Content

Przestrzeń Huttów

[Gamorra] - Gambit Knurów

Image

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 27 Sty 2018, o 20:31

Każdy, ale to każdy przemierzony krok nawet w przeciwnym kierunku zbliżał go do Nurry. Wiedział, że gdzieś tam jest. Że żyje. Czasem wydawało mu się, że słyszy jej głos. Podszepty niesione szelestem ocierających się zarośli o ciało. Rozdeptywane gałązki obumarłej roślinności imitowały kwiki tej specyficznej mowy. Gdy tak szedł zamyślony, potykał się o wystające korzenie. Rzeczywistość wyrywała go brutalnie z objęć swej żony. Smyrała go po bokach delikatnymi podmuchami powietrza. Czas płynął tak, jakby leżał obrócony plecami do niej, czując jej ciepło. Sporadycznej obecności tej drugiej, zaawansowanej wiekowo kobiety początkowo nie zauważał. Gdzieś głęboko w podświadomości się chowała. Dopuszczając ją do krążących beztrosko myśli miał wrażenie, że idzie kilkanaście kroków za całą grupą. Ledwie na granicy słyszalności spiczastego ucha. Za każdym razem gdy się obrócił, jej tam nie było, choć czuł się tak, jakby jej wzrok utkwiony był w jego plecy. Próbował w myślach pytać Nurrę gdzie jest, a Jainę o to, czego od niego oczekuje, lecz odpowiedzi nie usłyszał. Wracał do intensywnej zielono-brązowej kolorystyki otoczenia podsuwanej mu przez szeroko otwarte oko.

Jakim to musiał być ignorantem zapijając czas i fundusze na piaszczystym zadupiu zwanym Tatooine. Ile życia stracił w sumie nie robiąc nic ponad to, co umiał i lubił. Pić, pierdylić, przypierdylić. Brakowało jedynie "nie żałować". Teraz żałował każdej chwili przesiedzianej w różnych kantynach. Każda taka spelunka oferowała mu więzienie w postaci celi na spękanej powierzchni tej skorupy. Widoki jakie oferował mu wszechświat, mocno uderzały w móżdżek. Wystarczyło iść przed siebie i podziwiać drobinki kurzu miotające się tak jak chmara owadów, uderzana pojedynczymi promieniami światła. Chciał nawet krzyknąć - Żyć się chce! Dlatego też, że miał wreszcie cel. Nie spocznie, dopóki nie dopnie swego. Przerośnięte jaszczurki widywane coraz częściej i zapach mułu nie był w stanie zagrodzić mu drogi.

Jedynie ciemność powstrzymała Gweeka przed wkroczeniem do wnętrza jaskini, przed którą się zatrzymali. - HOP HOP, Hop Hop, hop hop. - na zawołanie odpowiedziało jedynie echo, powtarzając kilkukrotnie głos. Głucho, cicho, ciemno. Dlatego też nie chcieli podróżować w nocy. Bez pochodni lub sztucznego światła nie widzieli za dużo, ani sami nie byli aż nazbyt widoczni w panujących mrokach zapomnianej krainy. Wyciągnąć zza pasa nie mógł żadnego źródła jasności, bo nie miał takowego. Ale, ale... obudził swego towarzysza z uśpienia. "Oczko" uwolnione z sakwy, wzbiło się nad głowy czwórki gamorrean.
- Masz zamiar tam wejść?
- Muszę sprawdzić, inaczej bym sobie tego nie darował.
- odpowiedział zapytany przez Utopca. Jeśli tu byli to muszą być jakieś chociażby ślady. Resztki czy inne pozostawione znaki obecności czy przemarszu.
- Oczko wypuścimy nieco z przodu. Sami poszukamy jakichś śladów. Otto?
- Co znowu? - Coś dużego może żyć lub czaić się we wnętrzu tej groty? Na przykład smok krayt?
- sądząc po wielkości szczeliny w skale i wielkości wnętrza jaskini, mogła ona pomieścić groźnego zwierza. Na jednego takiego nawet zapolował, ledwo uchodząc z życiem. Z tego co pamiętał, on czyli Gweek, jeden jedyny mógł powiedzieć, że widział legendarnego krayta i uszedł z życiem przed gniewem rozzłoszczonej bestii. Dwójka towarzyszy zginęła pod rozpędzonym ostrzem Pitoogga haniebną śmiercią zdrajców. I złodziei.

Ze zmajstrowaniem pochodni kłopotu raczej nie będzie. Knot mogli zrobić z kawałka liny lub ubrania owiniętego wokół gałęzi czy grubszego korzenia. Podpalić też by się to dało, ale wątpliwa była jakość i długość utworzonego płomienia. Zresztą nie potrzebowali wiele czasu na szybki rekonesans pieczary.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 201
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 28 Sty 2018, o 11:45

Palpoo
Ewocka głowa wysunęła się z krzaków pierwsza a zaraz za nią i trochę podnad pokazały się głowy Ashery i Mike.
- Wygląda... Inaczej- mruknęła dziewczyna obserwując miejsce, które miało być "Domem Pendraków".
- Inaczej... To dobre słowo. - Dodał Mike - a poza tym nikogo chyba w pobliżu nie ma.
- Nie, kurwa jasna wy czarne krzywe ryje, jest za cicho. - "Powiedział" mechanicznie wokabulator przekładając kląskającą ewocką mowę.
Ashera i Mike spojrzeli po sobie; ciągle nie wiedzieli czy ewok ich obraża specjalnie czy winą za sążniste wulgaryzmy powinni raczej obarczyć wysłużoną obrożę-tłumacza.
W rzeczywistości było tak cicho, że wyczulony słuch Palpaa rejestrował szum skrzydeł Toydorian i cięższy oddech Ortogga ukrywających sie głębiej w dżungli za ich plecami. W otaczającej ich scenerii brakowało odgłosów nocnego życia. Żaden zwierz nie nawoływał do księżycowej poświaty. Wiatr nie poruszał gałęzi drzew a liście nie szeptały do siebie. Było dziwnie. Bagiennie

Dom Pędraków było miejscem gdzie można było znaleźć najlepsze i najtłustsze larwy. Jak mówił Ortogg: zbierało się je jak jagody.
- Można było zbierać do kosza, do torby albo wprost do pyska. Przednia zabawa. A kto wyciągnął najdłuższego larwa ten był larwowym królem. Jedyne co trzeba było uważć to, żeby Cię nie wciągło. Dom Pędraków jest niby miska z kleikiem. Ściany ma twarde ale na dnie może Cię chycić za nogi i już nie wypuści. Dom Cię pochłonie i z Ciebie wyrosną potem nowe pędraki.
Nie tego się spodziewali. Wlepiając swój wzrok w bagienne opary i majączące gdzie niegdzie pojedyncze pnie drzew obrośnięte grzybami. Liczyli, że trafią na jakiś ukryty obóz. Jedno miejsce pełne wroga. Tymczasem miejsce było rozległe, jakby wymarłe, a po przeciwniku nie było najmniejszego śladu. Przywodziło na myśl pozostałości po szerokim kraterze obrośniętym na wpół zmruszałymi drzewami i krzewami lubującymi się w podmokłym terenie. Całość przyzdobiona była wysokimi bagiennymi trawami wśród której z łatwością mógł skryć się przeciwnik lub jakiś drapieżnik.

Gweek
Utto stwierdził, że w miejscu takim jak ta jaskinia - zwłaszcza przy brzegu rzeki - mogło mieszkać mnóstwo stworzeń lubujących się w zjadaniu gamorreańskiego mięsa.
- Szefie Gweek, tam może być nawet takie gówno z grzyba, że Cie uśpi zarodnikami jak ruszysz. A potem Cię weźmie strawi. Jaszczury przy tym to są niczym pupile udomowione. Ale ta jaskinia konkretna nie śmierdzi grzybami... - powiedział węsząc szerokimi nozdrzami w pobliżu wejścia do jaskini. - Jest tam całkiem sucho. Można wejść... ale trzeba pójść ostrożnie. Z bronią. Na wszelki wypadek.

***

Broni użyli tylko raz. Gweek rozpołowił jednego z jaszczurów, kiedy ten pojawił się koło nogi wodza. Uśmiercenie sześcionogiego gada być może nie było konieczne, ale pojawił się obok Gweeka tak szybko, że zaskoczył męża Nurry a ten zareagował instynktownie.
Dopiero po kilkunastu metrach wchodzenia w głąb jaskini trafili na większą komorę i od razu pełno gamorrean. Wszyscy byli wymęczeni i widać było, że wielu z nich męczy choroba, niedożywienie. Byli słabi.
- Grzybnia... Musimy ich stąd wynieść. - Rzucił Utto.
Mniej więcej w tym momencie Gweek spojrzał na jedyną gamorreańską matronę w tej grupie. Była to Kofburg. Żyła i przytomnym - choć wymęczonym wzrokiem - wpatrywała się w Niego.
- Jesteś...
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5420
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 3 Lut 2018, o 13:27

Światło rzucało lekką poświatę blasku, odkrywając jedynie kilka metrów kamienistego podłoża dookoła nikłego płomienia. Jedynego, jakie udało im się sklecić z grubszego korzenia i kawałka szmaty. Druga ręką Gweeka mocno zaciskała się na drzewcu broni. Po parunastu krokach zrobionych we wnętrzu ciemnego korytarza wódz mało się nie zesrał ze strachu, gdy coś otarło mu się o nogę. Bezlitosnymi ciosami tłukł raz za razem, martwe już po pierwszym ciosie truchło ścierwojada. Sytuacja nieco się rozładowała, gdy reszta parsknęła śmiechem. Jak to mówią na Tatooine " Piaski gorące są tylko z wierzchu".

Rozszerzenie się korytarza przygniotło ciemnością dymiące się kawałki materiału. Rozmyte światło na zbyt dużej powierzchni dawało o sobie znać w postaci konturów i zarysów oddalonych o kilka metrów ciał. Było ich tak wiele. Obraz nędzy i rozpaczy zatrzymał w miejscu czterech wędrowców. Na dość ograniczonej, oświetlonej przestrzeni przed sobą dostrzegł "Ją" wśród innych, leżących nieruchomo gamorrean. Mówiła do niego, ale nie był to głos Nurry. Umęczona i ledwie żywa wpatrywała się w niego z nadzieją. Mógł jej okazać się światełkiem w jaskini lub tylko kolejną halucynacją.

- Grzybnia... Musimy ich stąd wynieść.
- Zbierz go na zewnątrz i rozpali ogień.
- Ale z czego? Przecież nic tam nie ma...
- podniesionym głosem i nie podlegającym dyskusji wydał dyspozycję Uttowi. Wskazał ręką najbliżej leżącego z klanbraci.
- A wy co? Sparaliżowani ze strachu? Ostrożnie wynoście wszystkich na zewnątrz. Przydajcie się na coś wreszcie! - znowu był zły. Tak łatwo mu to przychodziło, ale gniew w tym momencie nie pomoże. Przytyk w kierunku Thurga zwanego Utopcem miał na celu zmobilizować go do działania, ale jego imiennik dostał opierdziel prawie zupełnie za nic. Czasem należało profilaktycznie zjebać podwładnych i zmusić do większej aktywności.
Gweek poczekał, aż trzech knurów przerzuci przez ramię, każdy po jednym, niemiłosiernie odchudzone ciała gamorrean. Wręczył im pochodnie, samemu idąc do mamroczącej Kofburg. Ostrożnie stawał stopy by nikogo nie nadepnąć.
- Nic nie mów. Proszę. - odpiął od pasa buklak i małymi łykami poił jedyną matronę w grupie. Podniósł ją na ręce i wraz z drugim kursem obu Thurgów wyszedł na zewnątrz. Ułożył Kofburg delikatnie na ziemię. Chodzący Utto niczym ślepiec bez celu , szukał bezskutecznie opału.
- Podpal to. - rzucił mu drewnianą rękojeść z ostrzem pod nogi. - Chłopcy oddajcie mu swoją broń. Jeśli długo nas nie będzie to wiesz co robić. - poczekał, aż obaj imiennicy oswobodzą swe ręce i ruszyli w głąb skalnej ściany. Chodzenie ze źródłem światła było mało opłacalne pod względem ergonomii. Po kilku kursach zmęczeni, odrzucili zbędny balast w postaci resztki zapasów, lin i buklakow oraz elementów zbroi. Ustawili kilka pochodni stworzonych z kawałka liny mocno nawiniętej na koniec rękojeści znalezionej broni. W tym czasie Utto, nie wiedząc w dalszym ciągu po co, rozpalał ognisko przed wejściem. Rozniecał płomienie z wszystkiego co mogło być palne. Kawałki skórzanych pancerzy, ubrania, mokre liście i kawałki korzeni względnie pozbawione ziemii. Gęsty, Siwy dym unosił wysoko ponad korony najwyższych drzew.

Wynoszeni nieszczęśnicy pojękiwali głośniej lub ciszej, powiększając improwizowane legowisko na zewnątrz. Niektórzy kaszleli lub wołali to Jeść to Pić. Wdychając świeże powietrze nieco odżywali, niektórym wracała przytomność i jasność umysłu. Resztki jedzenia rozeszły się w moment, podawane po okruchu z ręki do ręki. Pragnienie powiększającego się tłumu było naprawdę wielkie. Gweek znał to uczucie, aż za dobrze. Ileż to razy z bolącą głową, odwodniony i z kapciem w gębie musiał wytrwać na warcie cały dzień i w dodatku narażony na bliźniacze słońca Zewnętrznych Rubieży.
Umierać z pragnienia to tak naprawdę być na wielkim rauszu. Halucynacje w końcowej fazie życia są czymś więcej niż obraz widziany podwójnie, stawał się rzeczywistością nawet pomimo tego, że się o tym wiedziało.

Nie wszystkich uda się uratować. Część ciał na zawsze pozostanie pamiątką po tym pechowym zarządzeniem losu. Bezbolesny sen wywołany zarodnikami niósł zapewne wielką ulgę. Nie dziwota, że niektórzy nie będą chcieli opuścić narkotycznych wizji "grzybiego posłania". Gweek tak sobie pomyślał, że to mogła być dobra, spokojna śmierć pomimo ironi całej tej sytuacji i miejsca. Wielka ucieczka - jak można ją nazwać - dla cześci mieszkańców Wulkanu była tylko przedłużeniem cierpienia. Ich położenie wcale nie było lepsze niż te z jakiego nawiali. Tkwili dalej w ciągłym zagrożeniu utraty najcenniejszego daru jakim była spokojna egzystencja. Rozrzucone miejscami szczątki jasno sygnalizowały przedłużający się bankiet gadów, robactwa lub innego paskudztwa trawiącego materię organiczną górzystego mikroklimatu. Nie chciało się nawet myśleć o żyjątkach w niższych partiach kanionu, powstałego z ledwie płynącej śmierdziawki.

Wyniesienie czy ewakuacja klanu była dopiero początkiem. W pełni sprawnych było tylko czterech osobników i to właśnie na ich barkach spoczął ciężar przywrócenia choć części sił chorym.
- Jak my ich wszystkich wyżywimy? Nawet dla nas brakuje.
- Nie gadaj tyle, tylko idź po wodę. I nie zapomnij jej przegotować. Aaa i weź ze sobą Thurga.

Trzy sprawy wymagały dopilnowania. Pierwszą z nich i najważniejszą był trwały płomień i nim zająć miał się Utto. Bez niego kolejne nie miały większego sensu. Drugą w kolejności była woda. Mętna i śmierdząca ale zawsze mokra. Na deszcz się póki co nie zapowiadało, chociaż z pogodą na Gamorr bywało różnie. Natomiast trzecią zajmie się osobiście. Połączy przyjemne z pożytecznym i zapoluje na sześcionogie jaszczury.
Gweek zaczął od przytaszczenia z jaskini pierwszego, uśmierconego gada.
- Szefie, po coś taszczył to ścierwo? Bije od niego smród nie miłosierny.
- odezwał się przewodnik z wyrzutem i pretensjami.
- Opraw i usmaż, to przestanie cuchnąć. Zaraz naniosę Ci tego wincej. - zazwyczaj mięso padlinożerców nie pachnie najlepiej, ale to zawsze mięso. Po odpowiednim oporządzeniu może nawet jakoś smakować. Zdarzały się przypadki, że tkanki drapieżników są rarytasem dla koneserów kulinarnych sztuk. Choćby z dianogi można było zrobić dobrą herbatkę. Zresztą nic innego nie chciało się nawet pokazać w okolicy, więc polowanie na jaszczurki było jedynym rozwiązaniem.
Skutecznym wabikiem okazał się sam kawałek obdartej gadziej skóry lub oddzielone od mięsa kości. Sam zapach świeżej krwi wzbudzał zainteresowanie jaszczurów. Wylegiwały się one w nielicznych promieniach słońca, docierającego wgłąb wąwozu. Zahipnotyzowane łatwym kąskiem, same padały ofiarą, trafiane rzuconym w nie toporkiem.
Zapach z obozowiska unosił się nie najgorszy. Wytapiający się tłuszczyk rozbudzał kubeczki smakowe na końcu języka, aż ślinka ciekła. Kucharz widząc zbliżającego się Gweeka z kolejnym ochłapem mięsiwa, znów postanowił zaatakować. - Ty chyba oszalałeś! Chcesz nas wszystkich potruć? Toż to sama trucizna jest! Ja tego żarł nie będę! - My też nie szefie... - przytaknęła mu dwójka imienników i kilku innych wojowników podchwyciło temat.
- Jedliście to kiedyś? Chociaż próbowaliście? Nie? Ja też nie... ale zamierzam sprawdzić jak smakuje. - podszedłszy do ogniska, oderwał jedną z nóg od korpusu pieczeni. Poczekał chwilę aż ostygnie i wbił kły w soczysty kawał udka. Przeżuwając okazało się, że nie jest tak soczyste jakby się wydawało na początku. Twarde mięso i w dodatku żylaste. Długo przeżuwał, a smak nie był najlepszy. Śmierdziało mniej intensywnie pomimo obróbki termicznej. Muł w ustach, błoto czy kawałek podeszwy to najlepsze z określeń. Jeśli tak smakuje gówno, to dobrze, że nigdy nie miał okazji go spróbować. Pozostawało robienie dobrej miny do złej gry. Wiele oczu wpatrywało się w niego i nie mógł okazać słabości. Wzbierało mu się na wymioty, ale wytrzymał. I poszedł ubić kolejnego ścierwojada.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 201
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 6 Lut 2018, o 15:58

Zapach dymu i gwar rozmów przy ognisku niósł się po dżungli całkiem daleko i płoszył jaszczury. Gweek dostrzegał je przy brzegu wąwozu, słyszał ich warczenie i syczenie gdy pierzchały przed nim ze swoich kryjówek. Jednak żadnej nie udało mu się zaskoczyć i tym samym razić śmiertelnie ciosem topora. Musiał odejść dalej od swoich towarzyszy.
Dopiero za którymś z zakrętów rzeki, gdy pionowy słup dymu ich ogniska stał się ledwie widocznym śladem na niebie, a odgłosy jakie wydawała ich zaimprowizowana lecznica pod gołym niebem, przestały zakłócać ład i porządek w dżungli, Gweekowe łowy zaczęły układać się bo jego myśli.
Gdy miał już 6 jaszczurów przytroczonych za ogony do długiego kija dostrzegł nad wąwozem coś co go zaintrygowało. Most. I osadę po drugiej stronie rzeki.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5420
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 8 Lut 2018, o 18:33

Oddalając się beztrosko od ziomków, nawet nie zdawał sobie sprawy jak daleko uszedł przed odgłosami rozbudzonej hałastry. Niby to nic nowego, ale przyzwyczaił się wędrować lub przebywać w grupie większej niż jednoosobowa. Mocno zajęty i przejęty swoją nową rolą tymczasowego żywiciela stada polował zawzięcie na sześcionogie chwasty.
Rozglądając się za kolejnym żywym, choć niesmacznym kąskiem, dostrzegł most sznurowy przerzucony na drugą stronę formacji skalnej. Fenomen kilku długich, choć niekoniecznie grubych lin najeżonych w poprzek kawałkami drewna, stał się widokiem powszednim. Uwagę szybko zaabsorbowało kilka obiektów po drugiej stronie wąwozu. Dziwne uczucie targnęło wysokim ciałem humanoida. Rzadko kiedy miał okazję go doświadczać. Nie był to strach ani zdziwienie ani podstawowe rządze takie jak głód, pragnienie czy cielesna uciecha. Jedynie fascynacja. Ciekawość świata chwilowo wzięła górę nad zdroworozsądkowym myśleniem. Widok kilku prostych chat nie mógł aż tak przyciągać i przytłaczać świadomości lekko rozgarniętego przybysza.
Wpatrując się od dłuższej chwili w oddalone miejsce, poczuł to. Poczuł jak mocno wygięty kijaszek ciąży mu na ramieniu, pod wpływem ciężaru zdobyczy. Zachowa sobie tego badyla i to na pewno. Dowiąże kilka gałęzi i będzie poganiał niesfornych kompanów.

Instynkt wziął górę nad chęcią sprawdzenia tego, co jest po drugiej stronie wiszącej kładki. Cześć osobowości Gweeka odpowiadającą za przywództwo, pochwyciła serce i rozum na dobre. Momentalnie zdając sobie sprawę, że ktoś tam musiał mieszkać. Pytania retoryczne powodowały niemalże bieg wodza i wyrzuty sumienia. Jeśli nadal tam ktoś jest? Lub co gorsza, wyszedł z domostwa i czai się na nie przygotowanych uciekinierów? Nikt straży nie trzyma, a hałas niesie się daleko...

Zsapany wszedł między swoich i zdał krótką relację z tego, co widział. Nie chciał nikogo wystraszyć ani zmuszać do panicznej ucieczki. Wymarsz miał nastąpić dopiero rano. Dał tylko sugestię, że powinni być gotowi do drogi i wystawić jakieś straże. Zdolni do polowania mieli udać się uzbrojeni w drugą stronę i dalej polować, aż Gweek i trójka jego przybocznych nie wróci. Jeśli się nie pojawią do wieczora, mają udać się do Grzybiego Jeziora i ukrytych łodzi w okolicy wystającego w głąb wody cypla. Tam czekać na mieszaną grupę z ewokiem wśród nich.

Powrót i dotarcie po raz drugi w to samo miejsce był irytujący. Nic się tu nie zmieniło od momentu dostrzeżenia i pobieżnego przepatrzenia miejsca przeprawy na drugą stronę, może jedynie pora dnia. Słońce późnego popołudnia oświetlało osadę, śląc palące promienie na dachy wykonane ze strzechy i zeschłych liści. Ściany zabudowań wytrwale pochłaniały bombardowanie ultrafioletowe cząstek alfa i beta.
Konstrukcja mostu na pierwszy rzut oka wydawała się stabilna. Grube sznury poskręcane ze sobą z mniejszych pędów były niczym liny. Ich wrzeciona wykonane jakby z żywej liany specjalnie uchodowanej do tego celu. Pierwsze kroki pierwszego zwiadowcy po pierwszym odcinku niczego podejrzanego nie ujawniły. Kolejny śmiałek ruszył dopiero po pokonaniu czwartej części mostu. Problemy zaczęły się przy podmuchu wiatru i marszu trzech wojowników na moście. Dobrze, że nie szli jeden za drugim, bo mogli by pospadać przy mocniejszym podmuch. Groziło im też zjawisko rezonansu i zarwania grubych lin, choć o tym nie wiedzieli.
Gdy ostatni, to jest Utto zszedł z mostu, ruszyli żwawo w sam środek osady.
- Nie wyciągajcie broni. Chyba, że zaatakują pierwsi. - odezwał się półgłosem do towarzyszy i niexo głośniej, by usłyszano go w najbliższych chatach.
- Jest tu kto? Szukamy pomocy.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 201
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 10 Lut 2018, o 15:24

- Cycki, dupa, futra kupa.
- Co?
- W dupe se pójdziecie, teraz trzeba zbadać drogę bo się nam knury potopią w gównie.
- Fakt, Ghurk i Ortogg moga mieć małe problemy.
- My nie mieć problemów -
Gammoreanin podrapał się po szczeciniastym łbie. - my zrobić im problem jak ich znaleźć
Pyszczek ewoka miał zbyt ograniczoną mimikę by wyrazić to co czuł teraz jego właściciel. Tłumacz również miał problemy z przetłumaczeniem pisków Ewoka.
- Zatem, wasza emanacjo odchodów wymieszanych z błotem z pastwiska kóz chorych na dolegliwości żołądkowe. Nie uznałeś za stosowne poinformować wszystkich, że Dom Pędraków to jest uprawiające bardzo brutalny seks bagno?
Nikt nie pytał.
Odparł z rozbrajającą szczerością stary Gammoreanin.
Tym razem tłumacz poradził sobie całkiem dobrze z dużą ilością słów uważanych powszechnie za obraźliwe pod kierunkiem Ortogga, jego rodziny i bliższych i dalszych krewnych.
- Albo się potopimy, albo nas wybiją.
- Nie wybiją nas dużo i dzielni, wystarczy znaleźć drogę do środka.
- A znasz drogę
- Aaaa no nie…


Palpoo tymczasem spuścił trochę pary i zaczął myśleć. Łażenie po bagnie wciąga, tą podstawową mądrość przekazali mu rodzice dawno temu. Gammoreanie zapewne mają jakieś wydeptane ścieżki którymi mogą w miarę bezpiecznie chodzić po bagnach. Problem w tym że ścieżki pewnie są trudne do wykrycia. Ewok spojrzał jeszcze raz na podmokły teren.
Tym razem najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie zwiad z powietrza. Trójka Toydorian mogła wyszukać z góry ewentualne przejścia i wydeptane szlaki. Problemem było ryzyko wykrycia. Nie mieli jednak wyboru. Kiedy nadejdą główne siły teren musi być rozpoznany w przeciwnym wypadku wojownicy zapłacą za to krwią.

Kilka minut później Dwójka Gammorean i para ludzi obserwowała oddalającą się czwórkę towarzyszy. Lato Tato i Pato lecieli nierówną tyralierą rozglądając się uważnie po okolicy i kryjąc za drzewami. Nieco niżej z kępy na kępę przeskakiwał ewok. Palpoo ostrożnie wybierał miejsce do stawiania łapek. Zdawał sobie sprawę, że jest zdecydowanie lżejszy od gammoreanina, jednak tam gdzie Knur mógł brodzić ledwie zamoczywszy sobie jajka, po ewoku zostały by tylko bańki na powierzchni. Byle dopaść do drzew, potem jakoś już sobie poradzi.
Awatar użytkownika
BE3R
Mistrz Gry
 
Posty: 1545
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 11 Lut 2018, o 13:21

Gweek
- Wielki Wodzu... - odezwał się Utto idąc w ślad za Gweekiem. Właśnie weszli do osady a wszędzie panowała dziwna cisza; nawet udomowiony jaszczur pierzchnął gdzieś, kryjąc się za którymś z domów. - Wielki, jak byliśmy tu z Guttorem ostatnio, wtedy co odnaleźliśmy Twoich ziomków to ta osada była niezamieszkana. To takie tymczasowe schronienia myśliwych są. Pełno ich w okolicy...
Zatrzymali się przy studni. Cały czas nikt nie wyszedł im na spotkanie.
- ... Ale Ci co tu się wprowadzili...
W tym momencie z chaty zaczeły wychodzić gamorreanskie matrony. Wśród nich była jedna bardzo stara, wątła i ślepa. Wszystkie miały tatuaże klanowe na ramionach i twarzach. Nie miały broni. Gweek rozpoznał je od razu a Utto swoimi słowami potwierdził.
- ...są z klanu Obrogga.
Gweek zauważył coś jeszcze. Jedna z matron miała na sobie naszyjnik, który nosiła Nurra.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5420
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 13 Lut 2018, o 13:30

Aż dziw, że wcześniej nikt nie wyszedł im na spotkanie, wyskakując z pierwszej, najbliższej chaty. Musieli być bardzo widoczni z daleka, gdy przechodzili na otwartej przestrzeni, między ścianami wąwozu. Jeden po drugim. Gweek miał opory i pewne obawy związane z wysokością dzielącą go od dna, wyżłobionego strumieniem wody. Może był wielki wzwyż, choć całkiem mocno przyrósł stopami do ziemi. Nie dla niego są zabawy w linoskoczka-akrobatę. Nie ten gabaryt ma się rozumieć.

Przechodząc obok drewnianej konstrukcji o ścianach zbudowanych czy wręcz oblepionych z traw, liści i gliny, zmierzali do samego centrum osady liczącej aż pięć domostw. Pal wbity dawno i głęboko w ziemię, górował nad czterema postaciami, rzucając podłużny cień. Był pewnie jakimś zegarem solarnym, odmierzającym czas nadejścia wieczora lub zmroku. Wilgoć wyczuwalna od wydrążonej dziury w ziemi stwarzała warunki zdatne do rozrostu grzybów. Resztki płynów z kamionkowych naczyń dodatkowo mogły zwilżać okoliczną glebę.
Słuchając swojego przewodnika, zastanawiał się czy pełno tu chat czy polujących myśliwych. - Na jaszczury pewno nie polują, tak jak my. Ha ha ha. - zarechotał cicho z własnego, kiepskiego żartu. Słysząc, a później widząc to samo co on, reszta podobnych mu samców zesztywniała z wrażenia. Trzy prawice i jedna lewica od razu powędrowały w okolice pasa z zamiarem zaciśnięcia się na rękojeściach posiadanych broni. Tylko jedna z nich gotowa była dobyć ostrza i upierdolić łeb przy samej dupie zbliżającej się głowie wrogiego klanu. Krew aż kipiała pod skórą, ciśnienie walące mu do głowy, dało o sobie znać. Knur wyczuwał w zaciśniętej dłoni puls pracującego z niemałym wysiłkiem serca. Zaciskający się coraz mocniej, wręcz żelazny uścisk na drzewcu spowodował odpływ krwi z knykci dłoni. Szczęki imadła zacisnęły mu się na barku, uniemożliwiając dalszy ruch ręki. Drugie urządzenie stworzone z knurzych rąk unieruchomiło na dobre sapiącego i chrząkającego ze złości Gweeka. Nozdrza mu falowały w rytm zbliżania się matron. - Wodzu! Szefie, tak nie można! Będzie wstyd! I hańba! - próbowali przemówić mu do rozsądku i ostudzić zapędy. Jedno, jedyne oko wpatrywało się jak zahipnotyzowane w naszyjnik dyndający nad dekoltem największej z nich. Pewnie to locha podłego... padłego Gorgunka, równie wielka co on.

Od razu nie dało się dojrzeć ciepłego, ledwo tlącego się słupka dymu, wydobywającego się z dziury w środku stromego dachu. Fluktuacje powietrza były czymś normalnym, unosząc do góry gorące masy tlenu i azotu. Zbliżające się kobiety wyszły z największej chaty, rozsiewając miły zapach gotowanego wywaru, rozchodzącego się przyjemnie po okolicy. Szły one majestatycznie, najstarsza w środku. Podtrzymywana z obu stron pewnie przez swoje przyboczne, ślepo patrzyła przed siebie, oczami zaszłymi białą mgłą. Widząc obcych przybyszów, zaczęły między sobą chrumkać. Ramiona córki pomarszczonej staruchy były okryte skórą egzotycznego zwierza, uszy przyozdobione zmyślnymi kolczykami z kłów jakiejś tutejszej bestii, tak samo jak reszty. Największa z nich wykazywała pewne podobieństwo do swej mniejszej i starszej siostry. Prócz uszu miała lśniący złotem, metalowy ćwiek przebijający na wylot chrząstkę w nosie. Żadna z nich nie miała widocznej broni. Przyboczne kobiety miały wymiary wydawałoby się standardowe czyli 120 na 180 na 120, a każda z nich miała pokaźne argumenty w postaci dwóch jędrnych piersi, prócz najstarszej oczywiście.

Gweek spróbował się wyrwać z uścisku ale pierwsza jak i druga próba okazała się daremna. Tak samo jak łudzenie się, że nie zostali rozpoznani. Może i z daleka uszliby za obcych spoza planetu lub z bezimiennego klanu albo nawet jako wygnańców, choć w tych okolicznościach postawa zdradzała ich zamiary. Nie trzeba było już niczego ukrywać, jego porywcza natura wzięła górę nad spokojem i opanowaniem. Chciał działać pod wpływem impulsów spływających od ciała, a nie myśli kierowanych od głowy. Chrząkał głośno i świszczał, gniewnie wypuszczając powietrze między kłami. Chętnie rozprułby spasione cielska pięciu istot, kipiąc gniewem na wszystkie strony. Ale musiał czekać, aż się zbliżą wystarczająco blisko.
- Gdzie ona jest!?!? Gadajcie gdzie! Może wtedy ujdziecie z życiem! - wrzasnął bezosobowo do całej piątki. Niewątpliwie należały one do starszyzny klanowej, może nawet były samym łbem lub choćby ciałem doradczym całej społeczności. Kimś ważnym, kto wpadł przypadkiem w łapska opozycyjnej grupy. Mało go obchodziło w tej chwili kim były i jakie powinowactwo ich łączyło z Obroggami. Tatuaże identyczne jakie widywał nic mu nie mówiły jak i sam wygląd pań. Każda większa od Nurry, odcieniami skóry konkurując z jego ukochaną. Lica też miały niebrzydkie. Jakiś czas temu od razu dałby im kija do obrobienia.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 201
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Saine Kela » 15 Lut 2018, o 14:23

Tajemniczy osobnicy zbliżali się i Mirax musiała przyznać, że robili bardzo groźne wrażenie. Z początku sądziła, że może byli to mieszkańcy tej niewielkiej osady, w końcu niemożliwe, by te kobiety mieszkały tu całkowicie same. Potem jednak stwierdziła, że było jednak coś mocno nie tak w tym wszystkim i już po chwili wiedziała, że ma przed oczami bardzo groźną sytuację. Sama siedziała przycupnięta za jedną z chat i nikt jej nie widział, za to ona wszystkich widziała doskonale. jej wzrok szczególnie wędrował w stronę jednego z Gamorrean, który wyróżniał się na tle innych w sposób szczególny. Dla niej zwłaszcza, ponieważ to właśnie on emanował w Mocy.
Nie rozumiała co oni mówią, nie znała języka Gamorrean, ale z tomu i zachowania zebranych wywnioskowała, że nie jest to przyjazna konwersacja, a przybyli wcale nie są tutejszymi mieszkańcami. Przez moment nawet obawiała się, że przybyli mężczyźni zaatakują te właściwie bezbronne kobiety, które w jej mniemaniu przecież niczemu nie zawiniły. Nie wiedziała co zrobić, ale wyjście z ukrycia było ryzykowne. Ona byłą jedna, a ich cała kupa i nawet z jej zdolnościami uszłaby z tego z życiem. Do tego ten jeden z knurów, ten z jednym okiem, ten, który wykazywał zdolności w Mocy... skąd mogła wiedzieć kim jest i na co go stać? Jak jego umiejętności równały się z jej?
Mimowolnie zacisnęła małą łapkę na cylindrze miecza świetlnego, ale zaraz nakazała sobie spokój. Nie rozumiała ich mowy i nie wiedziała co się dzieje. Musiała podejść do tego na spokojnie i zaczekać na dalszy rozwój wypadków. Oczywiście mogłaby spróbować po prostu odejść i nie mieszać się do zaistniałej sytuacji, która nie miała z nią nic wspólnego, ale czy była w stanie to zrobić? Wiele już miała na swoim sumieniu i nie była czy będzie w stanie stać spokojnie i patrzeć. Co miała jednak do stracenia? Jej cel nie był aż tak daleki, no i mimo tylu strat uznała, że poszukiwania tajemniczego klanu Nurry też jej nie zawadzą, a że była teraz sama i nie posiadała praktycznie żadnej wiedzy na temat tej planety, jej ustroju i mieszkańców, mogła się teraz czegoś dowiedzieć, przynajmniej z obserwacji. Kilka minut jej nie zbawi.
W pobliżu cały czas znajdował się też tamten gad. Miraz sobie z nim poradziła, nie zauważał jej, ale jak zareaguje na przybyszy? Rozegra się tutaj jatka? Miała nadzieje, że nie. Póki co siedziała w ukryciu nie wyściubiając mordki i kuląc długie uszy po sobie.
Image

Image

GG: 6687478
Awatar użytkownika
Saine Kela
Gracz
 
Posty: 541
Rejestracja: 18 Cze 2013, o 13:04
Miejscowość: Pandarium/Ruda Śląska

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 18 Lut 2018, o 13:08

Gweek i Mirax

W południowym słońcu cała osada była zalana ciepłym i przyjemnym światłem. Kolory były żywe a cienie ostre i wyraźne. Z powietrza zniknął gnilny zapach rzeki a w zamian czuć było rozgrzaną wilgoć i woń dżungli, która była przyjemnie słodka i upajająca. Nawet jakiś nieznany nikomu stwór ukryty gdzieś w śród koron drzew rozpoczął swym melodyjnym i świergotliwym zawołaniem przyozdabiać scenę. "Zem- staaa, zem - staaaa"
- Gweek.
Jej głos. Usłyszał go naprawdę. Fizycznie. To był jej głos. Cichy i słaby... ale to była Nurra wiedział, że rozpoznał by ją nawet w tłumie podobnych jej Gamorreanek. Spojrzał w kierunku z której dobiegł jej głos. Stała w drzwiach jednej z chat i wyglądała na skrajnie wycieńczoną i wygłodzoną.
- Gweek. To naprawdę Ty... One.... - Wskazała ręką na grupę gamorreanek. - One zabiły... Zabiły we mnie Twojego syna. Gweek...

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry

Palpoo
Po początkowym zaskoczeniu zastanym widokiem grupa zwiadowców pod światłym przywództwem ewoka Palpoo - który naprawdę błyszczał instynktem i doświadczeniem fachowego łowcy - ruszyła ostrożnie naprzód. Zwiad z powietrza przeprowadzany wysiłkiem toydariańskich skrzydeł popłacał i całość grupy bardzo szybko nauczyła się rozróżniać to na, którą kępę trawy należało wejść by nie dać się wciągnąć. Jednak to, że śmigłostopy ewok czy lekkoskrzydli toydarianie, dawali sobie radę nie znaczyło jeszcze wcale, że Mike i Ashera - a już tym bardziej Ghurk i Ortogg - przejdą bez bez problemów.

Przepatrywanie terenu ciągnęło się niemiłosiernie. Za każdą kolejną kępą, kałużą, kamieniem i pasmem mgły czekało na nich dokładnie to samo. Tylko więcej. Zarówno Palpoo jak i Toydarianie byli coraz bardziej zmęczeni. Ewok coraz częściej moczył swoje futro gdy niedoskakiwał jak trzeba do kolejnego suchego miejsca a trójka braci coraz ciężej wznosiła się w powietrze; woleli iść za Palpoo i powtarzać jego ślady.
Po jakimś czasie, gdy szarość wstającego dnia, zaczęła dominować nad ciemnościami nocy a zmęczenie całonocną eskapadą wyciskało z ze zwiadowców ostatnie zapasy energii, ich oczom ukazała się wyspa. Nagle. Jakby w zmaterializowała się w jednej chwili. W porannej mgle, ze swoimi bezlistnymi drzewami, wydawała się być jakimś koszmarnym okrętem płynącym przez galaktyczne mgławice.
- Ej, to chyba to, co? - Powiedział Lato.
- Ej, chyba tak. - Dodał Pato.
- Ej, zobaczcie jaka wielka larwa. - Powiedział Tato podnosząc z ziemi wijącą się i wyjątkowo tłustą białą larwę.
Byli na miejscu. Stanęli w Domu Pędraków. Palpoo był pewny, że tak właśnie było, ale zupełnej pewności nabrał dopiero wtedy gdy na jednym skraju wyspy dostrzegł blask niewielkiego ogniska a i cienie rzucane na mgłę, które mogły należeć tylko do gamorrean.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5420
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » Wczoraj, o 21:01

Słuch jest zmysłem zawodnym. Nie raz oszukał Gweeka, zsyłając mu złudzenia tak realne, że niemal w nie uwierzył. Niczym przytrafiające mu się coraz częściej sny na jawie. Prawdziwe do bólu, jakby tam był i robił to, co widział i czuł. Może to wina uszkodzonej części głowy, że podsuwa fantomowe podszepty lub ciągnące się całkiem świadomie rozmowy z nierealnymi bytami pokroju Jainy. Jainy Solo, podszywającej się pod jego ukochaną. Nie dowierzając swojemu szczęściu, spojrzał w kierunku, z którego rozchodził się głos. Tak całkiem prawdziwy, że aż zaniemówił, widząc swą ukochaną.

Nadzieja iskrząca się od dłuższego czasu w jego sercu stężała, stając się namacalnym bytem. Ciągle rosła, i rosła, rozrywając wreszcie skrywające je ciało. Wzbijała się w górę, niczym rosnący wulkan przed wybuchem. Zatrząsł się cały, jak pękająca wokół ziemia. Nie było skali mogącej zmierzyć ilość mieszających się uczuć.

Słysząc swe imię, chciał odpowiedzieć, że wreszcie ją odnalazł. Słowa ugrzęzły mu w gardle, stając się kluchą, ściskającą gardło. Mózg szybciej rejestrował obrazy uzyskiwane z jednego oka niż z ucha. Przetwarzane dane wysyłały impuls do ciała. Centrum uwagi skupiła się na piątce gamorreańskich kobiet.

I przyszedł gniew. Złość tak wielka, że przysłoniła normalne pojmowanie rzeczywistości. Obrazy stały się szare i spowolnione. Nienawiść rozwijała swój sztandar, mocno wbijając w podatny grunt swe korzenie. Furia rozlewała swe wojska na polu bitwy, tocząc resztki sumienia trucizną. Serce Gweeka pękło na pół, bojąc tylko jedną jego częścią. Druga umarła bezpowrotnie, jak syn w łonie matki. Knur wziął głęboki wdech, napinając wszystkie mięśnie do granic wytrzymałości. Skóra naciągnęła się mocno, ledwo wytrzymując napór mięśni pompowanych krwią. Na nic się zdał rosnący wysiłek obu Thurgów i pomagającego im Utta. Mogli jedynie przecierać oczy ze zdumienia i przerażenia jakie ich ogarnęło. To nie siła fizyczna spowodowała uwolnienie żywego pocisku, jakim stał się ich wódz.
- NIEEEE!!!!! - krzyk wdarł się im do głów, a skóra zjeżyła ze strachu. Sparaliżowane kończyny odskoczyły na boki, jak ściśnięte sprężyny. szu szu szu Lecący arg'garok Utta drżał ze strachu mikrodrganiami, przed ręką nim cisnącą. Największa z kobiet nie zdążyła podnieść rąk wystarczająco szybko przed lecącym przedmiotem. Ostrze gładko wbiło się jej między piersi, łamiąc mostek z głośnym trzaskiem. Gweek natomiast doskoczył do matrony po drugiej stronie. Ciosem znad głowy, obciął córce staruchy obie dłonie, na wysokości przedramion. Obojczyk pękł, nogi nie wytrzymały obciążenia i siły ciosu. Zwaliste ciało rozpłaszczyło się na ubitej glebie, tryskając krwią na boki. But wylądował na brzuchu przybocznej, próbującej się bronić. Najstarsza kobieta wywróciła się, tracąc punkt oparcia. Druga przyboczna nie miała tyle szczęścia. Cios za ciosem maltretował ciało, z którego dawno uleciało życie. Po trzecim strzale, osunęło się na podłoże. To nie był koniec rozczłonkowywania trupa, jedynie dalszy ciąg makabry w wykonaniu odurzonego gniewem berserkera.

Thurgowie otrząsający się z ogłuszenia, podbiegli do Nurry ledwo trzymającej się futryny. Nie mieli odwagi i nawet nie chcieli patrzeć na przedłużającą się scenę.

Gweek waląc na ślepo toporem, nagle usłyszał władczy głos. - Duś... - nie rozpoznawał właściciela dźwięku. Przeszukał pamięć, próbując zidentyfikować posiadacza głosu, a ręce dalej rąbały teraz już truchło gamorreanki. Obrócił łeb w bok, widząc drugą z przybocznych. Niewątpliwie następny cel bestialskiego ataku jakiego miał się dokonać. - Duś kurwę!
Pozostawił wbitą głęboko w tors broń. Teraz to nie był tylko władczy ton. Głos rozbrzmiewał jak rozkaz, który miał wykonać. Nie mógł mu się oprzeć, choć walczył z samym sobą, widząc zakrwawione dłonie aż po łokcie. - DUŚ!!!
I szedł w kierunku zwijającej się z bólu, leżącej kobiecie. Z oczywistym zamiarem zmiażdżenia jej gardła. Wyciśnie z niej życie co do ostatniej kropli.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 201
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Poprzednia

Wróć do Przestrzeń Huttów