęście większość próbek zapakowała już do małej, poręcznej walizki, którą mimo protestów wcisnęła Durnehowi. Resztę rzeczy włożyła do torby, po czym pociągnęła towarzyszy w stronę wyjścia.
Droga powrotna dłużyła się. Mimo tego, że wiedzieli, którędy dokładnie iść, a o zgubienie było raczej trudno, wąskie przejścia i wyboista droga nie ułatwiały zadania. Co jakiś czas któryś z mężczyzn pojękiwał albo klął siarczyście, kiedy wstrząsy podrażniały którąś z licznych ran. Palakwi szła pomiędzy nimi i co jakiś czas rzucała na nich okiem, bo każde westchnięcie i jęknięcie mogło oznaczać coś gorszego, niż chwilowe niedogodności.
W końcu, po zbyt długim czasie, dotarli do frachtowca. Twi'lekanka wepchnęła towarzyszy do środka, zatrzasnęła właz i odpaliła dekontaminację.
- Dobra, rozbierajcie się - zarządziła, kiedy mogli bezpiecznie wejść do dalszej części statku.
Kiedy oni zdejmowali skafandry, Palakwi ściągnęła tylko hełm i od razu pobiegła po apteczkę. Kiedy wróciła, z zadowoleniem zauważyła, że Durnehowi udało się przylepić do kilku mniejszych ran jakiś prowizoryczny bandaż.
Odkaziła szybko ręce, założyła rękawiczki i zabrała się najpierw za Verluta. Nie zważając na protesty i syczenie, odkaziła wszystkie widoczne rany, od razu oceniając ich stan. Sporo z nich to głównie zadrapania, ale trafiło się kilka większych, szarpanych. Szybko owinęła je bandażem.
- Durneh, umyj ręce i podaj mi zastrzyk z bactą.
Palakwi ufała, że antybiotyki z bacty poradzą sobie z tym, co mogło dostać się do krwi Verluta. Po zastrzyku sprawdziła, czy żaden bandaż nie przecieka, po czym posadziła kapitana pod ścianą.
- Jak ci słabo, to weź sobie maskę tlenową i nie ruszaj mi się stąd - powiedziała. - A jak się będziesz kręcił i któraś rana ci się otworzy, to cię zszyję bez znieczulenia.
Potem powtórzyła całą procedurę u Durneha. Kel Dor znacznie lepiej zniósł wybuch, głównie dzięki swojej skórze, jednak jego też czekało szycie. Na szczęście chwilowy upływ tlenu, którego doznali zanim zakleili się taśmą, dla niego nie był tak groźny. Jego maska z pewnością zadbała o to, by w płucach nie zostało nic niebezpiecznego.
Kiedy wszelkie krwawienia zostały zatrzymane, Palakwi wymieniła na spokojnie rękawiczki i zabrała się za zszywanie Adanata. Delikatnie, żeby nie rozerwać tworzącego się strupa, zdjęła opatrunki z największych ran i zaczęła szyć. Zajęło jej to długo, bo nie zwykła tego robić, a szwów do założenia było sporo, ale udało jej się w końcu poskładać towarzyszy do kupy.
- No dobra - powiedziała, odłożywszy w końcu igłę. - Powinniście przeżyć, ale jutro też jest dzień, prawda? Ale jeśli któryś z was zaciągnie na statek obcą formę życia w brzuchu, to się zdenerwuję. Mamy już wystarczająco problemów.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
Posty: 167
Rejestracja: 26 sie 2021, 21:59

Galaktyka pełna była dziwnych stworzeń, a stwierdzenie "od gizek po rancory" nie oddawałoby ani kosmicznej różnorodności, ani koszmarności niektórych z potworów, jakie przemierzały globy krążące wokół milionów gwiazd. Ewolucja zdawała się mieć czasami niezwykłe poczucie humoru, a stworzenia takie jak zdolne do przeżycia w próżni oraz skoków nadprzestrzennych smoki jedynie potwierdzały, że potrafiła zaskoczyć nawet istoty o wyjątkowo bujnej wyobraźni.
Trudno powiedzieć jak wiele organizmów nigdy nie zostało skatalogowanych i nadal czekało na odkrycie, by galaktyczna społeczność mogła dowiedzieć się o ich zapierających dech w piersiach cechach lub zdolnościach. Dotychczas, na przykład, nie napotkano organizmu, którego zęby byłyby jednocześnie jajami, z których wykluwały się kolejne osobniki. Niezwykle okrutny mechanizm - w sytuacji, w której drapieżnik gryzie swoją ofiarę traci część kłów, a te - pozbawione odpowiedniego hormonu dostarczanego do nich za pośrednictwem naczyń w szczęce, aktywują rozwój uwięzionego w środku zarodka. Ten szybko rośnie, opuszcza swoje "jajo" i poprzez ranę dostaje się głębiej do organizmu, gdzie dalej rozwija się w zastraszającym tempie. Po kilku dniach jest na tyle duży i samodzielny, że może wygryźć sobie drogę na zewnątrz.
Doprawdy, lepiej byłoby zostać pożartym niż dać sobie w ciało wbić choć jeden z takich, ostrych jak brzytwa, zębów.
Chciałoby się powiedzieć, że Durneh i Nantel mieli niezwykłe szczęście, iż wielki, fioletowy, skalny czerw, jakiego napotkali nie posiadał takiej zdolności - lub też, że musieliby mieć wyjątkowego pecha, gdyby jednak dysponował tak absurdalnej cechy.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Obrazek
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 96
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Adanat po prostu oparł się o ścianę frachtowca tuz przy śluzie i czekał, aż Palakwi go załata. Było mu słabo i bolało go dosłownie wszystko od licznych małych i większych ranek. Wysiłek dobiegnięcia tutaj był wspomagany adrenaliną, jednak gdy ta się skończyła, zmęczenie uderzyło z podwójną mocą. Igła wbijana co chwilę w jego ciało nie robiła nawet aż tak wielkiej różnicy. Przynajmniej pozwalała mu nie zasnąć z tego zmęczenia. Co jakiś czas spoglądał tez w dół na siebie, szukając resztek ząbków i wskazując swojej wybawicielce co wrażliwsze miejsca. W sumie biorąc pod uwagę druga opcję, która mogła ich tam spotkać, czyli zjedzenie przez tego robala, nie było aż tak źle. Trójka załogi wyruszyła, trójka wróciła, kolejny dzień w raju...
Pozwolił sobie poczekać aż twi'lekanka skończy z kel dorczykiem, by środki przeciwbólowe zaczęły działać i chociaż trochę ułatwiły mu wstanie. Odczekał też, aż Palakwi posprząta bajzel, jaki narobili. Gdy chciała zaciągnąć skafandry do schowka, Verlut zatrzymał ją jeszcze gestem.
- Zaczekaj - w kieszeni mam jeszcze takie dziwne czarne kamienie. Może są coś warte... Całej tej akcji z robalem. Znalazłem je tuż przed tym, jak zaatakował.
Mówiąc to wyciągnął kamienie z kieszeni włożył to jakiejś walającej się pustej torebki i zachował na później. Jajogłowi z Sunshine może coś z tego będą mieli.
- Durneh, jak jesteś w stanie i doszedłeś do siebie, to zakładaj skafander jeszcze raz i pakuj się do myśliwca. Palakwi ci pomoże. Ja idę do kokpitu sprawdzić skanery. Jeśli pogoda pozwoli, to odlatujemy natychmiast.
Trochę jedynie się ociągając i opierając o ścianę, poczłapał powoli do fotela kapitana. Tam odpalił czujniki i czekał na dane, w duchu licząc, żeby chociaż na tym ich przygody się skończyły i odlecieli w próżnię kosmosu. Zastanawiając się nad tym dłużej, to dokonali dzisiaj niezłego odkrycia. Planeta miała co prawda warunki wymagające od pilotów statków naprawdę wiele, ale miała w sobie wodę, jedzenie a może i jakieś zasoby. Na pewno czeka ich kolejna wyprawa do tych jaskiń, ale następnym razem w towarzystwie dobrze uzbrojonej ochrony.
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
Posty: 42
Rejestracja: 01 wrz 2021, 11:58

Palakwi pomogła Durnehowi wyjść na zewnątrz, a potem zapakować się do myśliwca.
- Daj nam znać, jakby jednak zrobiło ci się słabo - powiedziała, kiedy Kel Dor usiadł w fotelu. - Albo ustaw sobie autopilota, tak dla pewności.
Zostawiła go w myśliwcu i wróciła do Adanata. Kapitan uporządkował swoje rzeczy i siedział w swoim fotelu, przygotowując się do odlotu.
Twi'lekankę dopadło w końcu zmęczenie. Kiedy zamknęła za sobą trap, momentalnie poczuła, jak uchodzi z niej zdenerwowanie i zastępuje je wyczerpanie. Niemniej starczyło jej sił, żeby przed odlotem sprawdzić zebrane próbki, upewnić się, że podczas biegu z powrotem nic się nie uszkodziło i posegregować je w torbie. Zabezpieczyła pakunek, zamykając go w szafce na ścianie, po czym usadowiła się na swoim miejscu w kokpicie.
- Dureh u siebie? - zapytał Verlut i kontynuował, kiedy przytaknęła: - To zapinaj się i lecimy do domu.
Kapitan sprawnie poderwał statek i zaczął nabierać wysokości. Najwidoczniej chciał jak najszybciej opuścić planetę i zostawić jej powierzchnię za sobą, przynajmniej na jakiś czas. Palakwi nie zdziwiłaby się, gdyby mieli tu jeszcze wrócić, nawet kilkukrotnie, ale na chwilę obecną i ona miała ochotę odpocząć od zagrożeń. Spotkanie z drapieżnym robakiem wyczerpało jej zasoby odwagi i nerwów - po dzisiejszych przeżyciach utwierdziła się w przekonaniu, że paleontologia to zdecydowanie odpowiednia dla niej dziedzina.
Szybko wzbili się wyżej i niedługo potem opuścili atmosferę. Verlut sprawnie wyprowadził statek z niewielkich turbulencji, kiedy opuścili chmury kłębiące się wysoko nad powierzchnią i bez większych problemów skierował się ku krążownikowi.
Palakwi, otoczona teraz przez niebywale ogromną przestrzeń kosmosu, poczuła się tą przestrzenią nagle przytłoczona. Z jednej strony cieszyła się, że bezpiecznie wracają na pokład, z drugiej jednak już czuła się chora z braku naturalnego światła. Kiedyś, kiedy pierwszy raz wyleciała z powierzchni planety i zobaczyła kosmos, była zachwycona. Teraz, po tylu długich dniach spędzonych na pokładzie "Sunshine", w sztucznym świetle, odfiltrowanym wielokrotnie powietrzu i wśród surowych, metalowych ścian, Palakwi czuła się po prostu chora. Na szczęście w laboratorium, w którym pracowała razem z "jajogłowymi" (jak dumnie określał ich Adanat), miała w probówkach i na szkiełkach liczne okazy roślin. Patrzenie na nie uspokajało.
Po krótkim locie Adanat zameldował się kontroli, a po kolejnych minutach pochłonęła ich gęba hangaru. Kapitan posadził frachtowiec i westchnął. Palakwi nie po raz pierwszy usłyszała, jak mruczy coś o "kolejnym dniu w raju".
W hangarze czekało już na nich kilka osób. Byli tam medycy Caamasi, o których Adanat poprosił przy lądowaniu - czekali z noszami na wszelki wypadek. Oczywiście oddelegowana do opieki nad hangarem i frachtowcem załoga już zajmowała się sprawdzaniem stanu technicznego pojazdu i załamywaniem rąk nad niewidocznymi i nieistotnymi, przynajmniej dla Palakwi, uszkodzeniami.
Komisja powitalna nie mogła także obyć się bez obecności przyjaciół Verluta. Całą trójką szybko otoczyli kapitana, witając się z nim, jakby nie widzieli go od co najmniej stulecia.
Palakwi stanęła na palcach i rozejrzała się. Pomiędzy podekscytowanymi członkami załogi zauważyła w końcu niską kobietę, która musiała podskoczyć i pomachać ręką, żeby zostać zauważoną. Jin Namao w końcu przecisnęła się przez mały tłumek i dotarła do Palakwi.
- I jak było? - zapytała, obejmując przyjaciółkę. - Fajnie?
- Trochę strasznie - odpowiedziała Palakwi. - Ale ciekawie. Widziałam chyba ze trzy nowe gatunki ślimaków.
- A jakieś stawonogi były?
- Oj były.
Jin pałała niezdrową wręcz fascynacją do entomologii. Ekscytowała się żywymi i kopalnymi gatunkami, a jeszcze na studiach napisała cieszący się zainteresowaniem naukowców artykuł o wpływie wędrówek rozrodczych skorków srebrnych na populację przedstawicieli Anurognathus ammoni.
Palakwi razem z Jin wyciągnęły torbę z próbkami z szafki i po zameldowaniu tego Verlutowi, skierowały się do laboratorium.
- Tutaj oczywiście za dużo się nie działo - mówiła Jin. - Ale chyba udało nam się zorganizować coś w rodzaju kompostownika dla sadzonek. Jakbyśmy mieli więcej czasu, to i może w końcu jakieś normalne warzywa by nam urosły, no ale na razie trzeba zadowolić się kiełkami.
- Dobrze, że przynajmniej udało nam się wtedy znaleźć te, co mają trochę witaminy C. Lubię swoje zęby.
- Kilku osobom wypadły. Nieprzyjemny widok.
Po dotarciu na miejsce położyły torbę na środkowym stole i przygotowały się do pracy. Wyjęły skanery, odczynniki i mikroskopy, a wszystko ustawiły na łatwym do przeniesienia wózku. Palakwi ostrożnie powyjmowała próbki i uporządkowała je na statywach. Potem obydwie założyły fartuchy i rękawiczki, po czym zabrały się za sprawdzanie, które z rosnących na planecie roślin, porostów i grzybów mogłyby im się na coś przydać.
Awatar użytkownika
Durneh Viir
Gracz
Posty: 13
Rejestracja: 02 wrz 2021, 19:43

Po wyjściu z jaskini i prowizorycznym opatrzeniu przez Palakwi, Durneh ruszył w stronę swojego myśliwca aby raz na zawsze zabrać się z tego przeklętego miejsca.
Palakwi pomogła Durnehowi wyjść na zewnątrz, a potem zapakować się do myśliwca.

- Daj nam znać, jakby jednak zrobiło ci się słabo - powiedziała, kiedy Kel Dor usiadł w fotelu. - Albo ustaw sobie autopilota, tak dla pewności.
-Spokojnie, poradzę sobie.

Durneh, zmęczony i wycieńczony wystartował i razem z frachtowcem Verluta unieśli się z powierzchni, po czym ruszyli w stronę „Sunshine”.
Kiedy dotarli do hangaru czekali na nich członkowie załogi frachtowca. Oddelegowali medyków z noszami po czym rozeszli się każdy do swojej kwater.
Durneh doszedł do siebie po kilku dniach. Kel Dorański komandos szybko sobie poradził z obrażeniami jakie pozostały po walce z potworem. Po wyjściu ze swojego pokoju ruszył w stronę kantyny, w poszukiwaniu swojego przyjaciela.

-Cedric, tutaj jesteś.
-Witaj Viir- odwrócił się od stołu młody Rodianin

Obaj podali sobie ręce po czym Durneh dosiadł się do Cedrica

-To powiedz. Znaleźli coś w próbkach które im przywieźliśmy.
-Na razie nie wiem. Jajogłowi trzymają wszystkich „nie-naukowców” z dala od laboratorium, i pewnie nic nie będzie wiadomo dopóki sami nie ogłoszą wyników.
-Typowi naukowcy.

Po dłuższej rozmowie i kilku szklanek piwa rozeszli się z powrotem do swoich pokojów.
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 96
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Gdy ich statek lądował w hangarze Sunshine, poczuł niemała ulgę. Kolejny raz, gdy dotarli z powrotem z tych szalonych misji. I prawie w jednym kawałku. Można było odtrąbić niemalże sukces. Kiedy tylko wyszli z frachtowca, otoczyła ich załoga caamasi. Jedni od razu zabrali się za sprawdzanie statku, inny za ładownię, jeszcze innych za nich samych, oceniając ich obrażenia. Gdy już stwierdzono, ze nie padnie martwy tu na miejscu, Adanatowi udało się namówić lekarzy, by zajęli się nim w sekcji szpitalnej. Sam zaś wolał przywitać się ze swoimi przyjaciółmi, którzy także szczęśliwi wrócili znad gazowego olbrzyma.
- Widzę, że przynajmniej u was było spokojniej - zaczął Verlut.
- No raczej, nic tylko puszczaliśmy gazy. - zaczął Hug. - A ciebie, co tak pokiereszowało?
- Robaczek. Miał niestrawności po granacie takie, że rzygnął na nas swoimi setkami zębów. Jak szrapnelem. Mieliśmy farta, bo bydle było wielkie.
- To znaczy, ze znaleźliście planetę z żarciem? Taką z żywym żarciem, które wystarczy złapać i można zjeść?
- Tia... Strasznie nieprzyjazna ta planeta, ale tak, kilka kursów, solidna ekipa w podziemnych jaskiniach i będziemy mieli co jeść i pić. Może nawet przez miesiąc...
- No nie gadaj... Musisz wszystko nam opowiedzieć - twi'lek z ekipy był wyraźnie podekscytowany.
I tak, chcąc nie chcąc Adanat udał się na badania w towarzystwie eskorty znajomych, którym zdawał raport z tego, co znaleźli. Przy okazji odpalił też nagrywanie w datapadzie, by przekazać te same informacje od razu, jak tylko zjawił się ktoś z dowódców caamasi. Najpierw da im posłuchać o wszystkim, a na spotkanie umówi się, gdy już trochę wydobrzeje po tej przygodzie. Nim jednak zasnął po wszystkim w swojej kajucie, zauważył, jak Licznik Przeżycia przesunął się na pięćdziesiąt cztery standardowe dni. Szybko policzyli bazując na podstawie jego raportu i zapisu z kamer. pewnie już nastepnego dnia wyślą tam pełny oddział istot, by zdobyć to żarcie.
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
Posty: 42
Rejestracja: 01 wrz 2021, 11:58

Tuż po tym, jak Jin i Palakwi uporządkowały rzeczy po pracy, przyszli naukowcy Caamasi. Odebrali napisane przed chwilą sprawozdanie oraz niektóre wyniki badań, po czym zajęli największy stół, rozmawiając między sobą. Twi'lekanka chwyciła przyjaciółkę pod ramię i razem wymknęły się z pracowni, zanim Caamasi przyszło do głowy poprosić je o coś jeszcze.
- Słowo daję, padam na twarz - powiedziała Jin, kiedy szły korytarzem.
- Muszę cię zabrać w końcu na jakiś zwiad, to zobaczysz, co to prawdziwe zmęczenie.
- Bo wy nie umiecie sobie radzić ze stawonogami. - Udała obruszenie Jin. - Adanat i ten Kel Dor pewnie od razu zaczęli strzelać. Do robaków trzeba mieć odpowiednie podejście.
- Ale oni mają podejście. Z dystansem. I odbezpieczonym karabinem.
Wychodząc, dostrzegły licznik, na którym liczba bezlitośnie uwidaczniająca krótkość ich życia, spuchła do pokaźnej wartości pięćdziesięciu czterech dni. Z tej okazji postanowiły poświętować i zrobić sobie w tajemnicy trochę nieregulaminowego wolnego.
Po krótkim spacerze dotarły na rampę, która obiegała cały hangar na wysokości jednego piętra. Na dole mechanicy nadal biadolili nad stanem frachtowca, ale zdążyli się już zabrać do pracy i teraz oprócz ich podniesionych głosów i przekleństw było słychać także syk spawarek i stukot młotków. Palakwi słyszała kiedyś, jak jeden z mechaników chwalił się, że nie ma takiej rzeczy, której nie potrafiliby wyklepać.
Usiadły na jakichś skrzyniach pod ścianą, żeby nikt nie mógł ich zauważyć i obarczyć dodatkowymi zajęciami. Twi'lekanka wyjęła swój termos, odkręciła i nalała ciepłego jeszcze płynu do kubka.
- Jak to jest ta twoja kawa, to nie chcę - powiedziała Jin, kiedy Palakwi wyciągnęła kubek w jej stronę. - Po tym nie śpi się przez dobę.
- To nie kawa, tylko ciepła woda. Herbata się skończyła.
Siedziały, popijając wodę. Z hangaru na dole docierały co jakiś czas głośniejsze przekleństwa albo brzęk upadających narzędzi.
- Pamiętasz, jak na drugim roku przyjechała na mecz drużyna pilotów z Akademii? - zagaiła Jin. - Ależ to byli ładni chłopcy.
- Wymuskani trochę. Archeologia przepiła ich pierwszego dnia. Ale dobrze grali.
- Oni byli trochę starsi od nas. Jak my kończyłyśmy, to już na pewno większość z nich gdzieś latała. I gdzie oni teraz są?
- No, to zależy, gdzie ich przyjęli - wzruszyła ramionami Palakwi.
- Nie, mam raczej na myśli, gdzie są ci przystojni? Chyba przecież nie wyginęli.
- Za słaba ta woda na takie rozmowy...
- Mówię poważnie. Widziałaś na "Sunshine" jakiegoś pilota, który by chociaż przypominał tamtych?
- Biorąc pod uwagę, że większość tutejszych to Camaasi, to masz rację, nie widziałam.
- Oh, Pal, brakuje mi nowych twarzy. Tyle planet jest we wszechświecie, dlaczego trafiamy na same niezaludnione?
- Dobre pytanie. Niestety nie do mnie.
Jin parsknęła. Z westchnieniem wyciągnęła przed siebie nogi i oparła je na skrzyni.
- Jak już uda się nam wyrwać z nieznanej przestrzeni, to pójdę do baru z prawdziwego zdarzenia. Zamówię najdroższego drinka i zagadam do pierwszego przystojnego chłopaka, jakiego zobaczę.
- Ja to bym psa chciała - rzuciła Palakwi. - Takiego, co by lubił biegać za piłką. Mogłabym mu godzinami taką piłkę rzucać.
- Wiesz co? Jak przeżyjemy, to kupię ci psa. A potem zabiorę was do baru.
Palakwi uśmiechnęła się. Wkrótce zrobił się senne, więc poszły do swojej kajuty. Dzieliły ją jeszcze z dwiema innymi osobami - statek był co prawda duży, ale musieli poupychać ludzi tak, by zmieścić ich jak najwięcej. No i większość osób wolała dzielić się wygodną kajutą, niż mieć dla siebie więcej miejsca na skrzyniach w zimnym hangarze.
Palakwi weszła pod oprysk bardziej dla spokoju, niż z konieczności. Pomimo przejścia dekompresji, miała wrażenie, że cała pokryta jest pyłem z planety, dlatego dokładnie wyszorowała każdy kawałek ciała. Potem ubrała się w luźny strój, który z racji swojego wieku i wyglądu służył już tylko jako piżama, po czym z westchnieniem ułożyła się na swojej pryczy. Na posłaniu obok chrapała już Jin. Twi'lekanka z ulgą wyciągnęła plecy, a po chwili spała także i ona.
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
Posty: 96
Rejestracja: 31 sie 2021, 22:22

Następnego dnia obudził się jakby był cały poobijany. Dopiero po chwili od otwarcia oczu dotarło do niego, że faktycznie jest. Zaraz po pospiesznym śniadaniu czekała go więc kolejna wizyta w ambulatorium, by sprawdzić stan jego ran. To tam spotkał Huga, który uzgadniał coś z jednym z lekarzy.
- Cześć szefie. Dzisiaj dzień urlopu po chwalebnym powrocie z nowym źródłem naszej życiodajnej papki?
- A gdzie tam. Już mnie wezwali za godzinę na spotkanie z radą. Ci cali caamasi... Szwy mi popękają od stania i wysłuchiwania całej tytulatury i protokołu. No ale trzeba...
- Eee tam, może dzisiaj dadzą ci chociaż krzesło, jak zobaczą, ze ci szwy pękają od stania na baczność. - Odebrał paczkę od lekarza i skinieniem głowy mu podziękował. - Dobra, to my lecimy znowu do tego gazowego olbrzyma. Pewnie teraz codziennie kilka kursów będzie nim źródełko wyschnie.
- To do zobaczenia.
Gdy Hub poszedł, rodiański doktor zwrócił swoja uwagę na Adanata. ten nigdy nie pamiętał jego imienia. Albo inaczej. Każdy rodianin wyglądał dla niego tak samo, więc zwykle nadawał im w myślach jakieś imię jak Bob, czy Rob.
- Lepiej? Leki działają? - Bob już wyciągał podstawowe przyrządy do badania i opatrunków jak skaner, nowe szwy czy bandaże z bactą. - Dla ciebie i twoich ludzi zawsze zrobimy wyjątek i damy, co najlepsze mamy, ale i tak nie mogę ci poświęcić za dużo czasu. Jest nas ledwie garstka na wszystkie istoty na statku. A Kathia się ostatnio rozchorowała.
To imię kojarzył. Inna lekarz z ambulatorium, która go zwykle przyjmowała. Nawet zmartwił się jej stanem.
- Co jej jest?
- Nic eee niezwykłego. Sraczka po glonach...
- A to...
Odkąd przypadkiem zeszli na gówniane tematy, rozmowa przez resztą część wizyty już im się nie kleiła. Verlut został przebadany i pożegnał się z lekarzem, życząc mu jak najmniej pracy.
Teraz przyszedł czas na zebranie z caamasi, przede wszystkim Elegos A'kla, młodocianym władcą, którego jednak los zmusił do szybkiego dorastania.

Powrót na "Sunshine".
ODPOWIEDZ