Content

Zewnętrzne Rubieże

[Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Image

[Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 9 Wrz 2019, o 13:47

Ooo tak. Zaahr dobrze to rozegrał. Znaczki symbolizujące zagrożenie i pantorańskie napisy na tej skrzynce musiały zrobić wrażenie, o tyle o ile jeszcze go nie skuli, o tyle musiał wymyślić teraz coś na prawdę mocnego, żeby go tak po prostu nie zamknęli po wymianie kilku zdać z gościem co zarządza tym wszystkim. Musiał próbować się z nimi dogadać.

Wsiedli od razu do małej jednostki transportowej. Ekskluzywny transporter. Statek nie miał hipernapędu. Nie potrzebował. Jego celem było dowiezienie gościa w najlepszych warunkach bezpośrednio do głównego prezesa. Tak mu się wydawało, że do głównego prezesa. Tymczasem wylądował na jakimś wielkim poligonie, gdzie korporacja musiała posiadać swoje siły militarne. Dawno nie był w bazie wojskowej, ale Ci chłopcy widać lubili dobre wyposażenie. Mizerny posterunek na Tatooine nie imał się do tej bazy. Liczne ogromne hangary, ciągłe patrole, setki hektarów zabudowań i kompleksów, gdzie z pewnością był schowany wszelaki sprzęt militarny. A pośrodku sztab wojskowy korporacji z prywatnym lądowiskiem dla dopasowanych statków, na dachu.
Zaahr niechętnie pożegnał się z luksusami lotu statkiem. Mógł się poczęstować tam świeżymi owocami, chrupnąć jakąś mięsną przystawkę i napić się dwudziestoletniego wina. Istna poezja. I to wszystko na miękkim siedzisku pasażera, podane przez piękną zmysłową zeltronkę. Wystrój statku też przyprawił devaronina w lepszy nastrój. Złote gzymsy ozdabiały obite ciemnym drewnem ściany pomieszczenia pasażerskiego, do tego ładna o szerokich liściach palemka i oczekująca stewardessa na polecenia. Sprawy znów zaczęły wyglądać tak jak powinny. Szkoda tylko, że dwóch strażników psuło zamysł koncepcji, do tego ewidentnie nie chcieli z nim rozmawiać.

Dwójka żołnierzy nie spuszczała go z oka. Zaprowadzili go w głąb betonowego sztabu. Znowu surowe pomieszczenia. Zaahr miał słuszne wrażenie, że bazy wojskowe zawsze wyglądały tak samo. Zimny metal, beton i szkło, na przemian w różnych proporcjach oraz zapach kurzu, bo coś co mogło wydzielać przyjemny zapach oczywiście się tutaj nie znajdowało. Chociaż stroje wojskowych miały nieco sztucznego korporacyjnego uśmiechu do zaoferowania. Prawie jak u Czerka. W końcu stanęli naprzeciwko drzwi o numerze 1421A. Tedd otworzył drzwi, a w nozdrza devaroniana uderzył świeży zapach mięty oraz drewna. Drewniane biurko i gabloty z przeróżnymi rzeczami zajmowały przestrzeń pomieszczenia. Białe ściany, ciemne panele i kilka donic z wybujałymi roślinami wykańczały pokój. Za biurkiem siedział neimoidian w złotej czapce, przeglądał coś na dużym holoprojektorze postawionym na biurku. Ciężko było odczytać jego wyraz twarzy, ale nieco ożył widząc gości. Dwójka żołnierzy stanęła przy drzwiach, a Zaahr zrobił kilka kroków do przodu.
- pan Zaahr Dromrahk. Poszukiwany przez Czerka, we własnej osobie - obślizgły uśmiech zagościł na twarzy obcego. Rozmowa widać zaczęła mu sprawiać przyjemność. Sięgnął za szklankę i popił drinka z miętą.
- nazywam się Zog Glaglog, prezes Instytutu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Chłopaki dajcie mu krzesło. Porozmawiamy sobie - Tedd podszedł i dosunął mu krzesło, które stało obok gabloty.
- i nalejcie mu jakiejś whiskey. Tak, może być koreliańska - i tak oto Zaahr zasiadł ze szklanką bursztynowego napoju. Rozmówca nadal ciągnął monolog.
- dostarczyłeś nam dwa prezenty, nie powiem Zaahr. Pierwsze, to sekretny pakunek Scentix, a drugie to siebie, za którego Czerka wystawiła okrągłą sumkę - Neimoidian zarechotał, zadowolony z sytuacji
- jak możemy się odwdzięczyć? - zapytał rozbawiony, obracając szklankę, jakby się nią bawił.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 10 Wrz 2019, o 18:44

Zaahr miał w końcu okazję dać upust swojej wrodzonej złośliwości. Z uśmiechem na ustach zagryzał mięsko i dopychał je winem patrząc przy tym nienaturalnie długo na strażników – w końcu mogli mu gówno zrobić. Rzeczywiście nie byli zbyt rozmowni, musieli za to znieść jego wzrok podczas gdy devaronianin przeżuwał pokarm. Z otwartymi ustami. Czasami tylko rozglądał się boki i z przyzwyczajenia szacował cenę różnych przedmiotów. Stewardessa również nie miała lekkiego życia. Próbowała spławić gościa w najbardziej grzeczny sposób jaki mogła sobie tylko wyobrazić, lecz ten wcale nie był jednym z tych którzy nie rozumieli prostego „nie”. On jak najbardziej rozumiał, że na pewne rzeczy nie miał co liczyć. Wyglądało na to, że gdy nazywając ją „złotkiem” i pokazując długi jęzor po prostu złośliwie i celowo nadużywał gościnności korporacji. Dlaczego się tak zachowywał? Przecież ta zagadka była dziecinnie prosta. Siedząc tak na mięciutkim ekskluzywnym siedzeniu szybko zorientował się, że jest martwy. Mógł tylko zostawić granice dobrego smaku za sobą i być szczęśliwym i najedzonym devaronianinem. To że był pogodzony z najgorszym losem jaki mógł go tego dnia spotkać nie znaczyło jednak, że Zaahr wyłączył szare komórki. O nie… to wręcz pomagało mu myśleć. Taki już był. Do końca swoich zasranych dni dopóki ktoś nie odłączy jego mózgu od reszty ciała, Dromrahk będzie knuł jak tu dalej zostać żywym. Chociaż o kilka sekund dłużej. Potem te sekundy zamieniały się w minuty… być może miało to związek z jego wrodzoną złośliwością. Nawet gdy cały świat dawał mu do zrozumienia, że chce się go pozbyć, ten skurwysyn po prostu nie chciał zdychać.

Gdy podróż statkiem się skończyła i zaczęli kierować się przez militarny kompleks Zaahr rzucił coś tylko o „niedobrych przystawkach i chamstwie obsługi”. Myślami jednak ciągle był gdzieś indziej. Co się tutaj działo? Czy będzie wystarczająco przekonywujący? Jaki był najgorszy scenariusz jego losu? To że trafi na neimoidiana, który będzie znał jego personalia i będzie gotów oddać go z miejsca Czerce? A bo tak się właśnie stało. Trzeba było działać. Na szczęście neimoidianie nie byli skomplikowani. Ten tutaj zachowywał się jakby bawiło go pastwienie się nad rogaczem, jakby chciał usłyszeć błaganie o litość. Babka jednak mówiła że neimoidianom zawsze zależało tylko na pieniądzach, nie było co do tego żadnych wątpliwości. Ten tutaj na przykład częstując go koreliańską whiskey wyraźnie dał mu do zrozumienia że jest do najzwyczajniejsza w świecie rozmowa o interesach. Konkretniej rozmowa w klimatach „co mi dasz jak cię nie zabiję”. Cóż to wciąż był biznes, a Zaahr nie nawet nie próbował sobie przypomnieć ile razy był po drugiej stronie biurka. Prezes po prostu chciał się upewnić, że jest w stanie wykręcić na tej okazji jak największy profit. Problem polegał na tym, że nie posiadał on najnowszych informacji. Zaahr więc postanowił zastosować broń masowego rażenia – prawdę. Bo nawet ona bywała czasami użyteczna. A jak to mówiła babka Zaahra: Każda prawda musi zawierać w sobie trochę kłamstwa. Czy jakoś tak…

Podobnie do Zoga, Zaahr bawił się swoją szklanką. Tak jak swojego rozmówcę, cała ta sytuacja również go bawiła. I zarazem podniecała. Znał stawkę – swoje życie. A to była akurat wysoka stawka, taka o którą lubił grać.
- Wiem, że napisy na skrzynce mówią co innego, ale technicznie należy ona do Imperium – powiedział z uśmiechem jakby poprawiając prezesa i wziął łyka whiskey. Mógłby mu powiedzieć wszystko jednym tchem ale po co? Cokolwiek Zaahr robił, miał tylko jeden cel – dobrze się bawić i ta sytuacja nie była wyjątkiem. Pauzy w odpowiednim miejscu na przepłukanie swojego gardła alkoholem miały za zadanie utrzymać napięcie, przejąć inicjatywę i co za tym idzie doprowadzić neimodiana do szewskiej pasji.
- Powiem nawet więcej. Było tego koło dwudziestu skrzynek – przerwa na łyk – ale zdaje się że wysadziłem resztę w powietrze – dodał złośliwie po czym stwierdzając że wystarczająco dużo prawdy zostało powiedziane, pociągnął dalej:
- Po wyjściu z nadświetlnej i kontakcie ze stacją kosmiczną mogłem też przypadkiem wysłać wiadomość Impom, którzy mnie ścigali, że ja i skrzynka mamy się całkiem nieźle i że przy dokowaniu możemy wpaść w łapska korporacji Culhrion – kolejny łyk whiskey – tak na wypadek spotkania z zachłannym neimoidianem. Więc widzę tylko dwa wyjścia z tej sytuacji. Jak na porządnego obywatela przystało możesz oddać mnie i skrzynkę rządowi dostając w zamian co najwyżej „wdzięczność Imperium” albo możesz stwierdzić że blefuje, nazwać mnie kłamliwym devaronianem, zachować skrzynkę, oddać mnie Zielonym a potem poczekać aż przyjdą tu szturmowcy i przewrócą ci to piękne dębowe biureczko. A skoro została tylko jedna skrzynka, mogę sobie tylko wyobrazić jak cholernie nadgorliwe będą impy w przeczesywaniu tego miejsca. No ale ty nie masz o co się martwić. Z pewnością wszystko co tu się dzieje odbywa się zgodnie z prawem – Zaahr wyzerował szklankę po czym postawił ją na wspomnianym meblu.
- Dobre, napiłbym się jeszcze trochę – rzucił po czym spojrzał prezesowi prosto w oczy i powiedział:
- Możemy też wypracować kompromis czyli umowę opłacalną dla obu stron – Zaahr wolał wytłumaczyć znaczenie słowa „kompromis”. Z neimodianami nigdy nie wiadomo. Oczywiście rogacz miał już plan, ale były idiotą gdyby nie chciał wysłuchać w tej sytuacji swojego rozmówcy. Prezes na pewno musiał przetrawić to ciężkie danie złożone z prawdy lekko przyprawionej kłamstwem.
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 12 Wrz 2019, o 10:46

- panie Zaahr - neimoidian zaczął powoli, pozwolając wysłowić się gościowi, który zaś szybko to opróżnił szklankę. Widać gad przyglądał się z uwagą i badał zachowanie Zaahra. Oznaczało to, że wszystkiego nie wiedzą. Był ciekaw, a więc sytuacji byłego szefa spraw bezpieczeństwa Czerki nie był jeszcze pewny.
- pamiętam, że oficerowie Czerki lepiej byli zadbani, chyba nastały ciężkie czasy - Zog wskazał strój i wygląd jednorogiego. Skrzywił wyraz twarzy ze zniesmaczeniem, po czym machnął powoli ręką, by Tedd nalał jeszcze alkoholu devaroninowi.
- musiało trochę minąć czasu i działy się niezwykłe rzeczy, nieprawdaż? Życie weryfikuje, co? Na listach gończych wyglądał pan znacznie bardziej dostojnie, prawidłowo. Napomnę też fakt, że chcą pana żywego... lub martwego - rozmówca zrobił dramatyczną przerwę, akcentując prześmiewczo ostatnie słowo - Jeśli chciałbym te pieniądze za Twoją głowę nie rozmawialibyśmy teraz tutaj, hmmm? - gad wyszczerzył zębiska, napawając się chwilą, kiedy to rujnował siłę zapewnień czerwonoskórego, o jego nietykalności.
- a co do umów, opłacalnych dla obu stron. Ja oferuję tylko umowy opłacalne dla obu stron. Wiesz, inaczej - machnął ręką, jakby chciał ogarnąć wszystko co jest w pomieszczeniu - to wszystko by nie hulało. Poza tym, trzydzieści pięć tysięcy za Twoją głowę, to jak dla mnie niewielka suma. Na Twoim miejscu czułbym się obrażony. Nie dość, że wykopali z wysokiego stołka, to jeszcze ścigają i to za poniżającą cenę. - neimoidianin sięgnął za szklankę i odchylił się nieco na fotelu, robiąc pauzę. Wyglądało na to, że gad miał zamysł.

- Wie pan z kim klienci wolą robić interesy? - poczekał chwilę, ale nie dał mu odpowiedzieć - z przyjaciółmi. A jeśli nie mogą robić interesów z przyjaciółmi, to z kim wolą robić interesy? - znów poczekał chwilę, ale ponownie nie dał dokończyć - nadal z przyjaciółmi. Rozumie pan, dobrze by było jakbyśmy zaczęli się tak traktować, jak przyjaciele, więc proszę mi tu pogróżek już więcej nie rzucać - neimoidian nachylił się przez biurko, przy tym złączył palce dłoni w piramidkę. Widać, lada moment miał rzucać konkretami.
- od teraz pracujesz dla mnie. Oczywiście za miesięczną pensję i szereg premii. Z pewnością się panu to spodoba.

Możesz wtrącić swoje pięć groszy, czy coś, albo krótko odpisać. Odpis może być krótki. Może być to miejsce do stawiania warunków.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 12 Wrz 2019, o 16:35

Odpowiedź prezesa bolała. I to bardzo. Mowa ciała devisha zmieniła się mgnieniu oka. Zbieg się nieco przygarbił i przykleił się plecami do opracia krzesła jakby miał zaraz z niego spaść i zapaść się pod ziemię. Gdy whiskey wypełniło jego szklankę, wziął ją od razu do ust jakby przez tą czynność chciał uniknąć zmieszania i bycia ocenianym. Drugim powodem był fakt, że bał się też trzęsących rąk w alkoholowym zespole odstawiennym – kiepskiej przypadłości biorąc pod uwagę, że jego specjalnością były pistolety blasterowe. Najpierw prezes przypomniał mu, że był kiedyś oficerem Czerki, cios prosto w jego ego. Potem sparował pogróżki rogacza i natychmiastowo wyprowadził kontrę mówiąc mu o nędznych trzysiestu pięciu patykach za jego głowę. Zaahr trzymał whisky i je sączył, żeby zamaskować powoli puszczające nerwy, które miały być przecież ze stali kiedy to nagle usłyszał wypowiedź neimoidiana o pracy. Zachłysnął się napojem, odstawił szklanę i przyłożył dłoń do ust.
- Pensja? Szereg premii? – zapytał jakby wciąż nie dowierzając co się właśnie stało. Najwyraźniej tak wyglądało szczęście. Wtedy kiedy przestawał już liczyć na luksusy związane z korporacyjnym życiem, okazało się że znalazł się w idealnym miejscu w idealnym czasie. Ktoś chciał mu zaproponować pracę, szantażując go przy tym! Gdy niejaki Zog Glagog wejdzie już w posiadanie jego duszy, Zaahr nie będzie musiał się o nią martwić. Cóż za wspaniały interes.
- Nie powiem, uwielbiam propozycje nie do odrzucenia. Nic tak nie nadaje sensu życiu jak właśnie one – powiedział z nieco skwaszonym uśmiechem.
- Mogę handlować informacjami, ochraniać obiekty i ludzi, Mogę też rozwiązywać problemy... im są one większe, tym więcej żołnierzy bym potrzebował. Z resztą... zrobie wszystko dla dobrej kasy. Tylko zostaje ciągle kwestia Imperium. Ostatnio nie za bardzo się lubimy więc wolałbym unikać z nimi konaktu...
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 16 Wrz 2019, o 20:31

- panie Zaahr, cieszę się, że się dogadaliśmy - neimoidian odchylił się do tyłu po słowach devaronina i przyjął teraz poważniejszy wyraz twarzy. Zniknął obślizgły uśmiech. Zaahr dostrzegał, że prezes zachowuje się wyjątkowo naturalnie, jak na osobę na takim stanowisku w megakorporacji. Z pewnością czuł się dobrze w rozmowach i wcale nie aktorzył. Nic dziwnego, pewnie przywykł gadać z wyższego stanowiska.
- potrzebuję utalentowanych ludzi lubiących ryzyko, niebojących się ubrudzić sobie rąk. Zaimponował mi pan swoimi umiejętnościami improwizacji tu i teraz. Chciałbym się przekonać, że to nie odosobniony przypadek. A co do Imperium... - neimoidian przechylił się na fotelu niebezpiecznie do tyłu, grożąc sobie upadkiem. Podobnie uczynił ze szklanką, w której była reszta drinku, przechylił ją palcem, stawiając na krawędzi denka. Pilnował wzrokiem, by nie przesadzić
- jeśli się sprawdzisz, Twoja antypatia do jedynej słusznej władzy będzie uatrakcyjniać Twój życiorys. I nie będziesz dla mnie pracować oficjalnie. Oj nie. Nie założysz zdobionych garniturów Cuhlrion - Zog cedził słowa powoli, po czym przekierował wzrok na Zaahra - póki co. Wszystko w swoim czasie. Na teraz zagwarantuję Ci kryjówkę i szansę na wykazanie się - prezes wrócił do formalnej postawy
- pierw jednak musisz mi opowiedzieć wszystkie okoliczności, jakie nastąpiły od momentu kiedy zaczęły się kłopoty w Czerka. Mamy czas. Liczę na każdy szczegół i chętnie będę dopytywał. Potem spotkasz się z dwójką moich ludzi, którzy wtajemniczą Cię w pierwsze zadanie. No dobra, to opowiadaj - Zog machnął zachęcająco ręką

***

Tedd ponownie prowadził Zaahra, tym razem jednak sam. Nie opuszczał jednak gardy i wciąż szedł z bronią w pogotowiu. Wyprowadził go ze sztabu i pokierował w stronę jednego z hangarów. Tam zeszli do niskiej na dwa metry piwnicy, gdzie był skromnie urządzony magazyn, coś w stylu kantyny. Tyle, że nie było tam barmana, a miejsce z pewnością służyło do spotkań jakiejś grupy. Poza skrzyniami i beczkami w jednym z kątów leżały dwa rozłożone materace, plecak i jakieś ubrania i środki czystości. Naprzeciw zejściu do piwnicy był stolik przy ścianie, który chyba odgrywał rolę barku alkoholowego i stołu do przyrządzania żarcia. Obok tego zupełnie z dupy stała nowoczesna lodówka, która nie pasowała do obdartego stylu kryjówki. Przy samej lodówce były drzwi z wdzięcznym napisie WC i jakimiś bazgrołami. Graffiti? Całość pomieszczenia dopełniał wszechobecny kurz i słabe białe światło z kilku podłużnych lamp na suficie. Ta piwnica rzeczywiście wyglądała na kryjówkę jakichś zbirów.
- zaklimatyzuj się - rzucił krótko Tedd po czym pchnął lufą karabinu Zaahra by ten wstąpił do pomieszczenia. Po czym poszedł schodami z powrotem.

Chwilę później ktoś otworzył ze środka drzwi od kibla. Najwidoczniej światło nie działało, bo wcześniej się nie paliło. Wyszedł stamtąd besalisk w podkoszulku, znoszonych spodniach, z pasem z czterema kaburami. Pokaźnie zbudowany czteroręki obcy w pierwszej chwili nie rozpoznał Zaahra.
Oboje zareagowali instynktownie. Devaronian nie miał jednak przy sobie blasterów, choć dłonie powędrowały odruchowo ku miejscu gdzie powinny być. Nowy znajomy okazał się szybkim sukinsynem, albowiem wszystkie cztery blastery były w niego wycelowane, nim nadgarstki czerwonoskórego sięgnęły bioder. Pozostało tylko unieść rączki do góry i wyszczerzyć zęby w uśmiechu.
- Ty, jednorożec. Coś za jeden! Nie poznaję! - rzucił ostro i ostrzegawczo
- Mam wam pomóc w zadaniu! - Zaahr wypalił szybko, nie chcąc sprawdzać, czy gość równie celnie strzela co szybko dobywa.
- Aaa... - facet nonszalancko zakręcił blasterami i jednym zsynchronizowanym ruchem schował je wszystkie do czterech kabur. W świetle dostrzegł na barku osobnika tatuaż oznaczający przynależność do jakiejś pirackiej bandy. Oczy miał jakieś dziwne. Choć jego ciało było żwawe, odzywał się głośno i wyraźnie, jego spojrzenie zdradzało niewyrażone zmęczenie
- Świeża krew, co?... - besalisk podszedł i wyciągnął jedną z prawic by się przywitać, kiedy to druga prawica drapała się po tyłku na poprzecieranych spodniach
- Goznel

- a w co Ty się wpakowałeś, że tu wylądowałeś? - zaczął pirat, uśmiechając się do niego. Wskazał to stołek przy barku, to szklanki, to alkohol, swoimi licznymi rękoma.
- napijemy się na dobry początek, co?

To ważne co powiesz i jak to ujmiesz w rozmowie z Zogiem. Gość jest mocny w rozmowach. Jeśli nie śpiewasz wszystkiego jak było, a nie dopowiadasz rzeczy lub kłamiesz, to musisz PO napisaniu postu rzucić 1k10. Ilość wyrzuconych oczek to liczba niuansów, które udało Ci się przekłamać lub nie dopowiedzieć. Jeśli się jedno z drugim nie pokryje, to będę losował, które kwestie Zog zwęszy, że bujasz.

A i zaklimatyzuj się z Goznelem w swojej nowej dziurze ^.^
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 18 Wrz 2019, o 23:37

Mówi się, że nie można zmienić tego kim się jest. Choćby ktoś bardzo się starał to nie jest w stanie zmienić swojej natury nawet jeśli cały świat próbuje go do tego zmusić. Czasy się zmieniają, już nie jest tak łatwo kraść i zabijać jak kiedyś. Teraz gdy korporacje i Huttowie kładą swoje ręce na tym co (jeszcze) nie należy do Imperium tak naprawdę kradzież i morderstwa przez swoje ryzyko przestały być opłacalne. Podejmowanie zbyt wysokiego ryzyka dla szybkiego zysku cechowała nałogowych hazardzistów. Całe szczęście Zaahr był całkiem pogodzony ze swoim nałogiem. I wcale nie miał zamiaru walczyć ze swoją naturą. Dlatego gdy prezes wielkiej korporacji w swojej naiwności kazał mu wyśpiewać całą prawdę, rogacz postanowił mu wyśpiewać całą prawdę… z devaroniańskiego punktu widzenia
- Od kiedy zaczęły się kłopoty w Czerka? Kłopoty w Czerka zaczęły się zanim ja się tam w ogóle pojawiłem – Zaahr rozsiadł się nonszalancko na krześle i wziął swoją szklankę do ręki.
- Cóż… byłem wolnym strzelcem gdy dowiedziałem się, że Czerka szuka ex-żołnierza z talentem do zarządzania burdelem na stanowisko szefa ochrony na Tatooine. Moja matka prowadzi burdel, podobnie jak babka i prababka. Gdyby zdarzyło mi się jakieś nieszczęście w postaci córki to też by prowadziła burdel. No w zasadzie to kilka kantyn, ale nikt na Devaronie nie obraża się za używanie tych słów zamiennie. Byłem też w wojsku na Devaronie, gdzie reasumując też był niezły burdel… łapiesz o co chodzi. Byłem po prostu typem którego szukali. Czasami jednak gdy burdel jest zbyt duży to jest w stanie przerosnąć nawet takiego gościa jak ja – Zaahr wziął łyka whiskey. Nie widział sensu, żeby opowiadać Zogowi o swoich kłopotach z prawem na Devaronie, albo o tym że jego szwagier Trukess Veinad będący wysoko postawionym przedstawicielem Korporacji wkręcił go do zielonych na krzywy ryj. Mimo, że nie przepadał za swoją rodziną, to jednak pewne rzeczy powinny zostać tajemnicą. Dlatego jednorogi postanowił nie wspominać w ogóle o swoim szwagrze. Tak w imię zasad.
- Szybko się dowiedziałem, że w Korporacji trwa mała wewnętrzna wojna o stołki i każdy starał się zdobyć jak największy kawałek ciasta dla siebie. Żeby dobrze naświetlić sytuację muszę też wspomnieć o tym jak bardzo ciężkim terenem jest Tatooine. Lokalsi to banda obdartych w łachy murglaków, którzy jak wdepną w gówno banthy to obwiniają za to międzygwiezdne korporacje i w sumie słusznie bo Czerka pompuje z tej planety w zasadzie wszystko co przynosi jakiś zysk. Dodatkowo żaden dil nie dzieje się bez zgody jednego grubego rodiańskiego dupka mającego za plecami cały Kartel Huttów. Tym Rehal, pewnie słyszałeś. Prezes korporacji był zbyt zajęty posuwaniem szefowej do spraw sprzedaży i nie zauważył, że Czerka w zasadzie nie miała tam przyjaciół i każdy dzień przybliżał ich do wykopania ich poza orbitę. Myślę, że nawet ich ukochane Imperium nie zaryzykowałoby wojny z Huttami dla kilku kopalń. I na to wszystko pojawiłem się ja. Dostałem płaszcz, komunikator i kazali mi ogarnąć burdel. Szybko dowiedziałem się, że wcześniejszy szef ochrony bardzo zaangażował się w realizację wizji tej paniusi co ją prezes posuwa. W skrócie był bardzo kompetentnym szefem ochrony i dodatkowo profesjonalistą. Budził respekt i chciał przynosić jak największy zysk. Normalnie pracownik miesiąca. Podwójna ochrona i w ogóle. Dowiedziałem się też gość skończył zakopany na pustyni. Bez urazy, kasa była niezła ale nic nie jest warte bycia martwym. Jako że nie chciałem podzielić losu poprzedniego szefa ochrony to postanowiłem obrać troszkę inną taktykę. Postanowiłem się zaprzyjaźnić. Dlatego od czasu do czasu gubiło się kilka ładunków, które pojawiały się potem na czarnym rynku. Każdy chciał handlować bronią Czerki zdobytą za absurdalnie niskie ceny toteż szybko zaczęła mi siedzieć w dupie całkiem spora ilość istot. Żeby układ działał ja za to musiałem siedzieć w dupie Huttom. W końcu oni też chcieli coś dla siebie. Do reszty która nie była dogadana ze mną lub z moim kółkiem wzajemnej adoracji kazałem strzelać. Dodatkowo handlowałem informacjami i puszczałem szpiegów gdzie tylko się dało. Będąc łatwym celem do szantaży, zamykałem więc koło szantażując tych którzy chcieli mnie szantażować. Czerka ledwo bo ledwo, ale to tolerowała w zasadzie tylko dlatego, że przynosiło to efekty. Widać był tam jeszcze ktoś to miał odrobinę zdrowego rozsądku – Zaahr skończył z dumą zdanie i zrobił przerwę na łyka. Tutaj nawet nie było co kłamać. Wnioskując po tym, że rogacz jeszcze oddycha był to kawał dobrze wykonanej roboty.
- Były tam też istoty głupie i krótkowzroczne. I była też szefowa do spraw sprzedaży, Dayame Seyllhic. Choć jak teraz myślę, to sama nie dałaby rady zrobić tego co zrobiła. Znaczy się oprócz tego, że kilka lub kilkadziesiąt razy na mnie usiadła to wrobiła mnie i moich ludzi w kradzież transportu Aurodium z jakichś brudnych interesów. Myślę, że sama na to nie wpadła. Ktoś bardzo bogaty i wpływowy musiał jej pomagać, być może zewnątrz – Zaahr przez ułamek sekundy spojrzał na neimoidiana. Prezes Korporacji Cuhlrion zdecydowanie pasował do opisu.
- Było to sześć sztabek więc Korporacja nie mogła tak tego odpuścić. Aresztowali mnie moi ludzie z ekipy szybkiego reagowania gdy tylko odzyskałem część ładunku z rąk uciekających rabusiów wśród których z resztą był bliski współpracownik Seyllhic. Wtedy był już całkiem martwy. Zakładam, że był dla mnie zbyt cenny czyli w skrócie za dużo wiedział. Potem Czerka ściągnęła śledczych i nawet gości, przed którymi kłaniał się sam Prezes. Znaczyło to, że nie wszystko musiało pójść po myśli tych konspiratorów. Chcieli ze mnie zrobić kozła ofiarnego, więc dostałem jakiegoś śmiesznego młodego prawnika rozprawa miała się odbyć z dnia na dzień. I teraz najlepszy moment: stopień korupcji i tupet tej grupy istot były tak duże, że moi ludzie zostali otruci w przerwie obiadowej pomiędzy naszą rozprawą, która została zarządzona w momencie kiedy zacząłem sypać niewygodnymi dla Prezesa czy Seyllhic faktami. Ja nie jadłem obiadu, poza tym musiałoby to być coś naprawdę mocnego żeby położyć devaroniana. Cheal Vlux, też nie jadł obiadu. I bardzo dobrze się zdarzyło, bo miał u niego dług jakiś przemytnik ze starych czasów – Zaahr postanowił oszczędzić sobie informację o Chesterze, tak z szacunku dla poległego towarzysza broni. Z resztą oprócz jego imienia to nic o nim nie widział. Na Devaronie to nawet nie uchodziło za kłamstwo!
- Ziomki Cheala wyciągnęli nas z tego burdelu podczas transportu i wysłali nas na spotkanie z Korhanem, grubą rybą ze Scentix. okazało się, że Korhan też ma dług u tego przemytnika więc automatycznie przechodził on na Cheala czyli mnie. Przez kilka dni towarzyszyliśmy mu i jego asystentce, podczas gdy oni dopinali swoje biznesy z impami na jednym z posterunków. Sami udawaliśmy ludzi Scentix czekając na swoją szansę na ucieczkę, która się w końcu nadarzyła gdy ruszyliśmy imperialnym promem w dalszą podróż. Jak udało się mi potem ustalić ustawka handlarzy niewolników i z oficerem Imperium, dowodzącym promem na którego pokładzie byliśmy zakończyła się klapą i goście zaczęli do siebie nawzajem strzelać. No to my też zaczęliśmy strzelać – Zaahr sam nie wiedział czemu postanowił oszczędzić Zogowi szczegółów o Nyxi. Po prostu bez zastanowienia ją ominął w opowieści, podobnie jak wcześniej Veinada. Jakby poczuł jakiś impuls, który dotknął go gdzieś w środku. Impuls, który narzucił swoją wolę.
- nim się obejrzeliśmy my i niewolnicy byliśmy jedynymi istotami, które pozostały żywe. Była też ta suka ze Scentix, którą przez moment wzięliśmy za zakładniczkę. Wykorzystała jednak zamieszanie i zbiegła poza nasz zasięg. Zwłaszcza, że byłem zajęty wysadzaniem promu z ładunkiem. Zatrzymałem jedną ze skrzynek, chciałem ją opchnąć. Straciłem na tym jednak za dużo czasu, prom był na czerwonym alercie więc cudem uszliśmy z tego żywi. Wśród niewolników była całkiem niezła pilot więc udało nam się skoczyć do tego układu zanim druga seria z Tie Scimitarów nie rozwaliła statku handlarzy na którym się znajdowaliśmy. Przez kilka dni niewolnicy ogarniali awaryjny hipernapęd, żeby się nie rozpadł. Ja natomiast przygotowywałem się na to co miało nastąpić po wyjściu ze skoku. Ogarniałem zapasy i zbierałem informację na temat całego tego pierdolnika. Jeżeli zachodziła między mną a niewolnikami jakaś współpraca ta jednak odbywała się raczej przy odbezpieczonych blasterach. Chętni do rozmowy byli tylko niejaki Felix Frost i Gergo Flatins. Dowiedziałem się od nich, że handlarze porywali niewygodne dla Imperium istoty dla Scentix żeby testować działanie tego czegoś w skrzynkach. Sam Felix okazał się pochodzić z Galla. Jego jakiś kuzyn, wujek czy inny szwagier okazał się mieć tu firmę przewozową. Chciałem wykorzystać ich do ucieczki z tego systemu zanim wy, Czerka i Imperium się połapiecie. Co do tej wiadomości do Imperium… nie wysłałem jej. Wymyśliłem tą bajkę żeby ratować swoją skórę. Jakieś pytania? – Zaahrowi znowu jakoś zapomniało się wspomnieć o wiadomości wysłanej do swojego brata. Cóż… musiał trzymać jak najdalej swoich głupich krewnych od tego syfu.

***


- Zaahr - rogacz przedstawił się i podał rękę czterorękiemu piratowi. Na pytanie o napitek Zaahr tylko skinął głową i ruszył nonszalanckim krokiem w stronę stolika. Gonzel poszedł po rzeczy potrzebne do rozpoczęcia procesu alkoholziacji i zaczął nalewać złocisty trunek do szklanek.
- Nie jest corelliańska, ale powiem ci ujdzie - powiedział gdy podchodził do stolika. W prawej górnej ręce trzymał ciemną butelkę, podczas gdy dolne kończyny trzymały szklanki.
- Naprawdę chcesz wiedzieć jak się tu znalazłem? W takim razie od razu nalej drugą porcję - devaronianin powiedział z chytrym uśmiechem. Najwidoczniej zaintrygował pirata bo ten również wyszczerzył zęby i wlał jeszczę trochę whiskey do obu szklanek.
- No więc moja matka prowadzi burdel, podobnie jak babka i prababka...

*pół litra whiskey, cztery papierosy i 2 besaliskowe bąki później*


- "Najcenniejsza skrzynka w galaktyce"? Tyle zachodu i dałeś ją sobie tak po prostu zajebać? - Gonzel ze śmiechu ledwo był w stanie utrzymać równowagę na krześle. Zaahr za to siedział przygarbiony i tylko bawił się szklaną obiema dłońmi
- No i kurwa nie słuchałeś.
- Słuchałem.
- Nie sluchałeś...
- Słuchałem!
- No to w takim razie nic nie zrozumiałeś. Widzisz tu nie chodzi o pieniądze. Tylko o zakład. Owszem, pieniądze są istotne, ale gdyby to byłoby wszystko na czym takim gościom jak ty i ja zależało to bylibyśmy neimoidianami. Z pewnością jakimiś neimoidianami na wysokim stanowisku, gdzie kradną kwoty jakich my nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Powodem dlaczego to robimy to dlatego że się założyliśmy że jesteśmy cwańsi od przeciwnika. Albo szybsi. Albo zręczniejsi. Damy radę go oszukać i zabrać to co do nas nie należy? Dokonujemy wyborów, kombinujemy. Lepiej strzelić mu w plecy czy w głowę? A pieniądze? To tylko nagroda. Dzieki kredytom wiesz, kto w końcu wygrał.
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 23 Wrz 2019, o 19:06

Prezes Bezpieczeństwa Wewnętrznego słuchał uważnie i badał zachowanie Zaahra cały czas. Jak tylko wspomniał o jakimś transporcie Aurodium, ślepia zabłyszczały złowrogo. Temat zdecydowanie go zaciekawił, aż poprawił siedzenie. Wsłuchiwał się w streszczenie zaistniałych zdarzeń, czekając, aż devaronian skończy. Znów poprawił się na siedzeniu. Miał coś do powiedzenia:
- Urocza historia z tą Dayame Seyllhic. Założę się, że jakbyś został, finisz mógłby być inny. W sensie ona skończyłaby zakopana w jakiejś dziurze pełnej piasku, a Ty byś co prawda doznał wyszukanego przesłuchania, ale ostatecznie byś wygrał. Wywarła na was presje i chciała zabić, pewnie miała drugiego kozła, by tego obwinić o zatrucie. Nie pozostało by żadnych wiarygodnych świadków, a Aurodium zostałoby złupione. W sumie jej pomogłeś tą ucieczką, szkoda, że nie dostałeś swojego udziału co? - neimoidian się zaśmiał i nieco obrócił na fotelu.
- Zaś ten motyw ze strzelającymi do siebie Impami i Handlarzami kompletnie nie pasuje. Aż się wierzyć nie chce, że się o coś pokłócili. No wiadomo, podczas interesów jest dużo stresu, ale Impy nie ryzykowali by życia kogoś ważnego ze Scientix. Powiedziałbym, że to raczej Twoja sprawka, ale widzę jednak, że nie kłamiesz. Musiało zamieszanie wybuchnąć z jakiegoś innego powodu... Z resztą, lepiej dla nas. A co do tych ludzi, to mogę Cię zapewnić, że niewolnicy są potrzebni imperialnym na testy nowych broni biologicznych i do jakichś badań. Jak pogrzebiesz nieco w Shadownecie za kilkaset kredytów, to znajdziesz info, że na Pantorze jakiś czas temu Scientix mieli niezły cyrk. Zbiegłe krwiożercze stwory i jakaś masakra na śmietnisku. Na jebanym śmietnisku, rozumiesz?! - neimoidianin pochylił się jasno podkreślając absurd zdarzenia, po czym znów się odchylił nabierając dystansu
- na jebanym śmietnisku... Pewnie pod ziemią mieli całkiem fajny kompleks. Szkoda, że się nie dowiemy co... ale myślę, że znalazłem odpowiednią osobę to załatwiania takiego typu spraw - jego obślizgły uśmiech znów powrócił na swoje miejsce.
- no, ale to zobaczymy jeszcze, nie? Tedd odprowadź naszego nowego rekruta! Niech pozna nowe grono współpracowników i nasze wartości kultury pracy!

***

- pierdolisz - odpowiedział, krótko i poważnie Goznel. Chwilę później w nieco niezręcznej ciszy wyszczerzył żółte zęby
- ale dobrze pierdolisz. Taaa... nieraz robota była nagrodą samą w sobie. Tak też miałem, dopóki moja banda się nie rozpadła. Z bratem mieliśmy własną piracką kompanię! Mordowaliśmy i rabowaliśmy wszystko... - Goznel podniósł wzrok i wzdychnął sobie
- jebańcowi się znudziło i do ruchu oporu się dołączył zasraniec. Zrobili z niego pokładowego kucharza, a był pierdolonym kapitanem fregaty! Potem już było tylko gorzej. Miałem porywczy charakter jak na besaliska, a bez brata nie miałem nikogo, kto by mnie powstrzymał. Uwielbiałem strzelaniny. Pojedynki... Kurwa myślałem, że byłem nieśmiertelny - pirat wzdychnął ponownie, widać z żalem - po części miałem rację. Nie dało się mnie ustrzelić, ale nie dotyczyło to moich ludzi. Nim się obejrzałem banda była w rozsypce, doszło do zdrad i paru innych akcji ze strony załogi. Straciłem wszystko - czteroręki odsunął się od stołu i poszedł po kolejną butelkę. Chwilę później był z powrotem, a szklanki ponownie się uzupełniły
- potem zaciągnąłem się do grupy szmuglerów. Myślałem o emeryturze i podobnie jak braciszek, zacząłem gotować darmozjadom, niekiedy wyciągając blastery, kiedy jakiś był problem. Ostatecznie nawet nie poznali mnie jaki byłem kiedyś. To było nawet miłe. Nie obchodziła ich moja przeszłość, tylko to co robiłem tu i teraz. Nawet zrobiło się rodzinnie, ale znów wszystko się spierdoliło i tutaj kurwa nie uwierzysz jakie kwiatki widziałem - Goznel znów zrobił poważną minę i zaczął żywo opowiadać
- była taka trójka głąbów w naszej rodzince. Dezzmo, gunganin imbecyl podwójny. Thurthil, taki cwaniakowaty Bith, nasz były pseudo kapitan. I ten największy pojeb Grisarlo, napakowany Cathar co był kiedyś gladiatorem, ale kurwa takim prawdziwym. Jebaniec budził respekt i miał nieco nasrane we łbie. To teraz patrz, masz takich trzech gagadków, co sobie stwierdzili, że pójdą na polowanie w kompletnie nieznane tereny. Brzmi dobrze co? Tyle, że na Almanii zwierzaki wpierdolić potrafią AT-ATa - Goznel wziął głębszego łyka
- jak się pewnie domyślasz coś poszło nie tak. Część załogi poszła ich szukać. Znaleźli ich w jakimś popapranym stanie. W życiu byś nie uwierzył jak tych sukinkotów trzepało. Jakąś chorobę złapali. Midichlorianami się zarazili i im odjebało tak, że trzeba było ich w kaftany powkładać. Od momentu jak te zjeby wróciły... w sensie poznajdywaliśmy ich ostatecznie, to zaczęło się ostro pieprzyć. Kurwa bez silnych prochów nie dało się spać. Sny miałem tak posrane i to nonstop, że budziłem się co chwila w swoich własnych szczochach, kumasz? Nie pamiętam co to za sny były, ale musiały być ostre. Prochy zaś tylko pozornie pomagały. I tak wstawałem obsrany cały i zmęczony jakbym w ogóle nie spał. Co lepsze reszta załogi, co była nie zainfekowana miała podobnie. A potem jakimś cudem Impy nas namierzyły i wtedy spierdoliłem. Jak opuściłem Almanię to mi przeszły koszmary, ale mówię Ci stary... chore gówno.

*** dziewięć butelek whiskey i kilka paczek fajek później ***

- kurła w karty chcesz grać tak? Dobra Zaahreczku, zagramy w karty... tylko kurła alkohol się skończył - wstawiony Besalisk otworzył ponownie lodówkę z zażenowaną miną. Miał na szczęście cztery ręce, to każdą się podpierał. Zaś w lodówce, oprócz sałaty w dolnej szufladzie, niewiele w sumie w niej zostało. Zdążyli już praktycznie wszystko zeżreć i wypić.
- och szlag! Kurła nie popatrzylimy co za godzina. Późno się robi jasny gwint... - skomentował Goznel kiedy to spojrzał na jebitny elektryczny zegarek na samym środku drzwiczek od lodówki.
- cholera... te suczysko zaraz tu przyjdzie i zepsuje nam klimacik
- jakie suczysko?
- kurła, wiesz... te no ubeksa... ubesesea... kurła, ubesesanka, kurła NIE WIEM!!! Jakoś tak ta pojebana rasa się nazywa - wyraził się z zawiedzioną miną, po czym posadził się znowu na krześle przy barku. Chwila nie minęła, a ktoś właśnie schodził schodami. Z wejścia wyłoniła się postać w pełnej mandaloriańskiej wysłużonej zbroi. W jednej ręce kobieca postać trzymała jakiś ciemnobrązowy, nieco poszarpany plecak. W drugiej karabin DLT-20 z jakimiś modyfikacjami. Po raz drugi w tym pomieszczeniu jak tylko Zaahr zobaczył nową postać, ta już celowała do niego z broni. Goznel wzdychnął na ten swój zrezygnowany sposób

- No i dupa palec... przyszła... Kurła! Hellsa to nasz nowy towarzysz, nie celuj z broni!
- Kogoś sprowadził? - jej ton był cichy, ale czuć było w nim mnóstwo kwasu i antypatii
- To nasz nowy członek drużyny Hellsa! Równy gość, mówię Ci jasno i pięknie! Nie ma powodów do nerwów - ta zaczęła celować w Gonzela - e co jest kurła!?
- Co zostało w lodówce? - znów zapytała z pozorem zachowywania spokoju. Pytanie nieco zbyło Goznela z tematu.
- Eee... w dolnej szufladzie została sałata - i padł strzał. Niebieska ogłuszająca wiązka trafiła besaliska prosto w głowę, a ten padł nieprzytomny wywracając krzesło. Broń ponownie została wycelowana, tym razem w Zaahra, po czym usłyszał pytanie
- Kim jesteś?
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 26 Wrz 2019, o 20:07

Mężczyźni zaczęli sobie ufać po pierwszej butelce. W połowie piątej byli najlepszymi przyjaciółmi. A Zaahr jak to Zaahr - miał plan, który tym razem był prosty. Wyczyścić kieszenie Goznela w grze w Sabaka. Najpierw trzeba było go oczywiście lekko znieczulić. Stary devaroniański chwyt – „na dwie wątroby”. Mimo że po kantynach Galaktyki krążyło powiedzenie żeby nie pić z devaronianinami to jednak wciąż znajdowały się murglaki odporne na wiedzę. Po ostatnich wydarzeniach Zaahr jednak powinien wiedzieć, że nawet najprostszy plan może nie wypalić. I tak też było w tym wypadku. Rogacz najwyraźniej musiał gdzieś walnąć się w obliczeniach, z pewnością nie wziął pod uwagę masy Goznela i silnego metabolizmu jego rasy. Dlatego gdy pojawiła się kobieta w mandaloriańskiej zbroi, czerwonoskóry trzymając nogi na stole i balansując na krześle patrzył na sytuację mało trzeźwym spojrzeniem. Gdy Hellsa ogłuszyła Goznela i wycelowała w devisha, ten najwyraźniej był już przyzwyczajony do tutejszej gościnności i nawet nie mrugnął, tylko jak zwykle wyczuł okazję.
- Zog Glaglok mnie przysłał <czknięcie> Mam tu… <czknięcie> przejąć dowodzenie. Zaahr Dromrahk. Za załatwienie Goznela wisisz mi jakieś <czknięcie> dwadzieścia kredytów – bo dokładnie za tyle mieli wejść do gry. Z całej dwójki tylko Hellsa zauważyła jak następne czknięcie devaroniana sprawiło, że ten podniósł lekko nogi od stołu i w konsekwencji stracił punkt podparcia. Ten jednak nie zdając sobie z tego sprawy mówił dalej:
- Niezły numer z tą lodówką, ale… <czknięcie> zjebałaś. Następnym razem już się nie nabierze – mówił gdy krzesło powoli przechylało się w tył. Hellsa już wtedy była przekonana, że nie musiała strzelać do Zaahra. Podczas upadku rogacz uderzył się w tył głowy i stracił przytomność. No cóż, Zaahr osiągał pełnię swojego potencjału przy jednym promilu. Potem była już raczej tendencja spadkowa.

***


Było zimno. Bardzo zimno. Lecz mimo to on obficie się pocił. Czuł że znajdował się na otwartej przestrzeni, jednak miał wrażenie że było duszno. Obraz był zamazany, ledwo stawiał kroki, jednak gdzieś pod głową wiedział gdzie iść. Nie wiedział co to za miejsce, wiedział tylko że było coraz bliżej. Wokół niego – bagno, mokradła, drzewa o wielkich pniach były powykręcane jakby tutejsze miejsce zadawało im ból. On natomiast zbliżał się do jaskini która najwyraźniej została przeszyta korzeniami na wylot. Te jakby oplatały ją i nie pozwalały złu które się tam czaiło na wydostanie się na wewnątrz. Każdy krok Zaahra kosztował go mnóstwo energii, błoto przez które się przedzierał jakby twardniało z każdym jego zatopieniem w nim stopy. Cienie rzucane przez drzewa tańczyły, a powietrze wokół niego gęstniało tworząc kształty różnych postaci. Jeden z tak uformowanych cieni przybrał postać znanego już Zaahrowi besaliska i dziwnie zniekształconym głosem powiedział:
- Midichlorianami się zarazili i im odjebało tak, że trzeba było ich w kaftany powkładać – gdy zjawa skończyła zdanie, momentalnie rozpłynęła się w przestrzeni.
- Inkwizycja zburzyła świątynię tu na Devaronie. Jeżeli Imperium myśli, że te ruiny sprawią, że zapomnimy o tym co tu stało to są naiwniejsi niż myślałem – kolejny cień przybrał postać devaronianina siedzącego na krześle, zapewne w jednej z kantyny. Gdy Zaahr zmierzał w kierunku jaskini kolejny cien przybrał postać niskiej kobiety i powiedział:
- Jestem szczęściarą. Do tego szybką szczęściarą – po czym duch rozpadł się, na jego miejsce powstał kolejny i oskarżycielsko powiedział:
- To jest Klątwa Dromrahków! Zapłacicie krwią za wasze występki!
- Powiedziałbym, że to raczej Twoja sprawka, ale widzę jednak, że nie kłamiesz. Musiało zamieszanie wybuchnąć z jakiegoś innego powodu... Z resztą, lepiej dla nas - tym razem fantom przybrał postać siedzącego neimoidiana. Zaahr nękany przez echa przyszłości był już blisko swojego celu. Przed wejściem dostrzegł tylko kolejny z cieni. Przybrał postać medytującej kobiety – kobiety którą dobrze znał. Ta jednak się nie odezwała. Siedziała po turecku na lewo od wejścia do jaskini i… ciężko powiedzieć co robiła. Pilnowała? Jeśli tak to kogo? Jego czy tego co czekało na niego w jaskini? Bo coś czekało… był tego pewien. Gdy już był w środku, oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności. Mimo ogarniającego go niepokoju czuł że musi tu poczekać… doświadczyć czegoś. Oparł się o jeden z korzeni w środku jaskini ciężko oddychając. W tym momencie poczuł jak jego własna wyobraźnia zaczyna się przeplatać z wizją… jeżeli można było ją tak nazwać. Nagłe parcie na pęcherz sprawiło, że mężczyzna rozpiął rozporek i zaczął lać. W tym momencie poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Zareagował instynktownie – odwrócił się i zobaczył… siebie. Naprzeciwko niego stał dwurogi Zaahr Dromrahk, w zielonym płaszczu Korporacji Czerka, znacznie przystojniejsza wersja.
- O kurwa – powiedział Zaahr nie ukrywając zdziwienia i przytulił się plecami do ściany. Po chwili jednak odzyskał panowanie nad sobą i postarał się spojrzeć jak najbardziej trzeźwo na całą sytuację.
- Czekaj, czekaj. Jakieś zjawy, strasznie nieprzyjazne miejsce i do tego spotykam ciebie… to ma mnie zmusić do myślenia, co?– Zaahr numer dwa spojrzał zaskoczony na swojego jednorogiego odpowiednika.
- Do refleksji nad sobą – ten go poprawił.
- No coś kiepsko poszło, i co ja niby mam z tego wywnioskować?
- No wiesz. To tak nie działa, że ci teraz powiem. Sam powinieneś do tego dojść.
- No przecież do tego dochodzę! Przecież ty to ja! Masz mi pomóc! – Zaahr podniósł ton na swoje alter ego.
- Trzymajcie mnie, kurwa! Gość wyjebał dziewięć butelek whiskey, zlał się w gacie i zajebał głową o podłogę i jeszcze się zastanawia nad morałem całej tej sytuacji!
- Dobrze wiesz czemu piję! Nie mogą mi się trząść ręce! Potrzebuje ich do pracy! Czekaj, czekaj… zlałem się w gacie? – Zapytał po czym spojrzał na spodnie swojego odpowiednika. Podczas odwracania się do niego musiał trafić go wciąż lecącym strumieniem.
- Przecież ty to ja! – zjawa spapugowała rogacza. Ten nie wytrzymał i z wrzaskiem rzucił się jej do gardła. Postać podobnie jak całe otoczenie rozpłynęły się w pył, a Zaahrowi pozostało już nic innego jak otworzyć oczy.
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 26 Wrz 2019, o 23:36

I rzeczywiście. Było bardzo zimno i bardzo mokro i do tego ciemno. Taplał się w wodzie w jakimś naczyniu. Krzyknął w pierwszej chwili, myśląc, że to kontynuacja snu z którego nie mógł się uwolnić. Chwila moment ktoś wpadł do pomieszczenia i zapalił światło. Była to krótko ścięta seksowna czarnoskóra kobieta w białej piżamie z ciężkim blasterem w ręku. Ponownie "nowa" postać i Zaahr zobaczył, że ten nowy ktoś do niego celuje. Trochę go jeszcze trzymało, to też palnął:
- znowu?! A strzelaj! Poza tym za ładniutka jesteś na taki duży blaster - i padł strzał, który przywrócił rozum czerwonoskóremu. Czerwony bolt wypalił dziurę w ścianie tuż nad jego głową. Ewidentnie zmęczona kobieta z przymrużonymi oczyma pokazała devaroninowi znak ciszy, przykładając wskazujący palec drugiej ręki do ust. Zaraz po tym zamknęła za sobą drzwi, zostawiając Zaahra samego w wannie pełnej lodowatej wody. Ten czując przejmujący go mróz, spuścił wodę i puścił gorącą wodę, trzęsąc się z zimna. Zauważył też, że został wrzucony w swoich ciuchach, a te prezentowały nieprzyjemny zapach
- i niech zgadnę... nie mam nic na zmianę... - burknął do siebie. Alkohol puszczał, czuł to, ale wiedział, że dał ostro w palnik. Jak skupił się na słuchaniu to usłyszał zza drzwiczek do łazienki chrapanie jakiegoś potwora. W sensie łatwo było się domyślić, że to był Goznel, ale gość rzeczywiście chrapał jak Rancor.

Motyw jest taki. Ciuchom przydałoby się pranie. Pralka jest, ale nie masz ciuchów na zmianę. Do rana jest jeszcze trochę czasu. Zdążysz wyprać, ale te nie zdążą wyschnąć. Za drzwiczkami jest oczywiście znany Ci pokój z leżącym pod barkiem śpiącym Goznelem, co go Hellsa położyła za pomocą karabinu spać. W lodówce została tylko sałata, a obok niej jest plecak Hellsy. Możesz tam zajrzeć, to mi napisz na PW to Ci odpowiem co znalazłeś Kobieta śpi z zatyczkami w uszach, więc większości rzeczy nie usłyszy. Chyba że coś odpierdolisz w stylu krzyku, albo coś się konkretnie wyjebie xP Ma też ten ciężki blaster pod poduszką.
Teraz trochę taki fillowy klimacik, na rozluźnienie, a potem popchnę akcję :D
Nie musisz walić długiego posta. Po prostu bawimy się fabułą :D
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 27 Wrz 2019, o 12:16

- Almania – sralmania – powiedział do siebie i z trudem wstał z wanny. Obiecał sobie już więcej nie słuchać głupkowatych historii Goznela, zwłaszcza po alkoholu. Na chwilę siedział na rogu wanny mocząc nogi w ciepłej wodzie po czym wyskoczył na podłogę, rozebrał się do rosołu i zaczął się wycierać pierwszym lepszym ręcznikiem który znalazł. Jego metabolizm sprawnie radził sobie z odtruwaniem organizmu jednak aby jutro jakoś funkcjonować potrzebował składników odżywczych i witamin. Postanowił więc wyruszyć na polowanie. Zwłaszcza, że była na to najlepsza pora zważając na to jak devaronianie dobrze widzą w ciemnościach. Zanim jednak to zrobi musiał jeszcze wrzucić swoje ubrania do pralki i nastawić pranie. Dieta mięsożerna była bogata przede wszystkim w białko, które wydalane jest w postaci amoniaku wraz z moczem. To znaczyło, że jego mocz cuchnął gorzej niż jakiegoś przypadkowego wszystkożercy z wrażliwymi jelitami i absurdalnie wolnym metabolizmem. Podobno wszystkożercy potrzebowali aż osiem godzin snu, żeby wypocząć. Absurd!

Zaahr lekko uchylił drzwi od łazienki, które jeszcze dwa promile temu pewnie otworzył bohatersko z kopa. Goznel chrapał w miejscu w którym zostawiła go Hellsa. Rogacz powoli zakradł się do lodówki tylko po to żeby dowiedzieć się, że sałatka wciąż tam była.
- Poodoo... – wyszeptał do siebie. Przecież to było niejadalne. Ostatnio kiedy ktoś chciał mu wcisnąć coś co składało się z samych warzyw to trzech jego współpracowników zdechło. Dyrektorka zapewne przyprawiła to trucizną, ale akurat ten fakt nie pasował do tezy rogacza. On co prawda miałby co najwyżej nudności i niezłą sraczkę a tak się składało, że nie miał ubrań na zmianę. Lepiej nie ryzykować. Już chciał wracać kiedy zobaczył leżący obok plecak ubesianki. Natura znowu wygrała nad mężczyzną mimo że dopiero co miał pogadankę ze swoim „Wyższym Ja”. Oprócz niezłej sumki kredytów, kosmetyków, datapada i podręcznego uzbrojenia znalazł w plecaku siatkę z produktami spożywczymi. Dokładnie to czego szukał. Na oko jakieś trzy kilo surowego mięsa. I wtedy go olśniło – co mogło znaczyć, że stężenie alkoholu w jego krwi jest gdzieś obok jednego promila czyli ilości dopuszczalnej a nawet wskazanej. Zaahr po cichutku ugryzł kawałek sera i włożył go w rękę pijanego Goznela. To samo zrobił z pieczywem dodatkowo rozsypując troszkę okruchów w okolicę jego otworu gębowego. Siatkę z żarciem położył bliżej pozostałych dwóch kończyn górnych besaliska. Resztę zawartości plecaka zostawił. Kiepsko była tak okradać współpracownika. Zaahr zawsze powtarzał, że lepiej z nimi wygrywać w karty. Sam zabrał surowe mięso i ruszył w kierunku łazienki licząc, że woda już się napuściła.
- Jesteś geniuszem, Zaahr – powiedział do siebie zadowolony. Nie miał zamiaru wychodzić z łazienki do rana. Bo po co? Miał wszystko czego potrzebował.
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 27 Wrz 2019, o 14:37

Surowe, nie za tłuste, nawet nieco włókniste, ale tylko z akcentem. Delikatny posmak krwi. Wybornie. Widać Hellsa wiedziała w którym mięsnym sprzedają dobre jedzenie. Pralka działała cichutko, kiedy to Zaahr podjadał sobie kawał mięsiwa. Nasycony, czysty i wygrzany w ciepłej wodzie, zrobił sobie z ręczników prowizoryczne legowisko, gdzie przedrzemał resztę nocy do rana.
Pobudka, której się Zaahr spodziewał przebiegła wedle jego planu.
- co mnie kopiesz babo wredna!? - to był Goznel, chyba zbierał manto.
- niczego Ci z plecaka nie zabierałem! Nie pamiętam takich rzeczy! - pytanie czy cokolwiek pamiętał. Zaahr słysząc, że czas się zbierać. Sprawdził swoje ubrania. Bojowe ubranie grupy pirackiej wyglądało okropnie, ale chociaż groźnie. Skorzystał z prostej suszarki do dłoni, by nieco przyśpieszyć proces. Wparował Goznel, mając gdzieś intymność i po prostu zasiadł na kibel, widząc devaronina w różowym ręczniku.
- kurwa, wziąłeś jej pachnące ręczniki tak? - powiedział, gdy siedział to na tronie
- ładnie pachniały co? - Goznel wyszczerzył żółte zębiska
- nieźle nas pozamiatało. Wypiliśmy całą rezerwę i zjedliśmy wszystko. Zastanawiam się tylko, jakim cudem zeżarliśmy jej rzeczy z plecaka, pod jej obecność. Jest wściekła, ale ona zawsze jest wściekła, więc się nie przejmuj - klops, coś wpadło do muszli klozetowej, a besalisk stęknął, żeby sobie pomóc. Klops, drugi raz
- a i jakby co, to ona nie jest mandalorianką. Po prostu nosi sobie ten pancerz, po jednej ze swoich ofiar, bo był w dobrym stanie. Znam ją zaledwie dwa dni dłużej od Ciebie. Przyniosła wczoraj ze sobą dane odnośnie zadania. Ma na datapadzie.

***

Był czysty i najedzony. Nie to co reszta towarzystwa, gdzie Hellsa była tylko czysta, a Goznel zaledwie najedzony. Zaahr jak zwykle wyszedł do przodu. Z uśmiechem na twarzy dosiadł się do barku, gdzie dwójka już czekała. Czarnoskóra w pełnej zbroi, patrzyła na niego zza czarnego wizjera. Teraz przyjrzał się pancerzowi. Lakier praktycznie wszędzie był starty. Otulona brązową startą i podartą peleryną, z plecakiem i karabinem obok, wyglądała, jakby miała zaraz wyjść. Goznel ubrany w wysłużone bojowe skórzane spodnie i kamizelkę. Poprawił swój kapelusz i cztery kabury. Chwilę później odpalił cygaro. Wyciągnął drugie w kierunku Zaahra:
- poczęstuj się
We trójkę wyglądali jak parszywa grupa zbirów, planująca coś okropnego. Coś w ten deseń. Tylko soczek multiwitamina w szklankach nie pasował do klimatu.
- co to za robota Hellsa? - kobieta cierpliwie czekała, aż w końcu padnie konkretna kwestia
- organizujemy akcję terrorystyczną. Pod płaszczem rebeliantów napadamy na konwój huttów na terenie Imperium. Nagroda za zadanie to to co złupimy. Mamy zdyskredytować rebelię, pokazując okrucieństwo i terror. Ucierpi konkurencyjna firma Cuhlrionu, huttowie się wkurwią, Imperium uzyska swoją propagandę, zrobi się w chuja kilku naiwniaków, a my zgarniemy kasę - streściła Hellsa
- brzmi pięknie i gładko. Tylko jak my się do tego zabierzemy?
- jak to jak? Myślę by stworzyć własną pseudo komórkę ruchu oporu. Wciągniemy ludzi w walkę o wolność, a na sam koniec wystawimy ich. Ewentualnie niektórych można zabić przy okazji, jakby dowiedzieli się za dużo. Wywiad Imperium przymknie oko na naszą obecność, ale wojsko już nie. To też są warunki na taką aktywność...
- gdzie to ma się odbyć?
- Z Shilii do Nar Shadda i z powrotem wędruje konwój wożący drewno w jedną stronę, a w drugą złoto i towary.
- A ten konwój...
- Ogólnie główny frachtowiec transportowy mamy porwać z całego konwoju. I ma być przy tym krwawo w trakcie akcji. Mamy zatrząść mediami w obu miejscach. Jakieś wstępne pomysły od czego zacząć? - tu zwróciła się w kierunku Zaahra.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 28 Wrz 2019, o 18:31

Zaahr odpalił cygaro i puścił dymek w przestrzeń nad trójką zbirów. W ciszy przysłuchiwał się jak Hellsa tłumaczyła szczegóły ich misji. Do tego momentu nie wiedział, że rebelianci istnieją. Ale to przecież nie przeszkadzało się we wzbogaceniu się kosztem ich reputacji. Mimo to było dużo niewiadomych, plan był ambitny, może nawet nieco szalony. Dlatego spodobał się Zaahrowi od razu. W końcu Hellsa zwróciła się bezpośrednio do niego. W takich sytuacjach lubił wiedzieć na czym stoi, znać politykę która kryje się za takimi misjami. Dlatego nie odpowiedział od razu, za to dobrze zmierzył wzrokiem kobietę w mandaloriańskim hełmie. Drapiąc się po głowie w końcu się odezwał nie ukrywając swojej wścibskości:
- Kto cię zatrudnił? Glaglok? Dogadał się z wywiadem czy to oni do niego przyszli?
- Nasza trójka ma robotę od Glagloka. Masz datapad, sam przeczytaj - kobieta pchnęła datapad, by ten szurając po stole dotarł do dłoni Zaahra.
- Nie wiem, jak się oni spiknęli. Czy to ten dupę lizał, czy Ci przyszli do niego – wyglądało, że kobieta była lepiej wychowana od niego – nie interesowało jej nic poza misją i nie wtykała nosa w nieswoje sprawy. Szkoda, kiedyś może to być przyczyną jej śmierci. Póki co byli potrzebni więc nie musieli się spodziewać zdrady ze strony Glagoka czy Imperium. Póki co. Zaahr przeglądał datapad i prychnął rozbawiony do siebie po czym zwrócił się do Goznela:
- Masz cztery ręce to licz. Dwa transportowce, cztery korwety, dwie fregaty, jeden lotniskowiec – Zaahr wymieniał natomiast Goznel liczył przeznaczając każdą kończynę na typ statku.
- Kurwa mać – skwitował besalisk.
- Nic dziwnego, że piraci ich unikają. Potrzebowalibyśmy zasobów, dużej ilości statków, siły ognia a i tak potem być może czekałaby nas strzelanina przy abordażu. Po przejęciu okrętu bylibyśmy otoczeni przez przeciwnika
- Musi być jakiś inny sposób…
- Konwój ma trochę przystanków… moglibyśmy porwać frachtowiec z lądu albo z lądu się do niego dostać i potem zrobić rzeź – jednorogi powiedział dalej siedząc w datapadzie. Nie patrząc na rozmówców kontynuował dalej:
- Nie wykluczajmy żadnych miejsc ale mi osobiście podoba się Tanaab. Handlują tam żarciem w dwie strony. Pewnie będzie trochę zamieszania.
- Będziemy potrzebować ludzi – wtrąciła Hellsa.
- Na Devaronie prowadziliśmy taką „czarną listę” na której były nazwiska osób „niezadowolonych” z władzy. Potencjalni rebelianci. Wywiad obserwował ich, na wypadek gdyby właśnie zbierali się w grupy lub po prostu chcieli złapać ich na gorącym uczynku. Ja się tym nie zajmowałem, ale mój wuj, Maahr jest pułkownikiem u lojalistów. Mógłbym załatwić kilka nazwisk. Z resztą mamy kontakt do kogoś z wywiadu Imperium, na pewno chętnie pozbyliby się kilku nazwisk ze swojej listy. Powiedzielibyśmy tym typkom to co chcieliby usłyszeć, oni by namówili swoich kumpli, na koniec by się wszystkich załatwiło - tutaj Zaahr spojrzał na Hellsę, abrobując jej pomysł co do stworzenia siatki rebeliackiej.
- Mam kilka pomysłów i patentów co do dywersji na miejscu, ale najpierw powinniśmy zbadać kilka planet, znaleźć ich słabe punkty i zobaczyć czego będziemy potrzebować. Podoba wam się któreś z tych miejsc? - Zaahr położył datapad tak by wszyscy go widzieli. Cała trójka nachyliła się nad urządzeniem.
- Już mówiłem. Ja jestem za Tanaab. Ale nie postawię na niego swoich pieniędzy póki nie polecę tam i nie sprawdzę tego osobiście.
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 6 Paź 2019, o 12:05

- mamy niecały rok na wykonanie tego zadania. Budżet zakłada 300 000 kredytów. Wsparcie informacyjne z wywiadu i nasza trójka... ma wystarczyć.
- mało czasu... jak na akcję odbywającą się w przestrzeni kosmicznej - skomentował Goznel - samo planowanie i organizowanie środków może nam zająć pół roku. Sama trasa z końca galaktyki na drugi koniec może trwać nawet kolejne pół roku. Wszystkie te przystanki. Wiecie, coś się spierdoli, trzeba naprawić i już kolejny dzionek i tak na każdym przystanku. Zabraknie nam czasu, jeśli nie będziemy działać na bieżąco... wiecie, klasycznie trzeba improwizować, jak leci.
- i gdzie te improwizowanie Cię zaprowadziło? - Hellsa prychnęła - ale fakt, nie ma czasu na dogłębne badanie każdej planety i potrzebujemy więcej osób do działania. Sama rekrutacja rebeliantów jest może i świetnym pomysłem. Potrzeba kogoś kto będzie zdolny do poświęceń, tymczasem jednak potrzebujemy zwyczajnie ludzi do prostszych zadań. Wiecie, najemnicy którzy nie mają nic do stracenia - kobieta zatrzymała się w tym miejscu, Zaahr miał wrażenie, że sama się przyłapała na ironii tego stwierdzenia - nie licząc nas, potrzeba jeszcze trochę pionków, którzy nie będą mieli skrupułów i są ulepieni z twardej gliny.
- myślę, że mogę poruszyć kilka moich kontaktów, żeby zdobyć nam odpowiednich ludzi. Przydzielcie mi sto patyków, a zgarnę może i nawet kilka pirackich statków z kajutami pełnych ludzi. Wybrałbym się do znajomych na Rishi. Potrzebowałbym trzy miesiące.
- kasę jednak dostaniesz, jak z tą ekipą Cię zobaczę - szybko skomentowała kobieta
- jasne, jasne. No dobra, ale trzeba choć zarys planu ogarnąć, jak my to zrobimy?
- w tym czasie, kiedy Ty załatwisz nam piratów do trywialnych zadań, nam przypadnie rekrutacja kogoś, kto byłby w stanie wziąć samobójcze zadanie za nas. Wiecie, tych okrętów w eskorcie trochę jest. Choćby na chwilę sparaliżować główne okręty eskorty by zdołać się wyłączyć z szyku i wyskoczyć...
- albo wyskoczyć w trakcie skoku na awaryjnym - dodał Goznel. W roli myśliciela wypadał całkiem komicznie. Jedną ręką podpierał brodę, drugą drapał się po głowie, a trzecią pstrykał palcami, jakby łapał myśl. Czwarta trzymała szklankę z soczkiem. Pomysł jednak zwrócił uwagę Hellsy
- to brzmi co najmniej samobójczo. Ponad połowa awaryjnego przerywania skoku kończyła się katastrofą, statystycznie.
- a ja myślę, że wystarczy znaleźć kogoś kto na tym się na prawdę zna.
- w sensie? Na czym niby ma się znać?
- Astronawigacja i hipernapędy. Jajogłowi przecież mogą wszystko, trzeba tylko znaleźć - pomysł mógł mieć rację bytu. Byłby bardzo ryzykowny i niebezpieczny. No i musieliby znaleźć specjalistę. Nie musieliby jednak infiltrować firmy tak głęboko. Wystarczy by się dostali na pokład frachtowca i w odpowiednim momencie ujawnili i porwali frachtowiec.
- Zaahr? Mamy tutaj w sumie trzy pomysły na start. Powolne wybadanie wszystkiego i uderzenie w najsłabszy punkt. Najęcie piratów i stworzenie rebelianckiej komórki na tymczasową potrzebę, albo porwanie statku w trakcie skoku.
- A co my możemy zrobić? W sensie kumacie, że przypadkiem nas tak nie dobrał ten mądrala neimoidianin. Dowodziłem małą piracką flotą, pilotowałem w boju wiele rodzajów okrętów, jednocześnie wydając polecenia - zaczął się chwalić Goznel - zanim jednak miałem dowódcze stanowisko, trudniłem się jako szmugler. I chyba jestem z was najstarszy, heh. To teraz wasza kolej dzieciaki - Hellsa tylko pokręciła głową, ale dla dobra wykonania zadania postanowiła nieco powiedzieć o sobie
- jestem zabójcą. - oboje czekali, aż coś kobieta powie więcej, ale tak cisza sobie trwała
- no co?!
- to już wiemy - Zaahr wyszczerzył ząbki
- czego nie rozumiecie? Znajduję, torturuję, zabijam.
- nie mówisz nic nowego - skomentował Goznel, a kobieta zerwała się z siedzenia
- szukasz wrażeń? Czego nie rozumiesz? - Goznel prychnął i wystawił cztery ręce przed siebie
- negocjacje i rozmowy z pewnością musisz zostawić nam, masz kiepski i wybuchowy temperament, do tego nie trzeba specjalnie Cię prowokować. Samej Ci odbija.
- negocjacje możesz sobie wsadzić w dupę - kobieta wymierzyła w niego miotaczem harpunów z lewego karwasza - jeśli nie podobają Ci się moje metody, może wypróbujemy co bardziej przemówi do Zaahra, co? - kobieta machnęła ręką i wystrzeliła harpun z linką, który lekko zahaczył skórę na policzku devaronina i wbił się w ścianę za nim, prawą ręką dobrała blaster i wymierzyła w czerwonoskórego. Goznel nie był wolniejszy cztery blastery, były gotowe wypalić w opancerzoną postać
- uspokój się wariatko! - Wizjer w kształcie litery T był zwrócony w stronę siedzącego Zaahra, który ponownie przyłapał się na tym, że jest nieuzbrojony
- powiedz Zaahr, która metoda się bardziej sprawdza?

Rozwiąż drobny konflikt i wybierz/zmodyfikuj konkretny plan działań ^.^
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 6 Paź 2019, o 20:16

Besaliskowie byli znani ze swojej towarzyskości i wrodzonego zamiłowania do plotkowania. Dlatego Zaahr od razu wiedział jak podejść Goznela. Kilka litrów alkoholu, parę historyjek i trochę szczerości. Tyle wystarczyło by Goznel zaakceptował Zaahra jako naturalnego lidera. Ubesianie byli jednak innym typem murglaka. Podróżując po Galaktyce zakrywali twarze co odgrywało znaczącą rolę w ubogości (lub raczej braku) ich mimiki. Izolując się w ten sposób od otoczenia często spotykali się z brakiem zaufania i niechęcią toteż wymyślili sobie, że inne istoty ich nienawidzą. Hellsa, indywidualistka dodatkowo pracowała solo – jak na zabójcę przystało. Takie istoty rozumiały tylko jeden argument. Argument siły. Bez okazania wyższości nie było mowy o podporządkowaniu się. Zaahr postanowił więc udowodnić dlaczego on jest Szefem. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy był fakt, że potrafił trafić do każdej istoty. Poza tym wycelowała w niego blaster po raz trzeci. Ten jeden raz za dużo.

Gdy harpun musnął go w polik i trafił w ścianę za nim, rogacz ostrożnie zmierzył najpierw Hellsę, potem Goznela. Zaciągnął się cygarem i je oparł o popielniczkę, po czym wrócił do wertowania informacji z datapadu.
- Rok to mało ale kasa jest dobra... – Zaahr jak gdyby nigdy nic wrócił do obgadywania planu. Mówił spokojnie, dając do zrozumienia, że nie jest zainteresowany ich sprzeczką i nie stanowi zagrożenia. Dodatkowo ten fragment o pieniądzach. Kto z tej trójki nie lubił pieniędzy? Z pewnością na tym etapie miał choć część ich uwagi.
- …możemy podzielić się obowiązkami. Mógłbym zająć się infiltracją. Musimy wiedzieć jak blisko tego frachtowca będzie można podejść zanim ktoś się połapie i ile osób będziemy potrzebować. Znać ich słabe punkty… - Zaahr słyszał przynajmniej jeden przypadek przetransportowania się w beczce z rybami. Pomysł niezły, z resztą czego się nie robiło dla pieniędzy.
- …Goznel, skoro masz znajomości znajdź mi tego nawigatora. To twój pomysł więc ty będziesz na za niego odpowiedzialny. Jeżeli rozbijemy się wychodząc z hiperprzestrzeni to cię zabijemy – mówił powoli, bez uczuć. Jakby chciał załagodzić konflikt, odwrócić ich uwagę.
- Hellsa, dotrzyj do tych rebeliantów, montuj ekipę – tutaj Zaahr odwrócił się powoli na krześle w kierunku kobiety i wysunął w jej kierunku datapad z kontaktem do wywiadu imperium. Wiedział, że te hełmy to nie były zabawki. Dawały zwiększoną widoczność, przybliżenie, wszystko. Ale ona musiała choć na chwilę przeskoczyć wzrokiem z celownika na urządzenie. Z resztą Zaahr wcześniej zrobił wszystko, żeby odciągnąć ją od tego co się miało zaraz wydarzyć. Wydawał się nieuzbrojony, ale przecież jego największą bronią był podstęp.
- Chyba, że wolisz żebyśmy zrobili to… PO TWOJEMU! – już wcześniej odłożył cygaro, spróbował uśpić jej czujność podobnie jak ona dzień wcześniej uśpiła czujność besalika. Najpierw ocenił swoje szanse, spojrzał na uzbrojenie przy jej pasie. Kiedy tłumaczył plan ustawił się przodem aby być gotowym do ataku. Datapad przechylił w prawo, od swojego ciała by kobieta odwróciła wzrok, zapomniała o drugiej stronie. Wtedy mówiąc ostatnie dwa słowa zerwał się z zamiarem przewrócenia jej. Był pół metra od lufy blastera więc oboje mieli mało czasu. W jej wypadku utrata skupienia mogłaby zaskutkować utratą celu. W jego wypadku bycie zbyt wolnym znaczyło zarobienie strzału z bliska - prawdopodobnie śmiertelnego. Swoimi rękami celował pod jej pachy, chciał ją objąć aby uniemożliwić strzał i użycie jakiegokolwiek arsenału umieszczonego w jej karwaszach. Jedna ręka była połączona metalową linką ze ścianą, bez szybkiego rozstania się z harpunem byłaby bezużyteczna przy obaleniu. Druga ręka trzymała blaster – również bezużyteczny przy klinczu i obaleniu. Jej pancerz ważył, co działało na jej niekorzyść. Po straceniu równowagi miałaby większy problem z odzyskaniem jej. Pytanie czy dziewięćdziesiąt kilogramów devaronianiskich mięśni były na tyle szybkie by uzyskać odpowiedni pęd. Gdyby ja przewrócił i jedną ręką udałoby mu się sięgnąć po wibronóż przy jej pasie mógłby zamknąć ją w szachu i zmusić do słuchania. Poza tym, naprawdę była gotowa go zabić? Nawet kiedy wiedziała, że czekała ją zabójcza seria ze strony czterorękiego? Jeżeli blefowała i choć na chwilę miałaby się zawahać to wyświadczała rogaczowi tylko przysługę.
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 7 Paź 2019, o 19:38

- zachowuj się! Mamy robotę do zrobienia! Kogo obchodzą teraz jakieś gównoprawdy?! - dorzucił Goznel, chcąc by zabójczyni sobie odpuściła. Nic z tego, tej najwidoczniej sprawiało to jakąś frajdę. Odgrywanie przez Zaahra roli opanowanego zaintrygowało Hellsę. Rzeczywiście opuściła czujność myśląc, że ten tylko się zgrywa. Myślała, że robi swoje preludium by ustąpić pola w miarę godny sposób, kiedy to większy od niej mężczyzna rzucił się na nią, obejmując ją szczelnie i powalając na ziemię. Blaster wypadł jej z ręki, kiedy to dłoń mężczyzny powędrowała w stronę wibronoża. Miał już broń w ręku, kiedy to usłyszał dwa piknięcią na metalowym rękawie. Hellsa również objęła go jak się dało, by móc wcisnąć dwa guziki na konsoli. Wyładowanie elektryczne wbiło się prosto w plecy devaronina, wydzierając z niego krzyk. Ta prawdopodobnie też oberwała elektrycznym rykoszetem, bo i jej głos zaśpiewał bólem.
Zaahr był jednak zawziętym sukinkotem i nie puścił dobytej broni, pomimo paraliżującego uścisku. Miał już z rykiem wykonać pchnięcie w bok, kiedy uprzednio znów usłyszał dwa piknięcia. Poczuł, że oboje wstają z dziwną bezwładnością. Linka zaczęła się zwijać podnosząc ich i chwilę później to zabójczyni siedziała na nim, kiedy to ten łupnął łepetyną o twardą podłogę. Odruchowo wykonał cios nożem chcąc ją jakoś osłabić, ale ta chwyciła jego rękę w trakcie ciosu. Druga zaś miała mu zmiażdżyć nos. Metalowa linka zdawała się luźno rozwijać z karwaszu. Zaahr zaś widząc metalową pięść zrobił duże oczy i dosłownie ruszył głową. Było to mądre posunięcie, słysząc z jakim łomotem metalowa pięść uderza o betonową podłogę tuż obok jego ucha. Wnet zdobył się na całą swoją siłę w nogach i brzuchu, by zrzucić przechyloną kobietę za siebie.
Przewaga w sile pomogła. Zrzucił ją z siebie i wstał na równe nogi. Gotów do jatki. Postawa Hellsy jednak była już nie taka agresywna.
- Wystarczy - opuściła dłonie i kiwnęła głową w podziękowaniu za sparing.
- Widocznie nie jesteś mięczakiem i oprócz machania ozorem coś jednak potrafisz. Masz szczęście - Goznel nie od razu schował blastery.
- Kawał suki z Ciebie! To Ty masz szczęście! Jakby się coś Zaahremu stało, przerobiłbym Cię na sito, pomimo tego pancerzyku co sobie nosisz. Jeszcze jeden taki numer i Cię zabiję - warknął besalisk i brzmiało to rzeczywiście jak obietnica, którą by dotrzymał. Hellsa tylko machnęła ręką, chcąc zbyć jego groźby
- skończ szczekać. Skup się na zadaniu. Na czym to skończyliśmy. Zaahr? - odcięła w końcu zluzowaną linkę i przybrała zniecierpliwioną pozę, podpierając biodra rękami.
- jeśli myślisz, że serio dotrę do rebeliantów, to chyba nie znasz reputacji mojej rasy, a w szczególności po prostu mojej. Za moją głowę pewnie sporo by dali. A uprzedzając Twoje myśli: nie martw się nasz neimoidianin da Ci więcej za współpracę ze mną.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 8 Paź 2019, o 21:01

Gniew zmagał się w dwójce łajdaków i w końcu dali upust swoim emocjom. Zanim to się jednak stało sięgnęły one zenitu gdy obydwoje postanowili zatańczyć. Goznel stał i próbował wyglądać jak najbardziej użytecznie jednak nic z tego, szamotanina działa się tak szybko, że nie miał szans na żadną reakcję. Gdy Zaahr przewrócił Hellsę od razu łypnął wzrokiem w kierunku, w którym jego zdaniem znajdował się zagubiony blaster oponentki. Ta jednak spasowała. Zaahr wykonał jeszcze kilka głębszych oddechów jakby chciał uspokoić swoje ciało i dać mu do zrozumienia, że bójka się skończyła. Wyprostował się, otarł pot z czoła i powolnym krokiem podszedł do barku po cygaro słuchając przy tym wymiany zdań. Na wieść o nagrodzie za głowę Hellsy uśmiechnął się do siebie. Wyglądało na to, że Glaglog miał już wszystko obcykane. Każdy z tej trójki miał swoją rolę do odegrania, nie był przypadkową istotą z łapanki. Kolejną rzeczą jaką ich łączyło to był fakt, że mieli u niego dług. Dług u pierdolonego neimoidiana. Dlatego Zaahrowi się ta sytuacja za cholerę nie podobała. Zog Glagog nikt nie wspomniał o naliczaniu odsetek. A z pewnością były. O tym że był hojny oczywiście nie było dyskusji. Ciężko było powiedzieć czy w przyszłości nie znudzi mu się ta „ekipa od prowokacji”.
- Już wiem o co chodziło Glagogowi gdy mówił, że „moja antypatia do jedynej słusznej władzy uatrakcyjni mój życiorys" – rogacz powiedział puszczając dymek.
- Tak powiedział? – nie ukrywając ciekawości Goznel zapytał jakby kryła się za tym kolejna pijacka historia.
- Wychodzi na to, że ja mam być waszym rebeliantem – powiedział z niechęcią w głosie. Znowu będzie musiał zadawać się z pieprzonymi wszystkożercami, po tym jak zaczynał się już dobrze bawić.
- Spróbuję znaleźć jak najbardziej przekonujących rebeliantów. Oddział uderzeniowy, który mógłby sprawnie przejąć statek podczas skoku. Być może będzie konieczność wsparcia się kilkoma wolnymi strzelcami – dodał po czym wbił wibronóż w barek dając do zrozumienia Hellsie, że może go zabrać.
- Hellsa, potrzebujemy dostać się po cichu na ten frachtowiec. Jesteś w stanie zdobyć potrzebne nam informacje? Improwizacji nie unikniemy, ale warto byłoby mieć chociaż jakąś koncepcję planu. Jakbyś informowała mnie na bieżąco to wiedziałbym czy będziemy potrzebować dodatkowych speców, na przykład hakera. - kobieta podeszła do barku i jednym szybkim ruchem chwyciła wibronóż. Broń jeszcze zdążyła zatańczyć między jej palcami zanim trafiła do pasa.
- Myślę, że to nie będzie stanowić problemu. Sama z resztą poradzę sobie lepiej. Opcji już teraz powiem, że jest kilka. Można przemycić się z towarem. To byłoby łatwiejsze, niż zaciągnięcie się na okręt. Wiesz, pieniądz tu, szantaż tam i jesteśmy załadowani w metalowych skrzyniach z zestawem spawacza, by się wydostać. Jak będziecie grzeczni to może załatwię wam poduszki. Plany frachtowca również załatwię. Reszta w waszych rękach.
-A ty Goznel, jest szansa na tego nawigatora czy zabierasz się ze mną i rozejrzymy się razem?
- Razem znajdziemy nawigatora oraz przyda Ci się moja osoba z tymi rebeliantami. W końcu mój brat jest kucharzem na głównym okręcie rebelii, prosta historyjka i trochę bajeczek, jak to się kumpluję z Jainą Solo i powinno być cycuś. Zaś Hellsa solo pewnie załatwi tamte sprawy szybciej. To dobry plan.
- no dobra, to za ile się widzimy? I gdzie?
- dajmy sobie pół roku na załatwienie tych spraw, a potem znowu widzimy się tutaj co? Możemy korzystać z sieci komunikacyjnej korporacji, jakby wyszła obsuwa. Co do środków, to pewnie otrzymacie osobne monitorowane konto bankowe. Jak każdy, który robi brudną robotę dla Zoga.
- Bomba. Coś jeszcze? - Goznel patrzył to na Hellsę, to na Zaahra.
- Powodzenia - Zaahr wykonał gest skinięcia głową w kierunku ubesianki podobny do tego, który wykonała po sparingu.
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 14 Paź 2019, o 20:32

Założenie było proste. Każdy ma ogarnąć swoją część i wrócić tu w terminie. Bajka. Problemy jednak zaczęły się duuużo wcześniej niż powinny... Hellsa zostawiła ich nieco za szybko. Samych w tej kanciapie. A kiedy chcieli wyjść...

- jak to nie możemy? - strażnik hangaru tylko poprawił karabin na swoim plastoidowym pancerzu, jasno sugerując, że nie zniesie sprzeciwów
- nie. Sami stąd nie wyjdziecie
- mamy robotę do wykonania od Twojego szefa - Goznel postanowił się udzielić pierwszy. Wyglądali jak zaszyte bandziory, które to zgubiły się na poukładanym terenie korporacji. Kontrast mógł razić między lekko matowym i stylowym kroju czarno-żółtego pancerzu korporacji, a podartą kamizelką i kapeluszem Goznela i kolczastym, pościeranym wysłużonym pancerzem Zaahra. Wyglądało to jak starcie dwóch światów.
- a ja mam swoje wytyczne i nie opuścicie tego miejsca - żołnierz był uparty. Goznel jednak nie był w nastroju na przekomarzanie się. Hellsa wystarczająco go wkurwiła.
- a ja Ci powiem, że Szef nie wyraził się jednoznacznie jak mam traktować resztę członków korporacji - Goznel powoli położył wszystkie swoje cztery ręce na blasterach. Postawny besalisk prezentował się groźnie. Biła z niego niepodważalna pewność siebie i doświadczenie. Strażnik mimowoli zrobił malutki tip-top do tyłu. Zwątpił.
- ta nadęta mandalorianka kazała mi was zatrzymać tutaj. Szef nic z tym nie ma. Możecie iść, tylko mnie nie wsypcie, dobra? - Zaahr pierw wyszczerzył ząbki w odpowiedzi.

***

Nowe papiery I informacje do konta bankowego. To musieli pozyskać pierw. Hellsa wcale im w tym nie pomogła. Było to złośliwe, gdyż co chwila mieli jakieś konflikty z niepoinformowanymi mundurowymi o sytuacji. W końcu ich działalność odbywać się miała pod przykrywką. W końcu jednak ponownie skontaktowali się z Zogiem a ten im udostępnił dane oraz nowe datapady. Mogli wychodzić z wnioskami o pieniądze w aplikacji, Zog zaś zastrzegł sobie, że powinni kontaktować się z nim tylko i wyłącznie w sprawach krytycznych, a nieumiejętność podziału pracy i dogadywania się z resztą drużyny to ich błaha odpowiedzialność.

Mając środki nie minęła chwila kiedy wylądowali w centrum metropolii. Na koncie mieli po trzy tysiące kredytów z podpisem – wydatki na pokrycie zmęczenia operacyjnego.

Jesteś z Goznelem w dużym mieście. Póki co wyglądacie jak dwa punki, groźne bydlaki. Ludzie od was stronią. Straż bacznie obserwuje. Możesz ograć scenę, albo określ zamiary i ja to zrobię ;)
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 18 Paź 2019, o 16:05

Słyszałeś Goznel? - Zaahr rzucił z przekąsem i zaczął kontynuować wypowiedź papugując ton i barwę głosu strażnika - Ta "nadęta mandalorianka" nie jest nawet mandalorianką więc możesz przestać się jej słuchać. Lepiej słuchać się kogoś kto jest nad nią w łańcuchu pokarmowym. Czyli mnie - Zaahr w swoim szerokim uśmiechu postanowił od razu zademonstrować co to znaczyło "być wyżej w łańcuchu pokarmowym". Zawsze żałował, że nie był tym rzadkim okazem jego rasy z dwoma zestawami zębów: wszystkożernymi i mięsożernymi. Taki osobnik ruchem swoich mięśni był w stanie zmieniać uzębienie choćby podczas prób zastraszania. To dopiero robiło wrażenie. Ale ludzie nigdy nie byli w stanie się nauczyć. Dostawał taki kawałek blastera do ręki, trochę plastali i myślał, że jest Wielkim Moffem pierdolonych Zewnętrznych Rubieży. Chwilę po wypowiedzi Zaahra, dwójka istot ruszyła przed siebie. Kilka korytarzy dalej usłyszeli tylko stanowcze:
- STAĆ! Czego tu szukacie!? - besalisk z devishem tylko spojrzeli sobie w oczy z wyraźnym znużeniem całą sytuacją.
- No kurwa mać...
- Zog chce nas widzieć przed odlotem - Zaahr powiedział podniesioonym tonem aby kolejny strażnik go usłyszał. Liczył, że to małe kłamstwo pozwoli im zaoszczędzić na czasie i nieprzyjemnościach.

***


Wyszli z transportu, który podrzucił ich do metropolii i zaczęli zastanawiać się co dalej ze sobą zrobić. Stali tak na środku węzła komunikacyjnego i rozglądali się wokół siebie. Piesi omijali ich z daleka. Straż bacznie obserwowała.
- To co robimy, Zaahr? ZAAHR? - besalisk zorientował się, że jednorogi z którym miał nieszczęście pracować zniknął. Udało mu się jednak dojrzeć jego sylwetkę znikającą w jednym zaułków. Puścił się za nim, jedną ręką trzymając się za spodnie by te nie spadły.
- Zaahr poczekaj! - krzyknął tylko za nim biegnąc w bocznej alejce. Dogonił go i nagle stanął w miejscu, z resztą podobnie jak Zaahr. Przed nimi wyrósł wielki budynek - kasyno, zdecydowanie zbierała się tu sama śmietanka towarzyska.
- Daj spokój. Co się może stać... - Zaahr niczym diabeł na ramieniu Goznela zaczął od moralnej pogadanki. Strażnik dokonujący selekcji jakby ich słyszał i widząc z daleka ich rozmarzone mordy pokiwał tylko głową przecząco pokazując tylko napis w Aurebeshu przypominający o odpowiednim stroju.

***


Zaahr wyszedł z przymierzalni. Miał na sobie czarny frak, czarno-czerwoną kamizelkę w kwieciste wzory, pod szyją czerwoną jedwabną chustę i bordowy płaszcz. Zastał on towarzyszącego mu besaliska w surducie i z czarnym szulerskim kapeluszem z przepaską w kolorze czerwonym (symbol hazardu). Jedyna rzecz, która psuła efekt to tanie, oślinione cygaro w paszczy Goznela.
- No panowie, od razu inaczej! - powiedziała Zeltronka, która ich obsługiwała. Mały robocik z prostymi raczkami latał wokół Zaaha i poprawiał kołnierzyk i płaszcz.
- Od razu inaczej! Od razu inaczej! - robocik potakiwał tylko swojej pani.
- No nie wiem Zaahr... - Goznel wyraźnie był przeciwny koncepcji wyglądania po raz pierwszy życiu jak nie menel - Ile to będzie kosztować?
- Półtora tysiąca na głowę...
- Ile!? - Goznel spojrzał z niedowierzaniem na zeltronkę.
- Półtora tysiąca! - robocik nieświadomie przyprawił Goznela o drugi zawał. Natomiast Zaahr wyciągał tylko datapad, który dostał od Culhrion.
- Bawimy się, jego mać... - powiedział tylko do siebie pod nosem. Jak mógł nie spróbować szczęścia w takim miejscu? Jeżeli wszystko przegra w tym kasynie to można to uznać za dobrą wróżbę przed nadchodzącą misją. A jak wyjdzie do przodu? To pewnie dlatego, że jest taki dobry. W jego rozumowaniu nic nie tracił.
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Mistrz Gry » 23 Paź 2019, o 22:13

- Zaahr... - Goznel wyszczerzył przeżółkłe zębiska klasycznego roślinożercy i pociągnął mocno tanie cygaro niczym archaiczny parowóz. Był to chcąc nie chcąc osobnik, który przez większość życia żył chwilą. Humor od razu mu się poprawił i nieco zmienił obycie. Pstryknął dwa razy palcami, jakby wczuwał się w jakiś rytm. Z początku położył niewinnie jedną ze swoich dłoni na ramieniu elegancko ubranej zeltronki, rozpoczynając swój debiut. Kobieta wyglądała szałowo i była chyba w najlepszym wieku, zadbane trzydzieści dwa lata? Fioletowa zwiewna sukienka przylegała do kształtnego ciała, wysokie obcasy. Już wcześniej dostrzegł, że potrafi się ruszać. Włosy spięte w wymyślny kok, szminka w namiętną czerwień uwydatniała słodko pełne usta, a oczy podkreślone makijażem błyskały radością. Chyba lubiła swoją pracę. Na gest besaliska uniosła górną wargę w skromnym perłowym uśmiechu.
- zaprowadzi nas pani do środka? Szukamy stolika do gry - zabrzmiał szarmancko i wzniósł brwi znad uśmiechniętych oczu. Nieco się zbliżył i z łatwością swoje drugie łapsko delikatnie ułożył na talii kobiety i ruszyli od razu do środka, skąd wydobywała się muzyka. Robocik jeszcze przyczepił się do mankietów Zaahra, ale ten zdawał się nie zauważać w tym momencie, że droid sobie coś nie radzi. Ruchy miał Goznel zgrabniejsze niż się można było spodziewać, po postawnym osobniku. Devish w pierwszej chwili przetarł oczy i zaczął się zastanawiać, czy w tych skromnych perfumach co się wypsikali nie było jakiejś przyprawy.
- nie powiedziałabym, że ma pan takie obycie - kobieta z chęcią wymieniła gest i założyła rękę za jego plecy
- cieszę się, że po tylu latach stać mnie jeszcze na uznanie pięknych kobiet - Zaahr musiał obudzić się z szoku. Na jego oczach właśnie wyczyniała się czarna magia. Uszczypnął się i zabolało, szybko dorównał kroku.
- jeszcze przed chwilą był pan menelem??
- przygody moja droga, potrafią człowieka zniżyć do roli zwierzęcia, na tyle, że zapomniałem w jakim stanie się znalazłem, przychodząc tutaj za pierwszym razem. Z chęcią opowiem, jeśli zaszczycisz nas swoją obecnością później - Goznel spojrzał się na chwilę w oczy zeltronki, ta pokręciła głową.
- ale z pana bajerant! - szczerze zaśmiali się jednocześnie, kiedy już przekraczali próg kasyna.

Ciepłe drewno wyścielało podłogę w tym, oświetlonym na ciepły pomarańcz, lokalu. Stoliki dla niegrających były tuż przy scenie grajków z prawej strony lokalu, gdzie poruszały się zwinnie inne kelnerki obsługujące gości. Z lewej strony znajdowały się wszelakie maszyny i automaty nie wymagające udziału personelu, a na środku to czego Zaahr pragnął najbardziej. Stoły. Stoły do pazzaka, sabaka i innych gier. Cała horda ładnych wyperfumowanych pań i horda pozerskich murglaków do ogrania. Żyć nie umierać. Grać nie przegrywać.
- za ile panowie wchodzą? - trójka zatrzymała się na środku swoistego przedsionka, gdzie był widok na wszystko. Duuużo ochroniarzy, wielu barmanów, świetny barek z kolorowymi światłami budzącymi wyobraźnie co tam za mieszanki serwują. I mnóstwo ponętnych ciał krążących to tu i tam.
- chcemy się nieco rozgrzać, po podróży. Wejdziemy za pięćset. Jak pani na imię?
- Jestem Zigva.
- Goznel, a to mój równie przystojny przyjaciel Zaahr. Wzięlibyśmy też coś na ząb w przerwie, a teraz słuszny napitek i dobre cygaro. Te co mam jest nie do zniesienia - kobieta swobodnie uwolniła się z ujęcia besaliska i puściła oczko
- Zajmę się tym, gwarantuję satysfakcję z obsługi.
- tymczasem zapraszam do stolika - i zaprowadziła ich ku grupce grających. Dwóch ludzkich eleganckich mężczyzn, obu w wieku po czterdziestce, było aż nadto klasycznie ubrani w czarne garnitury. Rodianin w żółtym garniaku z czerwoną muszką wyglądał wystrzałowo, podobnie jak Muun w seledynowym płaszczu oraz arkaniański mężczyzna w niebieskiej koszuli w diamentowe trójkąciki i w pomarańczowych spodniach. Towarzyszył im również klasycznie ubrany chiss. Grający wznieśli wzrok znad kart leniwie ku nadchodzącym. Rodianin od razu się odezwał, a jego wokabulator zabrzmiał entuzjastycznie
- witam panów. Zapraszam, zapraszam!
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6901
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Księżyc Gall] - Siedziba Cuhlrion

Postprzez Zaahr Dromrahk » 26 Paź 2019, o 23:31

Sabak. Gra oszustów i szczęściarzy, choć ci pierwsi z uporem nie chcą tego przyznać. Zaahr nie był w stanie zliczyć ile to już razy prowadził silniejszym układem kart przez całe rozdanie gdy nagle przed ujawnieniem ręki zgodnie z zasadami, karty zmieniały swoje wartości prowadząc do jego przegranej. Ciężko było powiedzieć czy murglak wygrywający w taki sposób był tylko małym nic nie znaczącym, żałosnym kanciarzem czy też wielkim szczęściarzem. Ale Zaahr wiedział jakie zwycięstwo lepiej smakuje - z opowiadań tych co oszukują oczywiście. Dlatego często organizował mały oklep takiemu klientowi, tak żeby nie przyzwyczajał się do szczęścia. A co jeśli Zaahrowi zdarzało się mieć szczęście i ktoś startował do niego z łapami? Wtedy rogacz wyciągał blaster. A jeżeli delikwent miał nóż? Ta sama historia - blaster. Pałka? Blaster. Kastet? Blaster. A jeżeli ktoś wyciągał blaster? Odpowiedzią był wciąż blaster, tylko że trzymany pod stołem i wyciągnięty w połowie rozdania - tak na wypadek jakże niespodziewanego zbiegu okoliczności jaką była dawka szczęścia. I to była zabawa. Świadomość, że nie robisz tego dla pieniędzy, w każdym bądź razie nie tylko. Chcesz poczuć to mrowienie przechodzące wzdłuż kręgosłupa i aż po sam skalp, to samo które przechodzi kiedy wymieniasz się z delikwentem laserowymi boltami ze świadomością, że zaraz któryś z was wyłoży kopyta i trafi do miejsca w którym lądują wszyscy frajerzy.

W kasynach nie było "tego czegoś". Za bycie szczęściarzem rozwalali młotkiem rękę (tą, która bawiła się żetonami podczas rozdań), w tych łagodniejszych sektorach oczywiście. Blastery jak i ostre narzędzia zostawiało się przed wejściem co znacząco wyrównywało szansę. Znaczy się z tymi szansami to tak nie do końca. W pierwszym rozdaniu Zaahr zaskoczył nawet samego siebie. 21 punktów, bez pomagania swojemu szczęściu. Biegle wojujący rachunkiem prawdopodobieństwa Muun, który ciągnął rozdanie do końca był równie podejrzliwy co zaskoczeni byli inni gracze. Holograficzna kwota wyświetlana na środku świecącego stołu zaczęła zmniejszać się, a kwota wyświetlana przed krzesłem Zaahra została zasilona o niemałą sumkę. Drugie rozdanie zagrał bezpiecznie, od niechcenia toteż przegrał. Nie chciał od razu wyprztykać całego szczęścia. No cóż, najwyraźniej nawet arkanianie czasami na coś zasługiwali. Na coś innego oprócz bolta w łeb. W trzecim rozdaniu również mu się nie poszczęściło. Przez pewien moment dzielnie ciągnął do podwójnego Sabaka. Udało mu się nawet dokonać ponadprogramowej wymiany kart. Szklane prostokąty wyświetlały swoje wartości i zmieniały je w momencie wymiany kart zadecydowanej przez gracza lub też losowo przez samą rozgrywkę. Zaahrowi udało się "zresetować" kilka swoich kart wciskając kilkukrotnie przycisk wymiany z opóźnieniem w odpowiednim czasie - charakterystycznym dla danego producenta. Zyskał dzięki temu nadprogramową wymianę kart, jednak zabrakło mu tego drugiego szczęścia. Pulę zgarnął rodianin. W czwartym rozdaniu postanowił zagrać nieco na emocjach wszystkożerców. Jak to na arkanian przystało uważali, że są lepszym typem mięsa. Zupełnie bez powodu. Dlatego Zaahr już na początku przebił jego stawkę, co poniekąd było oskarżeniem o blef. Do zabawy dołączył się chiss, który oprócz posiadania tego kretyńskiego poczucia wyższości był jeszcze cholernie nieufny. Gdy Zaahr "zamroził" na stolę kartę "Idioty" sugerując, że zbiera na najsilniejszy układ w grze dwójce murglaków zabrakło jaj i spasowali zostawiając mu swoje kredyty. Ryzykowne zagranie, ale skuteczne. Piątego rozdania nie było. Zaahr widząc karty, spasował i skoczył do najbliższej kelnereczki po drinka. Wstając od stołu mógł przypadkiem dojrzeć karty chissa i zupełnie przypadkiem mógł podrapać się za płatek ucha sugerując Goznelowi, żeby ten poszedł z nim na całość. I rzeczywiście - zupełnie przypadkiem besalisk wygrał to rozdanie. Szóste rozdanie skończyło się Czystym Sabakiem Zaahra. Co to dużo gadać, miał dużo szczęścia i puste rękawy (no przynajmniej gdy rozdanie się skończyło). Już wtedy wokół stolika zaczęło kręcić się kilka samic. Kasyna płaciły im za znajdywanie istot z passą i do wspólnej "zabawy" gdzie ci po prostu byli namawiani do gry o wyższe stawki. Często też taki wieczór kończył się pobytem łóżku. I to nie bezinteresownym. Zaahr jednak wiedział, że wsród takich samic może być przynajmniej jedna, której nie interesuje jego stan konta, a raczej źródło jego szczęścia. Wyjątkowo brudne zagranie ze strony kasyna, niestety dosyć częste. Zaahr kiwnął w stronę Gozela, dając sygnał do zmiany miejscówki.

***


Ruszyli do części restauracyjnej z muzyką na żywo. Przed sceną znajdywały się wąsko usiane stoliki. Postanowili zając stolik najbliżej baru. Przywitał ich zespół złożony z różnych istot, tradycyjnie bithowie na instrumentach dętych. Furorę jednak robił dug na wokalu z niesamowitymi ruchami, o niskiej barwie głosu i niesamowitej charyzmie. Zaahr jadł podwójną porcję steka z banthy (bez sałatki). Goznel za to zadowalał się cygarem. Od dłuższego czasu już rozmawiali.
-... i wiesz, masz pięć głów klanów, którzy są w zasadzie decydentami. Żyć nie umierać. I to dosłownie. Jak, któryś z nich zdechnie to reszta musi wypierdalać na tułaczkę na jasną stronę planety, tą spaloną przez gwiazdę. Potem wybierają kolejnych "szczęściarzy".
- Czyli zajebanie jednego decydenta w zasadzie obala cały rząd. Idiotoodporni to ci Twi'lekowie nie są - zauważył Zaahr. Goznel roześmiał się krztusząc przy tym się dymem z cygara.
- Spodziewałem się, że powiesz coś takiego. No ale kurwa, czego się spodziewać po tych szajbusach. Oni się nawet z tym niewolnictwem nie kryją. To jest filar na którym Ryloth oparł całą swoją gospodarkę i dyplomację. Zostanie taką kurtyzaną na dworze głowy klanu to najlepsze co może życzyć ojciec córce.
- Czyli Twi'lekowie znaleźli praktyczne zastosowanie dla swoich samic.
- Dokładnie. Z resztą jak wszędzie. A jak jest u was? - Goznel aż klasnął w ręce potakując devishowi.
- U nas rządzą samice - Zaahr odpowiedział beznamiętnie i nabił kolejny kawałek mięsa na widelec. Goznel znowu się roześmiał.
- Taaa? A jakie praktyczne zastosowanie znaleźli dla was?
- Powiedz lepiej jak mamy zamiar spotkać się z kumplami twojego brata. To chyba nie jest tak, że można sobie po prostu wejść na ten statek. Nie mówiąc już o znalezieniu go - Zaahr powiedział zniżając ton. Goznel za to mlasnął sugerując swoją postawą, że nie ma ochoty rozmawiać o pracy. Dodatkowo zauważył znajomą zeltronkę, która powabnie przemykała między stolikami uśmiechając się w jego kierunku. Besalisk jednym haustem dopił drinka po czym jak zahipnotyzowany wstał i idąc w rytm muzyki ruszył w jej kierunku. Ta witała go serdecznie. Zaahr ciężko westchnął. Był już lekko wstawiony i zaczynało brakować mu codziennej dawki przemocy. Sabak był zbyt kulturalny i nie spełnił jego oczekiwań. Dodatkowo Goznel postanowił odmłodzić się w towarzystwie jakiejś suki. Przez chwilę już chciał wyjść z kasyna, przy szatni wziąć pas z kaburami Goznela i zamówić transport w niższy sektor centrum. Tam z pewnością znalazbły stolik do kart dla siebie i w końcu to uczucie, którego potrzeba doświadczenia sprawia że codziennie z uśmiechem wstaje z rana i ryzykuje swoje życie. Trzeba było jednak najpierw coś zrobić. Spojrzał na pucharek Goznela w którym jeszcze przed chwilą był alkohol i pchnął go palcem poza stół. Kieliszek stłukł się z hałasem zwracając uwagę istot wokół. Zaahr natomiast szybko rozejrzał się. Szukał istot, które nie zachowały się naturalnie w obecnej sytuacji, na przykład takich, które nie zareagowały w ogóle. Cóż na Zewnętrznych Rubieżach bezpieczeństwa nigdy nie za wiele. Jego wzrok również zatrzymał się na Goznelu i jego towarzyszce.
Image
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 115
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Następna

Wróć do Zewnętrzne Rubieże

cron