Content

Przestrzeń Huttów

[Gamorra] - Gambit Knurów

Image

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 23 Lis 2017, o 11:08

Palpoo
Małe paciorkowate oczki dopatrzyły sporo problemów. Rozległa polana rozpościerająca się pomiędzy korzeniami kilku większych drzew zasłana była wszystkim. Bronią, zbrojami, fragmentami ubrań, ciał, plamami krwi, moczu i kału, śpiącymi gamorreanami, zmasakrowanymi zwłokami więźniów, kocami, barłogami, bukłakami i kamionkowymi gąsiorami. Wszystkiego było tak dużo i tak gęsto, że ta cała poimprezowa mozaika całkowicie przysłaniała ziemię. Wśród tych resztek chodziło kilku knurów i kopniakami wymuszali na śpiących pobudki.
Centralnym punktem scenerii było resztki sporego ogniska które wciąż jeszcze płonęło i zalewało polanę resztkami pomarańczowego światła. Drugim wyraźnie odróżniającym się punktem oglądanego pobojowiska było coś co wyglądało na prowizorycznie wyglądający tron wykonany z powalonego pnia drzewa. Ostatnim elementem - który też najbardziej interesował ewockiego zwiadowcę - były klatki.
Klatki w większości były już puste, jednak mniej więcej w co drugiej tkwili jeszcze jacyś więźniowie. Kilku gamorrean i kilkunastu innych humanoidów - w większości ludzi. Siedzieli w tych klatkach i czekali na to co miał im przynieść los.
Klatki były stalowe i pordzewiałe a nie które był nawet w połowie już przysypane i utopione w grząskiej ziemi. Ewok nie miał pojęcia skąd wzięły się na półwyspie ale musiały być już na nim bardzo długo i z pewnością nie przytargali ich tutaj gamorreanie. A przynajmniej nie Ci i nie wczoraj.
Palpoo miał łatwy dostęp do klatek i z pewnością nie został by zauważony gdyby spróbował wypuścić więźniów z kilku.
Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5794
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 27 Lis 2017, o 18:47

Zwiadowca z radością przyjął stan klatek jak i możliwość działania. Nie zamierzał jednak od razu uwalniać więźniów. Z pewnością byli wśród nich znacznie bardziej jak i mniej użyteczne istoty. Ostrożnie przekradł się w pobliże klatek i zdjął swój fartuch ukrywając go w gałęziach. Wyglądał teraz jak futrzane niekoniecznie inteligentne stworzenie. Zlazł z drzewa i poruszając się na czterech łapach zaczął buszować między klatkami starając się zorientować w ich zawartości a równocześnie ukrywając się przed pojawiającymi się tu i ówdzie strażnikami. A to przeniósł nóż w pobliże klatki, a to zgarnął uciętą nogę czy jakieś ochłapy. Starał się zachowywać tak by zostać wziętym za zwykłego padlinożercę, przy czym miał oczy i uszy szeroko otwarte. Być może zdoła sie dowiedzieć czegoś ciekawego.

Ewok zdecydował, że wsparcie Gweeka własną osobą nie jest najlepszym rozwiązaniem, zwłaszcza że knur wiedział o przeciwniku i zastawił na niego zasadzkę. Kręcąc się po okolicy i uważnie wypatrując miał szansę na podsłuchanie czegoś istotnego, w najgorszym razie będzie spierdalał na drzewo udając bezrozumnego padlinożercę. Co dzięki grzybowi "wiele dni smrodu" nie powinno budzić podejrzeń. Coś co śmierdzi tak straszliwie musi żywić się trawą albo padliną, wszystko co ma nos zdąży bowiem spierdzielić przed wonnym łowcą.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1634
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 28 Lis 2017, o 12:40

Gweek
Gweek i Guttor siedzieli na przeciwko siebie i popijali ze zdobycznego bukłaku ognistą wodę; napój smakował im i ze zdziwieniem obaj odkryli, że dodaje on animuszu i odejmuje zmęczenia. Zachowywali się spokojnie i pozornie tak jakby byli tylko dwójką znudzonych wartowników. Jednak ich nerwy były napięte niczym postronki. Byli gotowi w każdej chwili złapać za broń i zanurzyć jej ostrza w ciałach przeciwników.
Przeciwników, którzy wkrótce mieli nadejść.
Wojownicy obu klanów zajęli pozycję zgodnie ze wskazówkami Gweeka. Część została razem ze swoimi wodzami i tak jak oni udawali "wartowników" pozostała grupa zajęła pozycję po obu stronach cyplu ukrywając się za drzewami i krzewami czekając na stosowny moment do zaatakowania.
Zasadzka była gotowa. Dodatkowo na korzyść Gweekowej bandy przemawiało to, że mgła podnosząca się znad jeziora ograniczała widoczność i podnosiła wiarygodność zastosowanego kamuflażu. Poza tym - sądząc po hałasie jaki robiła nadchodząca grupa - przeciwnicy byli solidnie zmęczeni całonocnym piciu. Co prawda wrogowie starali się iść jak najciszej, ale były to starania mocno chwiejne.

Palpoo
Założenia małego włochacza udało mu się zrealizować bez najmniejszego problemu. Zupełnie nikt nie zwracała na niego uwagi. Przynajmniej na początku. Potem więźniowie zorientowali się, że w ich pobliżu znajduje się dziwny stwór, który znosi w okolicę klatek broń. Tylko jeden z więźniów po kilku minutach szepnął cicho...
- Mogłem nie jeść tego grzyba...
- Czemu? - zainteresował się inny.
- Widzę ewoka...

Gweek
- Hej Tłuste Dupy! Co to za hałasy ja siem pytam? - Wojownik, który wytoczył się spomiędzy drzew ewidentnie znajdował się w innym stanie grawitacji. Za nim w podobnym stylu zaczęli wychodzić inni. Było ich niemalże trzy razy tyle co ludzi Gweeka i Guttora. - A gdzie som Grunk i Kronk? Niech tu przyjdom a już. Bo mnie się niecierpliwi do ciepłego mięsa wrócić. No... Wy dwa co tam siedzicie przy ogniu... Ej.. Do Was mówię pokurcze. Co wy tak tutej siedzicie i nie wstajecie jak do Was gadam, ha? A wpierdol byśta chcieli?
Gweek i Guttor przez chwilę milczeli a potem spojrzeli się na siebie i oboje uśmiechnęli się. Z tej bandy co drugi miał ze sobą broń i ani jeden nie był trzeźwy. To znacznie ułatwiało im sprawę.

Palpoo
Palpoo krążył nadal w pobliżu obozu i słuchał. Z tego co udało mu się ustalić banda świętowała "Bitwę o Górę". W trakcie tej bitwy udało im się pojmać Nurrę i część jej klan braci oraz więźniów. Dowiedział się, też podobnych obozów jest w okolicy więcej a Nurrę przetrzymują w obozie ulokowanym najbliżej "Góry" i czekają na przybycie Wielkiego Grogga, który będzie mógł ją brutalnie posiąść gdy ta urodzi bękarci pomiot Gweeka. Wojownicy rechotali przy tym i mówili, że Grogg będzie gwałcił Nurrę i zjadał jej dzieciaki jednocześnie. Kilku - zdecydowana mniejszość - opowiadała jednak coś innego. Ponoć Nurze udało się uciec.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5794
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 29 Lis 2017, o 13:39

Wszystko było gotowe. Wystarczyło czekać. Na wrogów oraz zbawienne działanie napoju, który rozgrzewał od wewnątrz ciało narażone na chłód skraplającej się wilgoci.

Dla rdzennych mieszkańców planety Gamorr Gweek chodził po dżungli jak pracujący na najwyższych obrotach silnik speedera, natomiast zbliżająca się grupa była niczym startujący z lądowiska frachtowiec bez włączonego tłumienia. Wśród panującej ciszy, napięcie sięgało zenitu.

- Eee... noooo nie. My.. no.. nie chcieć. - to był dobry moment na posłuszne i pospieszne wstanie. Przygotowanie się do nadchodzącej konfrontacji było ciut łatwiejsze dla zacieszających ryje dwójki wodzów. Jeszcze chwila, dwie i się zacznie. Ale póki co, grał w grę słowną, pozwalając nieco zbliżyć się grupce.

- Oni... oni piją! Piją i żrą! - miał już wskazać kierunek, w którym to rzekomo dwójka wartowników miała wiecznie imprezować w krainie śmierci lecz zamiast tego, dał ustalony znak do rozpoczęcia ataku.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 236
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 1 Gru 2017, o 12:35

Gweek

Gweek wiedział, że lepszej koniunkcji wydarzeń nie będzie miał. Wrogi oddział wszedł idealnie w przygotowaną zasadzkę a na dodatek był nietrzeźwy; to zupełnie wyrównywało niekorzystny stosunek liczebności obu grup. Nie było za czym czekać.
- Oni... Oni piją i żrą! - Słowa te zostały wypowiedziane przez Gweeka z mocą która zaskoczyła nawet jego samego. Jego głos usłyszeli wszyscy: zarówno pijani wrogowie jak i ukryci i przyczajeni podkomendni. O ile dla tych pierwszych słowa te nie miały, żadnego większego sensu to dla tych drugich był to sygnał.

Sygnał, który miał popchnąć ich na spotkanie przeznaczenia.

Wojownicy ruszyli do ataku wznosząc okrzyk bojowy. Ich ciała przepełniała adrenalina i wiara w swoich wodzów i w sprawę za którą walczyli. Ich przewagę potęgował element zaskoczenia; przeciwnicy nie zareagowali inaczej jak tylko rozwartymi ze zdziwienia paszczami i bałaganem w oczach.
Trupy zaczęły padać gęsto. Pierwsza dziesiątka została powalona bez najmniejszego problemu. Grunt pod stopami walczących momentalnie zrobił się grząski za sprawą przelanej krwi. Wnętrzności i poobcinane kończyny bardzo szybko zaczęły plątać się pod nogami. Wrogowie robili wszystko: rozglądali się, próbowali rozpoznać się tym co się właśnie działo, gadali i czekali na rozkaz ale nikt nie podniósł broni by stawić opór.

Palpoo

Palpoo prowadził swój wywiad w najlepsze i starał się odnotować jak najwięcej faktów. Skupiał się na każdej informacji która pasowałaby mu do klucza: "Nurra i wojna klanów". Gamorreanie nie byli jednak zbyt rozmowni i za wiele nie udało mu się ustalić. A przynajmniej nic nowego, bo opisów tego jak Grogg będzie gwałcił Nurrę usłyszał aż nadto.
Najważniejsze co zapamiętał to nazwy i lokalizacje kolejnych dwóch obozów. Pierwsze było ulokowane po drugiej stronie jeziora. Z tego co mówili knurzy wojownicy miejsce to było oddalone stąd o jakiś dzień płynięcia łodzią; co musiało też oznaczać, że "Grzybie Jezioro" było ogromne. Obóz ten posiadał bardzo melodyjną nazwę i to na nią Snu-Snu zwrócił uwagę w pierwszej kolejności bowiem przypominała mu słowa pewnej pieśni często śpiewanej przez jego pobratymców przy ogniskach w długie endorskie noce. Obóz nazywał się "Pola Śmierdzących Stóp" i był swego rodzaju bazą kwatermistrzowską; miały się w nim znajdować rozmaite zapasy i wszelkie dobra przydatne podczas prowadzenia wojny z innym klanem.
Drugi obóz miał się znajdować bliżej. Jego nazwa nie była już tak ładna. "Dom Pędraków" jednak trafienie do tego obozu sprawiało problem nawet ich własnym wojownikom. Snu-snu nie widział co tam miało by być. Po prostu usłyszał o nim, że jest gdzieś całkiem niedaleko w dżungli.
Pewnie dowiedział by się coś więcej gdyby nie głośny bojowy okrzyk podwładnych Gweeka, który przetoczył się po jeziorze. Wszyscy w obozie zamarli i zaczęli nasłuchiwać.

Gweek
Gweek walczył ramię w ramię z Guttorem a obok niego dzielnie szli Jub i Buj oraz obaj Thurgowie. Topory i włócznie ślizgały im się w dłoniach, tak bardzo wszystko wokół było upaprane krwią. Raz po raz musieli łapać równowagę gdy stopa trafiała na jakiś odcięty fragment ciała bądź wnętrzności.
Jednostronna rzeź powoli się kończyła. Zginęli Ci najbardziej pijani i Ci o najmniejszej wartości bojowej; Ci co zostali skupili się wokół swego lidera i zaczęli stawiać twardy i zorganizowany opór.

Palpoo
Palpoo przywarł do drzewa z przerażeniem przyglądając się jak zaalaramowany obóz zrywa się na nogi.
- Wieprze! Oni nas atakują! Alarm! Budzić Gorgunka!
- Gorgunka tak! Budzić go! Nie damy się!
- Wstawać ochleje i pasibrzuchy! Wy sflaczałe dupki!
- Kto ostatni wstanie ten będzie przez resztę przez tydzień dymany.
- Budzić Gorgunka!
- Gorgunk! Gorgunk! Gorgunk!
- Komu szczelna dupa miła niechaj wstaje!
- Tydzień bez smarowania!
Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że obecność partyzanckiego oddziału Gweeka została w końcu zauważona.

Gweek
Thurg Utopiec i walczący z nim Obroggowy żołdak stracili już topory (obydwa były powbijane głęboko w pnie najbliższych drzew) i okładali się pięściami. W pewnym momencie przeciwnik zadał tak silny cios między oczy Utopca, że dostał niekontrolowanego zeza i zachwiał się. Chwilę później jego przeciwniki już siedział na nim i zaciskał obie dłonie na szyi nieszczęśnika próbując go udusić.
Zamach, jaki wykonał Gweek swym toporem, sprawił, że głowa duszącego oddzieliła się od ciała bez najmniejszego problemu. Fontanna posoki trysnęła w górę a głowa upadła kilka metrów dalej.
- Dzięki szef.. - Sapnął Utopiec masując sobie szyję.

Palpoo
- Czego budzą? - Palpoo usłyszał niezadowolone mruknięcie dochodzące gdzieś z krzaków po drugiej stronie obozowiska. - Gorgunk prosił. Gorgunka boli głowa. Gorgunk zły.
Chwilę po tym do obozowiska wkroczył Gorgunk a na jego widok wszyscy wkoło wznieśli powitalne okrzyki. Gorgunk był największym gamorreaninem jakiego kiedykolwiek widział Palpoo. Przeszło dwa metry wysokości i niemal tyle samo szerokości. Ogromna góra mięśni pokryta grubą warstwą tłuszczu i skóry. Kolos ubrany był w przepaskę biodrową z wykonaną z jakiegoś futrzanego zwierza i uzbrojony w ogromną kolczastą kulę na łańcuchu i wyłamany pień drzewa nabity jakimś nieprzyjemnym żelastwem.
- Gorgunku Wspaniały! Miej wybaczenie dla nas! Ale zostaliśmy zaatakowani! Nurrowe ścierwo pewnie! Musimy walczyć!
- Ooooo... Gorgunk lubić Nurrowe ścierwo. Gorgunk zmiażdżyć ich pyski.
Chwilę później cała polona opustoszała. Gamorreanie z klanu Obrogg z Gorgunkiem na czele ruszyli na odsiecz.
W obozie został tylko jeden jedyny wrogi gamorreanin, który próbował wyrwać swój topór z pieńka. Poza tym byli tylko Palpoo i więźniowie zamknięci w klatkach.

Gweek
Fart zaczął kierować ruchami Gweeka. Uzupełniał jego instynkt i umiejętności. Gdy się pojawiał świat stawał się dziwnie wolny a jemu samemu zdawało się, że on i jego broń ważą mniej. Jednocześnie dziwił się jak bardzo mocne są wtedy jego ciosy. Czuł też wtedy swoich sojuszników i miał wrażenie, że jego Fart ma wpływ także na nich.
Pomimo kilku ran wszyscy wojownicy po stronie Gweeka ciągle żyli i w tym momencie to oni mieli przewagę liczebną. Starcie miało już się prawie skończyć.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5794
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 3 Gru 2017, o 23:51

Zebrał już wiele pożytecznych informacji gdy jego towarzysze starli się z oddziałem nadchodzącym z obozu, ktoś najwyraźniej poinformował resztę bowiem do walki zerwał się cały obóz z olbrzymim Gorgunkiem na czele, słysząc ryki i kwiki wojowników Plapoo przypadł do ziemi i pognał w kierunku swoich rzeczy, zdecydowanie nie wyglądało to dobrze. Już po chwili racice Gammorean zadudniły po leśnym runie, wiedziony przez wodza oddział w formacji zwanej w większości armii „bezmózgą hordą” podążał w stronę Gweeka i jego knurów. Na polanie pozostał jeden nie koniecznie najbystrzejszy Gammoreanin oraz klatki pełne przerażonych teraz więźniów. Ich aktywność zmierzająca do opuszczenia tymczasowego miejsca pobytu zdecydowanie wzrosła. Wyli i szarpali klatki wygrażając ostatniemu z knurów. Ten z radosnym wyrazem ryja wyciągnął wreszcie topór. Świst i przeraźliwy ból ucha były następną rzeczą zarejestrowaną przez móżdżek stworzenia. Coś bardzo boleśnie ugryzło go w ucho. Kwik bólu przeszył las płosząc ptactwo i zwierzynę. Zaś chwilę później oczkom najsłabszego ogniwa w stadzie ukazał się niewielki stwór z brzęczącą procą w łapce.
- Hę?
Kamień wystrzelony z procy trafił centralnie między kaprawe oczy knura nie wyrządzając mu żadnych szkód prócz dokuczliwego bólu. Wojownik osłonił oczy ręką a druga machnął toporem w stronę zbliżającego się pokurcza. Na to właśnie czekał Palpoo. Wybił się z ziemi wskakując na łapę z toporem. Zaskoczony Gammoreanin odsłonił oczy i zobaczył biegnącego po jego ręku włochatego miśka z nożem. Mózg nie zarejestrował wcześniej broni, instynkt nakazał ostrożność. Pacnął więc z całej siły drugą łapą. Napastnik był na to przygotowany wyskoczył jak fryga unikając trafienia i wbijając nieuzbrojoną łapę prosto w ryj ofiary. Palce w nosie zacisnęły się z siłą małego imadła. Knur zawył z bólu otwierając szeroko pysk. Wtedy właśnie druga łapka trzymająca nóż znalazła się w środku. Gammoreanin z radością zatrzasnął paszczę z zamiarem odgryzienia napastnikowi łapy. Ostrze z łatwością przeszło przez mózg który jeszcze przez chwilę nie chciał przyjąć do wiadomości że oto umiera i został pokonany przez włochatą kulkę wyglądającą jak misiek niedojda. Po chwili runął na plecy charcząc i plując krwią.
Ewok, wypuść nas, wypuść!!
Miśkowy wypuścić, my nic mu nie zrobić.
MORDY KURWA!!!


Wokabulator ewoka był ustawiony na maksymalną głośność. Przez co nieco trzeszczał i zniekształcał wyrazy. Spełniał jednak swoją podstawową rolę. Głos niósł się dostatecznie daleko by być słyszanym we wszystkich klatkach. Cisza która zapadła oznaczała że wszyscy go usłyszeli.
- Te obesrańce pobiegły walczyć z moimi towarzyszami, którzy przyszli tu was uwolnić. - piskliwy głos futrzaka nie należał do najdonośniejszych na szczęście urządzenie nadawało mu nieco powagi. Misiek podbiegł do klatek i począł je otwierać. Wypuszczając tylko Gammorean
- Tu wszędzie leży broń, podnieście ją i pokażcie kurwa że jesteście napierdalaczami, wasz wódz jest z nami, uderzymy od tyłu aż im gówno odpadnie z pośladów.
- Wpierdol knurom ojszczykurom!!!


Wybiegający wojownicy chwytali porozrzucaną wszędzie broń z łatwością znajdując coś dla siebie, nawet topór pechowca znalazł swojego nabywcę. Ewok ryczał by poczekali na resztę i uderzyli w kupie bo w kupie siła. W kupie był smród i czasami ciepło, ale siła. Wojownicy zatrzymali się starając się zrozumieć ten okrzyk. W tym czasie Palpoo otworzył ostatnia klatkę z knurami oraz uwolnił człowieka który wcześniej rozpoznał w nim ewoka.
- Uwolnij resztę uzbrójcie się i ruszać za nami! Trzeba napierdalać! Jeśli tu zostaniecie a my przegramy skończycie jako gulasz z tchórzy. Jeśli zostaniecie i wygramy, załatwię ci większa dziurę w dupie
Palpoo wskoczył na ramię Gammoreaninowi który był najwyraźniej przywódcą więźniów, albo zwyczajnie był największy. Ponoć nazywał się Ghurk i miał zaiste groźny wygląd.
- Do boju świńskie syny, - wrzasnął z wysokości, - za nami zaprowadzę was do wroga!

Ewok pokazywał swojemu wojowniczemu wierzchowcowi trasę, słysząc za sobą tętent racic uwolnionych knurów. Zamierzał poprowadzić odsiecz zapamiętana trasą a przed atakiem użyć swojej wybuchowej niespodzianki. Instynkt podpowiadał że wystarczy wyeliminować Gorgunka a reszta da się wyrżnąć jak prosiaki. Biegnąc ewok obmyślał jak dotrzeć do wroga. Z pewnością nie ma szans na przebicie się w środek walczących świń, ale jego cel z pewnością będzie się wyróżniał. Wiedział już co zrobi.
- jak wypadniemy z lasu, na polanę, Knury powinny skupić się w ochronny krąg, Przerzucisz mnie nad nimi, musisz rzucić z całej siły i nie celuj w drzewa!
- Kwik?!
- Rób jak mówię uratujesz wiele schabów.

Drzewa robiły się coraz rzadsze zbliżali się do polany na której toczyła się walka.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1634
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 13 Gru 2017, o 22:34

Walki u podstawy cypla nasilały się. Pierwsza, szybka potyczka była tylko przedbiegiem przed starciem, które nabierało na sile. Wysłana na rekonesans straż przednia, została wzięta w zasadzkę. Ciosy z flanek i od frontu zalały pierwszy szereg niczego nie spodziewających się wojów. Żyzna gleba planety Gamorr domagała się łapczywie nawozu i krwi. Trawa usiana była dywanem umierających i martwych mieszkańców globu. Ziemia chłonęła krew, wypijając dusze wprost z ran i odciętych kończyn. Broń wpijała się w ciała
gładko, czasem zatrzymując na kościach czoła, żeber, miednicy.
Obie grupy formacją klina wbiły się między zwartą ciżbę knurów, rozpadając się na dwu- trzy osobowe grupki, walczące ramię w ramię. Szybkość z jaką powstawały i zmieniały swoje konfiguracje i składy osobowe, budziło popłoch wśród gospodarzy imprezy "Na Cyplu". Włócznie sięgały tam, gdzie nie wbijały się zamaszyste cięcia toporów.
Słońce planety mogąc mówić, rzekłoby - Selekcja naturalna rozpoczęta. Apogeum walk nastało wraz z szybkim wzrostem temperatury, gdy ustanie w miejscu, na ciałach poległych komplikowało walkę. Broń zamieniano na pięści, rozpłatanie ciał przerodziło się w taranowanie rogami, wytrącanie sierpami z równowagi stojących, czasem kłami podrzegano gardła leżącym na plecach.
Pijani żołdacy wytrzeźwieli szybko, widząc sieczkę dokonującą się na ich pobratymcach. Ci, co mogli lub mieli broń w rękach, cudem uniknęli rozpierzchnięcia się we wszystkie strony świata, bo Ubung swą charyzmą skupił niedobitki wokół siebie, zaciskając ciasny krąg.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 236
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 14 Gru 2017, o 10:06

Gweek
Ostatnia para przeciwników chciała się poddać. Jednak w ogólnym bałaganie i hałasie ich nawoływania i podnoszenie rąk do góry albo nie zostało zauważone albo nie chciało być zauważone. Ostatecznie jeden został przebity na wylot drugiem rzucony topór wbił się w czaszkę. Byli martwi zanim ich ciała z mokrym plaśnięciem wpadły w krwawe błoto. Gweek i jego banda zwyciężyli! I nikt nie został ranny.
Gweek odczuwał euforyczną radość a adrenalina i moc pompowały jego ciało do granic ekstatycznego uniesienia. Podobnie czuli się wszyscy wokół. Sam nie wiedział kiedy wzniósł topór w górę i wydał z siebie tryumfalny okrzyk. W ślad za nim poszła reszta grupy.
I wtedy poczuł impuls. Fart posmyrał go po karku. Zbliżało się niebezpieczeństwo. Wielkie niebezpieczeństwo.
Machnął ręką a jego intencja została od razu odczytana; oddział zamilkł w skupieniu przyglądając się swojemu wodzowi. W ciszy jaka zapanowała wyraźnie usłyszeli jak coś biegło w ich stronę. Mieli wrażenie, że to coś trzęsie ziemią i łamie gałęzie drzew.
To co wypadło na nich chwilę później było największym i najokrutniejszym gamorreaninem jakiego kiedykolwiek oglądali. Bestia wpadła na nich i jednym machnięciem wyrwanego drzewa - maczugi wysłał Thurga Utopca w powietrze. Ten przeleciał kilka metrów i wpadł gdzieś do wody.
- Gorgunk miażdzyć! Waaaaaaagh! - Wrzasnął wściekle wynaturzony przeciwnik i zamachnął się kolczastą kulą, która spadła na jednego z guttorowych wojowników zamieniając go w poskręcaną masę kości i mięśni.
Dopiero teraz Gweek i reszta wojowników wyszli z otępienia. Mogli działać.
Wielka bestia imieniem Gorgunk nie była jedynym wrogim gamorreaninem, który przybył z odsieczą. Zaraz za nim z lasu zaczęli wychodzić kolejni Obroggowi wojownicy. Ci jednak nie pchali się do walki; dopóki Gorgunk wymachiwał swoim żelastwem był równie niebezpieczny dla każdego kto się znalazł w jego zasięgu.
Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5794
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 18 Gru 2017, o 23:51

Błyskotliwy plan Ewoka zadziałałby niezawodnie, gdyby nie zdecydowany opór Ghurka knur nie zamierzał w żaden sposób zaszkodzić swojemu wybawcy. Z tego też powodu odsiecz musiała nieco poczekać. Dobiegając do polany niewielka grupa zatrzymała się na linii drzew. Przed sobą widzieli plecy wojowników. Ryczeli i wymachiwali bronią, zapewne starając się zastraszyć przeciwników. pojawiająca się nad tłumem olbrzymia kula na łańcuchu wskazywała jasno miejsce pobytu ich wodza. Palpoo postanowił wykorzystać technologię miast brutalnej siły.
- Jak jebnie szarża na tych co ustoją. Zrozumieliście czy mam kurwa narysować plan na piasku?
- My nie być głupi, aż tak...
- mały nie pierdol tyle tylko bierz się do roboty i zapierdalaj z tą swoją bombą.
- Wysoka czarnoskóra kobieta ściskała w dłoniach dziwnie wyglądające ostrze. Ona i trzech innych ludzi dołączyła do Gammorean podążających za Palpoo i Ghurkiem, reszta więźniów rozpłynęła się w powietrzu.
- Pacz i się ucz. Palpoo najwyraźniej był pod wrażeniem władczej kobiety ponieważ zapomniał dodać motywatora na końcu zdania. Zagłębił łapki w fartuch i wyciągnął metaliczny przedmiot. Przeraźliwy wrzask mordowanego knura a chwilę później tryumfalny ryk napastników skandujących - Gorgunk! Gorgunk! GORGUNK!! przetoczył się przez polanę.
Łapki niosły lekko kolebiącego się miśka w stronę szeregu nieprzyjaciół. Jego świeżo poznani sojusznicy czekali w zaroślach na eksplozję mającą być sygnałem do ataku.
- Moglibyśmy zaczekać aż ich wymordują,
- Mógł nie wypuszczać cię z klatki, skończyłbyś jako obiad Mike.
- Nie oczekuj za wiele po więźniu.
- Przecież tu jesteś prawda?

Mężczyzna zwany Mike zaśmiał się lekko na słowa swojej towarzyszki. Tak był tu, więzienie nie pozbawiło go honoru, a ten nakazywał mu spłacić dług, który będzie trwać tak długo jak Ewok żyje. Na planecie z której pochodził do takich spraw podchodzono niezwykle poważnie. Spojrzał kątem oka na swoją towarzyszkę, mimo wiezienia była piękna jak dawniej. Mięśnie grały pod hebanową skórą, zaś oczy skupione były tylko na celu.
Snu Snu dobiegł bez przeszkód do szeregu Gammorean, niewielki wzrost uniemożliwił mu zobaczenie co jest za szeregiem, ułatwił jednak doręczenie przesyłki na miejsce. Włączony na pięć sekund detonator wylądował głęboko pod nogami tłoczących się wieprzów w samym centrum formacji. Palpoo biegł co sił w łapkach odliczając do trzech w swoi stylu
- Zaraz kurwa zginę, pomysł godny geonosianina, ale jebnie...

I jebło.

Eksplozja zaowocowała całkiem widowiskową fontanną krwi i masy mięsnej wyrzuconej w górę na wysokość trzech Gammorean. Wybuch poranił lub ogłuszył znaczną część kibicujących wojowników oraz przewrócił uciekającego Palpoo. Ogłuszony misiek z trudem zbierał się z ziemi gdy nagle został poderwany przez potężną rękę. To Ghurk szarżujący na czele swoich wojowników pochwycił w biegu swojego włochatego przyjaciela. Delikatność z jaką to zrobił nie wywołała żadnego dyskomfortu u wstającego Ewoka. Jeżeli pominąć uderzenie jak w drzewo i nagłe przyspieszenie, które wycisnęło łzy z oczu małego osobnika. Nie miał pojęcia co się dzieje, nie widział więc jak jego sojusznicy uderzyli straszliwie na lewą flankę wyrzynając w pierwszym ataku kilku oszołomionych wojowników.
Gorgunk tracił swoich w bardzo szybki i widowiskowy sposób. Kto mógł się spodziewać że dwójka czarnoskórych będzie wyrzynać Gammorean jak świnie prowadzone na rzeź. Ich towarzysz padł niemal natychmiast pchnięty w brzuch toporem. Mike pomścił go w mgnieniu oka wbijając prymitywną włócznie prosto w pysk zabójcy. Lecz to do czarnoskórej pantery należała główna część przedstawienia. Wibroostrze jest straszliwą i niedocenianą bronią. Sztylet tańczył i wirował wraz z właścicielką, która z milczeniem na ustach szlachtowała wojowników Gorgunka. Ci ostatni ogarnęli się wreszcie i ruszyli do desperackiego kontrataku który był zamaskowaną ucieczką.

Palpoo który odzyskał już przytomność wyślizgnął się z ręki swojego towarzysza pozwalając mu skupić się na pościgu. Dla uciekających nie było litości, przeraźliwe kwiki i rzężenia dobiegały z lasu w którym próbowali skryć się niedawni zwycięzcy. Byli więźniowie doskonale pamiętali ubiegłą noc i nie zamierzali pozwolić komukolwiek uciec. Już po chwili Ewok zorientował się, że nie licząc Gorgunka i wojowników Gweka i Guttora jest raczej samotny na polu walki. Olbrzymia kula nadal wirowała w powietrzu siejąc śmierć i przerażenie. Do jej świstu niebawem dołączył znacznie szybszy dźwięk. To proca ewoka wchodziła na obroty, pociski pewnie nic nie zrobią olbrzymowi, jednak Palpoo nie miał lepszego pomysłu na wsparcie swoich towarzyszy.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1634
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 29 Gru 2017, o 15:03

Latające gałęzie i liście smagał boleśnie, rozcinając skórę na pyskach i ramionach dość mocno zaskoczonych odyńców. W miarę zbliżania się Gorgunka, krok w krok, do tyłu uchodziła mniej liczna grupka. Tworząc lekki półokrąg, uchodząc nieustannie wstecz, próbowali ocenić zasięg kuli wielkości korpusu dorosłego mieszkańca planety. Nikt nie śmiał wejść w paradę rozgniewanemu gigantowi, zachowując stosowną odległość. Dopóki Gorgunk się nie znudzi, sprzymierzeńcy musieli czekać za jego plecami.
Olbrzymia maczuga zaległa pod nogami wielkoknura, oswobadzając ręce wynaturzonej istocie. Stwierdził on, że wyrwie se nową, znudzony małą skutecznością drewnianej pały. Stąpał ciężko po gruncie usianym ciałami tak, jakby nierówność terenu wpływu na niego nie miała. Szczęk łańcucha wprawionego w ruch ranił uszy. Nadszarpnięta zębem czasu, durastalowa lina łącząca dłonie z kulą oprawcy już za pierwszym rzutem uśmierciła najbliższego nieszczęśnika. Z ust pochlebców Gorgunka wyrwała się triumfalna pieśń:

Wiwat i cześć i uwielbienie,
chwała i cześć Gorgunkowi.
Chwała, niech będzie chwała,
Chwała i śmierć,
Wrogom niesiona jest.

Kiwnięcie do siebie głowami wystarczyło, aby Logrun wraz z Terkrim spróbowali zadać kłam zasłyszanej pieśni, przerywając pochód śmierci abstrakcyjnie wielkiego gamorreanina. Odległość około dziesięciu metrów, dzielącą ich od zabicia mutanta, powinni przebyć w trzech długich susach. Wyczekując na kolejny, tym razem niecelny zamach, rzucili się pędem z obu boków na majestatycznego osobnika. Ten tylko przyciągnął do siebie ćwiekami nabity pocisk. Łańcuch trzymany w dłoniach sprawnie został skrócony o połowę długości, właściciel zakręcił ćwiekowaną kulą nad głową i rzucił łukiem na wrogów. Kolce wbiły się w ciało Terkrima, siła uderzenia porywała go nad ziemię, nawet nie zwalniając swego pędu. Drugi ryzykant - z aspiracjami -szczupakiem ledwo prześlizgnął się pod łańcuchem, mając do pokonania zaledwie trzy metry. Życiowa szansa i tytuł wodza przez duże W był na wyciągnięcie włóczni. Z krzykiem na ustach, miał zadać śmiertelne pchnięcie w serce Gorgunka. Krzyk zagłuszyły tubalne śmiechy towarzyszy olbrzyma. Logrun leżał na plecach z zbitym głęboko w mostek arg'garokiem. Nabijali się z głupoty dwóch śmiałków, próbujących szczęścia w starciu z tytanem. Nie pierwszy raz taka sytuacja miała miejsce i wiadomym było, że wspierać będą swego wodza oraz chronić go z bezpiecznej odległości.

Gorgunk! Gorgunk! GORGUNK!!
Uwadze motłochu, skandującego imię swojego wodza, mogło ujść to, że skradał się do nich mały, futrzany łowca. Zniesmaczony jakby widowiskiem, trzymał w ręku zgniły owoc i od niechcenia rzucił granat w plecy, jednego ze stojących w zwartej grupie wojowników.

Siła detonacji mocno przerzedziła gapiów, rozrzucając ich na boki. Ciężko było stwierdzić czy stali oni w pierwszym czy ostatnim rzędzie widowni. Sam ciężar i siła mięśni utrzymała z trudem na nogach Gorgunka przed falą juchy czy papki, rozerwanych na miazgę ciał. Odór był straszny, ale nie najstraszniejszy dla Gweeka. Czując namacalną wściekłość od opiętej skórą do granic możliwości góry mięśni. Szedł przed siebie niezrażony zupełnie sceną, rozgrywającą się za jego plecami. Strzepnął on resztki i pozostałości przyklejone do ciała. Przeszedł po ciężko dyszącym Logrunie, miażdżąc mu najpierw nogę w udzie, drugą natomiast obutą w metal stopą - żebra. Wymachiwał na boki kulą, zataczającą szerokie kręgi wokół niego. Zmuszał tym do dalszego cofania się przeciwników. Nawet połączona odwaga Guttora i szybkie nogi Gweeka na nic się zdawać mogły przeciwstawione surowej potędze ciała największego osobnika tej planety. Byli odgrodzeni od walczących prawdziwą górą mięśni i latającą kulą.

Pierwsze strzały ewokowej procy były niezauważalne dla zahartowanego ciała potwora. Kolejne były robactwem siadającym na karku i łopatkach, irytującym jak pojedyncze krople wody, kapiące na środek łba. Nic z tym zrobić na razie nie mógł i nie musiał. Szerząc postrach w szeregach wroga, co rusz wypuszczał przed siebie ćwiekowaną kulę. Wbijając się w pień drzewa czy ziemię, z łatwością ją wyrywał, czyniąc dalej śmiercionośną. Widząc to, Gweek wyszedł nieco do przodu. Stał się automatycznie celem ataku Gorgunka. Trafnie zidentyfikował on Gweeka.
- Hoć do Gorgunka. No podejdź bliżej... Haha... Gweek boi się Gorgunka? - próbując sprowokować najważniejszego z przeciwników, szacował odległość dzielącą go od wroga. Kręcił młynka nad głową, odmierzając właściwą długość łańcucha. Gweek właśnie na to liczył i po pół kroku cofał się w tył.

Kula ze świstem powietrza ruszyła na spotkanie z jednookim. Chwilę wcześniej olbrzym warknął soczyste przekleństwo, nie mogąc już nic zrobić. Liczył, że broń i tak ubije cel. Trafiony w wierzch dłoni trzymającą łańcuch, wypuścił go za mocno, niż powinien. W porę zaciskając pięść na ogniwach, czekał na celny rzut.

Ostre krawędzie kolców przejechały po grzbiecie leżącego na ziemi Gweeka. Opancerzone plecy zostały jedynie drobnie zranione i rozcięte powierzchownie. Kula lecąc po łuku nie wytraciła należycie prędkości, a za duży luz na łańcuchu spowodował owinięcie się go wokół pnia drzewa. Atut broni stał się jej przekleństwem, blokując ją przed próbą wyrwania z pnia. Dwa cięcia z góry wibrotopora wystarczyły, aby napięte ogniwa pękły, wracając do właściciela bez kuli.
Reszta wojowników nie traciła czasu, nacierając już na Gorgunka uzbrojonego w łańcuchowe lasso. Pozbawiony wsparcia chciał zabrać jak największą ilość wrogow ze sobą. Półokrąg się domknął, skupiając na postaci stojącej w środku. Gweek mógł jedynie patrzyć jak bracia Buj i Jub pochwycili pas owinięty oczkowanym metalem parokrotnie w pasie Ortogga, siłuje się z olbrzymem. Niby bezbronny, ale dalej groźny Gorgunk dobył morgensterna, czyli pałę o końcówce mocno nabijaną gwoździami, dzielnie bronił się przez chwilę, wymachując na boki swą bronią. Ulec musiał wielokrotnej przewadze liczebnej, dźgany i kąszony ostrzami z różnych kierunków. Gweek mógł jedynie podziwiać wytrzymałość i nieustępliwość wielkoknura w walce o przegraną sprawę.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 236
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 2 Sty 2018, o 23:18

Gorgunk wkońcu padł. Wycieńczony, wielokrotnie raniony i pozbawiony wsparcia swoich klanbraci nie mógł wygrać tej potyczki. Walczył dzielnie jednak nie było to wstanie zmienić jego przeznaczenia, które dopełnił cios zadany przez Thurga Mniejszego przy pomocy włóczni wojownika Ha'an. Jej ostrze gładko wbiło się tłuste ciało i omijając żebra utkwiło w sercu mutanta; padając Gorgunk wsparł się na drzewcu broni wbijając ją w siebie jeszcze głębiej.
Jednak dopiero po dłuższej chwili, gdy nieruchome ciało stwora nie wykazywało aktywności właściwej dla istot żywych, gamorreanie i uwolnieni więźniowie zaczęli się głośno cieszyć.
Potem radość musiała ustąpić poszukiwaniu odpowiedzi na trzy pytania: "Ile zyskaliśmy, jakim kosztem i co dalej?". Wszyscy, którzy zadawali te pytania spoglądali na Gweeka.

***

Thurg Utopiec wyszedł z wody praktycznie bez żadnej pamiątki po spotkaniu z Gorgunkową maczugą; za wyjątkiem może intensywnej gnilnej woni mułu i wodorostów. Czuć go było nawet bardziej niż Palpoo obsypanego grzybem "Wiele Dni Smrodu". Była to jednak mała cena za wyniesienie całego zada z tego starcia.
Pod tym względem powody do narzekań miała grupa Guttora. W wyniku walk stracili prawie połowę swojego początkowego stanu i nawet sam Guttor został rannym. Z drugiej jednak strony wśród uwolionych gamorrean najwięcej było wojowników klanu Ha'an i koniec końców skład liczebny tej grupy wynosił dwudziestu trzech żołdaków a wszyscy - bez żalu - spoglądali na Gweeka i jego niewielki sześcioosobowy oddział (w skład, którego wchodził też gamorreanin honorowy - Palpoo).
Ghurk - który niósł Palpoo w szarży - łaził teraz za nim i mamrotał coś o "uratowaniu życia i honorowej spłacie długu". I chociaż Ghurk był z klanu Ha'an i podlegał rozkazom Guttora to jednak wódz nie widział przeciwwskazań by Ghurk mógł służyć pod znamienitym przywództwem Snu Snu. O ile zarówno Palpoo jak i Gweek mielby wyrazić na to zdanie.
Zdalniak Gweeka, wydobyt z dna sakw, przydał się do komunikacji z więźniami nie będącymi gamorreanami; bezpośrednie tłumaczenie przez Ewoka średnio się sprawdzało. Za dużo "kurw" i innych ozdobników powszechnie uznawanych za obraźliwe.
Z tej grupy - tj. niegamorrean - najbardziej w czasie walki odznaczali się Ashera, Mike i Reev. Trzech ciemnoskórych, wysportowanych i zdrowo wyglądających ludzi. Temu ostatniemu jednak nie dane było oglądać finału potyczki bowiem zmarł ugodzony wrażym toporem. Reszta więźniów nie wzięła udziału w walce; byli zbyt wycieńczeni bądź też nie mieli dość odwagi. Ci pojawili się na miejscu potyczki później gdy Gorgunk już padł i gdy okrzyki radości niosły się po całym cyplu.
Gweek poczuł dziwną ulgę gdy spostrzegł, że większość z nich nosi pomarańczowe kombinezony, takie same jak niewolnicy Urpy z wulkanu. To mogło oznaczać garść przydatnych informacji.

Cypel został zdobyty.
Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5794
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 6 Sty 2018, o 13:42

Był zmęczony, tak bardzo zmęczony, adrenalina opadała wraz z końcem walki i teraz pojawiały się wszystkie dolegliwości związane z brakiem snu, pożywienia i wysiłkiem fizycznym. Palpoo był wykończony zarówno fizycznie jak i psychicznie. Stłamszone i pozlepiane krwią futerko, śmierdzące jeszcze dodatkowo grzybem "wiele dni smrodu" pobrudzona przepaska i zdekompletowany ekwipunek nie poprawiały jego charyzmy. Poobijane i wymęczone ciało również dawało się we znaki. Snu Snu zdecydowanie potrzebował odpoczynku. Zgodnie ze starą zasadą wszystkich niedwiadkowatych mówiącą: "Najpierw masa potem hibernacja" ruszył na poszukiwanie pożywienia. Nie było to specjalnie trudne, niektórzy z poległych przeciwników mieli jeszcze "zapasy" z całonocnej uczty. Nie specjalnie zainteresowany pochodzeniem żywności Ewok wbił zęby w mięso, pochłaniając wszystko co udało mu się znaleźć. Jako że Gweek nie potrzebował go jako tłumacza, gdyż dodawał zbyt dużo od siebie, miał chwilę spokoju. Ghurk który łaził za nim od uratowania z klatki, najwyraźniej nie zamierzał się odczepić. Doświadczenie uczyło że jak jest się małym to dobrze mieć kogoś dużego żeby od czasu do czasu dał w ryj. Dlatego też Ewok z radością przyjął przyjaźń knurowatego towarzysza, oczywiście uprzednio poinformował go co i gdzie mu wsadzi jeżeli się nim "przypadkowo" podetrze popierając groźby solidną porcją inwektyw. Puchaty zwiadowca już miał układać się do snu, gdy przypomniał sobie o potrzebie sprawdzenia otoczenia. Instynkt i odruchy wygrywały ze zmęczeniem.

- Zostań, my się zajmiemy zwiadem.
- Jasne, kurwa knury hałasują na kilometr.
- Jestem Ashera, a to mój partner Mike, jesteśmy w połowie ubese więc nie musisz się obawiać że sobie nie poradzimy.

Faktycznie, silnie błękitne oczy nie pasowały do czarnej karnacji kobiety. Jej towarzysz był nieco mniej wylewny jednak nie obawiał się że Ashera zdradzi swoją tajemnicę. Znał ją, ufał i strzegł od wielu lat. Teraz również zdawał sobie sprawę że konieczne jest opuszczenie tej planety, a do tego potrzebował sojuszników. Być może przyłączenie się do tej dziwnej grupy pozwoli mu osiągnąć cel. Póki co jego podopieczna była bezpieczna i zamierzał zrobić wszystko aby tak pozostało, drugi raz nie popełni tego samego błędu.
- Wiemy co robić puchaty, możesz spać spokojnie.
Bardziej zmęczony niż przekonany Ewok zwinął się w kulkę i zasnął. Nad spokojem jego odpoczynku czuwał Ghurk, który w międzyczasie wyciągnął spośród pokonanych zwłok swój stary topór. Groźnie wyglądająca broń bardziej przypominała berdysz niż klasyczny topór jednak jej prawdziwa siła kryła się w rękojeści. zdecydowanie za ciężka jak na metalową rurę skrywała w sobie zasilanie i mechanizm wibracyjny. Ghurk siedząc i pilnując snu Palpoo oglądał uważnie broń sprawdzając jakie szkody poczynił nieuprawniony użytkownik.

Tymczasem Ashera przejęła dowodzenie nad bardziej humanoidalną częścią ocalonych, Prócz dwójki Rodian, znalazło się tam jeszcze troje ludzi, najpewniej dawnych niewolników. Mężczyźni byli silni i zdrowi, jednak ich zdolności intelektualne pozostawiały wiele do życzenia. Pozostałą dwójkę reprezentowała Twillekańska tancerka, oraz wyjątkowo mały Gran który rozglądał się nerwowo, jakby nie wierząc że jest wolny. Wszyscy mniej więcej trzymali się razem, z dala od Gammorean i innych. Wyjątek stanowiła trójka Toydorian, którzy zaraz po przybyciu na miejsce zajęli się szabrowaniem pobojowiska. Czarnoskóra para postanowiła zareagować.


Ashara wdała się w krótki spór z Toydorianami którzy podobnie jak Ewok zajęli się wyżeraniem resztek.
- Nie masz pława nam łozkazywać i łapy płecz
Wykrzyczał osobnik trzymany przez Mike'a za trąbkę. Trzepotał skrzydłami starając się uwolnić, lecz bez zbytniego entuzjazmu jak i efektu. Obie dłonie Obcego zajęte były przez bliżej niezidentyfikowane kawałki mięsa.
- Chcecie żeby nas znowu zagnali do klatek? Bujać skrzydła i przeszukać teren.
- Zostaw, go zjemy i polecimy na zwiad, zadowolony!
- wy cały czas jecie.
- Niefrafda

Wybełkotał trzymany za trąbkę Toydorianin który w tym czasie zdążył zjeść zawartość jednej z dłoni.
- Zostaw ich, sami się tym zajmiemy. Są bezużyteczni i tak pewnie zginą.
- My bezużyteczni!! Ha sama jesteś bezużyteczna! My ci pokażemy jak się robi zwiad, nielotna istoto!!

Zapieklił się najstarszy z muchopodobnych obcych. Najwyraźniej duma tego niezbyt wielkiego acz honorowego na swój sposób ludu została w jakiś sposób urażona. Z dzikim bzyczeniem trójka obcych rozleciała się w różnych kierunkach. Zygzakując, przystając i wrzeszcząc coś do siebie w mieszance Huttese i Toydariańskiego.

- Znaczy zwiad mamy z głowy?
- Tak, Knury pewnie wystawią posterunki ale trzeba z nimi porozmawiać o przeszukaniu obozu i uzbrojeniu reszty ocalałych. Z toporami nic nie zdziałamy, ale jeśli znajdziemy blastery...
- Racja. Chodźmy.

Czarnoskórzy już wcześniej zorientowali się, że przywódcą jest ten nieco wychudzony knur o bystrym spojrzeniu i ruszyli w jego kierunku. Zamierzali zapytać go o dalsze plany oraz przypomnieć o konieczności przeszukania i przeniesienia obozu, na wypadek gdyby miały się zjawić posiłki. W końcu wygrali bitwę, lecz nie wojnę.

Gweek sam jestem ciekaw co powiedzą uratowani więźniowie ;)
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1634
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 8 Sty 2018, o 00:18

Podnoszone okrzyki zwycięstwa trwały i trwały, aż do utraty tchu i powietrza w płucach. Całkiem szybko zaczęły się tworzyć grupki mające jakiś interes w zaistniałej sytuacji. Ci co przeżyli, na szybko przeglądali pole walki łupiąc to, na czy im najbardziej w tej chwili zależało. Wyłoniono na szybko trzech przedstawicieli powstałych grup. W sumie dwóch liderów, samozwańczą liderkę więźniów i na kaprawe oko jej hmm zapchajdziurę? nie nie... ochroniarza. Nie licząc ewockiego tłumacza, który niespiesznie porzucił rolę tłumacza i swoich kompanów, udał się gdzieś wgłąb cypla, śledzony krok w krok przez Ghurka. Mieli oni wspólnie zdecydować o implikacjach wynikłych po zdobyciu cypla.

Zmęczenie u wszystkich było ogromne. Ale i ulga też. Ciężko było selekcjonować na wojowników: mniej lub bardziej zmęczonych, odważnych lub tchórzy, najlepszych czy najgorszych, głodnych i głodniejszych. Na siedząco Gweek odesłał swoich kompanów, by zajęli się sobą. Guttor uczynił to samo wcześniej, nie musiał nikomu mówić co mają robić, przecież jego klan był u siebie. Dzień dopiero się zaczynał, a ranni czekali na opatrzenie. "Oczko" tłumaczył kobiecie, która dosiadła się do dwóch gawędzących gamorrean.
- Ze wstępnych ustaleń wyszło, że za bezpieczeństwo do wieczora odpowiadać mają wyzwoleńcy. Poczynili oni niby już ponoć jakieś działania w tym kierunku, a filarem będą ci najmniej znużeni z gamorrean.
- Zaopatrzeniem zająć się mają rdzenni mieszkańcy tej okolicy. Ich przywódca, w ramach wdzięczności to rozwiązanie zaproponował. Wziął na siebie garba czyli wyżywienie pasożytów krzątających się dookoła, do czasu ich odejścia.
Sam los niewolników szybko się wyjaśnił. Ashara wspominając o odpowiednim uzbrojeniu jej grupy poruszyła bardzo istotny temat. Wiadomym było, że ponownie odzyskali wolność, a decyzja co z nią zrobią należy do nich samych. Wstępnie licząc, to dziewiątka ocalałych z uczty nie miała prawa głosu co do podziału łupów, a takowych mogło się zebrać całkiem sporo. Wszelkie dobra klanu Ha'an zagarnięte przez najeźdźców miały zostać zwrócone - tutaj zgodnie obu wodzów podjęło decyzję. Pozostałe dobra podzielone zostaną równo po połowie między dwoma klanami. Czarnoskóra nic się nie odezwała w tej sprawie, choć po jej minie widać było, że chce ugrać coś dla swoich. - Poczekać masz na Gweek przy klatkach. - to było ostatnie przetłumaczone zdanie z gamorrese przeznaczone dla człeka. "Oczko" słysząc polecenie swego właściciela, posłusznie się wyłączył, wpadając na powrót do sakwy. Spotkanie było definitywnie skończone dla kobiety i jej pobratymca.

- To co teraz zrobisz?
- Nie wiem. Odpocznę, zjem i pójdę dalej szukać Nurry.
- A co z niewolnikami?
- Są wolni.
- Głodni i ranni też. Paskudztwo na naszej ziemi.
- Zdrowych wezmę pod wulkan. Spowolnią marsz, trudno.
- A reszta?
- Poczeka, aż po nich wrócę. Tylko ich nie zjedz hehe.
- Masz dziesięć dni.
- Dobra Guttor. A ty jaki masz plan?
- Wytropię i zgładzę niedobitków. Obedrę ich żywcem z tłuszczu, a ze skór zrobię namioty.
- To wpierw ich wypytaj o Nurrę i plany groogowej armii. Dasz mi znać o ile wrócę żywy spod wulkanu.
- Masz moje słowo.


Tak zakończyła się narada i plany na przyszłość obu sprzymierzeńców. Gweek udał się w stronę klatek. Idąc przez obozowisko nie zwracał uwagi prawie na nic. Jedyne czego pragnął to dowiedzieć się gdzie jest Nurra. Poderwał z ziemi płachtę materiału i narzucił na górę największej klatki. Uczyni z niej legowisko i siedzibę. Przewiewna i słońce na łeb nie będzie świecić przynajmniej. Czas na rozmówienie się z Asharą nadszedł wraz z jej pojawieniem się przy grubych prętach. Aktywowany zdalniak pozostał w sakwie.
- Czarno widzieć. Knura czarno widzieć. - odezwał się zdezorientowany automat po czym obelga wyrwała go z paplaniny. Płynąć słowa zaczęły strumieniem, wiernie przekładane na wspólny.
- Jego sprośność pyta gdzie jest Nurra. Gdzie jest reszta gamorrean z jego klanu? Co się stało pod wulkanem? Dlaczego była tu armia Gorogga? - kończąc pierwszą serie pytań, ściskając kraty dłońmi tylko wpatrywał się w niebieskie oczy kobiety. Dobrze, że klatka była wykonana z dobrej durastali. Inaczej napierający na jej ścianę całym ciałem Gweek wywrócił się, wyłamując pręty.
- Jego hojność mówi, że połowa jego skarbów jest wasza. Drugą podziel na sześć równych części między jego wojowników. Dodatkowo Paploo ma wybrać co będzie chciał i w ilości takiej, jaką zdoła unieść ze wszystkich zdobytych rzeczy. Nawet Guttora. Masz pomóc przy podziale dóbr. - druga fala zdań nie miała charakteru roszczeniowego. Dając nagrodę, oczekiwał, że to co okaże się nieprzydatne Gamorreanom, dla ludzi i innych istot może okazać się nieocenione i wartościowsze niż mogłoby się wydawać.

Trzecią część rozmowy poprowadził w zupełnie innym kierunku.
- Wielki Wybawca mówi, że ranni mają dziesięć dni by dojść do siebie. Niewolnicy na powrót są wolni, zrobią co zechcą. Sam Wódz... Kupy Gówna bzbzbz szszsz Klanu Gweeka - pewne zakłócenia wdały się w przekaz - ruszy szukać Nurry i nie spocznie póki jej nie odnajdzie.

Jakoś nie poznawał czarnoskórej i podobnego jej człowieka, choć pamięć miał dobrą. Jak nie pił oczywiście. Liczył na jakieś wieści, które pokierują go we właściwą stronę. Póki co, to wulkan wydawał się jedyną sensowną opcją. Znowu znalazł się w dżunglastej dupie. Po prostu chujnia z grzybnią. Był dosłownie na "chuju Grzybiego Jeziora". Może prawowity gospodarz tego terenu zdoła rozjaśnić nieco sytuację.

Marzył aby napić się czegoś mocniejszego. Napić i zapomnieć o całym otoczeniu. Tronie, wielkim placu po palenisku, skarbach zdobytych na wrogu. Zasnąć i śnić o swojej matronie. Jeszcze raz dzielić z nią łoże, leżeć bezpiecznie wtulony w jej jędrne i wielkie piersi. Nie robić nic, co teraz było jego zmartwieniem bądź na jego głowie.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 236
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 8 Sty 2018, o 15:38

Wszystkich zmorzył sen. Spali prawie wszyscy i tylko kilku wartowników trzymało straż rozstawieni wokół głównego obozowiska. Warty jednak zmieniały się szybko bo nikt nie był wstanie wytrzymać dłużej niż godziny na nogach. Nawet Gweek i Guttor wzięli jedną z wart by dać odpocząć swoim podkomendnym. Mieli też okazję porozmawiać.

***

Stali obok siebie na brzegu jeziora i wpatrywali się w mrowie skrzących się czerwienią refleksów, które rozlewały się na tafli wody. Powoli budził się kolejny dzień na Gammorze, nocny świat znikał w świetle brzasku, mgły w zwiewnych welonach unosiły się ku górze odsłaniając przeciwległe brzegi jeziora. Światło fosforyzujących grzybów przygasało ustępując jasności, która wraz z nastaniem dnia miała zalać okolicę. Niebo było czyste i wszystko wskazywało na to, że czeka ich piękny dzień.
Stali obok siebie a dwa strumienie ciepłego moczu wlewały się do "Grzybiego Jeziora".
- Gweeku, wiesz już kto z Tobą pójdzie? I jesteś pewien, że powinniśmy się rozdzielać?
Gweek nie odpowiedział od razu. Nie dlatego, że nie był pewny ale dlatego, że przyjemność związana z oddawaniem moczu zajmowała znaczną część jego mózgu.
- Tak będzie lepiej. - Powiedział Gweek powtarzając przy tym słowa Ortogga, który pod nieobecność Frogga był jego doradcą i drugim w łańcuchu dowodzenia. - Muszę odszukać swoich klanbraci i czułbym się lepiej gdybym wiedział, że za plecami mam sojusznika a nie wroga. Poza tym chciałbym ruszać jak najszybciej a niektórzy tutaj nie mają na to siły. Potrzebują odpoczynku, a ja im go teraz nie mogę dać.
- A kogo chcesz zabrać?
- Czarni powiedzieli, że pójdą. I toydarianie. Myślę, że Palpoo i ten Ghurk też.
- Dobra grupa. Będziecie szybko się poruszać. Wiesz już gdzie?
- Albo to tych Twoich jaskiń gdzie widziałeś moich ludzi albo od razu Ortogg poprowadzi nas do wulkanu. Tego jeszcze nie wiem.
Zamilkli na chwilę wsłuchując się w siorbiące odgłosy ich strumieni. Urokliwą pauzę przerwał głośny pierd Guttora oznajmiający światu zakończenie fizjologicznej czynności.
- Ładna pałka... - powiedział do Gweeka podciągając przy tym spodnie.
- Wiem. Też mi się podoba. Chcesz to Ci dam.
- Nie śmiałbym, to Twój łup wojenny.
- Nie, nie zależy mi aż tak.
- To dzięki. Wezmę. Hmmmmm. Tak se myślę. Jeżeli zostaniemy tutaj to mamy czekać za Twoim powrotem czy może iść i zaatakować któryś z obozów? Palpoo mówił o tym obozie z zapasami. "Pola śmierdzących stóp". Z drugiej strony jedne z więźniów mówił, że wie gdzie jest "Dom pędraków". Kusi mnie by zaatakować... By iść za ciosem.
Guttor spojrzał na Gweeka wyczekująco.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5794
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 8 Sty 2018, o 20:32

Ciężka sprawa. Śmierdząca sprawa. Nie na jego zbyt trzeźwy łeb. Napiłby się i wnet coś by uradził. Jak to zwykle robił. Najprościej było się schlać i później myśleć. Opcji było mniej, czasu mniej, wszystkiego mniej. Mieszało mu się w głowie strasznie. Jak po tym przepalonym chłodziwie z reaktora. Chociaż kac straszny był, srał krwią z gęby, ale wiedział co ma zrobić. Enigmatycznie pobrzmiewało mu w głowie wulkan. Wulkan i tylko wulkan. Powtarzał sobie niby w majakach. Wulkan. Wulkan. Wulkan.

I wtem doznał olśnienia. Jak ktoś, komu usłyszane i znane dobrze informacje na nowo przyniosły przebłysk dalekowzrocznych wniosków. Odkrył nową ideę, literując słowo od tyłu. - tak! Tak! TAK!... Wulkan... Na klan! Uderzaj NA KLAN!

Odezwał się dziwnie pobudzony.- A ja se wymyśliłem to tak. - mierzył w głowie odległości, dodawał, układał, przestawiał, wywijał, aż natrafił na właściwą kombinację. Trybik wpadł w zapadkę, otwierającą drzwi do tajemnic, skrywanych w podświadomości. Wulkan spotęgował swój czas podróży i z dwóch stał się aż o cztery dni drogi stąd odległy, o ile dobrze sobie to uzmysłowił Knur z piaszczystych krain. "Pola śmierdzących stóp" są oddalone o dzień drogi stąd. Ale kurwa ŁODZIĄ!!! - Karwasz tfasz! - zaklął szpetnie ku zdziwieniu Guttora. "Dom pędraków" to pewnie siedziba jednego z klanów uległych Obroggowi i jest dużo bliżej niż cuchnące racice. Tak samo blisko lub nawet bliżej powinny być wspomniane jaskinie.

Przewrotny umysł toczył sam ze sobą grę. Źrenica to zwiększała swą średnicę lub kurczyła w mgnieniu oka. Błysk przechodził w matowe spojrzenie i na odwrót przy każdym mrugnięciu. Spojrzenie spoglądało to w jedną, to w drugą stronę.
- Daj mi kogoś szybkiego. Za przewodnika. Wezmę braci i pognamy do jaskiń w czterech. Może uda uwinąć się w dzień lub dwa i sprowadzić posiłki. - naprędce składał zdania, nie chcąc dać odlecieć genialnemu planowi.

- Albo nie! - niemal krzyknął zachwycony. - Stary Ortogg kiedyś tu mieszkał. Klan Murtaga mawiał! Zaprowadzi was do tych pędraków. O ile pamięta! A może już zapomniał? - zmieszany Gweek stracił rezon. Zaczął całkiem na nowo, jakby jakaś inna osoba przezeń przemawiała.

- Za ciosem, mówisz?
- Znasz okolicę, mówisz?
- Wiesz kto w trawie piszczy, mówisz?
- Że weźmiesz wszystkich i zaatakujesz, mówisz?
- wywracając oko do góry, że aż przekrwione białko pokazało się w pełni, spojrzał na Guttora bystrym wzrokiem.
- I co o tym myślisz?
- O czym?
- O planie, a o czym?
- Noo.. żee pierdolisz od rzeczy. Jak jakiś... chory!
- Słuchaj. Wezmę obu Thurgów i przewodnika do jaskiń i pójdę po swoich. Ty weźmiesz resztę i ludzi i wojowników. Splądrujesz "Dom Pędraków" jak chciałeś. Spotkamy się w obozie na Cyplu. Odpoczniemy i razem popłyniemy do "Cuchnących stóp". Ranni odpoczną, posiłki nadejdą, zwiniemy obóz, a ja może dowiem się coś nowego o Nurrze.
- propozycja wydawała się ze wszech miar dobra.
Może nie najlepsza, ale najbardziej przemyślana. Podział sił nie wchodził w grę. Cztery topory cudu nie sprowadzą, a właściwe połączenie obu grup da kombinację surowej gamorreańskiej siły, połączonej z blasterowym ogniem. Może ona zdziałać więcej, niż się wydaje, biorąc wzgląd na liczebność grupy. Jeśli kryjówka okaże się strzałem w dziesiątkę - nie braknie arg'garoków chętnych odbić swoją matronę z rąk Obroggowego ścierwa, wróć... po jego śmierci stało się to Groggowym tałatajstwem .
Skromne zapasy jadła i napitku mieli - pozostałości po uczcie. Niektórzy nie gardzili niewiadomym pochodzeniem mięsa i innych potraw, więc powinno starczyć na dłużej, a przynajmniej na wyekwipowanie obu wypraw w zaopatrzenie. Zapasy zdobędą na "Polach Śmierdzących Stóp" o ile dobrze pójdzie.

Wulkan dawno wybił sobie z głowy. Nikt tam nie chciał zamieszkać, tym bardziej przebywać. Skoro gnano stamtąd jeńców do dżungli, Grzybiego Jeziora i innych miejsc to pewnie od dawna nikogo tam nie ma. - Jak mogłem być aż tak głupi? - skarcił się w myślach.


DZIEŃ ZAPŁATY

Obudzony w środku dnia, bardziej popołudnia jak już, otworzył zaspane ślepie. Początkowo myślał, że to zespół leniwego oka, że tak mu się nie chce wybudzić z leniwego snu. Albo że to jaki przyjemny sen się kończy i siłą chciał wrócić do stanu półprzytomności, śniąc dalej na jawie. Leżąc w swej klatce, która nie była zamkniętą aczkolwiek nie dawała poczucia odosobnienia. Myślał, że zrobi przeciąg zostawiając otwarte drzwi i wyłamie kilka prętów. Spodziewanego przeciągu się nie doczekał, nadszedł jedynie gorący powiew powietrza z dodatkiem bryzy niesionej znad Jeziora. Zasłona sufitu dawała upragniony cień, choć promienie słońca waliły w oczy niemiłosiernie, odbite od tafli wody. Zbyt blisko brzegu zrobił sobie legowisko. Szturchany w bok drzewcem, machnął ręką myśląc, że to jakiś robak dobierający mu się do du-- żeber. Obudzony do reszty miał przed sobą komitet powitalny w postaci starego, wiecznie szczerzącego kły z niewiadomego powodu Ortogga - twierdził on, że już wszystko w swoim życiu widział, Thurga do którego przylgnęło miano mniejszy, mniejszy od swego imiennika i mniejszy nawet od kompana Utopca oraz Jub'ba - tego porywczego i ciut rozsądniejszego od swego krewkiego brata.

- Czego? Czego chcecie, że budzicie mnie w środku gorącej nocy? - odpowiedział zdezorientowany Gweek widząc część ze swojej klanowej braci.
- Szefie. Nie denerwuj się tylko. My słyszeli, żeś ponoć podzielił łupy.
- Na sześciu!
- dodał stary do wypowiedzi Mniejszego, choć zdziwiony tym, że dzień trwa w najlepsze. - No i my w tej sprawie. My myślimy, żeś to specjalnie zrobił i sprawiedliwie podzielił.
- No właśnie, właśnie. Tego kurdupla co wyzywa nas od dziwek i innych nie liczymy.
- No i?
- odrzekł im Jednooki, dalej nie wiedząc po co tyle zamieszania. Chyba nie wyraził się jasno, że łupy, a właściwie te stosy rupieci i broni i innego nieprzejrzanego jeszcze bogactwa należą w jednej czwartej do nich. - Ten mały do łupów też jest liczony. Na równi z wami.
- Ale szefie jak to? - Nie możliwe. Nie może być! - On nie jest jednym z nas! - Nie zasłużył!
- przekrzykiwała się cała trójka, jeden przez drugiego, aż wreszcie brakło im tchu. Przerwali też, bo wódz siedział i czekał, aż się wystrzelają. I tak czekał, dając im do myślenia. I czekał, prowokując ich do dalszej mowy. Milczeniem zmusił ich do przerwania niezręcznej ciszy, która zapanowała.
- Czarnuchy plądrują obóz! - Panoszę się jak te no... robale na gównie! - Wysłali my Utopca i Buja żeby pilnowali. - Rozkradają nasze skarby, a szef co?! - Siedzi na dupie i nic z tym nie zrobi? - dalej milczał Pitoogg, zastanawiając się, jak wybrnąć z tego zamieszania wynikłego z małego nieporozumienia. Kontynuowała trójka dalej swój monolog, wreszcie łapiąc o co może chodzić. - Myśmy na karę nie zasłużyli. - To Thurg nic nie zrobił! - Mył se jajca jak my o życie walczyli! - Nie należy mu się nic! - Przeczekać chciał, aż nas ubiją! - I spierdoli po cichaczu! - Jeszcze wpierdol powinien dostać, a nie skarbów się mu zachciewa!
- Cisza!
- przerwał wreszcie ten jazgot, nie mogąc przypuścić, że o skarby jest się pozabijać gotów jeden z drugim. Jakby to mało tego wokół leżało. Tak patrząc z boku, to chyba chłopoki se coś na boku łyknęli dla odwagi. I tak głupoty pieprzą pod wpływem mocnego, słonecznego światła i napitku.
- Oddałem to, co należało wcześniej do klanu Guttora. Liczę na jego uczciwość i to, co zostanie, podzielić kazałem po równo między naszymi klanami. Połowę naszej doli oddałem niewolnikom. Wezmą pewnie to, co wam się nie przyda lub czego nie zdołacie udźwignąć. A dlaczego podzieliłem resztę na was sześciu? Bo ja szukam Nurry, a nie skarbów idioci! - reprymenda słowna powinna wystarczyć i być aż nad to, czego się spodziewała trójka przedstawicieli swoich pobratymców. Interesanci chcieli odejść ze wstydem, ale coś ich powstrzymało. Może głos rozsądku? Chcieli przeprosić? Nie...
- A szef coś chce? - Tyle wszystkiego. - Wystarczy słowo. - Spójrz tylko, coś musi być. - nadawali, próbując nakłonić swojego przywódcę do wzięcia czegokolwiek i potwierdzenia uczciwego podziału dóbr. - Kamienia. Ładnego kamienia i może pełnego dzbanu. I kolacji, yyh dobrego obiadu. Jeśli coś się wam dalej nie podoba to możecie odejść z niczym! Będzie więcej dla reszty! - Tak zakończył temat podziału i możliwych kłótni. 180 na pięcie i cała trójka odeszła, zostawiając wreszcie w spokoju swojego kompana. Tak spełniło się jego słowo, dane przed opuszczeniem domu i tej planety przez jego kompanów. Obiecał, że ich opłacać będzie, dopóki wspierać go będą. To samo tyczyło się też małego, jak na członka gamorreańskiego klanu, ewoka Palpoo. Czas zapłaty minął bezpowrotnie.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 236
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 12 Sty 2018, o 23:08

Ewok wyciągnął się rozkosznie uroczo prostując łapki i mrugając oczkami. Słodka futrzana kulka wierciła się chwilę w legowisku wyciągając poszczególne obolałe jeszcze nie dawno kończyny. Przegląd najwyraźniej wypadł pomyślnie bowiem stworzenie otworzyło podobne do paciorków oczka i ziewnęło szeroko ukazując równe rzędy białych i zaskakująco dużych zębów. Chwilę później Ewok wywalił jęzor i kłapnął parę razy pyszczkiem jak gdyby od niechcenia. Szybko też zauważył, iż jego pobudka nie została niezauważona. Ghurk czuwał przy swoim nowym towarzyszu i właśnie gapił się na niego z niezbyt rozgarniętym wyrazem ryja. Palpoo podziękował naturze za gęste futro na policzka bo czuł że się czerwieni. Dla równowagi szybko podrapał się w tyłek. Tak ten zdecydowanie bardziej naturalny odruch uspokoił nieco zaskoczone oblicze Gammoreanina.

Kilkadziesiąt minut później kiedy żarł kawał soczystej pieczeni pochodzącej z zapasów przydzielonych uratowanym przez Gweeka słuchał krótkiego i rzeczowego streszczenia przekazanego mu przez Asharę. Nie ulegało wątpliwości ze Gweek wykazał się zaprawdę królewskim gestem i znajomością rzeczy. Łupów nie było co prawda wiele, a przynajmniej tych które przedstawiałyby wartość dla Gammorean. Ocaleni "przygarnęli" dwa blastery E-11 w stanie wskazującym na zużycie uzasadniające złomowanie, oraz trzy ręczne blastery bliżej nieznanego producenta. Do tych ostatnich przyznali się niezwłocznie Toydoriaie, Łato, Pato i Tato byli trzema braćmi, kupcami jak twierdzili porwanymi dla okupu przez wynajetych przez konkurencję zbirów. Rzecz jasna walczyli dzielnie jednak ulegli przemocy i skończyli w klatkach. Teraz dumni kupcy postanowili pozostać z wyzwolonymi i zająć się "ochroną obozu" do czasu aż wymyślą sposób na powrót do cywilizacji. Ochrona obozu miała polegać na opierdalaniu się i miganiu od zajęć w czasie między posiłkami. Palpoo dowiedział się o planach swojego przywódcy, i jakkolwiek serce rwało się by towarzyszyć Gweekowi uznał że bardziej się przyda jako zwiadowca, dla oddziału który miął wytropić i zaatakować Dom pędraków. Nie dlatego że nie wierzył w Guttora, lecz by uniknąć niepotrzebnych ofiar wśród swojego stada. Świeżo uratowani ludzie i humanoidy niespecjalnie pałali entuzjazmem do angażowania się w walkę. Większość z nich zresztą się nie nadawała do otwartego starcia. Rodianie wyrazili chęć pozostania w obozie, podobnie jak i reszta z uratowanych. Jedynie dwójka czarnoskórych nie chciała zostać na miejscu i zadeklarowała chęć wyruszenia z Palpoo i Ghurkiem.

- Zatem kurwa ustalone?
- Pójdziemy z toba i wojownikami Guttora. Reszta niech zostanie i założy nowy obóz gdzieś w okolicy.
- Czemu ten jest całkiem dobry, można tu mieszkać i w ogóle.
- Jak myślisz Tato, kiedy Gammoreanie przyjdą sprawdzić co się dzieje w ich obozie i co zrobią na widok was?
- obóz przenieść trzeba, to oczywiste, Łato ty głąbie.
- ale, ale to ty..
- Jesteś najgłupszym co mogło sie wykluć naszej matce.
- Trąbki w supeł bo skrzydełka upierdolę
- Nie sięgniesz pok.. Aaaa
- Każ mu go puścić, każ mu go puścić!

Ghurk trzymał w górze Patę czy tam Tatę, muchy były w sumie nie do odróżnienia, zaś pozostała dwójka pobzykiwała groźnie stając się uwolnić brata.
- Puść go.
Z dzikim bzykiem wyrywający się Toydorianin wystartował w górę by chwilę później opaść na ziemię wycieńczonym. Bracia natychmiast rzucili się go ratować. W międzyczasie Mike pochylił się nad Ewokiem wręczając mu niewielkie zawiniątko.
- co to do cholery?
Ewok nieufnie otworzył pakunek wyciągając ze środka patyk przypominający literę Y z przyczepioną do górnych gałęzi jakąś linką połączoną skórą. W pakunku znajdowały się jeszcze stalowe kulki z jakiegoś łożyska lub innego mechanicznego urządzenia. Kulki do procy, no tak wystrzelał całą amunicję walcząc, ale po co mu patyk ze sznurkiem? Widząc skonsternowanie miśka, Mike zademonstrował ewokowi działanie procy. Zrobiona z odpadków broń miała całkiem znośny naciąg, jak i moc. A Snu snu już po kilku próbach był w stanie trafić w drzewo kamieniem. Fakt strzelanie z niej było znacznie szybsze i łatwiejsze niż jego stara broń. Ucieszony z wdzięcznością uścisnął dłoń mężczyzny.
- A to odemnie.
Ashara wręczyła mu niewielki sztylet z grubą rękojeścią. Broń była nieco zużyta, kobieta naostrzyła ją i oczyściła z rdzy, naprawiając rękojeść w której najwyraźniej miały się znajdować jakieś przedmioty, obecnie otwór w niej zatkany był drewnianym kołkiem. Oczy Palpoo rozbłysły jeszcze bardziej. Kiedy zrozumiał prawdziwą wartość prezentu. 23 Kurwy później siedział przy ognisku z prawdziwą dzidą. Znów był wojownikiem Ewoków.

Rozstanie z Gweekiem nie było łatwe, lecz Guttor nie mógł pogardzić wsparciem zwiadowczym jakie gwarantował mu Ewok i ogniowym, dwójka czarnoskórych uzbroiła się bowiem w Blastery. Razem Z Ghurkiem mieli przyłączyć się do ataku na Dom pędraków. Pozostali przy życiu zamierzali przenieść obóz, pozostawiając w starym obozie olbrzymią stertę trupów, oraz kilka zabójczych pułapek zrobionych przez Rodian. Objuczeni łupami Gammoreanie szykowali się do wymarszu. Towarzyszący im zwiadowcy nieśli zdecydowanie mniej, z wyjątkiem Ghurka. Znalazł on starą oponę od jakiegoś antycznego pojazdu i stwierdził że zrobi z niej zbroję. Nosił więc ją opartą o brzuszysko i przeszkadzającą niemożebnie. Byli gotowi.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1634
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 16 Sty 2018, o 13:47

Nastała noc. Przygotowania zajęły im trochę więcej czasu niż by chcieli. Choć każdy chciał uwinąć się z robotą jak najszybciej całości nie dało się łatwo ogarnąć. Przygotowanie pułapek w obozie, pozbycie się ciał (poprzez topienie ich w jeziorze), zgromadzenie zapasów przydatnych w drodze i ukrycie tych (głównie broni) których w większości nie dałoby się zabrać (załadowane zostały na łodzie i ukryte w pobliskiej niewielkiej zatoce), na wszystko to trzeba było czasu. Jednak - dzięki kolektywnemu wysiłkowi wszystkich - prace przebiegały bezproblemowo. Więc gdy fluorescencyjne grzyby na nowo zaczęły rozjaśniać gęsty mrok zalegający pod konarami gamorreańskiej dżungli w drogę ruszyły trzy grupy, każda w innym kierunku. Każda z innym celem przed sobą, ale wszyscy wiedzieli, że za sobą zostawili kawał dobrze wykonanej pracy.
Gweek i jego niewielka grupa ruszyła jako pierwsza. Ze swoim wodzem ruszyli tylko Thurg Mniejszy i Utopiec oraz Utto - przewodnik z klanu Ha'an który miał poprowadzić Gweeka do jaskiń gdzie miała ukrywać się grupa członków klanu Nurra.
Kolejnym oddziałem była grupa w skład której wchodzili Palpoo, Mike i Ashera, trójka Toydarian o imionach Łato, Pato i Tato. (Zarówno imiona jak i ich posiadacze byli tak do siebie podobni, że nigdy nie wiadomo było, z którym konkretnie się rozmawiało). Skład drużyny zamykała dwójka Gamorrean: Ghurk - dziwnie wierny swemu wybawcy Palpoo - i Ortogg, stary miłośnik granatów z orszaku Gweeka (Ortogg miał prowadzić grupę do domniemanej lokalizacji "Domu Pędraków").
Ostatnim oddziałem, najliczniejszym ale też i najwolniejszym była grupa Guttora złożona z niego samego, wojowników klanu Ha'an, braci Juba i Buja oraz pozostałych uwolnionych więźniów. Grupa ta podążała za Palpem, jednak miała oszczędzać siły i nie forsować się tak w marszu, by do ewentualnego starcia w "Domu" podejść ze względnie świeżymi siłami.
Gy ostatni wojownicy grupy Guttora zniknęli między pniami drzew nad Grzybim Jeziorem zapanował głęboki spokój a pod nocnym gwieździstym niebem słychać było tylko plusk delikatnych fal na tafli wody i delikatny szum liści wśród koron drzew. Gweek i reszta jego sojuszników na dobre weszli na wojenną ścieżkę.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5794
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Gweek » 17 Sty 2018, o 22:18

Czwórka piechurów, nieco z żalem, oddaliła się od współplemieńców. Objuczeni w bukłaki przytroczone do pasów, przemierzali wydeptany szlak przez liczne pary stóp. Stopy owe już więcej kroków nie zrobią, gdyż stały się zupą w Grzybim Jeziorze. Może wyskoczą za dni parę jak korki od gazowanego trunku na Święto Imperium, stając się pokarmem dla istot pływających w odmętach olbrzymiej tafli jeziora. Smakowitym kąskiem, dodatkiem do rzadkiego sosiku gotującej się w promieniach słońca wody. Kto wie, co czyha w głębinach rozległej przestrzeni, ciągnącej się aż po horyzont.
Liny nawinięte wokół talii napęczniałych tłuszczykiem, idealnym stały się miejscem do zaczepienia zapasów. Co prawda nie tak wielkich jakby chciały ich przepastne brzuchy, a wystarczających do odbycia podróży w górzyste tereny. Niebo było spokojne, gwiazdy leniwie oświetlały półmrok. Noc była dobrym momentem na przemierzanie utartym szlakiem. Chłodne powietrze przyjemnie obniżało temperaturę ciała. Odczuć było można pewną rześkość czy nawet lekkość podczas obmywania powietrzem płuc. W stosunku do upalnych dni podróż wydawała się znośna. Może z godzinę szlak zgadzał się z tym, wytyczonym przez przemarsz wielu rdzennych mieszkańców tego globu. Droga nagle odbiła w bok, stając się ledwie ścieżyną, zauważalną jedynie dla wyczulonego wzroku Utta. Częstotliwość przedzierania się przez ten kawałek dżungli była na tyle niska, że łatwo było się zgubić przy nikłym rozbłysku kosmicznego światła. Po kolejnych dwóch godzinach zaniechano dalszej podróży, ze względu na wyrastającą ścianę zieleni, a właściwie to szarości zmieszanej z czernią. Zbyt duże ryzyko wiązało się z dalszą podróżą. Roślinność nie ustępowała, co rusz stając podróżnym na przeszkodzie w postaci kępek krzewów, wygiętych gałęzi i innego paskudztwa chłostającego łydki i ramiona, o pysku nie wspominając. Teren stawał się nieco pochyły, będąc kolejnym argumentem do zatrzymania się i przeczekania mroków nocy. Schodząc ze ścieżki, po której został jedynie odrastający mech i źdźbła traw, Utto zakamuflował zboczenie z trasy znosząc z okolice zmurszałe kawałki pni i gałęzi. Dwóch spać mogło, by dwóch strzec ich musiało. I tak zamiennie do rana. Jeśli ktoś podążał ich śladem to musiał się zatrzymać i rozgarnąć, ewentualnie obejść zatarasowane przejście do obozu, naprędce rozbitego kilkanaście metrów dalej. Do gwaru nocy szło się przyzwyczaić, choć na nieznane odgłosy, ciarki po ciele przechodziły raz za razem. Ognia nie rozpalali, gdyż zwierzyna nie prędko zawita w te tereny. Świętowanie i panoszenie zwycięzców pływających z rybami musiało nieść się echem po okolicy. Przelotna ulewa przypominała starego meteorologa - z przodu opad, z tyłu wiatry.

Wznowiono marsz tuż po skromnym posiłku o samym świcie, gdy niebo mieniło się delikatnie pierwszymi promieniami słońca zza nieboskłonu. Przedzieranie się przez lokalną odmianę bluszczu, przewieszanego w poprzek trasy nie przyspieszało marszu. Na pytania Thurgów Ile jeszcze będziemy szli? - słyszeli enigmatyczną odpowiedź swojego przewodnika Utto Już niedaleko. Jeszcze trochę.
Śledzenie zarastającej trasy dla nie znającego terenu gamorreanina, po pewnym czasie skończyłoby się zabłądzeniem lub odbiciem w jedną z bocznych odnóg. Wytrawny tropiciel rozpoznałby zwierzę podążające zapomnianym traktem, która po niejasno określonym odcinku, zbacza nagle w prawo bądź lewo. Wijąca się jakoby slalomem drożyna, cały czas jakby prowadziła pod górę. Mały stopień nachyłu ciężko dostrzec, mając ograniczone pole widoku z każdej niemal strony.
Nagrzewające się powietrze ciężko powiązać ze zmianą wysokości, na jaką się powoli wznosili. Trudności z oddychaniem wiązały się z wysiłkiem, temperaturą i wilgotnością specyficznego klimatu Gamorr - planety która zabija. Nie to co na Tatooine - ona w porównaniu do wielkiej pustyni wysysa płyny na wiór, ciało wykręca jak mokrą szmatę, a worek powstały w ten sposób wchłania w czarną, żyzną ziemię . Gweek marzył o zielu, jakim uraczył go Gartogg. Żułby i żułby ten energodajny liść przez cały czas. Nawet wyplute resztki podniósłby i razem z piachem włożył do gęby. W nocy zamieniali między sobą jedynie pojedyncze słowa lub zdania. Teraz nie było wcale lepiej. Na wzmiankę o pobudzających organizm roślinach, skromnej postury i małym brzuchu, acz nadrabiający szerokością obwodu w tyłku Utto wzruszył tylko ramionami i zapytał - A czy w ogóle są takie?. Potężnie umięśnione nogi niezmordowanie narzucały tempo marszu.
- A ta roślina co robi? - Nic. - A ta? - Też nic. Rośnie.
- A te liście na co są? - Na sraczkę.- A te? - Te też.
- A ta, dziwna, ledwo wystająca z ziemi? - Na sraczkę. - Nie możliwe... Może ta na coś się przyda? - Na sraczkę. Żeby jej nie mieć.
.
I na takich rozmowach mijała znaczna część poranka i popołudnia. Krótki postój związany z kolejnym posiłkiem zaowocował w dziwne zachowanie przewodnika. Wlazł na drzewo, rozejrzał i z niego zszedł. - Mam dwie wieści. Jedną dobrą i jedną złą. Od której zacząć?
- Od złej.
- No to ścieżka się skończyła. Zgubiliśmy się lub zarosła ona tak, że nie rozróżniam charakterystycznych znamion drogi.
- A ta dobra?
- To teren zaczyna się mocniej wznosić. Powietrze się rozrzedza. Wejdźcie na drzewo, a zobaczycie.
- i zrobili tak, jak przykazał im przewodnik. Nie musieli wspinać się na sam szczyt baldachimu zieleni i rozłożystych gałęzi tworzących koronę drzewa. Widok zapierał dech w piersi. Delikatny wietrzyk obmywał spocone ciała, powietrze stało się na powrót zdatne do oddychania. Jak okiem sięgnąć, za plecami mieli zielony dywan roślinności, delikatnie opadający w dół i widok odległej już tafli Jeziora. Mieniła się tysiącami rozbłysków światła o różnej barwie. Od niebieskiego po błękity i zielenie. Przed sobą natomiast mieli wznoszące się wyżej drzewostany, pochylone w stronę odległych pagórków. Zieleń przerzedzała się stopniowo, wraz ze wzrostem stromości wzniesienia. Intensywność barw i kolorów mizerniała, lekko przechodząc miejscami w żółć. Drzewa korzeniami sięgającymi płaszcza globu, nie były w stanie regenerować się dostatecznie szybko, pozwalając swym gałęziom obumrzeć i wypuścić nowe.
- Idziemy dalej. Prowadź w stronę rzekomych jaskiń. - decyzja zapadła i drużyna "Czerwonego Oka" ruszyła zdobyć pierwsze, większe wzniesienie na swej drodze. Sama droga stała się inna, trudniejsza do pokonywania. Coraz gęściej ziemia pokryta była jakby odłamkami kamieni wgniecionymi w podłoże. Podróżowanie za dnia miało wiele plusów, których było znacznie więcej niż minusów.

Oczywiście, że szybkość będzie miała trójkę, a ostrożność dwójkę w pięciostopniowej skali. Zakładam, że wartości mogą ulec zmianie zarówno w górę jak i w dół.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 236
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez BE3R » 21 Sty 2018, o 23:35

Wyruszyli nieco przed głównymi siłami Guttora, wypoczęci ludzie byli znacznie szybsi od Gammorean nie mówiąc już o bzyczącej eskadrze Toydarian. Najwolniejszymi elementami grupy zwiadowczej był Ortogg i Ghurk. Jako że ten pierwszy jako jedyny znał drogę, prowadził i tym samym nadawał tempo marszu. Wysunięci nieco do przodu Lato Tato i Pato latali od drzewa do drzewa, wypatrując ewentualnych zagrożeń. Stanowili oni straż przednią i dostosowywali swoje położenie do Gammoreanina za którym spokojnie wędrowała dwójka ludzi. Niewielki pochód zamykał Ghurk z siedzącym mu na ramieniu Ewokiem. Ślad jaki pozostawiali miał zaprowadzić główne siły prosto do celu. Podróż nie była specjalnie trudna. Z racji wieku Ortogg nie narzucał szybkiego tempa stanowczo prąc przed siebie. Zwiadowcy nie musieli więc wysilać się zbytnio by za nim nadążyć. Wykorzystywali więc ten czas na dodatkowe rekonesanse. Po jednym z takich wylotów Pato wrócił z trąbką aż czerwoną od jagód. Niektórzy jedzą zaś inni siedzą. Palpoo nie miał zbyt wiele do roboty. Do momentu dotarcia na miejsce był lekko bezużyteczny. Wykorzystywał więc sytuację by możliwie dobrze wypocząć. Małe łapki nie były dostosowane do długich biegów, a lata codziennego biegania po lesie miał już za sobą. Skoncentrował się więc na rozmowie idących przodem czarnoskórych. Używali oni swojego narzecza, które obroża translacyjna rozpoznawała.

- Wpakowaliśmy się w niezłą kabałę mała.
- Bywało już gorzej prawda?
- Fakt bywało moja pantero. Zawsze jakoś wychodziliśmy z opresji. Nie wiem czemu mam złe przeczucia.
- Zawsze masz złe przeczucia.

Zaśmiał się nieco wymuszenie lustrując wzrokiem dżunglę przez którą się przedzierali. Roślinność wydawała się być dość gęsta, krzaki, trawa i ostre liście zakrywały boki ścieżki. Z drugiej strony szlak był dość dobrze widoczny. Gdyby ktokolwiek ukrył się z boku z pewnością Eskadra Trąb by go nie zauważyła. Nie poprawiało to samopoczucia czarnoskórego mężczyzny.

Palpoo siedzący na ramieniu swojego towarzysza nie podzielał niepokoju Mike'a. Eskadra Trąb może nie była za bystra ale za to świetnie spełniała swe zadanie. Skoro jak zauważył potrafili wywęszyć owoce to trudno będzie im przegapić smród ukrytego w krzakach knura. Zwłaszcza że jego delikatny nos otrzymywał mocne impulsy od Ortogga jak i Ghurka. Dość niespodziewanie przewodnik zatrzymał się ogłaszając iż wydaje mu się że są już niedaleko. Palpoo zeskoczył z Ghurka

- Jeśli jesteśmy już blisko knurze to chyba pora nieco zwolnić. Wskaż drogę a my pójdziemy kurwa przodem. Ostrożności nigdy nie za wiele, a Ewok I dwójka ludzi z pewnością narobi mniej hałasu niż wojownicy i ci bzyczący idioci.

Palpoo groźnie potrząsnął dzidą, szykując się do wejścia w dżunglę we wskazanym przez przewodnika kierunku. Jeżeli Dom Pędraków był niedaleko, muszą się do niego podkraść i zyskać jak najwięcej informacji pozostając w ukryciu. Toyadarianie i Gammoreanie nie nadawali się na cichych zwiadowców. Dwójka ludzi bez słowa sprawdziła broń i ruszyła za miśkiem we wskazanym przez Ortogga kierunku.

Odwrotnie niż u Gweeka, 3 na ostrożność 2 na poruszanie. Jeśli tam rzeczywiście jest osada,
to priorytetem jest nie dać się wykryć a dopiero potem zdobyć informacje.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1634
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: [Gamorra] - Gambit Knurów

Postprzez Mistrz Gry » 25 Sty 2018, o 16:02

Gweek

Gweek i jego pomniejszony oddział poruszał się niezwykle szybko, a jako, że było ich zaledwie czterech nie mieli problemu z tym by w porę dostrzec zagrożenie i samemu zostać nie zauważonym. Gamorreańska przyroda nie posiadała w swoim zanadrzu nic czego by nie znał Utto bądź Thurgowie. Byli u siebie. Oprócz kilku słabych śladów obecności klanu Obrogga, nie natrafili też na żaden wrogi patrol którego musieli by unikać bądź z nim walczyć. Sam wódz-w-boju coraz bardziej przypominał gamorreanina wychowanego na planecie. Wilgoć i ciepłe powietrze nie trzymały już go za gardło niczym dusząca macka a pod skórą, która dawniej okrywała pokłady tłuszczu, coraz częściej przebijały się wyraźnie zarysowane mięśnie. Planeta przetworzyła go w ten sam sposób w jaki Armia Imperium przetwarza rekrutów.
Miał też po swojej stronie Farta, a ten rozbudzał się w nim w momencie wysiłku fizycznego i wlewał w jego ciało ożywczą energię i niemalże duchowe uniesienie; Gweek miał wrażenie, że słyszy słowa Jainy Solo. I Nurry.

Wiedział, że się do niej zbliża.

Poranek dawno przeminął i na kamienistej ścieżce, przyklejonej do niemalże pionowej skalnej ściany wąwozu zaczęło robić się parno. Ścieżka była na tyle szeroka, że dało się spokojnie po niej iść w jednej kolumnie i nie trzeba się było bać upadku z wysokości. Dodatkowym zabezpieczeniem przed upadkiem były korzenie drzew, których długie i grube warkocze spełzały po zboczu w stronę dna wąwozu. Idąc ścieżką miało się wrażenie, że znalazło się w czymś na kształt świątyni, gdzie kolumnada i łukowate sklepienie sufitu były dziełem gamorreańskiej natury. Światło dzienne wlewało się przez szczeliny pomiędzy korzeniami tworząc skośne promienie w których tańczyły cząstki pyły i chmary niewielkich skrzydlatych robaczków. Dnem wąwozu płynęła brzydka i śmierdząca mułem rzeka a co i rusz wpadali na zębate sześcionogie jaszczury, które pierzchały przed czwórką gamorrean; Gweek ich nigdy nie widział wcześniej, a Utto nazwał je nieszkodliwymi ścierwojadami.
- Są nieszkodliwe. - Mówił. - No... o ile nie są naprawdę głodne a ty przypadkiem dorównywałbyś im wzrostem. Nam krzywdy nie zrobią. Ale wiele matron straciło swoje dzieci przez tych cholernych skurwieli.

Ścieżka w końcu doprowadziła ich do wejścia do jaskini. Do jaskini w której ostatnio mieli się skrywać członkowie klanu Nurry. Z ciemności jaka tam panowała nie dochodził do ich uszu żaden dźwięk. Nic. Tylko złowroga martwa cisza.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5794
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

PoprzedniaNastępna

Wróć do Przestrzeń Huttów