Content

Nieznana Przestrzeń

[Nieznana planeta] - Eden

Image

[Nieznana planeta] - Eden

Postprzez Mistrz Gry » 11 Wrz 2019, o 20:51

Rothescul nie mógł pojąc języka tych istot. W swej wędrówce poznał wiele ras, słyszał wiele dialektów, ale nigdy czegoś takiego. Dźwięki ich mowy były bardzo nieprzyjemne dla ucha. Szorstkie skrzeczenie przyprawiało o ciarki na plecach, za pewnie ich krzyk mógłby przysporzyć o dezorientację, albo ból głowy. Możliwe, że głos służył im za broń, ale nie zdołał się jeszcze przekonać. Całe szczęście w ich kulturze normą komunikacji były szepty, zaś normalna słyszalna mowa była uznawana za niegrzeczną, czy pretensjonalną, zaś podniesiony ton za akt agresji, porównywalny z uderzeniem w twarz u ludzi. To już zdążył zauważyć.

Podczas skoku w nadprzestrzeni, jego statek dosięgła dziwna anomalia kosmiczna. Generatory padły natychmiastowo bez żadnego uprzedzenia, a jego statek został wciągnięty w jakieś siły, które rzuciły okręt w nieważki ruch w jakimś kierunku. Rothescul korzystając z medytacji, starał się przetrwać warunki na statku gdzie elektryka zupełnie padła. Statek powoli wytracał ciepło, a wentylacja nie filtrowała powietrza, kiedy to zabrak poczuł, że statek przyśpiesza. Zaczęła go ściągać grawitacja i tak oto w ten sposób rozbił się o powierzchnię planety-dżungli.
Statek rozsypał się na strzępy, a on cudem przeżył. O tyle miał szczęście, że przeżył upadek, o tyle miał więcej szczęścia, że to była planeta z atmosferą zdatną do oddychania, o tyle miał jeszcze więcej szczęścia, że odnaleźli go przyjaźnie nastawieni tubylcy. To z pewnością był zew mocy. Dotyk przeznaczenia. Co ciekawsze, ten teoretycznie prymitywny lud uznał go za boga.

Teoretycznie prymitywni mieszkańcy, ponieważ o dziwo, nie były to jakieś dzikusy z kijami, biegającymi na golasa. Lud ten był bardzo zagadkowy i w dziwny sposób rozwinięty. Rozwinięty, ale w ograniczony sposób. Mieli opanowane kuśnierstwo, czy tkactwo na niesamowitym poziomie, wykraczającym poza zrozumienie Rothescula. W życiu czegoś takiego nie widział, ani dotykał. Ich stroje i wygląd był urzekający, kunsztowny, piękny, stylowy, estetyczny. Docierał, choć mędrzec zdołał już odsunąć tego typu materialne wartości. Cywilizacja ta z nieznanego zabrakowi powodu potrafiła czynić takie cuda. Materiał ich ubrań był bardzo wytrzymały. Nie dało się go rozedrzeć gołymi rękoma, ani przeciąć ostrym narzędziem. Potrafili też świetnie gotować i otaczali się wszędzie perfumami olejków eterycznych, zapachy wprowadzały harmonię i nastrój.
Gorzej było jednak z całą resztą. Nie znali żadnych stopów metali. Ich bronią były proce, kamienne włócznie, baty, liny i sieci. Te trzy ostatnie wykonane z tego bardzo wytrzymałego materiału. Mieszkali zaś żyli w wielkich piramidach w mieście z kamienia, gdzie budowle z pewnością były stworzone dawno temu i na pewno nie przez te pokolenie obcych. Wszędzie było widać ślady istnienia jakiejś zaawansowanej technologi, choćby w budownictwie. Równe do złudzenia krawędzie budowli i gładka przyjemna w dotyku tekstura, miała na sobie mnóstwo napisów oraz elementów... chyba elektronicznych, jakkolwiek niefunkcjonujących. Miasto było obwarowane pokaźnym wysokim murem. I choć mieszkańcy gotowali na zewnątrz w ogniskach i wyruszali na polowania zwierzyny by coś zjeść za mur, na tyle kończyła się ich prymitywność. Mieli w sobie wiele gracji i szacunku. Wyuczonego, zaszytego dogłębnie w duszę każdego osobnika. Byli niezwykle religijni, a przybysza z kosmosu w jego osobie uznali za boga.

Rothescul jednak jeszcze nie wiedział co to znaczy być dla tego ludu Bogiem, no i też w ogóle jeszcze w taką rolę się nie wczuwał. Póki co z grubsza poznał i zauważył większość mieszkańców Kamiennego Miasta. Kolejna rzecz, która była niezwykła, to fakt, że wszyscy mieszkańcy byli wrażliwi na moc i potrafili z niej korzystać. Pytanie na jakim poziomie. Nie było najmniejszych szans, by zabrak zdołał się z nimi skomunikować za pomocą mowy, czy choćby ogólnie znanych symboli w galaktyce. Tutaj wszystko było kompletnie inne. Na szczęście jego intencje mogły być jasno odebrane przez mieszkańców, a on również mógł dostrzec co oni czuli wobec niego, dzięki Mocy. A czuł głównie dwie rzeczy.
Strach i nadzieję.

Był to właśnie początek drugiego dnia, po tym jak odzyskał przytomność po rozbiciu się statkiem. Umieścili go w komnacie w największej z piramid, po tym jak go opatrzyli po katastrofie statku. Nie było tam żadnych przedmiotów. Kamienna posadzka z wygrawerowanymi symbolami i kilka pochodni na drewnianych stojakach. Korytarze do nieznanych pomieszczeń i jeden bezpośrednio na zewnątrz na główny środkowy plac miasta.
Pierwszego dnia, kiedy to odzyskiwał siły, przyszła do niego dwunastoosobowa grupa tych istot. Niżsi od przeciętnego człowieka, drobniejsi, o szarej gładkiej skórze i o zawsze zamkniętych oczach. Nie widział, by jeszcze podnosili swoje powieki, by na niego spojrzeć, ale z pewnością tak były skonstruowane ich oczy. Posiadali również rozdwojone szpiczaste uszy. Ich równo wyszyte białe szaty, spinały złotego koloru skórzane klamry na srebrne wstążki. Chodzili boso i przynieśli mu kosze z owocami i mięsem oraz misę z krwią. Krew, aż kipiała midichlorianami. Do tego otrzymał zapakowaną w czerwony jedwabny materiał złotą wysadzaną klejnotami tiarę. Z prawdziwego złota rubinów i diamentów. Z przedmiotu biła Moc, z pewnością był to artefakt. Nie wiedział jeszcze jak miało to działać i na co wpływać. Czuł jednak od tego zakręconą niezrozumiałą moc. Do tego leżały tam szaty, widać stworzone by pasowały na niego. Białe z tymi samymi klamrami z tą różnicą, że na szacie był gdzieniegdzie wyszyty symbol. Jakiś zawijas przypominający symbol słońca.
Gdy już otrzymał równo położone przed nim podarunki. Grupa oddała mu hołd, korząc się przed nim i modląc do niego. Wnet odeszli i przyszła kolejna grupa. Też w białych szatach. Potem trzy grupy w czerwonych szatach i następnie niezliczone grupy w czarnych. Oddawanie mu hołdu zajęło cały dzień. Grupy różniły się od siebie. Biali wydawali się być spokojniejsi, czerwoni mieli w sobie mnóstwo agresji i czuć było od nich ciemną stronę, czarni zaś zwyczajnie się go bali, panicznie. Jak ledwie ruszył się by sięgnąć po owoc, kilku się przestraszyło i uciekło. Jak chciał coś powiedzieć, Ci jeszcze bardziej się korzyli, jakby chcieli tylko oddać mu niezbędną cześć i uciec z tego miejsca do domu. Nie chcąc ich za bardzo straszyć już na samym początku, pozwolił im czynić to co chcieli, czy też im kazano. Hołdy trwały tak, aż zaszło słońce. Lud wtedy dał już spokój swojemu Bogu. Rothescul, wtedy korzystając z chwili wyjrzał ze swojego sanktuarium na zewnątrz. Wtedy dostrzegł te ogromne miasto. Jego komnata była w górnej części piramidy, a schody prowadziły na dół ku ulicom. Wtedy z samej góry miał widok na to wszystko. Kamienna dżungla piramid, mury, a za nimi nieprzenikniona dżungla.

Obudził się ze snu. Miał dziwne przeczucie, że biali wkrótce znów go odwiedzą. Zdawali się być ważniejsi od reszty. Mógł na nich poczekać, miał mnóstwo jedzenia. Nawet gdy spał, czuł czyjąś obecność. Ktoś przyszedł zabrać resztki jedzenia, by przynieść więcej. Albo mógł zrobić coś innego, w końcu najwidoczniej uznali go za boga.

Hej Viesio. Tak, mieszkańcy uznają Cię za Boga. Oznacza to prawdopodobnie, że możesz robić co chcesz... Możesz spokojnie zaprezentować postać w nowym środowisku, podjąć się inicjatywy co chcesz zbadać lub spróbować, a jeśli nie, sam to nakręcę w jakimś kierunku w następnym poście ;)
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6630
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Nieznana planeta] - Eden

Postprzez Vestibor Rothal » 13 Wrz 2019, o 23:14

Nic nie wskazywało na to, by podróż zabraka miała skończyć się w taki sposób. W poszukiwaniu wiedzy Rothescul często zapuszczał się w dziewicze dla galaktycznej świadomości miejsca, wiedział, że ryzykuje, ale miał także świadomość, że moc go poprowadzi, dlatego bez lęku skakał tam gdzie nie dotarły jeszcze sondy badawcze lub do miejsc, dawno zapomnianych przez gwiezdnych kartografów.

Zaraz po wynurzeniu się w systemie, mężczyzna poczuł dziwną aurę tego miejsca. Na fizyczne potwierdzenie tajemniczej energii tego miejsca nie musiał długo czekać, jego statek był nieubłaganie przyciągany przez nieokreśloną siłę. Rothescul nie miał zbyt dużo czasu, by zastanawiać się nad naturą tego zjawiska, jeśli chciał przeżyć musiał zacząć walczyć z siłą grawitacji i robić wszystko, by spowolnić opadanie i nie rozbić się ze zbyt dużą siłą, bo sam fakt rozbicia był nieunikniony.

Przeżył. Z perspektywy zwykłego obywatela imperium był to cud. Statek z dużą prędkością, paląc się, uderzył w płytką taflę wody, niemal w pełni natychmiastowo gasząc rozgrzaną kulę. Żywioł ognia musiał ustąpić potędze wody, która szybko zaczęła przyjmować go w głąb siebie, okalając przy okazji gęstym błotem kokpit pilota. Absolutnym ostatkiem sił zabrak wyczołgał się ze zniszczonego statku, krztusząc się błotem, rzucając się na jedyny element, który wystawał ponad wodą - gładki, szary głaz, rzucając ostatnie spojrzenie na statek, z którym tyle go łączyło, jak powoli zanurzał się w zielonej brei. Zemdlał.

Nie pamiętał co się z nim działo nim wylądował w kamiennej budowli, przez jego głowę przechodziły jedynie przebłyski minionych wydarzeń - tubylcy, kamienne budowle, krzyki, kolory. Okropny ból głowy kazał mu przestać grzebać we wspomnieniach i skupić się na terażniejszości. Głowa szybko okazała się być dziecinną igraszką, gdy zabrak zaczął na nowo odczuwać poszczególne części ciała. Ból był tak przejmujący, że Rothescul nie wytrzymał i głośno zawył... coś upadło na twardą posadzkę. Ból ustąpił natychmiastowo, a do głosu doszła adrenalina, która wreszcie nakazała Rotheculowi rozejrzeć się gdzie jest i co się stało. Spostrzegł przed sobą przerażone dwoje oczu, prawie na pewno samicy, prawie na pewno niedojrzałej. Była ubrana w olśniewająco białą suknie - koloru tak białego, jak śnieg na Hoth, kroju tak przejmującego, że mężczyzna mimowolnie skupił się właśnie na tym. Chwilę zajęło zabrakowi zdanie sobie sprawy, jakie to głupie, była to najmniej ważna rzecz jaka go powinna teraz zajmować. Miała szarą skórę i dziwne oczy, wyglądało na tym, że nie mruga. Rozbitek zaczął wodzić wzrokiem za żródłem dzwieku, które wyrwało go z rozmyślań o przejmującym bólu - była to kamienna taca, która musiała upaść z rąk tubylczyni , dalej jeszcze powoli toczyły się fioletowe kule, zapewne owoce lub warzywa. Do tej pory istota stała nieruchomo, trzęsąc się, co mogło wskazywać na zmieszanie bądz nawet strach, dając rozbitkowi czas na pobieżne rozeznanie się w sytuacji. Wreszcie wykonała szybki ruch do tyłu, wybiegając z kamiennego spiżowego pomieszczenia, w którym znalazł się ,,skoczek z gwiazd" ; ten nie miał jednak czasu zastanawiać się nad jej zachowaniem, ból wrócił, a on sam ponownie zemdlał.

Obudził się po dłuższym czasie, zdziwił się, bo nie czuł bólu, nawet najmniejszego. Nim zdążył pochylić się nad tym kolejnym, niezwykłym zjawiskiem jakiego doświadczył, spostrzegł przed sobą grupę tubylców, którzy najwyrażniej uznali go za coś na kształt bóstwa. Ta myśl przeraziła zabraka bardziej niż wszystko przedtem. Oddali mu pokłon i pośpiesznie wyszli z pomieszczenia. Rothescul usiadł, ale nie zdecydował się jeszcze wstawać, rozejrzał się po pomieszczeniu, z początku nie wydawało mu się tak wielkie, jak teraz. Bogata, złota symbolika, liczne przejścia prowadzące do głębi kompleksu, kilka większych dziur w budowli mających służyć za okna, a dokładnie przed nim wejście do budowli, mężczyzna był przekonany, że znajduje się dobre kilka metrów nad ziemią. Zwrócił uwagę na stoły, a konkretnie to na co ich spoczywało - prawdziwa uczta Boga - najróżniejsze kształty, kolory mieniły się w oczach, przywykłego do najtańszej papki zabraka, fikuśne mięsiwa, powykręcane w kształtach zaprzeczających podstawą biologii. Musiał spróbować wstać, to czy mógł chodzić było kwestią kluczową, na szczęście nie sprawiło mu to większych problemów niż oddychanie, które notabene nigdy nie było jeszcze tak przyjemne jak dotąd, zresztą nie tylko to, aura miejsca była niesamowita. Błogość powoli zaczęła opanowywać mocowładnego, gdy nagle usłyszał kroki dochodzące z nadprzeciwka - prawdopodobnie ktoś wspinał się na szczyt, no właśnie, nawet nie wiadomo czego. Przybysz dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest nagi, pomijając zabandażowane miejsca. Rothescul pośpiesznie podniósł tkaninę, która do tej pory okalała jego ciało, gdy leżal i obwiązał się w pasie. W samą porę, do środka weszła właśnie kobieta, którą widział po raz pierwszy. Wyglądało na to, że była jeszcze bardziej wystraszona niż wtedy, kroczyła jednak pewnie, a niepokój szło wyczuć dzięki mocy, takie negatywne uczucie, pośrod takiej błogości, było niesamowite wyrażnie.

W rękach trzymała białą szatę, na wierzchu której spoczywało coś na kształt korony. Kobieta oddała mu pokłon, trzymając przy tym nadal w wyciągniętych rękach, ubranie. Nie podeszła jednak dalej, a słabym ruchem ręki pchnęła przedmioty powoli przed siebie. Szok niedoszłego ,,boga" był ogromny - z jakieś powodu zabrak nagle nabrał pewności, że owa istota nie jest odosobnionym wyjątkiem, a wszystkie istoty potrafią posługiwać się mocą. Ale przecież to niemożliwe... Z rozmyślań, wyrwał Rothecula dotyk miękkiej, białej tkaniny. Jeszcze nigdy nie trzymał czegoś podobnego, opis jednoczesnej wygody, trwałości i miękkości materiału był niemożliwy, przynajmniej nie słowami jakimi dysponował mężczyzna. Kobieta odwróciła się, a zabrak momentalnie wykorzystał sytuację, zakładając na siebie podaną szatę. Dwoma szybkimi krokami znalazł się tuż za nią, a gdy ta się odwróciła, momentalnie odskoczyła do tyłu potykając się i upa... w ostatniej chwili przybysz podtrzymał ją mocą, by nie upadła, podniósł ją na własne nogi, a ona natychmiast przylgnęła do jego stóp. Ten natychmiast ją podniósł, chwytając za dwa szczupłe ramiona, jej skóra miała materie podobną w dotyku do tej, która aktualnie gościła na skórze zabraka. Mógł mieć jedynie nadzieję, że pochodzi ona ze zwierząt, owa nieufność była tym bardziej na miejscu, że obok wykwintności stołu, mężczyzna zdołał dostrzec również wielki półmisek krwi. Oczy kobiety nie śmiały nawet spojrzeć w jego twarz, uparcie wpatrując się w dół, na kamienną posadzkę. Rothescul przemówił do niej, nie spotykając się z żadną reakcją, najdelikatniej jak mógł podniósł jej podbrudek, by na niego spojrzała. W kącikach dziwnych, bezpowiekowych oczu tliła się jakaś ciecz, mocowładny odstąpił od niej o krok, a ta ponownie wybiegła.

Minęło dobre parę godzin standardowego czasu, a zabrak nie miał ani chwili spokoju, co chwila przychodzili tubylcy, skłaniając mu pokłony, szepcząc między sobą, dziwnym, śpiewnym językiem. Próba komunikacji w konwencjonalny sposób nie wchodziła w grę. Gesty działały trochę bardziej, udawało się wskazać niektóre rzeczy, ale ostatecznie i tak prowadziło to do przerażenia wśród tubylców. W końcu zabrak dał sobie spokój i zaczął jeść, z niechęcią spoglądając na kolejnych, podobnie wyglądających trubylców, oddawających mu cześć. Zaczął chodzić po pomieszczeniu, wyglądajac przez ,,okna" na kamienne piramidy wzniesione przez jego wybawców. Na razie nie wychodził, nie chciał popełnić w stosunku do nich jakiegoś nietaktu, zresztą nie bardzo miał pomysł co zrobić gdy wyjdzie. Na głównym placu setki z nich oddawali mu pokłony, wszyscy z nich byli czuli na moc i prawdopodobnie byli w stanie naginać ją do własnej woli... taka potęga. Niezwykle trudno było określić ich rozwój, niby wszystko wskazywało na to, że są prymitywni, prawdopodobnie są jednym plemieniem, a ich gatunek na planecie może być zarówno niezwykle liczny, jak i równie dobrze, mogą być ich jedynymi przedstawicielami. Z drugiej zaś strony, wspaniałe budowle, niemożliwe do wniesienia na ich poziomie cywilizacyjnym, bez wykorzystania potęgi mocy, niezwykłe tkaniny i emocje jakie można było wyczuć.

Na razie Rothescul czekał, dopóki będą przychodzić będzie czekał, gdy wreszcie pielgrzymki ustaną, postanowił wyjść, jakimś bocznym wyjściem o ile takie znajdzie, czuł, że czeka go tu jeszcze wiele tajemnic do odkrycia. Jednego był pewien, sama moc go tu wyzwała, a on miał zamiar sprostać jej wyzwaniom i w miarę możliwości pomóc tym, którzy pomogli jemu. Priorytowo jednak musiał znależć z nimi wspólny język, a przynajmniej płaszczyznę komunikacji.
Awatar użytkownika
Vestibor Rothal
Gracz
 
Posty: 124
Rejestracja: 8 Lis 2015, o 00:22


Wróć do Nieznana Przestrzeń

cron