Content

Przestrzeń Huttów

[Ugah'Uaulk] - Dzicz

Image

[Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Mistrz Gry » 9 Lis 2018, o 00:08

Rayleigh rozbija się starym frachtowcem o powierzchnię nieznanej planety

Rozbili się. Statek w kilku miejscach powyginał się niszcząc wszystko co było w sektorze AA i częściowo sektory BB i CC. Ogień zaczął trawić większość pomieszczeń. Ci którzy przeżyli lądowanie, musieli szybko opuścić okręt. Wentylacja przestała działać, a dym zaczął dusić tych, którzy nie zostali uwolnieni z klatek. Ray ucierpiał najmniej, podobnie jak mostek. Eksplozja pasów i szarpnięcie mocno odcisnęło się na jego klatce, ale oprócz sińca nie nabawił się niczego poważniejszego. Pierwsze, to musiał się ewakuować ze statku. Czuł dym i słyszał chaos dobiegający z korytarzy... Szumiało mu w uszach od ciągłego hałasu i kręciło mu się w głowie. Uwolnił się od pasów i ruszył pędem ku wyjściu. Dym prawie go udusił podczas ucieczki. Na zewnątrz przywitał go zaś chłodny klimat, czarna noc, grupa ocalałych, świeże słodkie powietrze i niezwykła dżungla...

Otaczały ich bujne drzewa, wysokie na dziesiątki metrów, o potężnych pniach jak i korzeniach wystających z gęstwiny traw i pnączy. Same drzewa miały na sobie mnóstwo niebieskich świecidełek, które nieco rzucały światła na nieprzedarty mrok otoczenia. Niebieskie promienie wabiły owady wielkości pięści, by te najwidoczniej skorzystały z gościnności kwiatów. Insekty zdawały się nie zwracać uwagi na nieznanych przybyszów, uznając nektar kwiatów za coś zdecydowanie ciekawszego.
Dżungla bzyczała nie pozostawiając ani sekundy ciszy, a z różnych stron można było dosłyszeć dalekie nawoływanie nieznanych zwierząt bądź istot... dżungla żyła swoim życiem, tego byli pewni.
- powietrze jest zdatne dla nas do życia - powiedział zdyszany Choan
- niezwykłe mamy szczęście Ray - podsumował opierając się ciężko o kolana
- tylko tylu udało mi się uratować. Na statku jest za dużo dymu i nie mamy sprzętu by to ugasić... reszty niestety. Nie dalibyśmy rady... - przyznał ponuro, ale zaraz wyprostował się i rozejrzał po tych co pozostali.

Było ich trzydziestu czterech, licząc Raya i Choana. Piętnastu ludzi, sześć kobiet, czterech mężczyzn i czworo dzieci, do tego Rayleigh. Ośmiu Twileków, sześć kobiet, dwóch mężczyzn. Givin, Gammorean, rodzina czwórki Squibów co trzymali się blisko siebie, Trandoshan. Trójka Ugnaughtów i sam Choan Hsu. Wszyscy prócz Echani wyglądali miernie, większość była przerażona. Z pewnością głodna, a co niektórzy pewnie byli chorzy. Jedynie Gammorean i Trandoshan w miarę dobrze się trzymali i szukali wzrokiem wybawicieli, by zacząć od czegoś działania

Masz do ogarnięcia rozbitków i plan na wstępny obóz w kompletnie nieznanej dżungli. Póki co do pomocy nadaje się Gammorean i Trandoshan oraz niezłamanej woli Choan Hsu. Z knurem się nie dogadasz, ale posłucha poleceń. Podobnie z Trandoshanem. Potrzebny byłby wokabulator, ale wasze wyposażenie to właściwie nic takiego. Dopóki nie zgaśnie pożar na statku, to nie wejdziecie do środka po ewentualne dobra. Powodzenia
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6263
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Fenn Mereel » 9 Lis 2018, o 02:03

Prawie stracił przytomność przez przeciążenie, które z wielką mocą wbiło go w fotel nawigatora. Krew spłynęła mu z głowy do nóg podczas spadania, dziwne mrowienie rozeszło się po dolnych kończynach. Ray zamknął oczy i modląc się do wielkiego wszechświata prosił o miękkie lądowanie. Gruchnęło, walnęło, rzuciło nim w fotelu. Z mechanicznym jękiem rozległy się alarmy przeciwpożarowe. Większość instalacji elektrycznej zapaliła się natychmiast. W kolejnym przypływie adrenaliny walnął w przycisk automatycznego gaszenia. Nie było odpowiedzi. System nie działał.
Wybiegł ze statku trzymając w dłoni hełm z przyłbicą. Kasłał niemiłosiernie, charcząc przy tym jak opętaniec. Szybkie ogarnięcie wzrokiem otaczającego ich krajobrazu sprawiło, że o mało nie usiadł na tyłku z wrażenia. Nigdy w życiu nie widział tak wielkich drzew. Nie było ich na Abregado-Rae, nie mówiąc już o przeklętym Eriadu. Kątem oka wyłapał ogromne kwiaty i jeszcze większego komara. Natychmiast założył hełm.
- Powietrze jest zdatne dla nas do życia. - o mało nie podskoczył słysząc głos Choana Hsu. Przed chwilą byli więźniami łowców niewolników. Teraz byli więźniami całej planety. Innymi słowy trafili z deszczu pod rynnę.
Stan ocalałych również nie napawał go nadzieją. Grupka więźniów w zdecydowanej większości nie nadawała się do pracy, która na pewno ich czeka jeśli mają tutaj przeżyć. Zaś jedyna dwójka, która była w pełni sił nie znała basicu. Ray absolutnie nie znał się na przetrwaniu. Był mechanikiem, ćwiczył zapomnianą już prawie przez cywilizację sztukę walki. Wychował się pośród jezior, tak to prawda, ale to nie było to samo! Odetchnął głęboko kilka razy, starając się uspokoić. Z uporem maniaka próbował sobie przypomnieć instrukcje w razie katastrofy na niezamieszkałej planecie.
- Słuchajcie! Jestem Ray, to jest Choan Hsu. Musimy odejść od statku, obawiam się eksplozji. Idźmy na wschód, ale nie oddalajmy się za bardzo. - absolutnie nie wiedział co mieli zrobić. Spojrzał na Echaniego, który wyglądał najzdrowiej z nich wszystkich. Wskazał palcem na Tradoshanina, potem wskazał na Choana Hsu. Pamiętał, że Trandoshanie byli znani ze swoich łowieckich zdolności.
- Ty! Z Choanem poszukajcie wody i jakiegoś jedzenia. Powodzenia. Reszta za mną! - wskazał na Gamorreanina, aby podszedł bliżej. Ray poprowadził całą grupę kilkanaście metrów na wschód (a przynajmniej tak sądził, że na wschód) wciąż rozglądając się za jakimkolwiek schronieniem: jaskinią, wydrążonym pniem drzewa, kotlinką. Okolicę rozświetlała łuna rozbitego frachtowca, oraz bioluminescencyjna flora planety. Ray na wszelki wypadek włączył też latarkę, którą miał na czole hełmu. Obawiał się zwierząt, obawiał się chłodu.
- Pomóż mi znaleźć schronienie. - poprosił Gamorreanina. Zagubienie i bezsilność pozbawiały go ducha.
Postacie aktualne:
Rayleigh Silvano - Gwiezdny podróżnik

Poprzednie postacie:
Jac Randall - Hapanin; Starszy Szeregowy w 165 Grupie Do Zadań Specjalnych, Grupa Operacyjna "Mgła" - KIA
Desmond Ivey - Pół-Echani; Uczeń Jedi - zginął podczas bombardowania Coruscant
Fenn Mereel - Mandalorianin; Łowca Nagród, aalor klanu Mereel - ash'amur (poległ)
Krusk Sel'thar - Bothanin; Kapitan Floty Nowej Republiki, Republic Class Star Destroyer "Invincible" - KIA

Aldo Cohl - Mirialanin; Mechanik - zginął zastrzelony przez Imperialnych
Awatar użytkownika
Fenn Mereel
Gracz
 
Posty: 606
Rejestracja: 6 Lut 2010, o 12:59
Miejscowość: Warszawa

Re: [Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Mistrz Gry » 9 Lis 2018, o 10:38

Istoty patrzyły się na człowieka, który zdawał się rozumieć co trzeba było robić. Niczym światełko w tunelu prowadził zabłąkane owieczki w jakimś kierunku. Choć Ray czuł coraz bardziej wszechogarniającą beznadziejność i brak perspektyw, poczucie władzy jakoś delikatnie osładzało sytuację. Ci ludzie patrzyli na niego jak w obrazek. Ważne, że Silvano dawał im poczucie, że wie co robi, że znajdą schronienie, że przeżyją. Nikt nie oponował. Wszyscy chcieli współpracować, aby przetrwać. Gammorean nie mógł się wysłowić w basicu, ale łapał o co chodzi. Jak na osobnika swej rasy był dość wychudzony, ale wciąż masywny i słusznej budowy. Zapasy w postaci ciała najwidoczniej pozwoliły mu zachować jakąś kondycję w trudnych warunkach niewolnictwa. Na komendę zareagował od razu. Ruszył przodem.

Godzina błąkania się po bzyczącej dziczy, zdawała się nawiedzać umysł człowieka. Nikt nie wiedział co kłębiło się w otchłani jego myśli. Nikt o tym nie pomyślał, że mógł wątpić. Był przywódcą wybranym przez los. Był ich jedyną nadzieją i nawet nie zwracali uwagi na to, że szukali właściwie na oślep.
Silvano szybko się przekonał, że włączenie latarki nie było najlepszym pomysłem. Duże owady zaczęły na niego szarżować jakby czegoś chciały. Wyłączył ją jak tylko pokaźny okaz odbił się rozpędzony od jego twarzy. Dostrzegł w pewnej chwili oblicze owada. Jego przerażające szczęki sugerowały że mógł solidnie ugryźć, duża niebieska siatka oczu napawała obrzydzeniem, podobnie jak długi, czarny, gruby odwłok. Nie wiedział, czy potrafił ten ów okaz dzikiej natury użądlić, nie dostrzegł szpikulca. Nie chciał się przekonywać. Czym prędzej zgasił latarkę widząc, że wabi to dominujące w powietrzu owady. Musiał póki co polegać na luminescencji otaczających go roślin.

Szukał i w końcu znalazł. Schronienie pod drzewem w podziemnej półce między pokaźnymi kamieniami. Korzenie oplatały całe miejsce. W środku również niczym kolumny pomieszczenia, przebijały się przez skałę podłogi, gdzieś daleko w dół. Teraz Ray dostrzegł, że teren jest mocno skalisty i mimo to wyrosła tu specyficzna dżungla. Pomieszczenie zdawało być cieplejsze, ale skrajnie ciemne. Lud wszedł do środka by spocząć i jakoś się ułożyć, odetchnąć po trudach.
Gammorean zaczął zbierać trawę i pnącza, by pozatykać luki między korzeniami i skałą. By uformować jedno wejście, które też chciał zasłonić. Zbierał patyki i tworzył wiązankę z nich, by z prowizorycznej deski zrobić zasłaniane wejście do schronienia. Ray dopiero wtedy zapalił ponownie światło, które tylko nieznacznie przeciskało się przez zasłonięte luki i wejście. Dwie ludzkie kobiety pokładały się ze skrajnego wymęczenia. Prawdopodobnie nie przeżyją nocy. Reszta jako tako trzymała się blisko siebie. Różnice rasowe szybko przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Znalazł schronienie to się liczyło.

Silvano zasiadł na kamieniu, obolały, zmęczony... musiał coś obmyślić. Jakiś czas później usłyszał kroki nadchodzących. To był Choan i Trandoshan.
Rzeczywiście gad był łowcą, zgodnie z ich tradycją rasy. Nawet coś przynieśli. Były to... te wszechobecne owady. Nawet martwe napawały obrzydzeniem. Zebrali ich całą prowizoryczną siatkę, na szybko zrobioną z pnączy.
- Ghark jest łowcą. Trandoshanie widzą w ciemności lepiej i dopatrzył się, że te owady mogą być łupem. Jak zbiorą nektar... są nawet smaczne - skomentował Choan, którego widać było zmęczenie zaczęło łapać. Trandoshan zaś zaskrzeczał jakieś inne Ghark, kiedy ten wypowiedział najwidoczniej jego imię.
- Gahrr'akr się nazywa - poprawił się Echani, kiedy to kilka istot z ocalałych zbliżyło się by zobaczyć łupy myśliwych.
- Jest tego trochę, ale nie starczy dla wszystkich... - powiedział ciszej Choan.
- Nie znamy tej dziczy... może lepiej poczekać na dzień? Czy może jeszcze zapolujemy na kilka owadów? Słyszałeś te jęki w oddali? Z pewnością jest tu większa zwierzyna.

Polujesz, czy organizujecie się. Jeśli nie polujesz. To komu nie dasz pożywienia? Musisz wtedy wybrać sześć istot. Jeśli polujesz robisz rzut 3k6 o takich efektach.
- za każdy wynik 1 - nic
- za każde kolejne oczko jeden owad upolowany (maksymalnie 15, za trzy szóstki)
- za każdy wynik 6 - przykuwacie uwagę dżungli ku sobie i w zależności ile szóstek, taka skala niespodzianek(obrażeń z reguły i kłopotów) was czeka. Przy trzech szóstkach będzie przesrane ^.^
W przypadku polowania, pierw rzut, a potem opis, który kończy się na złapaniu określonej liczby stworzeń i kierowaniu się z powrotem do kryjówki. Liczę na opis jak zabierasz się do złapania tych insektów.
Jeśli nie polujesz zakończ post na próbie oddania się snu, ustawiając też odpowiednio warty. Nie opisuj nadejścia dnia.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6263
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Fenn Mereel » 9 Lis 2018, o 21:34

Jakimś cudem los uśmiechnął się do nich i Gamorreanin okazał się być doskonale zaznajomiony z życiem w lesie. Bardzo szybko udało mu się przystosować prowizoryczne schronienie, tworząc coś w rodzaju lepianki. Było w niej przytulnie, chroniła przed wiatrem i możliwe, że również przed deszczem. To było najlepsze czego mogli oczekiwać.
- Dzięki. - podziękował knurowi włączając lampkę w hełmie i stawiając go na środku lepianki, aby mogli cokolwiek widzieć.
Adrenalina znowu opadła, Raya zmogło na tyle, że aż przysiadł na kamieniu. Dopiero teraz poczuł zmęczenie, głód, pragnienie. Wcześniej ściśnięte w najdalszy kąt jego jaźni przez stały dopływ hormonu niebezpieczeństwa, uderzyły ze zdwojoną siłą. Westchnąwszy głośno przyjrzał się grupce nieszczęśników, która została z nim uwięziona na tej nieznanej mu planecie. Instynktownie sięgnął językiem ku wybitemu kłu i ukruszonej czwórce.
Mieli sporo ludzi i twi'lekan. Gammoreanina, Echaniego, Trandoshanina, małych krasnali takich samych których widział pracujących w stoczniach remontowych Eriadu. Pamiętał, że słyszał o nich jakimi pracowitymi istotami są. Przeniósł wzrok dalej, zauważając Givina. Nagle w jego głowie zajaśniał promyk nadziei. Wszyscy Givini byli doskonałymi matematykami! Znał jednego astronawigatora Givina, który wciąż chwalił się że osobiście wylicza obliczenia skoku i nie używa komputera nawigacyjnego. Możliwe, że mieli szansę dowiedzieć się, gdzie są! Potem dojrzał skuloną w rogu, przytuloną rodzinkę Squibów. W kosmoporcie Eriadu było ich mnóstwo. Gryzonie były łowcami złomu, potrafiącymi sklecić coś z niczego. Płomyk nadziei rozbłysł mocniej. Pierwszy raz od wielu lat nie przeklinał swojej pracy na ciężkich frachtowcach. Bez niej nie wiedziałby nic o galaktyce i istotach ją zamieszkujących.
W tym momencie do lepianki weszli Choan Hsu i Trandoshanin. Przynieśli ze sobą jedynie widziane wcześniej owady. Ray modlił się, by nie musieć ich jeść, ale z drugiej strony kiszki mu marsza grały.
- Dzięki. - kiwnął głową Echaniemu i Gahrr'akrowi. Już drugi raz dzisiaj dziękował prosto z serca. Żałował tylko, że to on musi podjąć trudną decyzję.
- Posłuchajcie wszyscy. Tego wieczora niestety zjedzą nieliczni, przepraszam. Jutro poszukamy jedzenia dla wszystkich i sprawdzimy, czy pożar wygasł. Postaramy się wygrzebać cokolwiek przydatnego ze statku. - podał po jednym owadzie Choanowi Hsu, Trandoshaninowi, oraz Gamorreaninowi. Podszedł do Givina.
- Jestem Ray. Podobno dobrzy z was matematycy, zacznij więc obliczać gdzie możemy być. Wydaje mi się, że cztery dni temu wystartowaliśmy z Dantooine, kierowaliśmy się na... Toydarię, tak, na Toydarię. Statek miał 3 klasę hipernapędu. - starał się przypomnieć sobie wszystkie szczegóły na temat tej nieszczęsnej przygody, która sprowadziła ich w to miejsce. Pozostały mu dwa robale. Stanął przy rodzinie Squibów.
- Kiedy pożar wygaśnie będziemy potrzebować waszej spostrzegawczości i sprytu. Widziałem już kiedyś jak pracują Squibowie, będziecie nam bardzo potrzebni. - nie dał im jednak owada.
Dał go najzdrowiej wyglądającej dorosłej osobie spośród reszty. Potrzebowali jeszcze jednej pary rąk do jutrzejszego polowania. Kiedy racje były już rozdane, wskazał na Gamorreanina.
- Ty druga warta, Choan Hsu trzecia. Ty... - wskazał na trandoshanina. - Ty czwarta, obudź mnie wraz ze świtem. Pójdziemy razem zapolować. Ja biorę pierwszą wartę. Choanie, jak tylko wstaniesz weź ze sobą Gamorreanina i poszukajcie wody. Najsilniejszy z reszty zostanie na straży. - usiadł w drzwiach, zamknął na chwilę oczy. Zginie tutaj, jak nic wszyscy tutaj zginą. Wpakował sobie robala do ust, rozgryzł szybko powstrzymując odruch wymiotny i łyknął. Wbrew rozmiarom posiłku, poczuł się całkiem najedzony. Musiał się skupić, odrzucić złe myśli zanim pociągną go w dół. Nie mógł myśleć o tych, których nie nakarmił. Musiał zapomnieć o umierających z wycieńczenia dwóch kobietach. Wszystkich nakarmi jutro, niech tylko przeżyją noc. Błagam, niech tylko przeżyją noc.
Wrócił pamięcią do twarzy wszystkich ludzi, których zabił kilka godzin temu. Nieważne ile się zapewniał, że byli najgorszymi szumowinami galaktyki, że dobrze się stało. Czuł się mordercą, jednak czuł się też wojownikiem bo tak Ona określała wszystkich, którzy poświęcili się praktyce Teräs Käsi. A chyba wojownicy powinni chronić słabszych za wszelką cenę? Nic już nie wiedział.
Na szczęście medytacja pomogła mu wyciszyć umysł. Po upłynięciu swojej warty obudził Gamorreanina i sam położył się na mchu. Zasnął w sekundę.

Przez tego najsilniejszego mam na myśli tego, któremu dałem jedzenie.
Postacie aktualne:
Rayleigh Silvano - Gwiezdny podróżnik

Poprzednie postacie:
Jac Randall - Hapanin; Starszy Szeregowy w 165 Grupie Do Zadań Specjalnych, Grupa Operacyjna "Mgła" - KIA
Desmond Ivey - Pół-Echani; Uczeń Jedi - zginął podczas bombardowania Coruscant
Fenn Mereel - Mandalorianin; Łowca Nagród, aalor klanu Mereel - ash'amur (poległ)
Krusk Sel'thar - Bothanin; Kapitan Floty Nowej Republiki, Republic Class Star Destroyer "Invincible" - KIA

Aldo Cohl - Mirialanin; Mechanik - zginął zastrzelony przez Imperialnych
Awatar użytkownika
Fenn Mereel
Gracz
 
Posty: 606
Rejestracja: 6 Lut 2010, o 12:59
Miejscowość: Warszawa

Re: [Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Mistrz Gry » 11 Gru 2018, o 15:09

Givin nawet nie skierował swojej czaszko na człowieka. Ray nie mógł stwierdzić co to miało znaczyć, jednak po tonie głosu zorientował się, że nie jest z nim dobrze. Mówienie sprawiało mu zbyt wiele trudności. Musiała trawić go jakaś choroba. Nawet się nie przedstawił.
- Postaram się to zrobić... potrzebuję tylko widoku na niebo i kilka danych statystycznych. Komputer pokładowy będzie miał... Postaram się to zrobić... Wszystko da się policzyć... Cierpliwości... - mamrotał jakby do siebie, ale jednak do Raya. Ewidentnie potrzebował lekarza. Coś mu dolegało, a Silvano nie był pewien, czy to z powodu głodu, złamanej psychiki, czy jakiejś nabytej choroby podczas niewolnictwa, która go wciąż trawi.

***

Brzuch zaburczał małemu Squibowi, jak i drugiemu. Matka ściskała swoje dzieci chcąc w jakiś sposób choć trochę im ulżyć w cierpieniu, nie bacząc na swoją udrękę. Ojciec jednak nie mógł na to patrzeć. Przecież inni dostali jedzenie, dlaczego akurat nie oni? Mniejsi mniej istotni? Czy byli na równi z tymi kobietami co na pewno umrą tej nocy? A i jeszcze mają się przydać? Zostało to powiedziane, by poczuli się lepiej?
Smisith nie pierwszy raz w życiu został potraktowany w podobny sposób i ponownie postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Przeżył niejedno i tym razem też się uda. Jednak najgorsze było to, że nie za bardzo było co ukraść. Owady choć zostawiały wiele do życzenia, jeśli chodzi o smak, zniknęły równie szybko w brzuchach innych, jak tylko dostały się w ręce osobników.
Nikt też nie wyglądał na chętnego wyjścia z kryjówki i poszukania jakiejś zdobyczy wbrew nakazowi Rayleigha. W końcu wszyscy dostali jeść tylko nie Ci najmniej istotni... Wyczekał na zmianę warty, by z łatwością wymsknąć się przez jedyne wyjście i ruszyć w głąb dziczy.

Natura zaś zdawała się nigdy nie spać. Insekty wciąż pracowały. Squib zainteresowany nimi postanowił się dowiedzieć dokąd lecą. Nie liczył, że uda mu się jakiegoś ubić. Nie miał żadnej broni z której umiałby korzystać i ponownie nie miał jak jej ukraść, czy wydobyć. Okręt wciąż trawił dławiący się powoli pożar.
Ruch owadów zaprowadził Squiba ku wielkiemu rozłamowi w ziemi i przepaści, skąd wylatywały i gdzie wlatywały owady. To musiało być ich gniazdo. Zorientował się też, że kilka cieni znacznie większych sztuk wnosiło się nad dziurą. Nie latali tam i z powrotem, tylko wisieli w powietrzu. Mieli inny, bardziej złowrogi kształt niż wszędobylscy zbieracze i byli zdecydowanie więksi od Squiba. Widok ten przeraził odkrywcę wystarczająco, by ten poszukał sobie innego źródła pożywienia, aniżeli ryzykował skupienia ich uwagi na sobie. Kradzież miodu, czy nektaru w odmętach nieznanej przepaści nie wchodziła w grę. Owadzich strażników doliczył się co najmniej ośmiu i choć Smisith nie należał do tchórzy, a raczej do głupio odważnych, to jednak wiedział, że tutaj dobra gadka nie pomoże, a jego rodzina liczyła na niego. Musiał wrócić żywy.

Zaczął wnet badać otaczające go rośliny, pocierając liście, czy ewentualne owoce o swoje futerko. Zmysły Squiba dawały mu wiele sygnałów. Znalazł trawę którą można było jeść, była bardzo słodka. Było też mnóstwo trujących owoców okolicznych krzaczków, które wabiły dorodnością śmiertelnie niebezpiecznych jagód. Widać, nikt nie chciał skorzystać z tej gościnności.
Posilił się trawą, chcąc dodać sobie otuchy i sił. Miał już ją zbierać by zabrać z powrotem kiedy to widok przypominający orzecha na drzewie przykuło jego uwagę. Wystarczyło się wspiąć i sprawdzić, czy nadaje się to do jedzenia. Orzechy z pewnością byłyby pożywniejsze. I... rzeczywiście były pyszne. Smisith przez chwilę zapomniał o świecie chrupiąc i rozkoszując się zdobyczą w wielkości pięści człowieka. Czuł jak jego głód ustępuje, a żołądek z radością przyjmuje kolejne porcje. Wnet jego futerko się najeżyło i poczuł, że coś jest nie tak.

Dwie pionowe źrenice lazurowych oczu wlepiały się w kuszący widok małego Squiba. Czegoś takiego jeszcze nie widział. Musiał przyznać, że ciekawość nieco powstrzymała go od rzucenia się od razu na zdobycz, ryzykując stratę posiłku. Ofiara przez to najwidoczniej zorientowała się o jego obecności, ale był już zbyt blisko by ten mógł uciec. Przez cały czas go śledził, czekając na odpowiedni moment, podkradając się coraz bliżej. A teraz jego cierpliwość zostanie nagrodzona...

***

Rayleigh obudził się z posmakiem robala w ustach. Co gorsze nie wybudziło go wyczekiwane promienie świetlne jakiejś okolicznej gwiazdy w układzie, czy też Gahrr'akr, a burza która rozpętała się wszędzie. Grzmiało w chmurach cały czas, acz tylko nieliczne błyskawice uderzyły o powierzchnię. Za to deszcz spadał obfity, aż w końcu zaczął przeciskać się przez prowizorycznie stworzone uszczelnienia. Istoty poczęły zbierać opad w przeróżny sposób, kojąc swoje niezaspokojone pragnienie. Gamorrean zwyczajnie położył się wśród traw i otworzył szeroko paszczę, a rękami kierował liście traw, by po tych spływała woda prosto w miejsce przeznaczenia. Wraz z Choanem dopiero wrócili, ale zdążyli porządnie przemoknąć, co wraz z okolicznym chłodem przysporzyło Echani skwaszonej miny. Pierwsza rzecz jaka pojawiła się wraz z burzą i deszczem była mgła, która powoli zaczęła ogarniać przestrzenie między drzewami.
- Dobra wiadomość jest taka, że wszystkie rośliny tutaj zdają się magazynować wodę z opadów za pomocą swojego kształtu, w tym drzewa. Nie mogliśmy się doszukać żadnego strumienia, ani zbiornika wodnego. Jednak jak zaczął padać ten ulewny deszcz nagle dostrzegliśmy dziwne małe rośliny o kształcie miseczek. Cała reszta dotarła później - Choan wskazał na swoją głowę, po czym zaczął się pocierać, chcąc jakoś się ogrzać
- Co ciekawe deszcz, który spada jest na prawdę ciepły... ale powietrze jednak nadal zimne... Zła wiadomość jest taka, że patrząc na burzę i wpatrując się w niebo przez dłuższy czas nie udało mi się dostrzec nawet pojedynczej gwiazdy... a światła jak nie było tak nie ma... Do tego... tamte dwie kobiety nie żyją, a i zaginął jeden Squib. Pytałem się rodziny co się stało i powiedzieli mi, że ten sam wyruszył w dzicz by szukać jedzenia... - przedstawił sytuację Choan, po czym rozejrzał się po reszcie ocalałych, niewidocznych w cieniu schronienia i niezdolnych wyjść na zewnątrz by napoić się upragnioną wodą. Wnet spojrzał przez drzwi schronienia na zewnątrz.
- Z tego co widzę Ugnaughty dobrze się trzymają. Gamorrean i Trandoshan mają się najlepiej. Jeszcze para Twileków ożywiła się. Niestety reszta zdaje się marnieć... nie wiadomo też, czy ktoś nie ma czegoś zakaźnego...

***

- Nie stój w deszczu, bo się przeziębisz, Miggi... lekarstw nie mamy.
- To właściwie ciepły prysznic! - Kobieta, podobnie jak Gamorrean, cieszyła się z deszczu. Był przyjemny, korzystając z uprzejmości roślin-miseczek, szybko zaspokoiła pragnienie, to i nastrój się jej poprawił. W końcu była wolna. Urodziła się niewolnicą, była transportowana na kolejną sprzedaż, kolejne upokorzenia, a teraz... była wolna. Nawet głód przestał jej doskwierać.
- Przyłącz się Kirmo!
- Posłuchaj się choć raz starszego brata, co? Lepiej pogadajmy z Rayleighem. Jak on widzi nasze dalsze losy. Nie mamy jedzenia, są chorzy wśród nas...
- Jesteśmy wolni! Nie cieszysz się?!
- Pozornie wolni... - burknął do jej beztroskiej siostry, ta nadal radowała się uczuciem. Jak zwykle nie liczyła się z jego zdaniem... Byli rozbitkami na jakiejś planecie. Istoty głodowały, chorowały a ich los był nędzny. Kirmo powiedziałby, że gorszy niż w klatce. Szacował, że minęło już dwanaście godzin, a słońce jeśli takowe miało wyjść nie wyszło. Ciemność była przygnębiająca, a zestresowany umysł dwudziestoletniego Twileka zaczął sugerować inne rozwiązania problemów...

Organizuj się dalej. Rozmawiaj, rób co uznasz za słuszne. Masz do dyspozycji Ugnaughty, Gharr'akra, Gamorreana, Choana Hsu, Kirmo i Miggi. Grupa zmniejszyła się o trzy osoby i liczy 31 istot. "Dzień" nie nastał i nie wygląda na to, że nastanie. Sen pomógł, ale pożywienie nadal jest głównym problemem. Reszta istot cierpi na choroby, albo skrajne osłabienie. Pożar rozbitego statku ustąpi. Ulewa będzie trwać jeszcze godzinę
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6263
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Fenn Mereel » 11 Gru 2018, o 18:32

Kap. Kap. Kap. Krople spływały po jednym z wielu poplątanych korzeni tworzących sklepienie schronienia, prowizorycznej ziemianki która chroniła ich przed chłodem i deszczem. Jak się właśnie okazało, niewystarczająco. Oczy zlepione zmęczeniem otworzył powoli, a drobinki wody z rozpryskiwanych kropel zrosiły mu twarz. Glutowato-mdły śluz osiadły w gardle przypominał o wczorajszej koszmarnej kolacji. Nie czuł jednak głodu. Język podświadomie dotknął ułamanych przez rodianina zębów. Już zapomniał jak oprych miał na imię. A może nigdy nie wiedział? Wspomnienie zabitych ludzi Czarnego Słońca szybko znikało. Zapomniał już jak wyglądali? A może nigdy nie wiedział?
Podniósł się. Czarny kombinezon bojowy jako tako chronił przed deszczem, ale odkryta głowa była już cała przemoknięta. Mgła, która pojawiła się wraz z burzą sprawiła, że włosy Raya przylgnęły do głowy i nasiąkły wilgocią. Wzrokiem odszukał Choana Hsu. Grzmot przetoczył się przez ziemiankę, a w oddali błysnęło.
- Chciałem rozpalić ogień, ale w taką pogodę... Dobrze, że przynajmniej wody jest pod dostatkiem. - Ray rozejrzał się za Trandoshaninem i znalazłszy go, obudził. Gad syknął zaskoczony, ale widząc że nic mu nie grozi stanął na nogi.
- Idziemy zapolować. Priorytetem jest jedzenie oraz ogień. Potem dopiero resztki statku. Poszukamy przy okazji Squiba, okej Gahrr'akr? - od razu pożałował, że zadał to pytanie. Trandoshanin spojrzał na niego wielkimi oczami jak na idiotę. Co miał odpowiedzieć? Przecież Ray i tak go nie zrozumie. Wziął od Choana miecz, jedyną broń jaką mieli, wyszedł na zewnątrz. Wibroostrze aktywowało się wyciągnięte z pochwy. Ciche buczenie wkomponowało się idealnie w niekończący się szum kropel spadających na spragniony las. Jedno cięcie. Drugie, trzecie. Długa i gruba gałąź odpadła od drzewa, odrąbana od pnia. Potem kolejna i jeszcze jedna. Wibroostrze przebijało się przez twardą korę jak rozgrzana plazma przez metal. Po chwili mieli cztery zaostrzone dziryty. Do polowania i obrony. Ray oddał miecz Choanowi. Zostawił sobie i Trandoshaninowi dwa dziryty, resztę złożył w ziemiance.
- Posłuchajcie! Uwaga! Idziemy zapolować, ale owadów może być niewystarczająco. Jeśli wiecie cokolwiek o roślinach, proszę przyjrzyjcie się tym, które rosną w pobliżu schronienia. Jeżeli będą jadalne, zbierzcie ich ile tylko się da i przynieście je tutaj. Jeśli znajdziecie suche drewno, przynieście je również. Nie oddalajcie się za daleko, zawsze miejcie wejście w zasięgu wzroku, aby Choan Hsu mógł was widzieć i zareagować jeśli coś złego się wydarzy. Dołożymy wszelkich sił, żeby znaleźć zaginionego. - Jego wzrok zatrzymał się na dłużej na Kirmo i Miggi, oraz na Ugnaughtach. Wyglądali na najlepiej się trzymających, to głównie do nich kierował swe słowa. Ostatnie zdanie oczywiście skierowane było do rodziny Squibów. Nie dawał tego po sobie poznać, ale czuł że to przez niego głowa futrzanej rodziny zaginęła. Powinien był dać im tego robala... Odetchnął głośno. Nie miał w zwyczaju mówić aż tyle, ale od komunikacji i wzięcia na siebie odpowiedzialności zależało ich życie. Nie tylko ich, ale też jego. Bez nich zginąłby na tej planecie.
- Zrób coś z ciałami i masz to. - zdjął rękawice do szok-boksu. - Jak znajdziecie suche drewno, daj pełną moc, złącz dłonie dotykając go i zacznij je rozłączać. Prąd rozpali ogień. Pilnuj z Gammoreaninem tych ludzi. Proszę. - klepnął mężczyznę w ramię, machnął na Tradoshanina. Obaj ruszyli w zamglony las, a Ray z tyłu głowy słyszał Jej śmiech. Tak, też tak uważał. To idiotyczne, że to właśnie w nim pokładali nadzieję, że to właśnie on się nimi opiekuje. Przecież nie potrafił nawet zaopiekować się sam sobą.

Gammoreanin i Choan Hsu pilnują. Każdy kto czuje się na siłach szuka w najbliższej okolicy drewna, jadalnych roślin o ile będą umieli je rozpoznać. Ray i Gahrr'akr idą zapolować. Jakby co Choan ma światło ze swojego hełmu by oświetlać ludziom okolice ziemianki. Fajnie, że wróciłeś.
Postacie aktualne:
Rayleigh Silvano - Gwiezdny podróżnik

Poprzednie postacie:
Jac Randall - Hapanin; Starszy Szeregowy w 165 Grupie Do Zadań Specjalnych, Grupa Operacyjna "Mgła" - KIA
Desmond Ivey - Pół-Echani; Uczeń Jedi - zginął podczas bombardowania Coruscant
Fenn Mereel - Mandalorianin; Łowca Nagród, aalor klanu Mereel - ash'amur (poległ)
Krusk Sel'thar - Bothanin; Kapitan Floty Nowej Republiki, Republic Class Star Destroyer "Invincible" - KIA

Aldo Cohl - Mirialanin; Mechanik - zginął zastrzelony przez Imperialnych
Awatar użytkownika
Fenn Mereel
Gracz
 
Posty: 606
Rejestracja: 6 Lut 2010, o 12:59
Miejscowość: Warszawa

Re: [Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Mistrz Gry » 22 Gru 2018, o 15:57

Dżungla podczas ulewnego deszczu szumiała tajemniczą melodię. Niebieskie światełka zaczęły się dziwnie patrzeć poprzez coraz bardziej gęstniejącą mgłę, albo to już Rayleigh wariował pod wpływem ciągłego stresu. Opad sam w sobie jednak rzeczywiście był przyjemny, a pod jego wpływem chłodna dzicz rozgrzała się szybko.
Gahrr'akr zaś wydawał się pochłonięty zadaniem, jakby czynił coś co darzył czymś więcej. Wytężał słuch, by próbować wyłapać oddech otoczenia, by znaleźć nieregularności. Powoli obracał głowę, by wzrokiem dostrzec jakikolwiek ruchomy kształt we wszechogarniającej mgle.
Nagle kucnął przy gęstej trawie, spojrzał w bok i uczynił krok, ku wgnieceniu w roślinności. Łowca szybko ocenił i kilkoma uniwersalnymi gestami wyjaśnił, że w okolicy jest drapieżnik i że prawdopodobnie szacuje swoje siły na ich dwójkę. Ray odruchowo też spróbował dokonać oceny co to za stwór grasuje i z niechęcią stwierdził, że musi to być coś dużego i co gorsze sam ślad niewiele mu powiedział, a tylko rozbujał wyobraźnię, rozochoconą przez otaczający ich niebieskawy półmrok i mgłę.
Trandoshanin nadal badał ślad z niemałą dozą czci, jakby chłonął nieopisaną ilość informacji. Jego postawa się zmieniła, gdy wstał. Pochylił się i wyszczerzył złowrogo zębiska. Nastroszył się do walki, mięśnie mu się spięły, gdy chwycił mocniej dziryt.
- Kraagu'kr - mruknął jakby miało to wszystko wyjaśniać. Wnet zaczęli iść dalej, znacznie ostrożniej. Ray czuł, że wyczekują ataku. Z czasem deszcz ustąpił i nagła cisza bez bzyczenia, jakby raniła uszy. Dochodziły do nich odgłosy z daleka, skowyty i charczenie nieznanych im istot... owady jakby ucichły. Dżungla w mgnieniu oka stała się niegościnna

***

Jaki to cykl był owocny. Stwór nie mógł się nadziwić. Tym razem dwójka, jeszcze bardziej dorodnych przedstawicieli dwunogich istot kroczyła po jego terenie. I jakie to niebywałe zjawisko było. Zdążył ocenić, że tamci różnią się od siebie znacznie. To na początku rzuciło go w osłupienie, bo nie mógł uwierzyć, że tak różni od siebie współpracują na takim poziomie. Łuskowaty był znacznie lepiej przystosowany do przetrwania, ale czuć było, że ten drugi paradoksalnie przewodzi. Kończyny przybyszów budziły podejrzliwość i... strach. Te dziwne paliczki, wyprostowana dumna postawa. Czuł jak wzbiera się w nim zazdrość. Pałętali się po jego terenie tacy pewni siebie, tacy wielcy i ważni. On sam nie był tu, aż taki ważny. Rywali nie brakowało
Wszystko do momentu jak nie wpadli na trop. Taaak, teraz zaczęli się zachowywać tak jak powinni od początku. Stwór nie mógł się nadziwić, że przez tyle czasu, choć zdawali się być pojętnymi istotami, nie dostrzegli jeszcze tego, że są zwierzyną w jego dżungli. Skąd oni się wzieli?? Tamten futrzak, teraz oni... Czyżby spadli z deszczem??
Nie mogąc sobie odpowiedzieć na to pytanie stwór wyczekiwał momentu. Tak. Zaraz wpadną w pułapkę...

***

Kroczyli dalej. Ciągłe napięcie szybko stało się dla Rayleigha nieznośne. Łowy były próbą cnoty. Cierpliwości. Trandoshanin raz po raz szukał dalszych tropów, a właściwie kierował się w konkretnym kierunku. Wodzony intuicją? Czy może raczej zapachem?
Zbliżyli się wnet do jakiegoś kształtu między dwoma drzewami. Wydawało się, że to jakaś zmora wyłoniła się przed nimi, ale łowca uspokoił gestem Raya, że się nie rusza. Podeszli bliżej.
W półmroku, we mgle wisiał Squib, jakby unosił się nad powierzchnią ziemi, czy może w drobinkach unoszącej się wody. Zjawisko szybko się wytłumaczyło, kiedy Gahrr'akr pazurem dotknął trupa. Był on zawieszony na jakichś cieniutkich linkach. Tak, to musiał być pająk. Nagle Ray dostrzegł jaka to sieć pajęczyn jest za martwym futrzakiem, jakby odcinała drogę z tej strony. Wnet jego towarzysz ryknął bojowo. Obrócili się, a przed nimi zza mgły wyłonił się cień olbrzymiego potwora...

Wyższy o głowę pająk i znacznie szerszy w gabarytach, szarżował niemalże bezszelestnie na swoich długich patykowatych odnóżach i właściwie nie wydawał żadnego dźwięku. Jego obrzydliwe żuwaczki i kolce jadowe były odpowiednio nastroszone, by w jednym ataku zabić. Cień niczym z koszmaru nadchodził, by przynieść nieuchronną zgubę. Strach natychmiast dopadł człowieka, jednakże zamiast go sparaliżować dodał mu sił. Jego ciało zareagowała w rytm pierwotnych zapomnianych instynktów, przygotowując je do walki na całość. Trandoshan, mając staż łowcy podjął wyprzedzający atak i z towarzystwem bojowego ryku sprawnie wyprowadził atak dzirytem, godząc stwora w jedno z ośmiu oczu. Bestia z początku zdawało się, że została powstrzymana. Ból musiał ją przystopować na moment, lecz olbrzymi pająk zaczął z furią napierać. Choć atak był celny i skuteczny, ten nie powstrzymał potwora przed próbą wtopienia się swoimi szczękami w jaszczura. Pod naporem cielska dziryt Gahrr'akra pękł w rękach...

Masz rzut na odwagę 19 (poniżej 11 trandoshan zaliczyłby czapę). To też możesz rozwalić tego pająka w swoim następnym poście. Twój atak, zdoła ocalić Gahrr'akra i wyjdziecie z walki bez szwanku. Do tego zdecyduj czy dalej polujecie, wracacie, czy staracie się coś z tego pająka uzyskać.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6263
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Fenn Mereel » 29 Gru 2018, o 15:36

Oddychał ciężko i głośno, a zmęczony stresem i odpowiedzialnością umysł podsuwał Rayowi wizje cieni wychodzących z pomiędzy obleczonych mgłą drzew; rozświetlonych oczu drapieżników wpatrujących się w niego głodnie. Szli przez grubą pokrywę paproci, nogami rozsuwając ich liście. Gdzieś spoza zasięgu wzroku dobiegło syczenie, Ray podskoczył przestraszony, a Gahrr'akh skarcił go wzrokiem. I to uspokoiło człowieka. Był z doświadczonym łowcą, którego cała kultura opierała się na łowach. Po prostu musiał mu zaufać, nieważne jakie to trudne po ostatnich wydarzeniach. Rozbili się tutaj razem i tylko razem się uratują.
Nagłe przykucnięcie gada zaskoczyło Rayleigha. Chwilę potem rozglądał się dookoła w poszukiwaniu drapieżnika, którego wytropił Trandoshanin. Ciężki i głośny oddech powrócił, mary i wyobrażenia również. Czy smoki Krayt żyją w lasach? Czy to może Acklay? Na wszystko co mu drogie, oby to nie był Acklay. Oglądał kiedyś holofilm dokumentalny o tych potworach, a teraz wyobrażał sobie siebie w miejscu rozrywanej na kawałki krowy. Zupełnie zignorował warknięcie Gahrr'akha. Myślami wciąż błądził w makabrycznym obrazku.

***

Czuł, że śmierdzi strachem i rozprasza Trandoshanina. Szli teraz wolniej niż wcześniej, obaj w najwyższej gotowości, czujni ale w chwili zaskoczenia to na gada liczył Ray. Przeczuwał że nie zareaguje, że potwór rzuci się na niego a on będzie stał jak zwierze na drodze i patrzył pustymi oczyma w reflektory zbliżającego się ścigacza.
O mało nie krzyknął w zaskoczeniu. Upadł na ziemię, twarzą prosto w jakąś roślinę. Wstał dopiero, kiedy Trandoshanin chwycił go za płytkę pancerza kombinezonu i podniósł na nogi. Strach wcale nie przeminął, ale przynajmniej opuścił go paraliż. Nad ich głowami wisiało drobne, niebieskie ciałko. Wisiało na wielkiej pajęczynie. Ray zacisnął dłonie na dzirycie, a potem świat przyśpieszył.
Ryk. Rozwiana mgła, a spomiędzy niej pająk. Wielki, patykowaty stwór bezszelestnie zbliżał się by ich zabić. Strach zacisnął żołądek Raya, nogi ruszyły bezwiednie. Dziryt Gahrr'akha wbił się wprost w oko bestii, a Ray biegł w jej stronę. Jedno z odnóży wystrzeliło w jego stronę, opuścił bark, ostra jak włócznia noga przeleciała ponad nim. Skoczył w przód, ślizgał się na mokrych od deszczu roślinach. Wjechał pod pająka, dziryt wbił między odwłok a tułów. Stwór zajęczał, zasyczał. Ray podniósł go dzięki niewyobrażalnej sile, która nie była jego. Przewrócił pająka, na plecy, odwłok z mlaśnięciem oderwał się od tułowia, Gahrr'akh wbił resztkę swojej broni w głowę potwora. Odnoża zadrżały po raz ostatni i stężały. Obaj rozbitkowie oddychali ciężko, ale to Trandoshanin ocknął się szybciej. Używając dużej zadry z dzirytu jako noża rozciął pająka, wyciągnął z niego gruczoły jadowe, zawinął w liść i schował do kieszeni.
- Horreakr ikrrresh arsshakran. - wyjaśnił Rayowi, który po prostu pokiwał głową nic nie rozumiejąc. Miał coś innego na głowie. Myśląc o tym, że rodzina Squibów zasługuje na pożegnanie się z ojcem, za pomocą dzirytu ściągnął go z lepkiej pajęczyny. Nie było to łatwe, ale się udało. Zawinął ciałko w wielki liść, spijając z niego wcześniej całą wodę. Trandoshanin grzebał jeszcze w pająku, Ray miał więc jeszcze czas, aby spleść sobie z innego liścia coś na kształt kosza. Wikliniarstwo było hobby jego matki, dlatego Ray co nieco potrafił zrobić. Zajęło mu to chwilę, a sam efekt był mierny - kosz był krzywy i koślawy, ale prowizorycznie wystarczy. Włożył ciało do środka.
- Będzie źle jeśli na tej planecie będą żyły same robale. Potrzebujemy jedzenia, idźmy dalej. - Gahrr'akh warknął potakująco i obaj weszli w mgłę.
Postacie aktualne:
Rayleigh Silvano - Gwiezdny podróżnik

Poprzednie postacie:
Jac Randall - Hapanin; Starszy Szeregowy w 165 Grupie Do Zadań Specjalnych, Grupa Operacyjna "Mgła" - KIA
Desmond Ivey - Pół-Echani; Uczeń Jedi - zginął podczas bombardowania Coruscant
Fenn Mereel - Mandalorianin; Łowca Nagród, aalor klanu Mereel - ash'amur (poległ)
Krusk Sel'thar - Bothanin; Kapitan Floty Nowej Republiki, Republic Class Star Destroyer "Invincible" - KIA

Aldo Cohl - Mirialanin; Mechanik - zginął zastrzelony przez Imperialnych
Awatar użytkownika
Fenn Mereel
Gracz
 
Posty: 606
Rejestracja: 6 Lut 2010, o 12:59
Miejscowość: Warszawa

Re: [Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Mistrz Gry » 6 Sty 2019, o 18:23

Stwór otworzył paszczę z wrażenia i obnażył kły, widząc jak dwuosobowa grupa z niesamowitą wprawą zabija Sihse, rywalkę której nie mógł zajść odkąd przywłaszczyła sobie jego część terenu. Sihsy były pająkami, do których nie da się podkraść. Ile razy już wygrażali się sobie nawzajem, że się pozabijają, ale nikt nie miał śmiałości uderzyć i zakończyć żywot drugiego drapieżnika. Walka nie była taka oczywista, szczególnie, że oboje stosowali podobny styl walki. Podstęp, pułapki, zasadzki.
Popis morderczej siły łowców sprawił, że odruchowo wycofał się głębiej w paprocie. Przez chwilę miał wrażenie, że zaraz i jego wypatrzy ten dwunożny gad. Jego oczy błyskały raz po raz w jego kierunku. Prawdopodobnie wiedzą, że są obserwowani, choć jemu wydawało się to niemożliwe. Równie niemożliwe jak to, że powalą Sihsę i to z taką łatwością. Mało tego, ruszyli dalej, jakby ich łowy dopiero się zaczęły. Pierwszy raz widział, że można uderzyć przedmiotem z taką precyzją. Nawet Hizimsy nie były takie celne w rzucaniu kamieniami. Nie sądził, że paliczki mogą być takie użyteczne. Hizimsy więc stanowiły większe zagrożenie niż przypuszczał, tylko jak to się stało, że ta dwójka uczyniła to z taką łatwością? Musiał ich śledzić dalej, w ich postawie kryło się znacznie więcej tajemnic. Musiał poznać nowego wroga, który z taką łatwością się tutaj panoszył.

***

Zmęczenie sięgało po umysł Rayleigha, ale również i mało spodziewane podniecenie. Czy właśnie przed chwilą nie rozwalił monstrum? Uczucie satysfakcji rzeczywiście mogło dodać dużo sił, jeśli tylko je wpuści do siebie. Do tego Trandoshanin zaczął nieco inaczej na niego patrzeć. Ray wyczytał z jego ruchów, że zaczął ten mu bardziej ufać, że zaczyna na niego liczyć. Że widzi w nim nie tylko przywódcę losowo zebranej grupy, ale i prawdziwego łowcę. Ziomka z którym mógł walczyć ramię w ramię.

Przeszli blisko kolejny kilometr nieraz napotykając na różne owoce, które rosły w lesie. Gahrr'akr zabronił jednak gestem cokolwiek spożywać, ani zbierać, ani nawet zbliżać się do kuszących wyglądem obiektów.
- Nrrik'kass - Ray skumał, że chyba chodziło o słowo pułapka.

W pewnym momencie łowca zastygł. Ray też usłyszał. Coś biegło w ich kierunku. Hałasowało nieznośnie i krzyczało zagłuszając ciszę dżungl
- HUGA!! HUGA!! HUGA!! CZAKAKO!! HUGAA!! - zza paproci wyłoniła się dwumetrowa małpa o znacznie większym umięśnieniu niż w przypadku typowego humanoida. Niebieskie oczy owłosionego stwora były szeroko otwarte, a otwór gębowy wydawał z siebie bojowe krzyki. Pędził na nich jednak nieuzbrojony. Ray stwierdził, że nie potrzebował broni. Wyglądał jak kulturysta z tą różnicą, że te mięśnie nie były pompowane, a wypracowane genetyką i ciągłą walką o przetrwanie. Gahrr'akr też wydał z siebie skrzeczący jazgot i uniósł broń ostrzegawczo. Stwór zatrzymał się od nich na cztery metry. Uderzył pięściami o ziemię, a potem o swoją szeroką klatkę
- HUGA!! HUGA!! GA-KA-KO!!! GA-KA-KO!!! WAAAAAAA!!! - małpa robiła wrażenie i jego agresywne zachowanie spowodowało, że Ray jakby bardziej chciał się wycofać niż przed chwilą. Ocenił siłę stwora i stwierdził, że jedno uderzenie pięścią mogłoby z łatwością połamać mu kości. Zwierze jednak nie uczyniło kolejnego kroku, tylko wymachiwało pięściami, uderzało o ziemię oraz ponownie o swoją klatkę, ciągle hałasując. Trandoshanin wnet lekko szturchnął Silvano i głową kiwnął w stronę drzewa za małpą. Na drzewie siedziało co najmniej dziesięć wlepionych w sytuację małpich par oczu. Ich cienie tkwiły nieruchomo pośród lazurowej luminescencji i mgły. Wyczekiwały rozwoju wydarzeń.

Jak się zachowujesz w stosunku do małpy?
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6263
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Ugah'Uaulk] - Dzicz

Postprzez Fenn Mereel » 7 Sty 2019, o 16:26

Musieli zebrać w końcu jakieś jedzenie! Pułapka czy nie, przymierali głodem, a przecież nie wiedzieli co przyniesie kolejny dzień. Może warto było zaryzykować? Tyle osób czeka w obozie na chociaż kęs jedzenia, może powinien coś zabrać? Ray rozmyślał nad tym długo i intensywnie, ostatecznie jednak nie dotknął niczego. Za bardzo bał się, co jeszcze próbuje ich zjeść. Skoro przed chwilą o mało nie pożarł ich ogromny pająk, to na pewno kolejny z drapieżników będzie jeszcze gorszy. Czuł to w kościach.
Nagle rozległ się tętent. Coś wielkiego zbliżało się do nich. Ray aż podskoczył, gdy okazało się, że była to ogromna małpa. Sądząc po wyglądzie potężnej bestii (a może tubylca?), mogłaby złamać Ray oraz Gahrr'akr w pół jak zapałki. Serce podeszło mężczyźnie pod samo gardło. Stał jak sparaliżowany, a jego samopoczucia nie poprawił widok kolejnych par oczu wpatrzonych w niego, wiszących na drzewie wystarczająco blisko, aby zainterweniować. Walka nie miała tutaj najmniejszego sensu.
Wystąpił więc krok do przodu, a kropla potu spłynęła mu po skroni. Rękę wyciągnął przed siebie, jakby pokazując stop. Drugą ręką kazał Gahrr'akrowi opuścić dziryt. Następnie wskazał siebie i Trandoshanina. Potem niebo. Potem gestem pokazał spadanie i katastrofę. Wydał z siebie dźwięk, który przypominał eksplozję. Czuł się jak idiota. Takie rzeczy działały tylko w holodramach, to nie mogło się udać.
Znowu wskazał na siebie i Trandoshanina. Potem skrzyżował dłonie, starając się przekazać słowo "nie", a w końcu wykonał gest jedzenia. Przez cały czas pocił się intensywnie, a żołądek to przyklejał się do jego kręgosłupa, to odklejał. Jeśli małpa źle go zrozumie, to zginie. Tu i teraz, a cała walka jaką dotychczas stoczył: o swoją wolność, o przeżycie pójdzie na marne. Stawka nie mogła być większa.
Postacie aktualne:
Rayleigh Silvano - Gwiezdny podróżnik

Poprzednie postacie:
Jac Randall - Hapanin; Starszy Szeregowy w 165 Grupie Do Zadań Specjalnych, Grupa Operacyjna "Mgła" - KIA
Desmond Ivey - Pół-Echani; Uczeń Jedi - zginął podczas bombardowania Coruscant
Fenn Mereel - Mandalorianin; Łowca Nagród, aalor klanu Mereel - ash'amur (poległ)
Krusk Sel'thar - Bothanin; Kapitan Floty Nowej Republiki, Republic Class Star Destroyer "Invincible" - KIA

Aldo Cohl - Mirialanin; Mechanik - zginął zastrzelony przez Imperialnych
Awatar użytkownika
Fenn Mereel
Gracz
 
Posty: 606
Rejestracja: 6 Lut 2010, o 12:59
Miejscowość: Warszawa


Wróć do Przestrzeń Huttów