Content

X Lat Mgławicy Mocy

Wykopaliska na Vinsoth

Image

Wykopaliska na Vinsoth

Postprzez Nantel Grimisdal » 26 Wrz 2018, o 20:28

Z okazji X urodzin Mgławicy uczyniłem takie oto opowiadanie w ramach prezentu dla Was wszystkich, dzięki którym to miejsce żyje i ma się dobrze. Oto historia, w której poznacie losy wykopalisk na Vinsoth i tajemnicę, co stało się w ich mrocznych czeluściach. Poznacie też losy wszystkich postaci graczy, które zostały porzucone przez swoich twórców (całej piątki). Vinsoth zostało planetą przeklętą i taki też los sprowadziło na Galaktykę, wzmacniając złe siły już w niej obecne, co też będzie miało odzwierciedlenie w mgławicowej fabule. Miłego czytania :)



Wykopaliska na Vinsoth

Na sprzedaży dóbr kulturowych ras z całej Galaktyki można dorobić się niebotycznej ilości kredytów. Kiedy jechał windą na wyższe piętra biurowca Korporacji Dathenes, słowo „niebotyczne” miało tutaj dosłowne znaczenie. Wyrastający nawet ponad zabudowania Górnego Miasta Taris budynek był wizytówką firmy i główną siedzibą, w której ci prowadzili negocjacje. Negocjacje, na które musiał się zgodzić i za które sam siebie nienawidził. On – człowiek nauki i badacz – dla samej tylko możliwości pracy i opisania dawnych kultur dla żyjącej potomności musiał godzić się na taką profanację tego, co uda mu się odnaleźć. Doskonale wiedział, że wszystkie cenne znaleziska, które odnajdowali dla korporacji archeolodzy, geolodzy, paleontolodzy i wszyscy inni naukowcy, trafiały albo na czarny rynek, albo bezpośrednio do prywatnych kolekcjonerów, gdzie niszczały i stanowiły pustą ozdobę, zamiast dostać należyty szacunek. Taki był niestety smutny obraz rzeczywistości i pozostawało mu jedynie walczyć, by uratować z dawnych kultur tyle, ile się tylko da.
Winda zatrzymała się na docelowym piętrze i gdy drzwi się otworzyły, ujrzał przed sobą wyłożony tkanymi dywanami hol, prowadzący do biur koordynatorów wypraw korporacji. Z jednym z nich, niejakim Alaaro, był dzisiaj umówiony. Korytarz, co oczywiste, nie był pusty. Korporacja prowadziła mnóstwo ekspedycji, co chwila wykorzystując nadarzające się okazje do zrabowania cennych skarbów z różnych planet i ich księżyców. Nie zwlekając dłużej, zaczął przeciskać się w stronę gabinetu swojego koordynatora, który powinien być gdzieś pośrodku korytarza. W końcu znalazł plakietkę z jego nazwiskiem, po drodze mijając grupę twi’leków, zwykłych najemnych cyngli, targających wielką skrzynię. Oprócz nich wyminął jeszcze przekrzykującą się trójkę ludzi, wyraźnie niezadowolonych z warunków, jakie zaproponowała im Korporacja. Cóż, jego tez zaraz czeka walka o każdy zabytek i każdy kredyt, bo właśnie dzisiaj miał negocjować i podpisać ostateczną umowę. Powiedział sobie, że nie odpuści. Za to, co te sprzedajne śmiecie robiły z kulturą i zabytkami, obiecał sobie, że będzie twardo i agresywnie obstawiał przy swoim.
Stanął przed drewnianymi drzwiami gabinetu. Drewno. Kolejna oznaka zbędnego luksusu, jakby zwykła durastal była czymś obraźliwym. Ciekawe, jak wyglądać musiało biuro szefa i zarządu, skoro już tutaj pieniędzy nie szczędzili nawet na takie zbytki. Zapukał zdecydowanym ruchem ręki.
- Proszę – dobiegło zza drzwi.
Wnętrze urządzone było z równie dużym przepychem, jak i korytarz, którym dotarł do pokoju. W kącie tuz przy wejściu znajdował się barek z najróżniejszymi alkoholami niemal z całej Galaktyki. Po lewej zaś biblioteczka z kilkoma książkami. Kolejna szczególna oznaka luksusu i, w tym przypadku, chęć nawiązania też do przeszłości. Wiedział jednak, że tylko na pokaz. Szybko zerknął na kilka pierwszych tytułów. Brzmiały jak najgłupsze romansidła. Stek bzdur, na który zmarnowano cenny papier. Przed nim natomiast znajdowało się biurko, również wykonane z czarnego, solidnego drewna, wymyślnie rzeźbione w liściaste wzory. Całości dopełniał obraz wyświetlany na tylnej ścianie z holoprojektora, który przedstawiał jakieś leśne tereny. Zza biurka wyszedł w jego stronę dzisiejszy gospodarz spotkania, Trak Alaaro.
Koordynator jego przyszłych wykopalisk był młody. Zdecydowanie zbyt młody, jego zdaniem, by mieć wystarczającą wiedzę do organizowania ekspedycji i poszukiwań z poszanowaniem rzemiosła archeologa. Widać jednak Korporacja Dathenes miała inne zdania i albo ten młodziak miał niesamowitą żyłkę do interesów, albo był synalkiem ważnego tatusia. Na pewno żył w luksusie, który zdążył odcisnąć na nim swoje piętno. Mimo młodego wieku, chłopak już prawie wylewał się z krzesła, na którym przed chwilą siedział, a jego modna marynarka nie dopinała mu się na opasłym brzuchu. Drugi podbródek zatrząsnął się, gdy Alaaro wstał na jego powitanie.
- Profesor Nick Nalto! Jakże miło pana widzieć! Proszę, proszę, może pan siadać.
- Darujmy sobie te uprzejmości. Obydwaj dobrze wiemy, że jestem tu, bo chcę prowadzić badania, ale Imperium mało pieniędzy łozy na przeszłość i to od was musze brać kredyty. Kradniecie dziedzictwo kulturowe i sprzedajecie je byle gdzie i słodkie słówka tego nie zmienią. Przyszedłem tu dzisiaj, by ratować co się da, z wykopalisk, które mi zaproponowaliście.
- Ależ po co tak obcesowo? Panie profesorze, naprawdę, liczyłem, że pan, jako człowiek inteligentny zrozumie, że wszelkie badania same na siebie musza zarobić. A jak pan dobrze zauważył, to Korporacja Dathenes będzie tu inwestorem, a pan jedynie wykonawcą. To jak, dogadamy się po ludzku a nie jak dwaj gamorreanie, czy mamy poprosić profesora Grishamera o poprowadzenie badań?
- Profesor Grishamer? Ten profanator i kłamca? Ile to już cennych reliktów wam sprzedał?
- Wystarczająco, by znowu skorzystać z jego usług. Pana znajomy jest cennym współpracownikiem.
- Nie wątpię. Jest też poszukiwany w kilku systemach za kradzież dzieł kultury starożytnej. Ale…, ech…
Wiedział już, że w tym momencie przegrał. Cały jego plan walki do końca, by wyjść z twarzą z tej współpracy, legł w gruzach. Argument strumienia kredytów, jakie Korporacja zamierzała przeznaczyć na prace oraz możliwość dowolnej wymiany go, prawdziwego naukowca, na takiego oszusta jak Grishamer, właściwie niszczyła jego linię obrony. Dla ratowania chociaż czegokolwiek z terenu przyszłych wykopalisk musiał zgodzić się na współpracę z Korporacją na jej warunkach. Bez niej ani nie wykaże się w środowisku naukowym, ani nie zachowa wiedzy o cywilizacji, która w tamtym miejscu żyła.
- Dobrze. Wygraliście. Wy i wasze pieniądze znowu są górą. Zadowolony?
- Jak zawsze – młodziak nawet nie próbował ukryć zadowolenia ze zwycięstwa. – Zależy nam na pana wiedzy i umiejętnościach. Możemy zaczynać?
- Mamy jeszcze pięć minut. Poczekajmy na moją asystentkę.
- Panią Katrin Meredith? Z przyjemnością na nią poczekam.
Skrzywił się na brzmienie jego słów i sposób, w jaki je wypowiedział. Już wiedział, jakie brudne myśli kotłowały się w tym tłustym łbie. Nic tylko patrzeć, jak będzie na jej widok zacierał swoje tłuste łapska. Katrin, jego doktorantka, miała na nieszczęście dla ich zawodu być szczególnie atrakcyjną kobietą. Przez to mało kto zwracał uwagę na jej intelekt i naprawdę rozległą wiedzę o starożytnych kultach, a zamiast tego stale kojarzył ją z półnagą bohaterką holonetowych filmów. Zanim została jego asystentką, niemal dostała załamania nerwowego od nieudanych prób rozwinięcia swojej kariery naukowej, którą cały czas zatrzymywały propozycje do kolejnych filmów przygodowych. Lub gorzej.
Po kilku chwilach rozległo się pukanie i jego współpracownica wpadła zdyszana do gabinetu. Podejrzewał, że znowu zasiedziała się nad starymi mapami lub zapiskami i nim spostrzegła, że musi wychodzić, była już spóźniona. To właśnie w niej lubił. Ten pęd do wiedzy i chęć poznawania tajemnic. Jeszcze w locie, siadając na drugim podstawionym krześle spięła swoje rozwiane długie włosy, które jak zwykle pasowały idealnie brązowym kolorem do jej stroju opinającego smukłą sylwetkę i piękne kobiece kształty. Jej mina sugerowała, że niezbyt przejęła się swoim spóźnieniem.
- Witam panią, może się pani czegoś napije?
- Nie dziękuję – prychnęła.
Katrin była silniejsza od niego. Jeszcze bardziej dostawała szału na myśl o tym, dla jakiej organizacji muszą pracować i musiał poświęcić dobrych kilka godzin na tłumaczenia, dlaczego muszą to zrobić. Nie podobało jej się to jeszcze bardziej niż jemu, ale w końcu się zgodziła. Przed spotkaniem prosił ją, by nie mówiła za dużo i nie wdawała się w dyskusje z Aleero, bo groziło to wybuchem złości i nerwów. Dobrze, że nie widziała jego marnej próby agresywnych negocjacji…
- W takim razie przejdźmy do rzeczy – ich rozmówca nie dał po sobie poznać, że został urażony. Zamiast tego skorzystał z okazji i wlepił wzrok w dekolt Meredith. – Projekt, do którego chcemy pana i panią zatrudnić, dotyczy działki na Vinsoth. Teren przyszłych wykopalisk położony jest na płaskowyżu, gdzie w skalnej ścianie odkryto wejście do podziemnego kompleksu.
- Jak Korporacja zdobyła prawa do tego terenu? Vinsoth jest przecież pozostawiona Chevinom – przerwała mu Katrin.
- Och, zapewniam, że mamy wszystkie pozwolenia. Pracując dla nas, macie państwo luksus pracy całkowicie legalnie. Rzadkość w tej branży w dzisiejszych czasach.
- Ta… jasne – mruknął Nalto.
- W każdym razie – przedstawiciel Korporacji podjął przerwany wątek – kompleks wygląda na jakiegoś rodzaju miejsce kultu. Pewnie protoplastów dzisiejszej cywilizacji tubylców, o których pani wspominała. Nie mamy dokładnych skanów, ale dajemy tamtemu miejscu kilka tysięcy lat. No i część budowli nie pasuje w ogóle do pozostałych.
- To znaczy? – koordynatorowi projektu pierwszy raz udało się wzbudzić prawdziwą ciekawość obydwojga naukowców.
- To znaczy, że część architektury i malowideł zdaje się być wykonana technologią, która znacznie odstaje poziomem od reszty. Jakby ktoś przyleciał na Vinsoth i przywiózł ze sobą swoją wiedzę i zdolności.
- Ciekawe – teraz i Nalto przeszedł do rzeczy – ale czego w takim razie od nas wymagacie?
- Chcemy, byście dokładnie zbadali i opisali to miejsce. Pensję wypłacamy jako odpowiedni procent ze znalezisk. Dodatkowo to, czego nie uda nam się sprzedać, możecie w swojej kwestii zabrać i przekazać komu tam chcecie.
Propozycja nakreślona przez przedstawiciela Korporacji Dathenes wydawała się uczciwa i całkiem niezła, biorąc pod uwagę to, że finansowali właściwie całe przedsięwzięcie. Problem jednak tkwił w szczegółach, które wcale uczciwe nie były, a o których Nalto miał świadomość. Ten cały procent, to właściwie był ułamek procenta od tego, co te szumowiny na tym zarobią. Oczywiście sprzedaż odbędzie się też na czarnym rynku, więc wiele znalezisk „oficjalnie i nieszczęśliwie się zagubi”. Wtedy zostaną stracone dla kultury a i oni nie zobaczą za nie kredytów. To, co zwykle pozostawało po takich sprzedażach, było jedynie marnymi szczątkami, wręcz śmieciami w oczach handlarzy. Dla ludzi nauki nadal było cenne, dostarczało jednak zwykle znacznie mniej informacji o historii lat minionych, których tak zawzięcie poszukiwali.
Nie mieli jednak wyboru i Nick miał tego świadomość. Korporacja i tak rozpocznie prace w tamtym miejscu. Mogli więc je poprowadzić albo on wraz z Katriną, albo ten oszust Grishamer. Jeśli cokolwiek miało być uratowane z Vinsoth, to nie mogli dopuścić, by to on zajął się tymi pracami. W ostateczności, nawet jeśli zabytki zostaną sprzedane, im uda się je opisać i być może zachować wiedze o nich dla przyszłych pokoleń. Dlatego, choć mu się to nie podobało, podjął ostateczną decyzję.
- Zgoda

***

Od rozmowy w budynku Korporacji Dathenes minęły ledwo dwa standardowe tygodnie, a oni już siedzieli w transportowcu zmierzającym na Vinsoth, które miało być miejscem ich pracy przez najbliższy czas. Jeśli dopisze im szczęście, może nawet i przez rok. Firma ze swojej części umowy, czyli finansowania operacji, wywiązała się bardzo dobrze. Statek, którym lecieli wyładowany był sprzętem i zapasami, miał również zapakowanych do jednej z ładowni kilka kontenerów i baraków polowych, idealnych do prac na terenach wykopalisk. Oprócz tego dostali tez do dyspozycji lekki frachtowiec koreliański, gdyby potrzebna była szybka podróż z powrotem na Taris. Korporacja wiedział co robi i Nalto z lekkim niesmakiem musiał przyznać, że za jej sterami stoją istoty, które wyspecjalizowały się w handlu dobrami kultury. Teraz on i jego doktorantka, gnani egoistyczna chęcią zdobywania wiedzy i sławy w świecie nauki, przyłożą rękę do tego zbrodniczego procederu. Cały czas powtarzał sobie, ze za Grishamera byłoby gorzej, ale niewiele to pomagało.
Weszli już w atmosferę planety i powoli zbliżali się nad jej rejon, w którym znajdowała się góra z tajemniczym kompleksem. Vinsoth była jak na razie dość słabo zbadaną planetą, jak na możliwości dzisiejszego wszechświata. Pokryta w głównej mierze trawiastymi równinami i dość licznymi pustyniami, nie była zbyt uciążliwa do przebycia lądem. Co jakiś czas z płaskiego terenu wystrzeliwał wysoko w chmury łańcuch górski lub pojedyncze szczyty. Dużych zbiorników wodnych było mało. Poza jednym oceanem, większość wody kryła się raczej w podziemnych źródłach. Jeśli zaś chodzi o florę i faunę, była ona typowa dla tego typu klimatu. W górach zaś spotkać można było długowłose kozy, małpiate i coś przypominające wyglądem niedźwiedzia z bardzo długim ogonem. Planetę zamieszkiwała też jedna rozumna rasa, zwana w basicu Chevin. O ile flora i fauna interesowały go mniej, nie był przecież biologiem, o tyle Chevini już bardziej, bo to na ich kulturze opierały się wykopaliska i historia tej planety. Z tego powodu i on, i Katrin w ciągu tych dwóch tygodni poprzedzających wylot, zasięgnęli informacji także o tej rasie. Ze zdobytych informacji dowiedzieli się, że jest to rasa, która zaczynała jako myśliwi i zbieracze, prowadząc raczej nomadyczny tryb życia. Dostęp do wyższej technologii uzyskali poprzez handel z innymi rasami, których przedstawiciele z ochota w różnych okresach zakładali na Vinsoth farmy. Produkcja żywności przyciągnęła tu wielu, którzy potem przyczynili się do rozwoju rdzennych mieszkańców. Taka kolej rzeczy sugerowała, ze Chevini są podatni na kontakty z „przybyszami z nieba”, jak to u prymitywniejszych ras można było określać i w dalekiej przeszłości możliwe było, ze jednego z takich „przybyszów” uznali za jakiegoś boga. Stąd ośrodek kultu, który na Vinsoth mieli właśnie zbadać.
- Panie Nalto, jesteśmy na miejscu – oznajmił pilot transportowca.
Dwoje ludzi wyjrzało przez szybę kokpitu. Zbliżali się właśnie do miejsca lądowania. Przed nimi większość widoku zasłaniało wysokie aż pod chmury skalne wzniesienie. Mniej więcej w połowie wysokości, w jednym ze zboczy, znajdował się duży płaskowyż, na którym dostrzec już można było lądujący frachtowiec. Skalna półka była naprawdę wielkich rozmiarów, jednak ich statek miał jedynie zrzucić sprzęt i zostawić resztę załogi przy brzegu, by na płaskowyżu nadal było miejsce na rozstawienie obozu. Potem miał wrócić na Taris. Mimo, że razem ze sprzętem Korporacja dała im do dyspozycji spory zespół, przeniesienie całego wyposażenia zajęło im trochę czasu. Czternastu robotników, sześciu rodian i ośmiu ludzi, którym przewodził Alfredo Wooro, poprowadziło już kable i lampy oświetleniowe od generatorów oraz podłączyło też do nich baraki. Nalto wraz ze swoją asystentką w tym czasie podszedł pod zbocze góry, by podziwiać majestatyczne wejście do tajemniczego kompleksu.
- Jest cudowne. Te wszystkie bloki jasnego kamienia. Ułożone tak równo. Zachowały się niemal idealnie, jakby jakaś siła trzymała je w całości – zachwycała się Katrin.
- Zgadzam się całkowicie moja droga – Nalto również wpatrywał się w ułożone równo skalne bloki jasnego kamienia. – Jutro z samego rana zbadamy, co kryje się za tym tajemniczym wejściem. Musimy być ostrożni, by nie zatrzeć żadnych śladów i niczego nie przegapić.
- Panie profesorze, obiecuję, że nie znajdzie mnie pan znowu w nocy przy latarce spisującej starożytne runy – uśmiech Katrin zdradzał, że dotrzymanie obietnicy nie jest wcale takie pewne.
- Panie Nalto, obóz już rozstawiony. Powoli zbliża się noc. Sprzęt rozładujemy jutro z samego rana. Transportowiec już odlatuje. Czy mamy coś przekazać do Korporacji Dathenes? – to Wooro zameldował o postępach prac.
- Nie, nie trzeba. Bardzo dobrze, możecie odpocząć. Niech Nicla’ris rozstawi swoich ludzi na noc. A zresztą… On wie, co ma robić.
Nicla’ris i jego ludzie byli kolejną częścią zespołu, który mu przydzielili. W odróżnieniu od reszty byli jednak typowymi najemnikami, którzy przede wszystkim mieli zapewnić im ochronę przed tubylcami. Twi’lekanin i czwórka najemników wyglądali na takich, co znają się na swojej robocie, ale też i niejedno mają na sumieniu, więc Nalto po prostu postanowił dać im pracować. Dobrze wiedział, że Korporacja przysłała ich też tutaj, by pilnowali jego i Katrin. Z tego powodu nie miał ochoty przebywać za często zbyt blisko nich.
Udali się do jednego z baraków, w którym dwa pomieszczenia dzielili między siebie i które mieli też przeznaczone na swoje osobiste pracownie. Nim poszli spać zapchali je swoimi bagażami, a półki i stół w każdym z nich obłożone były dyskami i czipami z danymi. Przed podróżą tutaj próbowali zgromadzić jak najwięcej wiedzy i danych o tym miejscu, jednak o dziwo nie znaleźli praktycznie niczego. Jedynie mgliste historie i pieśni zasłyszane przez dawnych podróżników do nomadycznych grup Chevinów, które równie dobrze mogły być bajkami. Miejsce było bardzo stare i budziło coraz większą ciekawość obydwojga naukowców. Z całej siły pobudzało wyobraźnię, gdy zasypiali z myślą o jutrzejszym dniu.

***

- Ostrożnie!
Wooro od dobrej standardowej godziny dyrygował robotnikami, by wszystko było gotowe do wejścia do kompleksu. Profesor wraz ze swoją doktorantką, wyekwipowani w odpowiedni sprzęt, zebrali się już przy wejściu. Postanowili, że najpierw ich dwójka wraz z dwoma ludźmi Nicla’risa i piątką robotników zbada teren za wejściem, a następnie Wooro wraz ze swoimi ludźmi pociągnie do środka oświetlenie i wniesie resztę urządzeń.
Wkroczyli w ciemność z latarkami w dłoniach. Z wnętrza owiał ich lekki, trochę przyjemny chłód, co mogło znaczyć, że znajdują się tam duże przestrzenie. Cały korytarz wyłożony był jasnym kamieniem, równo wyciętym w duże skalne bloki i ułożonym aż po sklepienie tunelu. Budowa czegoś takiego musiała wymagać ogromu pracy. Najpierw, by wykuć w skale tunel, a potem wyłożyć go kamiennymi blokami. Ich powierzchnia była bardzo gładka, ledwo wyczuwało się chropowatości. Nie było też na nich żadnych rysunków czy malowideł. Korytarz ciągnął się przez kilkanaście metrów, po czym cała grupa stanęła u wejścia do komnaty. Ogromnej, ciągnącej się w środku góry komnaty. Byłą naprawdę wielka. Gdy weszli, dało się słyszeć gwizdy podziwu robotników i westchnienia Meredith. W nikłym świetle latarek widzieli zaledwie kilka metrów przed siebie. W polu widzenia mieli dwa rzędy kolumn, które wspierały niknące gdzieś wyżej sklepienie. Na nich dostrzec już mogli pierwsze malowidła.
- Niesamowite – pierwszy odezwał się profesor. – To jest ogromne. Jak ktoś zbudował coś takiego we wnętrzu góry i udało mu się to pozostawić przez te tysiąclecia niezauważone?
– Nie wiem i chcę się dowiedzieć. Zawołajcie tu Wooro. Niech rozstawi stoły tu i tu, lampy niech oświetlają każdą ściane i główna ścieżkę przez środek między kolumnami – zapał Katrin już dawał o sobie znać.
Zabrali się do pracy. Nie minęło wiele czasu, a komnata została oświetlona wielkimi lampami, do których pociągnięto kable zasilające z generatorów sprzed wejścia. Na stołach rozłożono najróżniejsze narzędzia archeologiczne i przygotowano aparaty i kamery, specjalnie ustawione do pracy przy małej ilości światła. Najemnicy twi’leka pilnowali wszystkiego, łącznie z płaskowyżem, a naukowcy podeszli pod pierwsze kolumny.
- Od czego by tu zacząć?
- Może od tych kolumn, Katrin. Te malowidła mogą nam coś powiedzieć.
Choć kolumna zdawała się być w dobrym stanie, malowidło i część znaków pod nim było zatarte lub zarysowane dawno temu. Być może upływ czasu znacznie mocniej podziałał na pigmenty niż solidny kamień. Odczytanie całości wymagałoby prac renowacyjnych, ale Nick już teraz pokusił się o dokonanie pierwszego skanu. Czekając na odczyt, próbował razem ze swoją doktorantką dojść, co przedstawia rysunek, ale był jeszcze zbyt niewyraźny. Skupili się za to na napisach, które go otaczały. Wydawały się pochodzić z języka tubylców, co jednak nie było dziwne zważywszy na ich wiek, zapisane zostały w zupełnie inny sposób. Ich przypuszczenia potwierdził wynik skanu.
Język: Chevin

Dialekt: nieznany

Dokładność tłumaczenia: 79%

Zeskanowany tekst:
Or'i'din u dol sakkr (...) gota do y (...) zagra
Urroka si'la ogga (...) try'kka ti'i'ns
Argos ti'ku do hrrru (...)
Ko fr'y (...) zr (...) trl'k'dsa

Tłumaczenie:
Kiedy słońce niebieską (...) wzejdzie, Pan z (...) przybędzie
Wyznawców swoich uhonoruje, (...) należną wręczając.
Pielgrzymi jego, wybrani (...),
Co trzy (...) tu (...) wypełniając.


- Widać będziemy mieć tu ładną układankę do ułożenia. Tylko najpierw trzeba będzie zebrać wszystkie elementy. Spójrz, profesorze, podobne teksty znajdują się na każdej z kolumn.
- Racja. Będzie, co sprawdzać. Przejdźmy się do końca tej kolumnady. Chcę zobaczyć, gdzie się kończy.
Ruszyli dalej przez ogromną komnatę. Rzędy kolumn niknęły gdzieś w mroku. Przyświecając sobie latarkami widzieli ledwie na kilka metrów przed sobą. Po kilku standardowych minutach ostrożnego poruszania się naprzód mieli już za sobą dwa wejścia do bocznych tuneli po prawej, które na razie zostawili w spokoju. Gdy minęli drugie z nich, kolumny niespodziewanie się skończyły, ukazując tylną ścianę komnaty. Poświecili na nią i ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Prawie na całej jej długości znajdowało się wielkie, inkrustowane złotem malowidło. Było trochę zakurzone i również pościerane, ale jak na przypuszczalny wiek zachowało się niesamowicie. Nadal budziło podziw u każdego, kto na nie spojrzał. Przedstawiało zacienioną, jakby pokrytą dymem postać, chociaż równie dobrze mógł być to efekt upływu czasu działającego na to dzieło. Przed nią klęczało mnóstwo istot, podobnych wyglądem do chevinów i wszystko wskazywało na to, że oddają jej cześć.
– No to możemy tworzyć pierwsze teorie – Katrin wciąż wpatrywała się w malowidło.
Profesor jednak nie odpowiedział. Coś w tym naskalnym obrazie nie dawało mu spokoju. W pewnym momencie obrócił się w stronę wylotu bocznego tunelu po prawej i ogarnęło go dziwne uczucie. Początkowo poczuł jakby ciekawość wzbudzoną przez niezbyt określoną rzecz, potem jednak ogarnął go niezrozumiały strach. Poczuł, jak na skórze dostaje gęsiej skórki a włosy na karku mu się jeżą. Kierowany odruchem spojrzał w stronę bocznego tunelu. Nie mógł się oprzeć, by to zrobić mimo całego swojego strachu. Jakby jakaś niewidzialna siła wzywała go z tej strony. Meredith cały czas wpatrywała się w obraz i nawet nie zauważyła dziwnego zachowania przełożonego. Po chwili uczucie puściło i profesor otrząsnłą się, wciąż jednak czując zimny dreszcz na całym ciele.
- Katrin, chodźmy powiadomić robotników, by jak najszybciej rozstawili tu światła i pomogli to wszystko skatalogować. Trochę im to zajmie, biorąc pod uwagę rozmiary tej komnaty.
Jednak tak naprawdę chciał się jak najszybciej oddalić z tego miejsca.

***

Niezrozumiały strach minął równie szybko, jak się pojawił i profesor już następnego dnia przystąpił do prac z nowym zapałem. Wytłumaczył sobie wszystko podnieceniem i adrenaliną, która wydzieliła się ze zdwojoną siłą na widok tak wspaniałego odkrycia.
Pracowali już trzeci dzień i zaczynali badać boczny tunel, który wchodził głębiej w górę na wysokości malowidła na tylnej ścianie głównej komnaty.
- Sonda poszła. Mamy obraz z kamery.
- Leć nią do końca, chcę mieć pełny skan tego przejścia – profesor spoglądał na obraz wyświetlany na ekranie urządzenia sterującego znad ramienia operatora.
- Koniec. Mam przed sobą ścianę. Zaraz… To nie ściana, to wrota. Wyglądają jak do jakiegoś grobowca. Spojrzy pan na te zdobienia wokół.
- Widzę. W tym samym starym dialekcie chevinów. Jeszcze go nie rozgryźliśmy, ale możesz mieć rację. To może być grobowiec.
- Przejście wydaje się stabilne. Możemy wysłać pana z grupą naprzód, amy zajmiemy się zakładaniem lamp.
- W porządku. W takim razie ruszamy.
Profesor wraz z trzema robotnikami zagłębił się w chwilowo jeszcze mroczny tunel. Jego doktorantka pracowała teraz w głównej komnacie, zbierając odczyty ze wszystkich kolumn i próbując połączyć je w całość. W tym czasie on wziął się za sprawdzanie bocznych przejść. W pierwszym odkryli wzdłuż tunelu kilka komnat. Część była pustych, lecz bez śladów grabieży, ale w części znaleźli coś, co wyglądało na laboratorium i jakieś warsztaty. Na czas instalacji oświetlenia podeszli pod drugie przejście.
Światło latarek padało na gładkie ściany, które tutaj także były ułożone z równych skalnych bloków, ale w przeciwieństwie do wejścia do kompleksu, tutaj użyto czarnego jak smoła granitu zamiast jasnego piaskowca. Jeszcze bardziej pogłębiało to panujące w tunelu ciemności i wrażenie pustki wokół. Po drodze nie minęli już żadnych komnat. Jedynie zeszli pochyła, spiralną drogą coraz niżej i niżej, znacznie głębiej od położenia głównej komnaty. Potem jeszcze kilkanaście metrów i stanęli przed tym, czym tak zachwycał się jeden z robotników.
Wielkie kamienne wrota zamykały przed nimi dalsze przejście. Portal, który je wieńczył, ozdobiony był tajemniczymi zapiskami w języku, który znaleźli w sali powyżej. Wszystko było zrobione z gładkiego, czarnego granitu i idealnie spasowane z tunelem, w którym stali. Gdy poświecili latarkami bliżej i dokładniej, zobaczyli, że na wrotach jest jeszcze jeden rząd napisów umieszczony wzdłuż ich krawędzi. Pismo nie przypominało niczego, co profesor wcześniej widział. Starożytne hieroglify zachowały się idealnie, ale ich znaczenie pozostawało tajemnicą. Fala ciekawości zalała Nalto. Wszystkie ich dotychczasowe odkrycia bledły przy tym, co mogli znaleźć za tymi drzwiami. Poczuł, że musi je otworzyć za wszelką cenę i jak najszybciej.
- Dawajcie chłopaki. To musi mieć jakiś mechanizm. Tego typu miejsca zawsze taki mają. Nie ma co tracić czasu. Chce wejść do środka najszybciej, jak tylko się da.
Pośpiech profesora nie był typowy dla badania starożytnych ruin i prac archeologicznych, a już na pewno nie dla Nalto, który do tej pory znany był z cierpliwości i profesjonalizmu. Nikt jednak nie zaprotestował. Robotnicy rozeszli się po kątach, szukając dźwigni czy przycisku, który otwierałby przejście. Profesor zaś stanął naprzeciw granitowej płyty i wpatrywał się w nią, jakby miała mu dać odpowiedź. Po chwili pełnej konsternacji ciszy, przerywanej tylko westchnięciami pracujących, ku zaskoczeniu wszystkich wrota zaczęły się otwierać. Profesor wciąż stał przed nimi i patrzył jak solidny kawał kamienia przesuwa się na bok.
Ich oczom ukazała się okrągła komnata. Światło latarek było słabe, ale dało się rozpoznać kształt ścian. Na samym środku stała na podwyższeniu jakaś kamienna płyta, chyba ołtarz, a na niej leżał jakiś podłużny przedmiot. Wokół rozstawiono pięć kamiennych płyt, włożonych pionowo do podłogi i zwróconych większą powierzchnią w stronę postumentu. Wszystko w zasięgu wzroku zrobione było z tego samego czarnego kamienia.
Jako pierwszy do komnaty wszedł Nick Nalto. Szedł pewnie, jakby w ogóle nie czując strachu, niepewności, czy też ciekawości. Zmierzał wprost przed siebie w stronę kamiennego podwyższenia, za nim podążyła reszta. Komnata wyglądała na bardzo starą, jednak było to przede wszystkim przeczucie ze względu na jej wygląd niż zniszczenia poczynione przez czas. Można było powiedzieć nawet więcej – jak na tyle tysiącleci wyglądała na nienaruszoną. Gdy podeszli bliżej, zobaczyli, że na ołtarzu leży dziwnie wyglądający starożytny miecz a także opasły papierowy tom księgi, na okładce której znajdowały się znaki tego nieznanego języka, które wyryte były też na wrotach. Natomiast w pionowych kamiennych płytach i posadzce dostrzegli małe rowki.
-Profesorze, czy to odpowiednie wchodzić tak bez skanu i zabezpieczenia otoczenia?
Nalto jednak nie odpowiedział, a jedynie wpatrywał się w ołtarz. Podszedł do niego i położył obie ręce na księdze, którą od razu przysunął do siebie. Jego wzrok jednak zaraz przeniósł się na miecz. W pewnej chwili Nick wyciągnął po niego rękę, ale się zawahał. Zastygł w powietrzu z uniesioną dłonią, jakby sam ze sobą toczył jakąś niewidzialną, wewnętrzną walkę. W końcu jednak pochylił się bardziej i jego palce zacisnęły się na rękojeści.

***

Stał w ciemnym, długim korytarzu. Na jego końcu majaczyło białe światło w kształcie prostokąta, które badało pewnie z jakiegoś otwory wejściowego. Dzięki niemu widział w tym półmroku, że korytarz zbudowany jest z czarnych granitowych kamieni, wsparty po obydwu stronach rzędami kamiennych kwadratowych kolumn z tego samego kamienia. Poczuł, jak jakaś siła nakazuje mu iść do przodu, w stronę światła. Krok za krokiem zbliżał się coraz bardziej, aż w końcu stanął w polu światła. Wtedy zobaczył, że biel światła była ułudą, w rzeczywistości przysłaniająca mroczny, blady promień padający z pomieszczenia, do którego prowadziło przejście. W nim zobaczył okrągły stół, z pięcioma pustymi krzesłami, ustawionymi po okręgu, a za każdym z nich znajdowała się kamienna kolumna. W pierwszej chwili pomyślał, że pomieszczenie jest puste, chociaż wszędzie dało się wyczuć niepokojącą aurę czegoś złego i nienamacalnego. Wtedy jednak zobaczył kłąb czarnego dymu, który wysączył się jakby ze środka stołu i podleciał w jego kierunku. Witaj – zabrzmiał złowieszczy głos, odbijający się echem po komnacie.

***

Stał w swoim gabinecie, wyznaczonym mu w jednym z przetransportowanych na planetę baraków. Czuł, jak z trudem powraca do niego świadomość. Gdzie był? Co robił? Ile minęło czasu? Na to ostatnie pytanie odpowiedział mu chronometr na ręce, który wskazywał, że minęły już dwa dni odkąd… Odkąd co? Wydawało mu się, ze jedynie stracił przytomność. I ten sen, strasznie dziwny. W uszach wciąż rozbrzmiewał mu ten złowieszczy głos.
Nick Nalto rozejrzał się po swojej tymczasowej kajucie. Wszystko była ułożone tak, jak zostawił przed wejściem do świątynnego kompleksu dwa dni temu. Gdy spojrzał na ubrania, wyglądały jednak, jakby były używane. Na stole leżała też księga. Ta księga, którą znalazł w tamtej komnacie na drugim poziomie podziemi. Była otwarta na jednej ze środkowych stron, ukazując rzędy liter ze starożytnego pisma.
- Co jest? – szepnął do siebie.
Odruchowo podszedł do książki, ale w tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi. Powoli i ostrożnie Nalto zbliżył się do nich i otworzył. Za nimi stał ich twi’lekański dowódca ochroniarzy z dziwną, nieobecną miną. Jego czerwona skóra jaśniała odblaskami w świetle gwiazdy Vinsoth.
- Tubylcy się burzą – mówił jakimś nieobecnym, pustym głosem – Wtargnęli do środka, do głównej komnaty i uparli się rozmawiać z panem. Proszę za mną.
Zbity zupełnie z tropu Nalto nawet nie protestował, gdy Nicla’ris gestem nakazał mu iść za sobą. Profesor był tak zaskoczony nagłą pobudką i niespodziewanym pojawieniem się twi’leka, że zapomniał chwilowo o swoim pytaniach i bezwiednie podążył za najemnikiem. Jednak gdy stanęli u wejścia do kompleksu, znowu poczuł ten niewyjaśniony, irracjonalny strach, jaki czuł kilka dni temu. Zatrzymał się i rozejrzał. Wtedy po prawej dostrzegł jakiś ruch. Zrobił krok w tamta stronę i zobaczył, jak reszta najemników zrzuca właśnie ciała martwych chevinów w przepaść pod zboczem góry.
- Wystarczy – usłyszał za sobą głos twi’leka i momentalnie odwrócił się w jego stronę.
Ten jednak nie zdawał się mówić do niego, ale gdzieś w przestrzeń przed sobą. Jego oczy zaszły bielą, gałki wywróciły się na drugą stronę. Nick chciał cofnąć się z przerażenia, ale poczuł, że jakaś siła trzyma go w miejscu. Jego ciało powoli zaczynało odmawiać mu posłuszeństwa. Poczuł, jak uginają się pod nim nogi. A potem była już tylko ciemność…

***

Świadomość ponownie do niego wracała. Tym razem stał w wielkiej komnacie kompleksu. Pierwszym, co rozpoznał, były ich stół roboczy i wielkie lampy, które miały oświetlać wnętrze olbrzymiej komnaty. Powoli, bardzo powoli, docierała do niego świadomość istnienia własnego ciała. Musiał zebrać myśli, by ruszyć ręką, nogą i następnie łapczywie złapać oddech, jakby ten był jego pierwszym w życiu. Był w szoku, ale strach pobudzał krążenie adrenaliny w żyłach. Nie wiedział, co się z nim działo, ale powoli docierało do niego, że coś lub ktoś musi przejmować nad nim kontrolę. Co jakiś czas się budził, ale na krótko i to była właśnie taka chwila.
- To, to pewnie ten miecz – wychrypiał sam do siebie.
Zaniki pamięci skutecznie utrudniały mu pozbieranie myśli, więc było to jedyne, dość oczywiste stwierdzenie, na które się pokusił. Wciąż czując odrętwienie w rękach, nad którymi władzę odzyskał dopiero co, chwycił leżący na stole datapad i zabrał się do niezdarnego pisania. Chciał zostawić sobie jakąś wiadomość, cos dzięki czemu następnym razem będzie mógł szybciej dojść do siebie. Czuł, że słabnie więc musiał chwycić się wszelkiej metody, którą miał pod ręką. Chciał też zostawić dla kogoś wiadomość. Może ktoś ją znajdzie i wtedy będzie w stanie mu pomóc…
- Jestem profesor Nick Nalto – zaczął zapisywać słowa na datapadzie – Razem z ekipą przybyłem na wykopaliska. Komnata na dole. Starożytna księga i miecz. Coś przejmuje nade mną kontrolę. Nie mam nad sobą władzy. Nic nie pamiętam. Moja asystentka, Katrina…
Myśl o jego doktorantce przebiła się ponad resztę skłębionych i otumaniających myśli o przetrwaniu. Co z Katriną? Gdzie jest? Nie widział jej podczas ostatniego przebłysku. Nie widzi jej teraz. Czy ją także coś opętało?
Dalsze rozważania przerwał mu jakiś ruch za jego plecami. Gdy odwrócił się, zobaczył przed sobą jednego z ludzkich robotników. Był tak samo nieobecny, jak poprzednim razem Nicla’ris. Jego oczy wpatrzone były w pustkę przed sobą i nie zdawał się zwracać uwagi na obecność profesora. Ten podążył za jego spojrzeniem. Okazało się, że człowiek wpatruje się wprost w malowidło na końcu komnaty, teraz ledwo widoczne dla niego z miejsca, w którym stał. Nick Nalto próbował potrzasnąć robotnika za ramie, ale gdy tylko wyciągnął rękę, poczuł, jak znów drętwieje. Zrobiło mu się ciemno przed oczami i osunął się na zimne czarne kamienie. Jeszcze przez chwile widział, jak przez mgłę, że wokół niego zebrały się jeszcze trzy osoby. Podeszły do niego, okrążając jego leżące ciało. Potem jego świadomość zniknęła.

***

Stał przed jakimś zabrakiem. To było pierwsze, co zobaczył, gdy zaczął odzyskiwac świadomość. Działo się to jednak wolniej niż ostatnio i jedynie mógł patrzeć, jak nowy przybysz odchodzi w mrok obozu w stronę jednego z baraków. Nalto zobaczył, jak jego ciało wchodzi do jego pokoju. Miał świadomość, co się z nim dzieje, ale w ogóle nie kontrolował swoich ruchów. W środku usiadł na łóżku a jego głowa skierowała się w stronę księgi, leżącej na stole przed nim. Dopiero wtedy poczuł, jak jego ręce i nogi ponownie zaczynają go słuchać. Nadal jednak siedział na łóżku, sparaliżowany swoim przerażeniem, że ta obca świadomość, którą widział w tej dziwnej wizji przejmuje nad nim kontrolę. Tak, to musiała być ona. Z jakiegoś powodu czuł, że była to właśnie ta istota, która musieli tu chyba zbudzić. Wyglądało też na to, że nie tylko on padł ofiarą jej dziwnych mocy. W ciągu swojej kariery naukowej czytał o takich dziwnych przypadkach. W nielicznych źródłach, które przez krótkie momenty miał okazję zobaczyć, pisano o Mocy i istotach, które potrafiły zdziałać z jej pomocą najdziwniejsze rzeczy. Do tej pory uważał to za bzdury, tym bardziej, że Imperium zadbało, by wszystkich pajaców, którzy wyskakiwali z podobnymi plotkami likwidować. Teraz musiał przyznać, że bardzo się mylił.
jego myśli przeskakiwały z jednej na drugą. Nadal zastanawiał się, gdzie jest Katrin. Podczas żadnego z krótkich momentów świadomości jej nie widział. Kim był też ten nowy przybysz? Nosił się jak ktoś, kto zna się na robocie archeologa. Żałował, że obudził się zbyt późno, by ostrzec tego zabraka. Chociaż zapaliła się w nim iskierka nadziei. Może ten chłopak znajdzie jego zapiski, które pewnie gdzieś tam na stole nadal leżały i uda mu się im pomóc.
Pochłonięty myślami nawet nie zauważył, że cały czas siedział na łóżku. Dotarło do niego, jak wiele mógł próbować teraz zrobić i znaleźć rozwiązanie tej sytuacji. Jego myśli były jednak ociężałe i powolne. Chciał wołać o pomoc, ale jednocześnie wręcz przygniatała go naprzemienna fala smutku i przerażenia. Miał wystarczająco dużo czasu, by próbować się ratować, ale coś go powstrzymywało. I tym razem, gdy zaczął już trochę szybciej myśleć, poczuł, jak jego ciało sztywnieje, a on na powrót staje się kukiełka w czyichś rękach.

***

Tym razem, gdy się zbudził, panowała noc. Gwiazda Vinsoth zaszła za drugą stronę planety i jedynym źródłem światła było to padające z lamp porozstawianych po płaskowyżu. Podobnie jak ostatnio, na razie odzyskał jedynie możliwość myślenia i widzenia tego, co robi jego ciało. Czuł się jednak jeszcze gorzej. Jak ktoś naćpany. Wszystko zlewało mu się przed nosem. Ledwo dostrzegał postaci, które się przed nim poruszały. Dopiero po chwili, gdy otumanienie zaczynało mijać, a ręce i nogi zaczęły drżeć w znajomy sposób, gdy odzyskiwał i nad nimi władze, zobaczył, kto i co robi przed nim. Jego ekipa ochroniarzy właśnie obezwładniła dwójkę ludzi. Chyba ludzi, nie widział nadal dokładnie, w każdym razie humanoidów. Jeden z nich miał na sobie coś, co wyglądało jak mandaloriańska zbroja. Czyli kolejni przybysze. Skąd oni się tu ciągle brali? Kto ich przywoził? Czy nie widział, co się tutaj działo? Co z Korporacją Dathenes? Przecież nie mogła ich tu tak zostawić.
Widząc mechaniczne ruchy pozostałych z ekipy, miał już pewność, że inni także sa obezwładnieni przez tą dziwną świadomość. Wszyscy tutaj byli pod jej kontrolą. I on i najemnicy i pewnie wszyscy z robotników. Nie widział tylko Katrin. Miał nadzieję, że nic jej się nie stało i po prostu uciekła… Gdzieś, gdziekolwiek, byle dalej stąd…
Chciał ruszyć za najemnikami ciągnącymi gdzieś dwójkę nowych ofiar, by zobaczyć, co z nimi zrobią, ale poczuł, ze znowu traci nad sobą panowanie. Jeszcze szybciej niż ostatnio, a uczucie jeszcze nasiliło się, gdy podszedł pod wejście w skale, prowadzące do podziemi. Ostatnim, co zobaczył, była dwójka ludzi wciągana w czarny otwór tej przeklętej świątyni.

***

Czuł się strasznie. Odzyskał własne myśli jakiś czas temu, ale tym razem nie mógł już kiwnąć nawet palcem. Wciąż i wciąż mógł tylko myśleć o tym, co widział, a ta dziwna siła kontrolowała każdy jego ruch.
Zaczęło się od sceny ogłuszania jakiejś nowoprzybyłej załogi. Kolejni, którzy dali się komuś nabrać i przybyli w to potworne miejsce. W ciemnościach nie widział dokładnie, ale wyglądali na zwykłych najemników. Złomiarzy, zbieraczy czy kurierów. Tylko jeden z nich przyciągnął jego uwagę. Mężczyzna z rasy acrona. Wyglądał na inteligentniejszego, ale i on był teraz wleczony do środka.
Jego ciało skierowało się za robotnikami ciągnącymi ofiary do wnętrza świątyni. Szli powoli, wyraźnie mechanicznymi, nieswoimi ruchami. Każdy z pozostałych wpatrywał się przed siebie w pustkę i tylko on zdawał się mieć na tyle świadomości, by móc myśleć. Zeszli na drugi poziom podziemi i kierowali się do tej przeklętej komnaty, w której to wszystko się zaczęło. Jego ciało stanęło przed wejściem, a pozostali wrzucali przybyszów do środka. Zanim stanął pod ścianą, zdążył tylko zobaczyć trzy ciała przy tym dziwnym stole. Nie wiedział, czy żyli, czy były to posadzone w jakimś groteskowym żarcie trupy. Gdy ostatni z nowych, ten acrona, został wniesiony do komnaty, świat ponownie zasnuła mgła.

***

Obudził się w scenie prosto jak z koszmaru. Tym razem świadomość powróciła nagle, jasno i wyraźnie, jak w żadnym wcześniej wypadku. Uderzyła go jak ostry snop światła wpadający przez okno na obudzenie. Nadal jednak nie odzyskał władzy nad ciałem, a jedynie nad swoim umysłem. Mógł tylko patrzeć. Gdy otrząsnął się po tym pierwszym wrażeniu, zaskoczenie zostało zastąpione przez paraliżującą go grozę, która rozgrywała się wszędzie dookoła.
Znajdował się w komnacie ze stołem. Teraz, w środku niej, na dodatek oświetlonej mdłym czerwonawym światłem z rozstawionych wokół lamp, mógł zobaczyć ją w pełnej okazałości. Tak jak w jego wizji na środku stał okrągły stół z pięcioma dziwnymi, powykręcanymi krzesłami, za którymi wznosiły się kolumny. Na każdej kolumnie lśnił zielonkawym światłem napis w tym starożytnym języku, którego od początku nie mógł rozszyfrować. Wszystkie ściany, kolumny , posadzka i sufit wykonane były z tego samego, czarnego jak smoła granitu. Za nim znajdowało się wejście do tunelu, który prowadził na wyższy poziom do głównej komnaty z malowidłem. Dopiero teraz olśniło go, że wcześniejsze pomieszczenie z płytą i to z wizji, jest tym samym miejscem. Jedynie kamienne płyty gdzieś zniknęły, zastąpione stołem i dziwnymi krzesłami.
Nie komnata jednak tak przeraziła profesora, a to, co się w niej działo. W pomieszczeniu znajdowała się cała jego ekipa, poza Katrin, której brakowało. Robotnicy i najemnicy leżeli po całej jej powierzchni lub opierali się jeszcze o ściany. Każdy z nich miał podcięte żyły lub właśnie wypruwał sobie flaki. Krew lała się z nich strumieniami i wlewała się do rowków wyżłobionych w posadce, gromadząc się gdzieś pod stołem. Nie cała jednak tam trafiała. Na ścianach i podłodze, na czarnych kamiennych płytach, znać było ślady rzezi, która się tu rozegrała. Wśród umierających dżentelistot rozpoznał także załogę statku, którą widział wcześniej, jak była tu wrzucana.
Potem jego głowa z powrotem odwróciła się w stronę stołu i krzeseł. Mógł zobaczyć siedzącą na nich czwórkę przybyszów, których widział w swoich przebłyskach i jeszcze jakiegoś młodego chłopaka, którego przylotu musiał nie być świadom. Młody archeolog, kobieta o ostrych rysach twarzy, człowiek w resztkach mandaloriańskiej zbroi, arcona i ten młody, który nawet pod panowaniem tej istoty co jakiś czas zanosił się kaszlem. Wszyscy siedzieli na krzesłach, które powoli zaczynały ich oplatać. Z ich poręczy wyrastały miniaturowe konary pełne drzazg, które przebijały wiele miejsc na ciele swoich więźniów. Miejsc, w których jak domyślił się Nalto, odczuwało się największy ból i cierpienie. Ich oczy nie były puste, jak u członków jego ekipy. Widział w nich świadomość. Widział w nich ból, przerażenie i niewyobrażalne cierpienie.
- Patrz. Będziesz świadkiem mojego powrotu – słowa zabrzmiały w jego głowie, ale jednocześnie otworzył usta, wypowiadając je na głos – Pozwoliłem ci widzieć twoje ostatnie chwile, choć byłeś krnąbrnym sługą. Parę razy prawie mi się wyrwałeś. Za to, specjalnie dla ciebie, przygotowałem gorszy los.
Nie poznawał swojego głosu. Brzmiał jak echo. Złowieszcze, pełne grozy echo, jakby zasłyszane gdzieś z daleka. Słowa ociekały pogardą, jakby wszystkie umierające wokół dżentelistoty głos traktował nie lepiej od szczurów.
Jego ciało poruszyło się. Przeszło przez całą komnatę, stąpając po kałużach krwi i ocierając się o blade zwłoki jego dawnych towarzyszy. Stanęło na kamiennej płycie, która teraz leżała za stołem, po drugiej stronie od wejścia do komnaty. Biegła do niej pojedyncza rynna od sadzawki krwi, znajdującej się pod stołem.
Poczuł, jak jego gardło zaczyna intonować jakąś mantrę w nieznanym mu języku. Ręce uniosły się do góry. Melodyczna recytacja wypełniła całą komnatę. Bluźnierczy rytuał się rozpoczął, ale Nick Nalto nie mógł go już dalej obserwować. Gdy tylko rozbrzmiały pierwsze słowa rytuału, poczuł ból, jakiego nie czuje żadna normalnie umierająca istota. Ból pochodził z samej jego duszy. Samej istoty jego jestestwa, wgryzał się w niego i niszczył go, kawałek, po kawałku. Jego myśli momentalnie zostały zniszczone przez tylko jedno, jedyne pragnienie: umrzeć. Chciał już tylko, by to się skończyło. Ale koniec nie nadchodził. Rytuał trwał i trwał, a jego dusza była raz za razem rozrywana. Kolejne fragmenty były odrywane i niszczone pod wpływem mrocznej Mocy, jaka zapanowała w komnacie. Nick Nalto przestał istnieć. Nie umarł. Został wymazany z Mocy, a jego miejsce zajął nowy gospodarz, którego duch cierpliwie czekał tysiące lat w swoim grobowcu. Ciemna Strona otrzymała swoją cenę za przywrócenie jednego ze swoich wiernych sług do życia.

***

Gwiazda Vinsoth powoli wyłaniała się zza horyzontu. Nad planeta rozpoczynał się kolejny lokalny cykl. Gdzieś wśród liści pojedynczych rosnących na sawannie drzew śpiewały budzące się po nocnym czuwaniu ptaki. Pod nimi, wśród traw jakiś drapieżnik czaił się na niczego niespodziewające się młode roślinożernego stwora. Lekki powiew zwiastował przyjemną, nie za ciepła i nie za zimną pogodę.
Daleko od tego miejsca, w innym punkcie planety, panowała martwa cisza. Nie było słychać zwierząt, ani nawet szumu wiatru. Zgiełk natury przycichł, stłamszony Ciemną Stroną, która siła zagarnęła najbliższa okolice góry. Na jej płaskowyżu od strony wschodzącej gwiazdy, z mroku góry wychodził właśnie człowiek. Choć przyprószony już siwizną, energicznie jednak stawiał kroki. Wyraz jego twarzy zdradzał pewna obojętność wobec tego, co jeszcze niedawno stało się w trzewiach świątyni. W ręku natomiast trzymał stary miecz, o czarnej jak noc klindze.
Starzec przystanął i poruszał przez chwilę wszystkimi kończynami, jakby rozluźniał mięśnie do rozgrzewki. Następnie, nie oglądając się za siebie, przeszedł w stronę dalszej części płaskowyżu, gdzie stały frachtowce, z których jeden jeszcze niedawno należał do Korporacji Dathenes. Właśnie przy nim stała okryta kapturem czerwonoskóra kobieta. Ciekawym wzrokiem patrzyła na idącego w jej stronę mężczyznę.
- No proszę, Darth Ragnor powrócił.
- I jak zgaduję, to tobie zawdzięczam dopływ głupców, dzięki którym mogłem nasycić rytuał?
- Oczywiście. Zadbałam o to, by Korporacja Dathenes trafiła w odpowiednie miejsce. Niełatwo jednak było znaleźć w dzisiejszych czasach wrażliwych na Moc chcących tu przylecieć. Myślę jednak, że było warto.
- I co może, mam w podzięce paść do twych stóp?
- Ależ skądże! Myślałam raczej, że uda nam się nawiązać współpracę. Ty masz wiedzę, która mogłaby się mi przydać. Ja zaś w zamian za możliwość współpracy ofiarowałam ci nowe życie i oferuję łatwy powrót po tysiącach lat hibernacji. Galaktyka bardzo zmieniła się przez ten czas.
- W to nie wątpię. Mogłaś jednak znaleźć mi lepsze ciało, skoro tak bardzo chcesz mojej wiedzy i pomocy. Przyjmijmy jednak, że na razie dam ci się wykazać i wysłucham, co masz do powiedzenia.
Mówiąc to, skierował się do otwartego trapu frachtowca. Kobieta dołączyła zaraz za nim, a niedługo potem statek oderwał się od skalistego podłoża i zniknął w oddali z dwójką jednych z najniebezpieczniejszych istot w całej Galaktyce na pokładzie.

***

Brudna, wynędzniała i posiniaczona dziewczyna patrzyła pustym wzrokiem na odlatujący w dal frachtowiec. Powoli, bardzo powoli do jej skłębionych, pod długimi i potarganymi od tygodni niemycia włosami, myśli docierał fakt, że przetrwała. Wbrew temu całemu koszmarowi, wbrew temu miejscu i tej przerażającej istocie, którą tu spotkali. Na obszernym płaskowyżu, gdzie rozbili swój obóz, teraz już całkiem opustoszały, poza nią nie było żywej duszy. I chociaż aura świątyni ukrytej we wnętrzu góry nadal przyprawiała ją o ciarki, czuła, że największe zło tego miejsca właśnie je opuściło.
Pierwszym, co zrobiła, było odwiedzenie obozowego magazynu, najedzenie się do syta, a następnie umycie się w swojej własnej kajucie, gdzie nadal nietknięte leżały jej rzeczy. Spakowała je do jednego plecaka i wyszła z powrotem na zewnątrz, w stronę szlaku, który prowadził do podnóża góry. Wszystko to robiła jak w jakimś śnie. Najwyraźniej taka formę wyparcie próbował stworzyć jej umysł, by nie dopuścić myśli o koszmarach, które się tutaj wydarzyły i śmierci wszystkich jej towarzyszy. Śmierci też tych niespodziewanych przybyszów, których nie zdążyła w porę ostrzec.
Schodziła powoli, nie niepokojona już przez nic i przez nikogo. Z każdym kolejnym krokiem w dół zaczynała dochodzić do siebie. Aura świątyni miała coraz mniejszy na nią wpływ, nawet biorąc pod uwagę fakt, że jako jedyna potrafiła oprzeć się tym strasznym mocom. Jedyny sprawny frachtowiec przed chwilą odleciał, drugi był zbyt poważnie uszkodzony przez ekipę jeszcze za czasów ich zniewolenia. Na szczęście ten ostatni z przybyłych, młody kaszlący chłopak, zostawił jej pośmiertny prezent w postaci statku, który mogła wykorzystać. Też był solidnie uszkodzony, ale podczas ostatniej nocy była już na nim i stwierdziła, że da radę go naprawić. Zajmie jej to kilka dni, ale będzie to ostatni wysiłek, by po tygodniach koszmaru stać się jedyną Ocalałą z Vinsoth.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
00
+++++ ++++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 494
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Re: Wykopaliska na Vinsoth

Postprzez Quorn » 28 Wrz 2018, o 10:09

Każdy swoją Gamorrę ma, co nie Nantel? Zacna robota i dobrze się to czytało. Lubię ociekanie mrokiem.
Awatar użytkownika
Quorn
Administrator
 
Posty: 1032
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Wykopaliska na Vinsoth

Postprzez Nicciterra » 28 Wrz 2018, o 11:20

Ja tam lecę @-@ ja tam lecę! Aaaaaaa!!!


Świetnie się czytało, ten motyw bezradności uderza srogo... jakby Ci wszyscy archeologowie (w tym mauzoleum, jak i gdzie indziej na świecie) byli takimi ciekawskimi owadami wlatującymi niekiedy nie do tej jaskini co trzeba. Gdzie czeka drapieżnik, gdzie czeka na nich nieunikniona zguba, bo to tylko owady tak?? Inaczej ma się odczucie, gdy taki los spotyka ludzi...
Image
Awatar użytkownika
Nicciterra
Gracz
 
Posty: 528
Rejestracja: 18 Paź 2016, o 11:39

Re: Wykopaliska na Vinsoth

Postprzez Trouble » 28 Wrz 2018, o 12:03

Nie będę odkrywczy i powiem, że czaderskie. Dobrze się czytało i z tym większym zainteresowaniem, że są to wydarzenia związane z forumową rozgrywką. Aż strach pomyśleć, że taka Trouble albo inny narwaniec może się natknąć na coś takiego... Brr.

Motyw opowiadania i sesji co prawda klasyczny, ale klasyka broni się sama :) Wykopaliska, ciemne moce i opętanie. Nie spodziewałem się co prawda powrotu Sitha... I że Moc potrafi takie rzeczy robić. (CZAD!) No i najważniejsze pytanie - Kim była kobieta, która to wszystko zainicjowała i podsyłała nowe ciała? Początkowo można by się spodziewać, że to ta doktorantka, ale ona sama ledwo uszła z życiem... Nic tylko czekać aż Galaktykę znów pochłonie chaos! :D
Image
Dwukrotnie odznaczony za męstwo w boju...

Wyrazy sympatii od forumowego kupotocza - Quorn Image
Awatar użytkownika
Trouble
Gracz
 
Posty: 259
Rejestracja: 23 Wrz 2018, o 15:48

Re: Wykopaliska na Vinsoth

Postprzez BZHYDACK » 28 Wrz 2018, o 16:10

Wiemy, kim jest ta kobieta. Już raz miałem (nie)przyjemność stanąć na jej drodze.
Nantel, Naprawdę fajnie się czyta. Choć śledząc wątki Vinsoth praktycznie od początku spodziewałem się czegoś takiego, to jednak dobrze napisaną klasyczną historię zawsze miło przyswoić.

I ja chcem tam trafić!
Awatar użytkownika
BZHYDACK
Gracz
 
Posty: 286
Rejestracja: 18 Sty 2016, o 12:29

Re: Wykopaliska na Vinsoth

Postprzez Kira Redan » 7 Sty 2020, o 01:15

Odkryłem to dopiero teraz, gdy Serith wspomniał na czacie o "ciekawej osobistości w moim wątku", stwierdziłem, że w takim razie musi coś być na forum o tym Nicku Nalto, no i proszę.

A co do opowiadania. Nie będę bardziej odkrywczy od pozostałych, CZAD! :D Przyjemnie się czytało, a każdy kolejny fragment świetnie budował napięcie. A obecność Alexis na końcu...no to mam podwójnie przekichane. Teraz mam wrażenie, że Kira albo nie pożyje długo, albo zostanie opętana xD

Jeśli masz w planach dalsze opowiadania, to czekam z niecierpliwością :)
Awatar użytkownika
Kira Redan
Gracz
 
Posty: 127
Rejestracja: 18 Paź 2017, o 22:49
Miejscowość: k. Kołobrzegu


Wróć do X Lat Mgławicy Mocy