Content

Inne

Boston 1926

Image

Boston 1926

Postprzez Quorn » 13 Gru 2015, o 18:39



Bostońskie noce często bywały mgliste i zimne. Mlecznobiałe i chłodne opary wypełzały znad kanałów i brały w swoje władanie nabrzrża, mosty i ulice. Zakradały się do okien i drzwi domostw jakby chciały zaznać odrobiny ciepła i śwatła. Wspinały się po ścianach by sięgnąć dachów i powoli skryć całe miasto nieprzeniknionym całumem. Całumem, który nadawał geometrii budynków nowego niesamowitego i tajemniczego wymiaru.
Takie noce doszczętnie przeganiały z ulic ludzi i cały gwar tętniącego za dnia życiem miasta. Pustka jaka panowała wtedy była przytłaczająca i wlewała w serca nielicznych przechodniów uczucie nieskończonej samotności. Cisza kładła się na wszystkim a opary mgły zdawały się tłumić wszelkie dźwięki. Czasem dało się usłyszeć stukot obcasów, gdy ktoś gdzieś spiesznie przemykał, plusk wody w jednym z wielu kanałów lub prychającego gdzieś wygłodniałego kota. Dźwięki te jednak obdarte z normalnego miejskiego tła były obce i dziwnie drażniły wyobraźnię. Docierały zewsząd a jednocześnie nie miały swego źródła.

Tej nocy gdy zaczyna się nasza historia panowała właśnie taka noc. Jedną z wąskich uliczek starego miasta szedł pewien mężczyzna w szarym płaszczu i kapeluszu na głowie. Niósł teczkę. Jej zawartość przeznaczona była dla oczu jednego z detektywów w mieście. Detektywa, którego dom mężczyzna próbował właśnie odszukać.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 743
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 22 Cze 2018, o 10:08

***

W cichym biurze, w środku nocy, przy świetle niewielkiej lampy biurowej Rusty Vanderbeck kończył nocną pracę. Czuł już piasek pod oczami i miał już dosyć przecierania oczu. Późna pora i trzy konkretne szklanki whiskey skutecznie kołysały do snu. Nie chciał jednak zostawiać na jutro pracy, którą prawie miał skończoną.
- Jeszcze pół godziny, damy radę. - Powiedział do siebie i odchylił się do tyłu zatapiając swoje ciało w wygodnym skórzanym fotelu. - Jeszcze pół godziny...

Z drzemki wyrwało go brzęczenie elektrycznego dzwonka. Choć w zasadzie nie był pewien czy dobrze usłyszał. Może mu się zdawało. Spojrzał na zegar, którego wskazówki pokazywał 23:45.
- Kwadrans do północy? I goście? Nieee... Przyśniło mi się.
Niemalże wyskoczył z fotela słysząc jak natarczywe brzęczenie powtórzyło się.
Zeskoczył z fotela, wziął niewielki podnóżek i przystawił go do okna. Wszedł na niego (przeklinając swój nikczemny wzrost) i uchylając ciężką zasłonę wyjrzał na ulice. Przy furtce stał mężczyzna w ciemnym płaszczu i kapeluszu. Miał też przy sobie teczkę, którą ściskał pod pachą. W słabym świetle latarni ulicznych i panującej wszędzie mokrej mgle nie dało się dostrzec nic więcej.
Mężczyzna zadzwonił po raz trzeci.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 743
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 22 Cze 2018, o 19:26

Nigdy nie nazwałby się tytanem pracy, a do późnych godzin nocnych siadywał tylko w doborowym towarzystwie wyjątkowo dobrego alkoholu, ostatnio jednak trochę zmienił ten zwyczaj. Pracował teraz nad sprawą zaginięcia pewnej młodej dziewczyny. Co prawda jej matka przyszła do niego dopiero dwa dni temu, a Rusty i tak podejrzewał, że młoda znajdzie się niedługo w jakimś barze, albo przyprowadzona z dworca kolejowego przez policjanta, ale nie mógł pozbyć się jednej natrętnej myśli. Tego ukrytego pod czaszką, napawającego ciągłym niepokojem głosu, który kazał widzieć mu w tym tego psychopatę sprzed lat. Dlatego Rusty zarywał już trzecią noc, sprawdzając wszystkie szczegóły sprawy, żeby mieć absolutną pewność, iż tym razem nic nie przeoczy.
Organizm jednak wiedział swoje. Nawet nie zauważył, kiedy miękka skóra fotela otuliła także jego zmysły, pozwalając zapaść w ten rodzaj wyjątkowo błogiego snu. A świdrujący dźwięk dzwonka niemal z bólem przywrócił go do rzeczywistego świata.
Kiedy wyjrzał przez okno, mimowolnie się uśmiechnął. Nie mógł wyobrazić sobie bardziej typowego stroju dla kogoś, kto chciał niezauważony przemknąć przez miasto. Oczywiście on, Rusty, to co innego. Był detektywem, musiał przecież jak detektyw wyglądać, jakoś się prezentować.
Kiedy dzwonek rozbrzmiał po raz trzeci, Rusty zszedł z podnóżka i sięgnął po "pieprzniczkę" z szuflady biurka. Schował rewolwer za paskiem, tak na wszelki wypadek. W końcu niewielu normalnych ludzi odwiedza detektywów o takiej porze.
Ubrał swój płaszcz i kapelusz, po czym wyszedł pospiesznie przed dom. Noc była zimna, wilgoć w mgle niczym miniaturowe szpilki chłodu wbijała się w ciało, wprawiając mięśnie w drżenie. Karzeł skinął głową nieznajomemu i zaprosił do środka, otwierając furtkę.
W biurze odruchowo nalał pozostawione wcześniej whisky do dwóch szklanek i usiadł w swoim fotelu, gestem zapraszając gościa. Ten, cały czas trzymając teczkę pod pachą, zdjął kapelusz i powiesił go na stojaku pod drzwiami. Rusty mógł w końcu lepiej przyjrzeć się nieznajomemu.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 34
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 23 Cze 2018, o 00:17

Mężczyzna nie od razu się odezwał. Powoli, jakby z namaszczeniem, rozglądał się po pomieszczeniu. Rusty nie mógł się oprzeć wrażeniu, że jego gość go wycenia i wylicza wartość usługi karła. Budził przy tym skojarzenie z urzędnikiem-służbistą. I to z perfekcjonistą w dodatku. Rusty sam nie wiedział dlaczego tak pomyślał. Gość po prostu tak miał.
Mężczyzna miał krótko przystrzyżone siwe włosy i zadbaną brodę tego samego koloru. Na wąskim i spiczastym nosie tkwiły okulary, zza których spoglądały bystre oczy niebieskiego koloru. Ubiór - choć nie był nowy - zdradzał, że jego posiadacz miał pieniądze. Płaszcz, marynarka, koszula, spodnie, buty słowem wszystko, sprawiały wrażenie dobrze dopasowanych i były wykonanych z dobrych materiałów. Na taki luksus biedny by sobie nie pozwolił.
- Przepraszam za tak późne najście - odezwał się w końcu gdy usiadł na przeciwko Rusty'ego. Cichy i spokojny głos komponował się z ogólnym wrażeniem jakie robiła jego postać. - Nazywam się Martin Bauer i zajmuje się zawodowo prawem spadkowym.
Urzędnik odsunął szklankę z whisky i położył w to miejsce teczke. Po chwili z jej wnętrza na blacie biurka wylądował list. Karzeł od razu dostrzegł duży napis "Testament".
- Przybywam w imieniu zmarłego Thomasa Fridericka Kennedy'ego. W swoim testamencie zawarł klauzulę, że jego majątek ma zostać rozdysponowany dopiero po tym jak sprawę jego śmierci zbada niezależny detektyw. A jako, że testament został otworzony dwie godziny temu - i jego rodzina bardzo nalegała na podjęcie szybkich działań - nie miałem innego wyjścia jak tylko wybrać się do Pana i złożyć niniejszą ofertę.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 743
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 23 Cze 2018, o 19:25

Gdy Bauer mówił, karzeł nasypał trochę tytoniu do komina fajki i zapalił ją. Zaciągnął się powoli, zakładając nogi na stół. Specjalnie wybrał do swojego gabinetu mały, salonowy stolik, żeby mógł do niego dosięgać, i przerobił go na biurko. Lubił czuć się wyższy, niż w rzeczywistości.
Tytoń rozbudził go, umysł zaczął wreszcie pracować na normalnych obrotach, analizując sytuację. Ten cały Martin Bauer wydawał się arogancki, a jednocześnie Rusty był pewien, że mężczyzna, w odpowiedniej sytuacji, mógł przejawiać wyjątkowe skłonności do lizusostwa. Jego gość należał do tej grupy ludzi, która niezmiernie irytowała karła. Rusty nie mógł jednak zaprzeczyć, że w tym osobniku było coś... intrygującego.
Sama sprawa też była ciekawa. Widocznie w owym testamencie musiały znajdować się ważne dla rodziny zmarłego rzeczy, skoro nalegali na tak szybkie podjęcie działań. Praca z apodyktyczną i chciwą rodzinką zawsze była czymś interesującym.
- Cóż - zaczął powoli - nie mam powodów, by odmówić podjęcia się współpracy. Jednak jedna rzecz nie daje mi spokoju. - to powiedziawszy, zdjął nogi ze stołu, nachylił się w kierunku Bauera i kontynuował, gestykulując fajką - Pan Kennedy był bardzo przewidujący, skoro spisując testament, wiedział, że ktoś będzie musiał zbadać okoliczności jego śmierci, prawda?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 34
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 26 Cze 2018, o 08:51

- Cieszę się. - Odpowiedział Martin i uśmiechnął się. - W takim razie czuję się w obowiązku udzielić Panu kilku informacji.
Facet bez wątpienia był typem pracoholika. Praca była całym jego życiem. Rusty zauważył brak obrączki na dłoniach prawnika; brak żony z pewnością było utłatwieniem przy pracy polegającej głównie na wielogodzinnym siedzeniu nad dokumentami, listami i pismami urzędowymi. Także świadomość tego, że połowica nie czeka w domu na męża była nie bez znaczenia w przypadku nocnych eskapad takich jak ta.
- Jestem wykonawcą spadku Pana Kennedy'ego. A także jestem... byłem... jego przyjacielem. Chyba ostatnim, który mu został w Bostonie. Nawet jego rodzina odwróciła się od niego... I właśnie. Rodzina. Jak Pan słusznie zauważył. Pan Kennedy był bardzo przewidujący. Kiedy powiedział mi trzy miesiące temu, że chce dokonać zmian w testamencie uznałem to za ponury żart. On jednak potraktował to poważnie.
- Proszę... - w tym momencie Martin podsunął w stronę Rusty'ego dokument. Detektyw wziął papier do ręki i otworzył go. Jego oczom ukazał maszynopis ułożony pod dyktando Thomasa Fridericka Kennedy'ego - ... w ostatnim punkcie strony otwierającej testament pojawia się zapis: "W przypadku mojego nagłego zejścia z tego świata, sprawę moją proszę potraktować jako sprawę kryminalną i oddać ją odpowiednim ludziom do zbadania. Nawet wtedy gdyby policja i lekarz sądowy twierdził, że śmierć odbyła się z przyczyn naturalnych. W przypadku udowodnionego zabójstwa proszę pominąć wszystkie klauzule i wykonać tylko ostatnią. Tę spisaną w lipcu 1926 r. Jestem pewien, że tego niegodnego czynu dokona ktoś z moich bliskich". Cytuję z pamięci... - Martin zamilkł.
Rusty miał przed oczami każde słowo z cytowanej przed chwilą z pamięci wypowiedzi. Prawnik nie pomylił się ani razu.
- Jeżeli jest Pan chętny to mam przygotowany satysfakcjonujący kontrakt dla Pana - na biurku wylądowało kolejne pismo. - Ja już swój podpis złożyłem. Wynagrodzenie jakie Pan uzyska Powinno Pana zadowolić.
Rusty od razu dostrzegł jedynkę i kilka zer za nią i symbol amerykańskiego dolara. Było satysfakcjonująco.
- W piątek o godzinie 19.00, odbędzie się kolacja, na którą Pana zapraszam. Będą na niej wszyscy, którzy w dniu śmierci Pana Thomasa byli w domu. Będzie mógł Pan rozpocząć swoje śledztwo. Ma Pan więc trzy dni na przygotowanie się. To niedużo, wiem. Jednak czas - w takich sprawach - najczęściej nie chce współpracować z żyjącymi.
- Czy ma Pan w tym momencie jakieś pytania? Być może będę mógł udzielić odpowiedzi na nie.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 743
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 26 Cze 2018, o 23:15

Miał pytania, i to nawet sporo. Sprawa wydawała się na razie dość mglista, niemal jak miasto za oknem. Ale na początku każda taka była.
W głowie już zaczął układać plan na najbliższe trzy dni - gdzie pójść, z kim się spotkać. Czekało go dużo pracy. Coś czuł, że będzie musiał obejść kawał miasta. A na jego krótkich nóżkach dystans wyjdzie dwa razy większy.
Wiedział już, chociaż na razie nie tak dokładnie, jakby chciał, czego podczas pracy będzie musiał się wystrzegać. Jeśli rzeczywiście ktoś z rodziny Kennedy'ch popełnił morderstwo, to będzie utrudniał Rusty'iemu prowadzenie śledztwa. Ale karłowi to nie przeszkadzało - bynajmniej, zamierzał to nawet wykorzystać.
Rusty usiadł wygodniej i wyjął pierwszy lepszy notes, żeby zapisywać najważniejsze informacje. Po każdym pytaniu robił przerwę, żeby dać Bauerowi czas na odpowiedź i sobie na zanotowanie jej.
- Czy lekarz sądowy badał ciało dokładniej? Kiedy, jak i w jakich okolicznościach znaleziono ciało? Czy Thomas F. Kennedy na coś chorował, miał jakichś wrogów, długi, prześladowały go jakieś błędy młodości? Czy przed śmiercią rozmawiał o tym testamencie z panem, panie Bauer? Wydarzyło się coś niezwykłego te trzy miesiące temu, kiedy kazał zmienić testament? Czy przed śmiercią chodził w jakieś podejrzane miejsca? Jacy członkowie rodziny są w Bostonie, czemu się od niego odwrócili, dlaczego nie miał więcej przyjaciół? Co to za klauzula z lipca 1926, którą należy wykonać w przypadku zabójstwa? Czy kiedy dyktował testament i zmiany do niego, ktoś jeszcze przy was wtedy był? Czy przed jego śmiercią ktoś z rodziny dziwnie się zachowywał? Ktoś w domu go prześladował, podsłuchiwał, śledził?
Kiedy Bauer skończył odpowiadać, karzeł spojrzał jeszcze wymownie na testament.
- Mogę zatrzymać ten testament, albo dostać chociaż jego kopię?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 34
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 27 Cze 2018, o 08:13

- Mamy 15 października. Pan Kennedy zszedł z tego świata w nocy z 4/5 października w dniu swoich 80 urodzin. Znaleziono go w swoim gabinecie po tym jak uroczystość została oficjalnie zakończona. Lekarz sądowy stwierdził zgon z przyczyn naturalnych. Jeżeli Pana to interesuje był nim dr Frank Penn, który jest licencjonowanym patologiem i ma podpisaną umowę z Bostońskim sądem.
- Niestety nie miałem aż tak głebokie wglądu w życie Pana Thomasa. Jego rodzina miała pieniądze a on dorobił ich jeszcze więcej. Złoty interes zrobił swego czasu na browarnictwie i rybołówstwie. Ktoś z tego środowiska z pewnością życzył mu źle. Tym bardziej, że w sprawach biznesowych Pan Kennedy - łagodnie rzecz ujmując - był bezkompromisowy.
- Nie chorował. Ba, jak na 80 latka był wyjątkowo krzepki i sprawny.
- Cóż... Jego dwaj synowie mieli powody by nie przepadać za nim. Tak myślę. Pan Kennedy był surowym rodzicem i jako wdowiec dał braciom Patrickowi i Jamesowi twardą szkołę. Dość powiedzieć, że skąpił im pieniędzy i dzieciaki pomimo pozornego dostatku nigdy za bardzo nie szastali pieniędzmi. Pan Thomas powtarzał mi ciągle, że nic im nie da bo na pieniądze to trzeba zapracować. Więc gdy dorośli opuścili rodzinny dom uwalniając się od ojcowskiej tyranii.
- Klauzula mówi o przekazaniu całego majątku w pieniądzu i w nieruchomościach Fundacji Browarniczej z Oldbarn.
- Niestety nic więcej nie wiem. Niestety nie posiadam kopii tego testamentu więc muszę ją ze sobą zabrać. Jeżeli jednak jest to dla Pana konieczne na jutro przygotuję odpis dla Pana.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 743
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 28 Cze 2018, o 11:15

- Bardzo bym prosił o ten odpis testamentu. - powiedział zamyślony, notując wszystko co trzeba w notesie. Kiedy skończył, podniósł wzrok na Martina - Chętnie skorzystam z zaproszenia. Byłbym wdzięczny, gdyby zapisał mi pan adres, pod który mam się udać.
Bauer zapisał coś na kartce i podał karłowi. Ten rzucił na nią okiem w przelocie i schował w notesie.
- Rozumiem, że to już wszystko. Prosiłbym tylko, żeby kontaktował się pan ze mną w razie przypomnienia sobie jakichś szczegółów. Lub gdyby zauważył pan coś... podejrzanego.
Rusty wstał i wyszedł zza biurka, to samo zrobił Bauer. Uścisnęli sobie ręce w drzwiach, po czym detektyw został sam.
Wrócił do stołu, dopił pozostawiony przez urzędnika alkohol i usiadł znowu, żeby wypalić fajkę do końca. W tym czasie nabazgrał w notesie plan działania. Umieścił na schemacie to, co już wie; obok znacznie więcej informacji, które dopiero zbierze. Wyróżnił pytania, jakie trzeba będzie zadać oraz kroki do przedsięwzięcia. Na samej górze notatki, jako tytuł sprawy, naskrobał wielkimi literami (jakże oryginalnie) "Kto zabił?"
Mgła na zewnątrz zgęstniała, ukrywając większość miasta. Z okna gabinetu, czyli wysokości pierwszego piętra, widać było tylko najwyższe budynki i iglice kościołów. Rusty czuł się, jakby stał na szczycie jakiejś góry, powyżej poziomu chmur, patrząc na tych wszystkich małych ludzi w dole. W takich nielicznych momentach jak ten, karzeł miał wrażenie, że jest o wiele wyższy.
Z ociąganiem odwrócił wzrok od okna. Schował swoje notatki do szuflady, wystukał z komina fajki popiół i poszedł wreszcie spać.

16 października, środa

Poranek wstał równie mglisty i chłodny. Rusty szedł przez miasto ciasno okutany w swój szary płaszcz. Czuł, jak krople wilgoci osadzają mu się na brodzie. Mgła dopiero się podnosiła, dlatego musiał uważać, żeby któryś z przechodniów go nie potrącił.
Kierował się w stronę kostnicy, przy której swój gabinet miał doktor Frank Penn. Postanowił zacząć od tego tropu.
Kostnica zajmowała pojedynczy budynek, stojący w pobliżu sądu. Tuż obok niej, naprzeciwko wejścia do sądu, znajdowały się drzwi opatrzone napisem: "Dr Frank Penn. Lekarz sądowy."
Karzeł bez wahania zapukał i wszedł do środka, kiedy usłyszał zaproszenie.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 34
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 7 Lip 2018, o 21:48

Szpitale były straszne. Siostry w czepkach, jednolicie błękitne kafle, stalowe siermiężne łóżka i pacjenci o zapadłych twarzach. Tak przynajmniej kojarzyły się one Rustyemu i często podczas szpitalnych wizyt odczuwał nie przyjemne dreszcze. Prosektorium i dr Frank Penn momentalnie sprawili, że szpitale wydawały się przytulnym miejscem, w którym można by spędzić resztę życia.
Pomimo porannej pory dr Frank przyjął detektywa w pobrudzonym fartuchu lekarskim a zamiast porannej świeżości czuć było od doktora silny pośmiertny zapach. Rusty nie mógł oprzeć się wrażeniu, że lekarz dopiero co wstał spędzając noc na stole do wykonywania sekcji. Typ był odrzucający i od razu można było dojść do wniosku, że miał na bakier z higieną.
Frank Penn - po tym jak Rusty się przedstawił i okazał licencję detektywistuczną - od razu wprowadził swego gościa do biura ulokowanego w małym pomieszczeniu z niewielkim oknem i szpitalnymi kafelkami na ścianach. Oprócz zniszczonego biurka i dwóch krzeseł w pomieszczeniu była też duża szafa z aktami i środkami chemicznymi (głównie formaliną jeżeli wierzyć podpisom na etykietach).Rusty dostrzegł też, że w kilku słojach znajdowały się spreparowane ludzkie organy i części ciała.
- Słucham, słucham Pana. - powiedział siadając za biurkiem i gestem wskazując detektywowi by zrobił to samo. Głos doktora był skrzekliwy i nieprzyjemny; tak samo jak jego brudne paznokcie - Jak mógłbym pomóc? Może napije się Pan czegoś.
Rusty dopiero teraz mógł się lepiej mu przyjrzeć. Był około 40-letnim mężczyzną z dużym nosem i parą silnych okularów, przez które oczy wydawały się być nienaturalnie duże. Dr Penn zaczął też przedwcześnie łysieć i zaczesywał włosy z boku głowy na środek. Nie był przystojny a na brudnych i spracowanych dłoniach nie było widać obrączki.
- O kim mam Panu opowiedzieć?
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 743
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 8 Lip 2018, o 22:13

Karzeł skinął głową na propozycję napitku. Doktor Penn wyjął z zakamarków biurka dwie szklanki, wrzucił do każdej po kostce cukru i zalał zielonym płynem. Absynt. Przynajmniej nie formalina...
Rusty zdjął kapelusz i położył go sobie na kolanach, kiedy usiadł. Podziękował za alkohol i upił łyk, starając się nie skrzywić.
- Widzi pan - cmoknął i zaczął - zostałem poproszony o pomoc, a właściwie wynajęty, w bardzo ciekawej sprawie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że mamy denata. Starszy mężczyzna, wpływowy i majętny, zostaje znaleziony martwy, we własnym gabinecie. - Rusty każde słowo akcentował gestami rąk - I tu zaczyna się zabawa - ów człowiek podejrzewał, że może zostać zamordowany. Ba, podejrzewał nawet, że może zostać stwierdzone, iż była to śmierć naturalna. A lekarz sądowy, w tym przypadku pan, panie Penn, stwierdza właśnie zgon z przyczyn naturalnych. Odpowiednie papiery zostają podpisane, a odpowiednie osoby są kryte.
- Do czego pan zmierza? - powiedział Frank Penn.
- Nie znam się na medycynie - odparł karzeł, odchylając się na krześle - ale albo ktoś panu dobrze zapłacił, albo istnieje jakiś sposób odbierania życia, który pozostaje niewykrywalny. I tu dochodzimy do właściwego pytania - kto panu zapłacił? Albo jak dokonano tego zabójstwa, pana zdaniem?
Przerwał na chwilę, dając mężczyźnie czas do namysłu. Nieświadomie pociągnął kolejny łyk absyntu, obserwując reakcję doktora. Szukał nerwowych ruchów, potu na czole, uciekającego wzroku.
- Potrzebuję tutaj pańskiej pomocy. - podjął, gdy Penn dalej milczał - I jeśli ktoś do czegoś pana zmusza, to znam odpowiednie środki, aby mu to uniemożliwić. Tylko potrzebuję w tym aspekcie współpracy.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 34
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 9 Lip 2018, o 11:19

-Hmmmm... Ale... Ale... Ja nie do końca rozumiem. Pan chce powiedzieć, że pomogłem komuś w zabójstwie? Dobrze zrozumiałem to co Pan przed chwilą powiedział? - Frank Penn szczerze się wzburzył. Szczerze. To był ten rodzaj zaskoczenia, który charakteryzował osoby, będące przez całe życie uczciwe. Więc doktor albo było niewinny albo był socjopatą. Tego Rusty nie wiedział. Nie znał doktora. - Ja... o cholera... eee... Ja tylko wydaje oświadczenia do sądu... Nic nie zrobiłem. Na prawdę. A... a w ogóle o jakim pacjencie mowa?

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 743
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 15 Lip 2018, o 21:37

Kiedy doktor odpowiadał, Rusty założył nogę na nogę i w zamyśleniu gładził wąs.
- Doskonale pana rozumiem. - powiedział w końcu, pochylając się w stronę mężczyzny. - I absolutnie nie twierdzę, że to pan jest odpowiedzialny za śmierć Thomasa Fridericka Kennedy'ego. Ale moja praca zmusza mnie, żebym podejrzewał najgorsze. A jak na razie, najgorszym, co podejrzewam, jest zabójstwo.
- Potrzebuję w tym momencie pańskiej współpracy. - kontynuował karzeł. Utrzymywał zdecydowany ton, ale ściszył delikatnie głos, jakby wypowiedź miała być poufna. - Nie było mnie w miejscu, w którym znaleziono ciało, ale był tam pan. Dlatego chcę zobaczyć wszystkie dokumenty w tej sprawie. Akt zgonu, protokół, wszystko, czym pan dysponuje. Licencja detektywa pozwala mi na wgląd w taką dokumentację. Ponad to, chciałbym dowiedzieć się, co pan o tym sądzi. W końcu pan tu jest lekarzem i widział pan ciało. Niekoniecznie musi się to pokrywać z dokumentami. I przy okazji, czy zna pan jakąś substancję, tudzież cokolwiek, co mogłoby spowodować śmierć wyglądającą na naturalną?
- Wie pan doskonale, o co mi chodzi. - dodał po chwili - Nie mam zamiaru karać niewinnych, wręcz przeciwnie. Dlatego tym bardziej powinien mi pan pomóc, jeśli winni mają zostać odnalezieni i odpowiedzieć za swoje uczynki. Jestem tu tylko po to, by poznać prawdę. A w interesie każdego uczciwego człowieka, byłoby ją wyznać, lub pomóc się do niej dobrać.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 34
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 17 Lip 2018, o 10:40

- Ok, ok w porządku. - Frank Penn wyraźnie się zestresował postawą Rusty'ego, ale to najwyraźniej poskutkowało. Lekarz zaczął mówić.
- Po pierwsze, przyczyną śmierci, według mojej wiedzy i danych uzyskanych z badania patologicznego, była niewydolność serca spowodowana nieznaną jednostką chorobową. I w tym momencie mogę Panu powiedzieć, że była to najczystsza i najszybsza diagnoza jaką wystawiłem. I była też... najdziwniejszą. Tak... Bo widzi Pan, pacjent Thomas Kennedy miał w chwili zgonu 80 lat. W metryce i w dokumentach sądowych tak właśnie było. Pacjent urodził się 4 października 1846 r. w Oldbarn w stanie Massachusetts. Tyle tylko, że z medycznego punktu widzenia ten człowiek nie mógł mieć więcej niż 50 lat. Więc jak na swój wiek był prawdziwym okazem zdrowia i jego śmierć z powodu niewydolności serca wydała mi się... niesprawiedliwa. Taki człowiek mógł spokojnie, żyć kolejne 10 albo i nawet 20 lat. Naprawdę.
- Ale w tym wszystkim jedna rzecz była jeszcze dziwniejsza... Serce... Było większe niż standardowe. Niemalże dwa razy... Było też... Jakby zwapnione. W podobny sposób wyglądają płuca osób pracujących w kopalniach granitu. Ale podobieństwo nie oznacza od razu, tego samego, prawda? Szczegółowy raport, próbki włókien mięśnia sercowego wysłałem do Waszyngtońskiego Instytutu Medycyny. Być może głowy mądrzejsze niż moja będą mogły zidentyfikować tą jednostkę chorobową.
- Mogę Panu przedstawić szczegółowy raport z przeprowadzonej sekcji choć nie wydaje mi się by powiedział on Panu coś więcej, niż to co Pan przed chwilą usłyszał.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 743
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 17 Lip 2018, o 14:04

- Bardzo prosiłbym o kopie raportu z sekcji oraz dokumentów stwierdzających zgon, które pan wystawił.
Rusty rozluźnił się trochę i obniżył głos. Zadziałało to na podświadomość lekarza, bo mężczyzna również się uspokoił, niemal jakby zdał ustny egzamin z patomorfologii.
- Cieszę się, że zdecydował się pan pomóc. - powiedział karzeł - Doceniam to i dziękuję.
Frank Penn kiwnął w odpowiedzi głową.
- Miałbym do pana jeszcze jedną prośbę. - kontynuował. Wyciągnął z kieszeni kamizelki swoją wizytówkę, na której widniał między innymi jego numer telefonu, po czym położył ją na biurku - Kiedy dostanie pan informacje z Waszyngtońskiego Instytutu Medycyny, proszę się ze mną skontaktować jak najszybciej. Rozumiem, że istnieje coś takiego jak tajemnica lekarska, ale w takiej sprawie można poczynić wyjątek. Jeżeli przypomni pan coś sobie, lub dowie się czegoś, również proszę niezwłocznie się kontaktować.
Doktor pokiwał ponownie głową i zabrał wizytówkę. Rusty zaczął zbierać się do wyjścia. Wstał i założył cylinder, a Penn odprowadził go do wyjścia.
- Zanim jeszcze wyjdę. - powiedział Rusty przed drzwiami - Będę potrzebował pozwolenia na zobaczenie ciała naszego denata. Czy ma pan możliwość załatwienia mi takiego papierka, najlepiej teraz? Chyba, że nie leży to w pańskiej gestii, mógłbym się zatem dowiedzieć, od kogo takie pozwolenie mogę dostać?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 34
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 23 Lip 2018, o 13:08

- Och... niestety nie bardzo mogę pomóc. Obawiam się, że ciała nie będzie Pan już mógł zobaczyć chyba, że postara się Pan o pozwolenie na ekshumację. Ciało Pana Kennedy'ego zostało zabrane przedwczoraj przez pracowników zakładu pogrzebowego Solomon's and Sons. Z tego co mi też wiadomo w ten sam dzień miał też się też odbyć pogrzeb. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że pracownicy coś wspominali, że jadą od razu do kaplicy przy cmentarzu na Copp's Hill. Więc pewnie tam odbyła się uroczystość pożegnalna.
- Kopie z dokumentacji fotograficznej będą dostępne za kilka dni, jak fotograf skończy pracę w ciemni. Jeżeli będą nadal Pana interesować udostępnię je Panu. Tymczasem, jeżeli nie ma Pan więcej pytań... Mam trochę pracy. Sam Pan rozumie... Przepraszam Pana, serdecznie. - Frank Penn wstał dając tym samym znak Rusty'emu, że jego wizyta u patologa sądowego właśnie dobiegła końca.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 743
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 24 Lip 2018, o 22:23

16 października, środa - przedpołudnie

- Oczywiście, rozumiem. - powiedział, już w drzwiach - Dokumentacją fotograficzną na pewno będę zainteresowany. Dziękuję panu.
To powiedziawszy, uchylił kapelusza i wyszedł.
Nad Bostonem było piękne, jesienne przedpołudnie. Przyjemne ciepło wygnało poranne mgły, a ulice wypełniali przechodnie oraz rozmaite powozy i pojazdy. Kiedy słońce wreszcie przebiło się przez parę wodną, zrobiło się znacznie cieplej. Rusty odetchnął. Można było działać dalej.
Rozpiął płaszcz, schował ręce w kieszeniach ("a kieszenie jak ocean...") i swobodnym krokiem ruszył przez miasto, w stronę Copp's Hill i kościoła Old North.
Po drodze rozmyślał nad tym, czego dowiedział się od doktora. Zaniepokoiły go informacje o dziwnym stanie serca Kennedy'iego. Miał nadzieję, że lekarze z Waszyngtonu odkryją coś przydatnego, a nie tylko wzruszą ramionami. Ech..., jakże oni go drażnili. Przynajmniej Frank coś z siebie wydukał.
Nie zmieniało to jednak faktu, że sprawa odrobinę się zapętliła. Przypominało mu to opowiadanie, które przeczytał kiedyś w "Weird Tales". Tekst popełnił chyba niejaki Lovecraft, czy jakoś tak. W każdym razie, jego opowiadania obfitowały w podobne niewytłumaczalne i niestworzone sytuacje, prawie jak z tym sercem. W sumie były to ciekawe historie. Może kiedyś pojawi się ich więcej.
Rusty czuł się trochę jak postać w świecie tego Lovecrafta. Miał jakieś informacje, wiedział coś, a jednak nie rozumiał. I pchał się w to dalej. Chociaż..., na tym przecież polegała jego praca. Za to ją lubił.
Uśmiechnął się do siebie pod wąsem. Musiało to wyglądać dziwnie, uśmiechnięty podstępnie karzeł w płaszczu, który spieszył gdzieś przez miasto.
Dotarcie na Copp's Hill zajęło mu trochę czasu. Do kościoła dotarł Szlakiem Wolności, od strony parku. Nie było jeszcze dwunastej, dlatego wszedł do prawie pustej głównej nawy. Wewnątrz, na pojedynczych ławach, siedziały jakieś staruszki i jeden niewidomy mężczyzna, wszyscy pogrążeni w modlitwie albo cichych plotkach.
Zauważył księdza, który minął ołtarz i zniknął gdzieś na zakrystii. Rusty zdjął kapelusz, ale ominął chrzcielnicę, żeby nie sparzyć sobie kopytek. Przeszedł ostrożnie za rzędami ław i udał się za księdzem.
Przed przekroczeniem progu zapukał grzecznie we framugę. Odczekał sekundę i podniósł zasłonę. Ksiądz spojrzał na niego trochę zaskoczony.
- Dzień dobry. - powiedział, nie czekając - Moje nazwisko Vanderbeck. Czy mam przyjemność rozmawiać z kapłanem, odpowiedzialnym za ostatnią posługę dla pana Thomasa Fridericka Kennedy'iego?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 34
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55


Wróć do Inne