Content

Inne

Boston 1926

Image

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 27 Sie 2018, o 20:10

- Hmmm... ciekawe... - Rusty pocierał wąsy w zamyśleniu.
Roy jeszcze przez chwilę przestępował z nogi na nogę.
- Tak jak mówiłem, nie jest tego wiele - powiedział w końcu zniecierpliwiony.
- Roy, i tak mi bardzo pomogłeś. Jesteś nieoceniony.
Mężczyzna widocznie się zarumienił.
- Nie, no, Rusty. Jak chcesz mnie zaprosić na kolację, to poczekaj, aż skończę pracę - powiedział z udawaną kokieterią.
- Verpiss dich.
- Mam jeszcze prośbę - podjął z powrotem karzeł - Informuj mnie na bieżąco, jeśli ktoś wypapla coś o Kennedy'ch. I koniecznie mi powiedz, jeśli Ewa znowu się tu pojawi, jasne?
- Masz jak w banku, u mnie słowo droższe pieniędzy.
- Dzięki, Roy.
Rusty dopił "herbatę" jednym haustem, skinął głową mężczyźnie i wyszedł.
Zbliżała się pora obiadu, toteż karzeł udał się do trochę mniej zamożnej części Cambridge. Tam znalazł restaurację, oferującą niemieckie potrawy. Usiadł przy oknie, zamówił duży kawał golonki z zapiekaną kapustą, ziemniakami oraz kufel piwa, po czym, w oczekiwaniu na obiad, wyjął swój notes.
Zapisując kolejne hasła i szczegóły, analizował sprawę po raz kolejny. Spotkania Ewy i tej całej Abby nie musiały przecież być od razu podejrzane. Nie da się jednak wykluczyć, że jego spaczony pracą detektywa umysł podsuwał mu najgorsze rozwiązania tego szczegółu. Jednak gdyby Ewa, bądź też James mieli otruć staruszka, lekarze by to wykryli. Raczej. Na razie podkreślił nazwisko Abby, opatrzone dopiskiem: trucizna?
Kelner podał mu zamówienie. Rusty zabrał się za mięso, które nagle skojarzyło mu się z wielkim, upieczonym sercem. Dobrze, że lubił podroby - nie odebrało mu to apetytu. A golonka wręcz rozpływała się w ustach, idealnie komponując się z kwaskowatym smakiem kapusty, wszystko okraszone goryczką ciemnego piwa, nalanego jak to podobno robiono w Niemczech, z pianą na dwa palce.
Po skończonym posiłku, sporym napiwku dla kelnera i poczynieniu nowych notatek, zadowolony karzeł ruszył do domu. Nie zamierzał tam jednak długo zabawić - chwycił tylko z barku schłodzoną flaszkę wódki, schował ją w wewnętrznej kieszeni płaszcza i znów pospieszył na Copp's Hill.

16 października, środa - wczesny wieczór

Tym razem ominął kościół, przeszedł przez ulicę przed nim i wszedł na teren cmentarza. Tam rozejrzał się, szukając kogokolwiek żywego. Nie czekał długo, bowiem zaraz usłyszał ciekawą wymianę zdań i skierował się w stronę głosów.
- Te, Nikoś, dawaj te pół litra z lodówki! - krzyknął jakiś mężczyzna.
- Jeszcze się nie zamroziła.
- Taką wypijem - odparł trzeci z grabarzy.
- Dawaj, mówię!
- Nie lubię ciepłej wódki - obruszył się Nikoś.
- To kup se lodówkę, będziesz pił zamrożoną - rzucił pierwszy.
Kiedy Rusty się zbliżył, zobaczył trzech mężczyzn, którzy odsłoniwszy płytę nagrobną, wydobyli z niej flaszkę. Pierwszy z nich, gruby człowiek w berecie i starej, dziurawej koszuli, rozdał wszystkim sporej pojemności kubki. Podobnie ubrany grabarz, tylko o wiele szczuplejszy, leżał przy grobie i nalewał. Ostatni, rudy i młodszy od pozostałej dwójki, wychylał już pierwszą kolejkę.
- Żeby tak się stało, żebym nie musiał ciepłej pić - powiedział rudowłosy, wznosząc oczy ku niebu, jakby szukając tam pomsty za stan napitku.
- A taka może być? - powiedział Rusty, wyłaniając się zza drzew. Wyjął swoją flaszkę i wyciągnął przed siebie, dając tym samym międzynarodowy sygnał świadczący o pokojowych zamiarach.
- A zimna? - zapytał rudy, Nikoś.
- Jak lód.
Grabarzom aż oczy się zaświeciły. Schowali swoją butelkę z powrotem do grobu, opróżnili własne kubki i zapełnili nową kolejką. Rusty pierwszy raz widział, żeby ktoś wychylał kubek równie szybko, jak kieliszek.
- Czemu to zawdzięczamy szczodrość pana kierownika? - zapytał chudzielec.
- Widzicie panowie, mam do was sprawę - powiedział karzeł, podwijając poły płaszcza i siadając na ławce przed nagrobkiem. - Przedwczoraj pochowano tu niejakiego pana Kennedy'iego. I chciałbym dowiedzieć się, czy widzieliście ciało na własne oczy. Jeśli tak, to jak wyglądało, albo co mówili o nim lekarze? Szczerze mówiąc, interesują mnie wszystkie nietypowe szczegóły. Nawet te dotyczące gości i rodziny na pogrzebie.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 49
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Mistrz Gry » 4 Wrz 2018, o 08:06

Dwójka starszych grabarzy spojrzała po sobie i widać po nich było, że w tym trio nie oni byli od rozmawiania; nabrali wody w usta i tylko spoglądali na ich najmłodszego kompana. Rusty nawet ucieszył się z takiego obrotu sprawy bo tamci nawet nie wyglądali szczególnie interesująco i... inteligentnie. Detektyw wiedział, że nie byli głupcami, jednak z pewnością ich wiedza nie wniosła by nic nowego do śledztwa. Chyba, że chodziło by o miejsca gdzie można było kupić nielegalny alkohol.
- Nicholas, weź Powiedz Panu jak było. - Mruknął tylko jeden i poprawił czapkę.
- Eeee... To ten. - Zaczął Rudy. Nawet jeżeli młodszy nie był jeszcze tak zdegenerowany to był na dobrej drodze do tego by za parę lat dogonić swoich mentorów od szpadla.
- Niewiele mogę Panu powiedzieć. Zabralimy ciało od łapiducha... znaczy lekarza i przywieźliśmy w trumnie do kostnicy gdzie se czekał na ostatnią posługę. Wiedzieliśmy ciało. Normalne było. Jak to trup. Wiadomo, że poszyty bo łapiduch mu przyczyn szukał. Ale tak to normalny.
- Do kostnicy, przed nabożeństwem przyszedł tylko jeden gościu chyba syn. Ale nie znam ich z imienia. Coś tam chwilę stał przy trumnie i poszedł sobie. A tak to w zasadzie nikt więcej. Tyle. Potem nabożeństwo było, ostatnia wycieczka i tyle. Zasypalimy chłopa. Niedługo kamieniarze pomnik stawiać będą. W sumie pogrzeb jakich pełno już w życiu widziałem. Ino gości mało jak na takiego ważnego gościa. A może on wcale nie był taki ważny skoro tak mało gościa było?
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6047
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 5 Wrz 2018, o 21:24

- Niestety obawiam się - powiedział karzeł - Że mógł być ważniejszy, niż się nam wszystkim wydaje.
Grabarze pokiwali głowami, jakby usłyszeli właśnie najgłębszą sentencję życia.
- Ale piniędzem to śmierdział - powiedział chudzielec - Widać po trumnie było.
- No - przytaknął mu gruby - Drewno dobre miał. Lakierowane, bez sęków.
Wymieniali się dalej zawodowymi uwagami odnośnie jakości trumiennego drewna i obicia wnętrza katafalku. Rusty jednak nie zwracał na rozmowę większej uwagi. Przemyślał sobie to, co usłyszał odnośnie syna pana Kennedy'iego. A potem przypomniał sobie jedną z powieści o Sherlocku Holmesie i wpadł na pomysł. Z racji tego, że pierwsze dobre wrażenie już osiągnął, a mężczyźni dalej raczyli się jego łapó... znaczy, prezentem, miał spore szanse na przekonanie ich. Musiał tylko użyć całego swojego uroku osobistego.
Pochylił się do przodu, opierając ramiona na kolanach i chwycił cylinder w dłonie.
- Widzicie, panowie - zaczął, spojrzawszy na niebo. Słońce powoli zaczynało zachodzić - Nie zdążyłem się nawet pożegnać z panem Kennedy'm. Na pogrzebie też mnie nie było, dlatego pytałem o gości.
Mężczyźni umilkli i z pewnym zafascynowaniem słuchali detektywa.
- Jego śmierć pozostanie dla mnie zagadką - kontynuował karzeł tonem rasowego filozofa - Tak samo, jak jej przyczyny. Żal mi jego osoby. Chciałbym zatem zobaczyć go po raz ostatni, pożegnać się należycie, tak, jak to robią w ojczyźnie moich dziadów. Dlatego miałbym do panów serdeczną prośbę - czy możecie jeszcze dzisiaj wykopać dla mnie trumnę pana Kennedy'iego?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 49
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 13 Wrz 2018, o 10:35

Panowie nie spodziewali się takiej prośby. Spojrzeli się po sobie wymieniając między sobą więcej informacji niż kilka sąsiadek plotkując przez godzinę. Rusty był tego pewien. Znał takich ludzi. Zgranych, doświadczonych, wiedzących co i jak. Miny jakie mieli grabarze nie mówiły nic dobrego i zanim najmłodszy się odezwał detektyw wiedział już jaka będzie odpowiedź.
- Nie Panie, nie będziemy nikogo wykopywać. Na to jakiś papier trzeba. I lepiej znikaj stąd już. Nie mamy nic więcej do dodania. My nie hieny cmentarne, żeby po nocach kopać.
- Właśnie. - Dodał jeden ze starszych stając za plecami rudego.
- Wypierdalaj. - Poprosił drugi podnosząc z ziemi łopatę.
Obaj zaciskali pięści i wpatrywali się w małego detektywa nieprzyjaźnie; byli o krok od przejścia do rękoczynów. Czekali tylko na reakcję Rusty'ego.
Tak, właśnie. Rusty w zasadzie miał ostatnią szansę by wycofać się z cmentarza unikając solidnej porcji łomotu od grabarzy.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 803
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 13 Wrz 2018, o 20:33

Scheisse, Scheisse, Scheisse.
Rusty wyczuł, co się święci. Nie przypadkiem przeżył te wszystkie lata w tym zawodzie. Dlatego czym prędzej nałożył cylinder na głowę.
- Dziękujęwidzenia - powiedział, zeskakując z ławki i oddalając się prędko. Starał się nie podnosić wzroku.
Żałował trochę, że rozegrał to w ten sposób. Może trzeba było jednak najpierw pokazać im jakiś lewy papierek, że niby pozwolenie na ekshumację. W końcu to tylko zapijaczeni grabarze - raczej nie rozpoznaliby urzędowego pisma, jeśli w ogóle potrafią czytać.
Przynajmniej dowiedział się, że któryś z synów mógł majstrować coś przy nieboszczyku. Szkoda, że ta krótka informacja kosztowała go całą flaszkę.
Gdy opuścił cmentarz zaczynało zmierzchać. O tej porze porządni ludzie kończyli pracę, wracali do domu albo już jedli kolację. Karzeł miał nadzieję, że Patrick Kennedy nie należy do tych "porządnych". A przynajmniej nie dzisiaj.
Skierował się zatem do "Jazz Hall'u". Chociaż na ulicach ruch zelżał, w okolicy lokalu dawało się odczuć jego znaczne natężenie. Rusty najpierw usłyszał lekki gwar i pomruki, a dopiero potem zobaczył sam budynek.
"Jazz Hall" z zewnątrz przypominał nieco operę lub filharmonię. Jego główne wejście, dobrze oświetlone, wychodziło na główną ulicę. Z okien wydobywał się poblask żółtych, przyciemnionych świateł. Goście tłumnie wlewali się do środka.
Większość przestrzeni wewnątrz zajmowała sala wypełniona stolikami z różną liczbą miejsc. Na wszystkich blatach stały świeczki, które rzucały drżące cienie na twarze siedzących przy nich ludzi.
Klienci wyglądali na ludzi z wyższych sfer. A przynajmniej na takich, którzy chcieli sprawiać takie wrażenie. Kobiety były modnie ufryzowane, ubrane w szerokie spodnie i koszule. Mężczyźni z przylizanymi włosami mieli na sobie szare garnitury i wzorzyste krawaty. Przy stropie unosił się dym z licznych papierosów i cygar.
Na drugim końcu sali mieściła się scena dla orkiestry. Czekały tam przygotowane wcześniej instrumenty, brakowało tylko samych grających.
Między stolikami krążyli kelnerzy, z tacami zastawionymi zamówionymi przez gości przekąskami. Wszyscy byli biali. Garson podszedł do detektywa.
- Jaki stolik dla pana? - zapytał, sięgając po płaszcz Rusty'iego.
- Tamten w rogu - wskazał stolik po prawej, przy ścianie. Niechętnie oddał płaszcz.
Kelner skinął głową i zaprowadził go na wskazane miejsce. Rusty odmówił poczęstunku (nie spodziewał się tutaj niskich cen), podziękował garsonowi i rozsiadł się wygodnie. Wyjął fajkę i tytoń z kieszeni, nabił ją zdecydowanymi ruchami. Na stoliku stała już popielniczka. Pomyśleli o wszystkim.
Karzeł zaciągnął się, spojrzał na scenę poprzez kłąb dymu. Miał nadzieję wypatrzeć gdzieś młodego Kennedy'iego, bez zwracania na siebie uwagi. Na razie był karłem, który przyszedł sobie do "Jazz Hall'u". Potem może będzie karłem chcącym kogoś udupić.
Z zadowoleniem pykał fajkę. Czekał.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 49
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 18 Wrz 2018, o 14:40

Światła na sali przygasły i jednocześnie strumień reflektora ostrym kręgiem rozświetlił stojącą na scenie postać z mikrofonem. Mężczyzna w schludnym garniturze uśmiechał się do wszystkich szeroko.
- Proszę Państwa, nie będziemy specjalnie przedłużać. Czas na solidną porcję muzyki! Dzisiejszy koncert rozpocznie nasz Trio Jazz Hall wraz z Panem Patrickiem Kennedym na trąbce. Brawa!
Czerwona kurtyna ruszyła do góry a ostre światło reflektora zgasło. Teraz ciemność rozświetlały tylko niewielkie reflektory skierowane na muzyków. Pianistę, perkusistę i kontrabasistę.
Na czele grupy stał młodo wyglądający mężczyzna z trąbką w dłoni. Gdy tylko przyłożył ustnik do ust muzycy zaczęli grać. Momentalnie cała sala wypełniła się słodką i wolną muzyką, która czarowała słuchaczy. Nawet Rusty musiał przyznać, że zespół potrafił oderwać od rzeczywistości. Nastrój był nieziemski.

Koncert trwał dobą godzinę podczas, której Rusty bawił się całkiem dobrze. Na bok odłożył swoje profesjonalne podejście i dał się porwać artystom. Wszyscy bez wątpienia byli mistrzami w swoim fachu jednak zdecydowany prym wiódł Patrick. Swoją grą prowadził cały zespół. Bezbłędnie realizował tematy i totalnie odpływał w swoich improwizacjach. I nie nudził. Nie zalewał słuchacza bełkotliwym sznurem szybkich nut. Raczej bawił się frazą, ogrywał ją, nadbudowywał i pozwalał jej naturalnie prowadzić się w te obszary muzyki w które żaden kompozytor się nie zapuszczał. To był właśnie Jazz. Muzyczna impresja.

***

Rusty dostrzegł swoją szansę na rozmowę z Patrickiem gdy koncert się skończył i zaczęły się przygotowania do tanecznej części imprezy. Na scenie zaczęła się instalować większa orkiestra a część parkietu zaczęła być sprzątana by zrobić miejsce dla bawiących się par.
Patricki zasiadł przy jednym ze stolików i oddawał się rozmowie z dwiema blondynkami, które były nim wyraźnie zauroczone. Patrick wyglądał jak kocur, który wie, że za chwile zje dwie myszy ale jeszcze pozwala im się bawić w swoją mysią grę. Na jego twarzy było odmalowane błogie zadowolenie. Rusty doskonale wiedział, że jedna z tych dziewczyn spędzi dzisiejszą noc z utalentowanym trębaczem.
- A może, nawet obie? - mruknął do siebie karzeł.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 803
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 18 Wrz 2018, o 21:41

Przez chwilę wyobraził sobie całą trójkę w jakimś ciasnym pokoiku na zapleczu, zatopionych w namiętnym uniesieniu, zaaferowanych własnymi ciałami. Które, przyznał w myślach, mieli całkiem niezłe. Nawet ten cały Patrick.
Ale zaraz zszedł na ziemię. W pracy jesteś - upomniał sam siebie. Jak to się mówi - głodnemu chleb na myśli. A głodny nie jesteś sobą.
Niemniej jednak, pomimo pewnych rozpraszających umysł spraw, Rusty był pewien, że na długo zapamięta dzisiejszy koncert. Już dawno nie słyszał w lokalu tak dobrego występu. No, może poza tym, co widział w „Jack Rabbit Slim’s”. Swoją drogą, będzie musiał niedługo znów odwiedzić Mię. Miał jej już trochę do powiedzenia.
Na tę, za krótką jak na jego gust, chwilę zapomniał o zmartwieniach i swojej pracy. Dopiero kiedy zbliżył się do stolika Kennedy'iego, z siłą armaty wymierzonej w brzuch, poczuł ciężar spoczywającej na jego barkach sprawy.
Na początku nie zwrócili na niego uwagi. Było to zrozumiałe, głową ledwo sięgał krawędzi stołu (kto zrobił je tak wysokie?). Jednak ta niewielka postać, czyhająca w pobliżu ich kostek, musiała wprawić ich w pewien dyskomfort, bowiem Rusty nie musiał się uciekać nawet do chrząkania, żeby zwrócić na siebie ich uwagę.
Kobiety, co nie zdarzało się często, nie sprawiły na nim zbyt dobrego wrażenia. Obie miały włosy obcięte na, tak zwanego, "boba", do tego szerokie, skrzące się cekinami opaski na czołach. Ich sukienki były równie błyszczące, ale całkiem eleganckie. Jedna trzymała drobną, urękawiczoną dłonią papierosa w długiej tutce. Dym z niego nawet nie przebił się przez ten z fajki karła.
Patrick wydawał mu się natomiast dokładnie taki, jak go sobie wyobraził po rozmowie z księdzem. Młody cwaniaczek, z charakterystycznym dla jego wieku przerostem gruczołu ego i ostrym, chronicznym zapaleniem osobowości, czyli po prostu zbytnią pewnością siebie. Tyle przynajmniej Rusty wywnioskował z jego wyglądu. Wiedział, że nie powinien tego robić, ale w obecności takich "chłopaczków" coś mu w środku tykało niczym metronom, powodując mimowolne otwieranie się przysłowiowego noża w kieszeni. Albo odciągania kurka rewolweru.
Nie dał jednak poznać po sobie, że najchętniej pozostałby przy swoim pierwszym wyobrażeniu z całą trójką w roli głównej. Był przecież profesjonalistą. Dlatego kulturalnie wyjął fajkę z ust, zawinął dłonią i wykonał teatralny, może nieco przesadzony, ukłon.
- Witam państwa serdecznie - powiedział, na powrót zaciągając się fajką - Moje nazwisko Vanderbeck. Rusty Vanderbeck.
- Muszę przyznać - zaczął, zanim ktoś odpowiedział - Że jestem wprost oczarowany pańskimi umiejętnościami, panie Kennedy. Aż ciśnie się na usta pytanie, gdzie się pan tego nauczył? Czy może jest to naturalny talent, kształcony od dziecka? Bardzo przepraszam, że przerywam tę, z całą pewnością, interesującą i budującą konwersację, ale nie mogłem się powstrzymać i nie zapytać - pochylił się w stronę kobiet - Chyba nie obrażą się panie, że dołączę do stolika?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 49
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 25 Wrz 2018, o 11:02

- Och, nie. Nie będziesz Pan przeszkadzał. - Powiedział Patrick wpatrując się w detektywa swoimi dużymi oczami w których widać było drgające ogniki radości. - Dziewczęta idźcie przypudrować nos. Dołączę do Was później. Mam do załatwienia parę spraw. Jak się domyślam związanych z moją przeszłością.
Dziewczyny spojrzały z nieukrywaną niechęcią na karła. Na Rustym nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Miał całe życie by przywyknąć do niechęci społeczeństwa.
- Oczywiście, kotku. Poczekamy. - Powiedziała jedna z nich. - Chodź Marge. Rzeczywiście przyda mi się odrobina odświeżenia.
Obie wstały i posyłając Patrickowi zalotne spojrzenia i całusy ruszyły w stronę łazienek.

Usiedli na przeciwko siebie; Rusty czuł, że jego krzesło jest przyjemnie rozgrzane tyłkiem Marge. Mąciło to jego spokój.
- Słucham zatem. - Zaczął Patrick. Był przystojny, zadbany i dobrze ubrany. Nie szczędził też na perfumach. - Na jakie pytania mam udzielić odpowiedzi? Od razu odpowiem na jedno z nich. A nawet na dwa. Nie zabiłem ojca. I nie, nie mam pojęcia, kto mógł chcieć jego śmierci. A wróć, gdzie moje maniery. Może napijemy się przy tym?
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 803
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 26 Wrz 2018, o 22:34

Propozycja była iście kusząca. Rusty nie wątpił, że w miejscu, gdzie kelnerzy za jedną noc dostają napiwki większe niż średnia krajowa w komunistycznych państwach, alkohol będzie swobodnie dostępny. Zdziwiłby się, gdyby było inaczej.
Gdy usiadł przy stole, zgarnął z blatu resztki brokatu, najpewniej pochodzące z twarzy którejś z kobiet.
- Słyszałem, że podają tutaj całkiem niezły strudel - powiedział, uśmiechając się do Patricka - Próbował pan już?
Chłopak wydawał się zbity z tropu; pokręcił głową zmieszany.
- Cóż, znam zatem odpowiedź na moje pierwsze pytanie - zaczął ponownie Rusty - Jednak bardziej interesuje mnie, czy długo pan gra? Nie jest to chyba zbyt opłacalny zawód?
Zanim Patrick odpowiedział, podszedł do nich garson. Rusty uniósł palec i zwrócił się do kelnera.
- Dwa strudle - powiedział - Dla mnie i dla tego uprzejmego pana. Do tego, dla mnie małe espresso, a dla pana...
- To, co wcześniej - przerwał mu Patrick.
- ... to, co wcześniej - dokończył zamówienie karzeł. Kelner skinął głową i odszedł.
- Szybko się pan zorientował, z kim przyjdzie panu rozmawiać - kontynuował detektyw - Czyżbym aż tak się wyróżniał? Niemniej jednak, dobrze pan odgadł naturę moich pytań. Ale od razu chciałbym zapewnić, że będą tylko czystą formalnością. Może je pan traktować jako przyjacielską pogawędkę.
Patrick nie wyglądał na zachwyconego "pogawędką".
Tymczasem garson wrócił ze srebrną tacą na ramieniu. Kiedy stawiał przed chłopakiem szklankę z dzwoniącym wewnątrz lodem, Rusty klepnął się w czoło.
- Zapomniałem o śmietance - powiedział, ni to do Patricka, ni to do kelnera - Wybaczenia upraszam.
Kiedy znowu zostali sami, Patrick chwycił za widelczyk.
- Proszę zaczekać na krem - Rusty z przerwał mu, unosząc dłoń.
Gdy nieco urażony chłopak chwycił szklankę, karzeł spróbował kawy. Potem dosypał dwie łyżeczki cukru, spróbował ponownie. Dodał kolejne dwie.
- Nie ukrywam - kontynuował detektyw - Że z racji pańskich powiązań rodzinnych, można by się spodziewać, że razem z bratem zechce pan przejąć kiedyś działalność po ojcu. A tymczasem chyba się na to nie zanosi, prawda? W końcu częściej przebywa pan tu, niż w rodzinnym domu.
Po raz kolejny przerwał im kelner. Z niewielkiej miseczki nałożył im po łyżce ubitej, gęstej śmietanki na strudlach, po czym odszedł.
Obydwoje zjedli po kawałku. Rusty, przeżuwając francuskie ciasto z jabłkami, skinął głową w stronę rozmówcy.
- I jak? - zapytał z pełnymi ustami. Chłopak skinął głową i przełknął - Całkiem niezłe, prawda?
Patrick obserwował jak detektyw wkłada sobie do ust następny kawałek, przeżuwa energicznie i popija na koniec kawą. Taka ilość cukru i kofeiny, na tak mały organizm, musiała działać jak wiewiórka na brytana. Ale Vanderbeck widocznie się tym nie przejmował.
- Bo widzi pan - podjął Rusty - Ja raczej nie zadaję pytań, na które ludzie nie znają odpowiedzi. Jaki wtedy sens miałoby samo ich wypowiadanie? Byłoby to czyste marnotrawstwo powietrza. Dlatego ja - wytarł usta serwetką - Nie będę stawiał pana w tej niezręcznej sytuacji, oczekując od pana czegoś, czego pan nie wie. Ja chciałbym, żeby powiedział mi pan to, czego jest pan pewien. Dlatego zaczynamy od rzeczy prostych. Jak pana wcześniejsza kariera, stosunki z rodziną, może problemy finansowe. Tylko tematy znane. Z nimi nie powinien mieć pan problemu.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 49
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 5 Paź 2018, o 09:06

Patrick zaczął mówić. Na początku niezbyt wylewnie, ale Rusty wiedział, że ludzie potrafią się przed nim otworzyć. I tym razem też tak było. Wystarczyło nienachalnie czekać i być miłym; jego karla postura sprawiała, że rozmówcy nie widzieli w nim zagrożenia.
Rusty zaczął notować.

- Patrick Thomas Kennedy (drugie imię po ojcu)
- urodził się w 1890 r. w Bostonie jako drugi syn Thomasa Fridericka Kennedy. Jego matką była III żona TFK Maria Kennedy z domu Walters.
- Maria zmarła gdy miał rok czy dwa; nie pamięta matki.
- Dzieciństwo spędził w Oldbarn pod opieką opiekunek i niań.
- Ojca praktycznie nie znał; ten dużą część swojego życia przesiedział w Bostonie a gdy pojawiał się w Oldbarn nie poświęcał swemu dziecku takiej uwagi.
- Ze starszym o 10 lat Jamesem Friderickiem Kennedym też nie miał najlepszych relacji. Gdy Patrick był już świadomym dzieckiem spragnionym towarzystwa James tkwił już w szkołach w Bostonie i wchodził w wiek młodzieńczy.
- Patrick był więc skazany na samotność.
- Często widział brata w towarzystwie ojca gdy razem przyjeżdżali z Bostonu.
- Patrick zazdrościł starszemu bratu relacji z ojcem. Nie powiedział tego w prost, ale to widać.
- W szkole nie specjalnie mu szło i nie był takim pilnym i doskonałym uczniem jak James. James był pierwszy pod każdym możliwym względem. Patrickowi nie zależało. Chyba nawet specjalnie. Wyjazd na studia pozwolił mu odżyć! Nienawidził życia w Oldbarn i w Bostonie.
- Próbował studiować na kilku uczelniach. Żadnej nie skończył. Tylko w nowym orleanie odnalazł miłość do muzyki.
- wrócił do Bostonu na początku tego roku. Nie chciał zdradzić po co. Wyraźnie coś ukrywa.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 803
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 8 Paź 2018, o 21:08

Z namaszczeniem odjął stalówkę pióra od kartki i nałożył pokrywkę. Chciał wyglądać, jakby dalej prowadził swobodną rozmowę.
Resztki strudla ze śmietanką leżały na ich talerzach. Całość wyglądała jak scenka rodzajowa z jakiegoś obrazu - zamazane postacie ludzi przy pozostałych stolikach, światła w tle, a na pierwszym planie oni - karzeł i mężczyzna, patrzący sobie głęboko w oczy. Rusty już wyobrażał sobie, co by było, gdyby zostali posadzeni naprzeciwko siebie podczas piątkowej kolacji.
- Cóż, widzę jednak, że pomimo, delikatnie mówiąc, kiepskich relacji z ojcem, postanowił pan przyjechać na jego pogrzeb. Bardzo kurtuazyjnie - powiedział Rusty.
- Nie wypadałoby nie przyjechać - odparł na to Patrick - Był w końcu głową rodziny.
- A teraz został nią James, prawda? - zapytał Rusty, patrząc mu w oczy. Zapełgała w nich iskierka ukrytego gniewu.
Patrick nie odpowiedział.
- Wydaje mi się, że pogrzeb jest tylko przykrywką dla jakiegoś ważniejszego celu, prawda? - detektyw pochylił się w stronę mężczyzny i ściszył głos - Jest coś, o czym mi nie powiedziałeś, czuję to. Robisz mnie w olbrzymiego wała, a to mi się nie podoba. Ale jeśli taka gra ci odpowiada, to proszę bardzo, Die Show muss weitergehen. Tylko ostrzegam cię - uniósł palec - zrobiłeś się cholernie podejrzany. A takim rzadko daję spokój.
Odchylił się wygodniej, założył nogę na nogę.
- Tak, jak obiecałem - kontynuował karzeł już normalnym tonem, świadom emocji, jakie wywołał w rozmówcy - Nie zadaję pytań, na które nie będzie pan znał odpowiedzi. Dlatego nie pytam - spojrzał nie niego znacznie, podkreślając słowa "nie pytam" - o drogą małżonkę pańskiego brata, Ewę, ani o niejaką Abby Cole. Niemniej jednak, informacje o wspomnianych kobietach wcale by mi nie wadziły. Mam jeszcze jednak inne pytania. Mianowicie o sam pogrzeb i gości, a raczej ich brak. Ponoć było ich zaskakująco mało, jak na tak wpływowego człowieka, jak pan Kennedy, nieprawdaż?
Patrick dalej słuchał go uważnie.
- Tym bardziej zastanawia mnie osoba, która wygłosiła pożegnalną mowę dla pańskiego ojca. Skoro nie zrobili tego jego synowie, kto przejął tę, jakże zaszczytną, rolę mówcy?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 49
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 16 Paź 2018, o 12:28

Patrick nie zraził się słowami Rusty'ego. A przynajmniej chciałby by tak to wyglądało, bo gdy się odezwał do uszu karła dotarł głos osoby poruszonej, niepewnej, wątpiącej. To był już zauważalnie inny Patrick. I maska szelmowskiego uśmiechu wcale nie zakrywała tego faktu.
- Po pierwsze. To nie jest do końca tak, że przybyłem tutaj na pogrzeb ojca. Przyjechałem na wyraźne zaproszenie Jamesa. I odbyło się to na dobry miesiąc przed śmiercią ojca. Brat wspominał coś, że ojciec miał problemy ze zdrowiem. Cóż... Jeżeli faktycznie miał to nie widziałem tego. Normalnie nie przyjąłbym tego zaproszenia. Nie ma pomiędzy mną a bratem wielkiej miłości. Niestety życie zmusiło mnie do tego. Przyjechałem do ojca prosić go o pomoc finansową. Mam pewne problemy... Nie lubię o tym mówić, ale myślę, że nie ma co tego ukrywać. Moje ostatnie inwestycje okazały się być trochę chybione. Nigdy o nic ojca nie prosiłem. Liczyłem na wyrozumiałość. Przeliczyłem się. Postanowiłem zostać jednak w Bostonie szukając szans na pożyczkę i jakichś inwestorów. Póki co równie nieskutecznie.

- O żonie nie wiem zbyt wiele. Poznali się chyba na studiach. I tam się pobrali. Wiem, że przez jakiś czas było o niej głośno w Bostonie. Bo proszę Pana, proszę sobie to wyobrazić, że moja cicha szwagierka jest w pełni wykształconym lekarzem.

- Abby, abby... Nie wiem. To chyba jest szefowa służby w domu ojca.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 803
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Poprzednia

Wróć do Inne