Content

Zewnętrzne Rubieże

[Tatooine] Bestia

Image

[Tatooine] Bestia

Postprzez Mistrz Gry » 12 Cze 2018, o 22:15

Spokój cisza, delikatny szum klimatyzatora, gibiąca się na holoekranie Twillekanka, obserwowana spod wpółprzymkniętych powiek. Pełny żołądek, chłodne wino pod ręką i spokój, oto czym charakteryzowały się ostanie dwa miesiące pracy dla Korporacji. Odkąd poukładał sobie stosunki z lokalnym półświatkiem nie miał żadnych problemów z utrzymaniem ładu i porządku w strzeżonych przez siebie obiektach. Oczywiście czasem jacyś desperaci próbowali okraść Veinada, lecz Zaahr szybko sprawiał, że towar się znajdował a złodzieje znikali. Idylla. Gdyby nie hazard i wyścigi mogłoby być nudno, nuda była czymś z czym najczęściej musiał sobie radzić. Gwałtowne pikanie komunikatora wypłoszyło tańczącą holotwillekankę. Obraz nadchodzącego połączenia wskazywał na wewnątrzkorporacyjne zlecenie. Niestety tych połączeń nie mógł ignorować.
- Łączyć.
Z niechęcią ściągnął nogi ze stołu i wyprostował się przed urządzeniem, zapewne to jakaś pierdoła, ale równie dobrze mogła dzwonić jakaś szycha z samej góry. Obraz zafalował i po chwili pojawiła się na nim znana mu już dobrze twarz pani dyrektor do spraw sprzedaży. Dobry nastrój prysł niczym borleiańskie szkło. Suka go nie lubiła i traktowała na równi z przestępcami. Gdyby nie solidne "plecy" pewnie już dawno by się postarała o jego "dymisję". Devaronianin nie pozostawał jej dłużny, traktując piękną kobietę jak mobilne mięso. Wzajemna animozja trwała już jakiś czas, lecz była ignorowana przez korporację, skoro kasa się zgadza, nie ma potrzeby ingerować.
- Witaj szefie ochrony. - Odezwała się melodyjnym i oficjalnym do bólu głosem, nie zawsze traktowała go jak funkcję. Pamiętał dobrze jak słodki głosik potrafił mieć ten zimny kawał suki.
- Witaj, - Nie wysilił się specjalnie, w końcu to ona dzwoniła.
- Przejdę od razu do rzeczy, jeden z naszych handlowców nadał sygnał wezwania pomocy, chwilę później straciliśmy kontakt z nim i z jego maszyną. Miało to miejsce w okolicach Mos Ila. Dokładne informacje są w załączniku.
Holoekran zamigotał i miejsce gadającej głowy, zajęła mapa wskazująca na trasę przelotu z Mos Espa do Mos Ila, gdzieś w dwóch trzecich migotała czerwona kropka. Obok widział twarz mężczyzny, która była mu znajoma. Był to Graham Martin, skurwiel jakich mało. Kawał byka, zarozumiały wredny i z pewnością świetnie przygotowany do swojej pracy. Mało kto był w stanie ustać po lewym sierpowym Martina. Przełączył ponownie na widok ogólny.
- Zatem mam odnaleźć pani zagubionego pracownika? - złośliwie oblizał się długim jęzorem. Twarz kobiety nie zmieniła koloru, lecz mimo zakłóceń widział, że to zasługa tapety a nie opanowania.
- Dokładnie to odnaleźć pracownika i jego ładunek. Nieuszkodzony w miarę możliwości.
- Kiedy miało miejsce zdarzenie?
- Cztery godziny temu, potrzebujesz jeszcze jakichś informacji Szefie ochrony?
- Wystarczy, znam do pani numer Dyrektor.
Wymiana inwektyw na poziomie nie była najmocniejszą stroną Zaahra, wolał unikać konfrontacji tego typu, jednak była kochanka działała na niego jak sulfur - pobudzała do agresji. Zerwał połączenie, dopił resztę wina i zaczął myśleć.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5763
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Tatooine] Bestia

Postprzez Zaahr Dromrahk » 14 Cze 2018, o 20:51

Ostatni łyk wina trzymał w ustach trochę dłużej, jakby razem z końcem alkoholu miał się skończyć błogi spokój, na który w końcu ciężko zapracował.
- Szefie ochrony… – powiedział do siebie, całkiem sprawnie przedrzeźniając dyrektorkę i prychnął wzruszając ramionami. Najgorsze było to, że głupia suka miała jeszcze czelność mu się podobać. Na dodatek, chyba rozsmakowała się w notorycznemu przypominaniu mu, że nie jest tutaj dla swojej przyjemności, lecz w zasadzie za karę. Z drugiej strony codziennie wypijany alkohol (w asyście prawdziwych lub tych wirtualnych twillekanek) kreował zupełnie odwrotny obraz sytuacji, lecz jego dwie devaroniańskie wątroby najwyraźniej grając w tej samej drużynie co dyrektorka, skutecznie chroniły go przed samorealizacją jako alkoholika. Gdyby Zaahr wiedział, że Veinad wcale nie wyświadcza mu „przyjacielskiej przysługi, za którą mu wkrótce podziękuje”, to obecny szef ochrony z wielką ochotą odchyliłby szyję ułatwiając wygłodniałym Quarrom zabicie go. Gorzej jednak gdyby rzucono go na pożarcie własnej matce. Przez ostatnie tygodnie jego pobytu na Devaronie, kobieta nie mogła na niego patrzeć i zrobiła wszystkiego co w jej mocy, żeby nie musieć tego robić. Podobno nawet sprawiła, żeby jego trzej współpracownicy odpowiedzialni za fiasko z tamtego, pamiętnego dnia, nie wpadli na kretyński pomysł, żeby iść na współpracę. Nie żeby utrata trzech dobrych (acz pechowych) najemników jej nie zabolała. Podobno miała nawet coś co nazwała „uzasadnionymi wątpliwościami”. Przez ostatnie lata służby u Dromrahków, jego ludzie wykazywali się pełną lojalnością wobec rodziny. Ale jak to trafnie skwitowała babka Zaahra: „Kochana, po co ryzykować?” Przynajmniej Quarry były syte. Devaronianin wstał poprawiając swój stylowy płaszcz, sięgnął po swój pistolet blasterowy leżący na stoliku i wycelował go w holoekran. Wyobraził sobie, że zamiast tańczącej twillekanki znajduje się tam wielce szanowna pani dyrektor od spraw sprzedaży, po czym strzelił w nią – wyobrażony laser trafił ją prosto w ten zgrabny i przypudrowany nosek. Gdy kobieta leżała już na podłodze, Zaahr schował pistolet do kabury i skierował się do krętych schodów prowadzących na parter budynku należącego do Korporacji Czerka.

Po zejściu ze schodów zaczął kierować się w stronę pokoju, z którego dochodził dobrze przez niego rozpoznawalny hałas – kilka jego ludzi zamknęło się w małym magazynie i grało w Sabaka. Zaahr zawsze trzymał pod ręką kilku najemników, tak na wszelki wypadek. Wszyscy ochroniarze rotowali się po między kilkoma placówkami, żeby nie popaść w rutynę. Wszyscy, oprócz Anzala Trooda. Duros był jego prawą ręką i Zaahr starał się by ten zawsze był w pobliżu. Anzal chyba nigdy się nie uśmiechał, był zdawkowy, nie mając nic przeciwko brutalności, której od czasu do czasu wymagał od niego szef. Najważniejsze było jednak to, że nigdy, ale to nigdy nie zadawał pytań, nie starał się kwestionować decyzji, po prostu wykonywał rozkaz.

Drzwi od magazynu otworzyły się i oczom stojącego w progu Zaahra ukazała się grupka czterech humanoidów grających w karty na prowizorycznym stole i krzesłach zbudowanych z metalowych skrzynek. Kredyty leżące na stole hałasowały, gdy ktoś dorzucał do puli albo uderzał pięścią w stół przy akompaniamencie obelg skierowanych do innych graczy. Szef ochrony od razu rozpoznał Anzala, trzymającego blisko siebie obiema rękami karty i mruczącego coś do siebie po durosjańsku. Jak zawsze nie wyglądał na zadowolonego. Towarzysze broni nigdy nie dowiedzieli się co było przyczyną jego codziennego braku humoru, więc albo było to coś z jego przeszłości o czym lepiej było nie wiedzieć, albo po prostu taki się już urodził. Po lewej od Anzala siedział Jednooki Lancer i to że był corelliańczykiem był tak oczywiste jak fakt, że miał jedno oko. Miał on bujną blond czuprynę zasłaniającą paskudną bliznę w miejscu oka – pamiątkę po jego służbie w Imperium. Czterdziestolatek odbijał sobie lata bezwzględnej dyscypliny alkoholem, kobietami i jak wszyscy w otoczeniu Zaahra – hazardem. Obok „Jednookiego” siedział wysoki wyglądający na opanowanego Weequay – Cheal Vlux. Ten też był udany – siedział od dwudziestu lat w najemniczym fachu i chyba nie było sytuacji, w której by się nie znalazł. Doświadczeniem przerastał wszystkich obecnych w pokoju, a już na pewno Jontoma „Młodego” Willbilisa, siedzącego tyłem do devaronianina. „Młody” był synem jednego z farmerów wilgoci i najwyraźniej nie chciał skończyć jak swój ojciec. Chłopak nie widział jeszcze porządnej akcji. Jak to młodzi – był porywczy i nieuważny. I wyglądało, że był wyjątkowym kretynem (nawet jak na człowieka). Zaahr rozegrał ze swoimi ludźmi wystarczającą ilość partii, żeby wiedzieć, że coś się nie zgadzało. Młody radośnie nucił jakąś melodię, ciesząc się z dobrej passy, ale devaronianin wiedział, że to się nie miało prawa zdarzyć. Jontom był jednym z tych graczy, którzy mimo ciągłego zwracania uwagi, nigdy nie obstawiał w swojej kolejności. Nawet jak na człowieka Jontom był marny w maskowaniu emocji przy patrzeniu na własne karty, choć patrzenie na jego gładką jak pośladki twillekanki twarz nie było potrzebne, bo Jontom nie potrafił nawet trzymać kart blisko siebie. Teraz natomiast trzymał obie ręce pod stołem jakby grzebał sobie w gaciach.
- Szefie, dołączaj. Młody odgrywa się za wszystkie czasy – Cheal rzucił pogodnie na widok devaronianina, ten natomiast ignorując zaproszenie zwrócił się do Młodego:
- Pokaż ręce – Chłopak omal nie podskoczył jak oparzony
- Ale ja… - nie zdążył się wytłumaczyć, gdy reszta ekipy zrozumiała o co chodzi i stanowczym głosem zażądali pokazania rąk. Młody ze zrezygnowaną miną odłożył karty na bok i położył obie ręce na stole. Anzal, który dotychczas siedział cicho, z niespodziewanym wigorem wstał i podwinął rękaw w mundurze chłopaka. Oczom wszystkich ukazało się małe urządzenie, służące do magazynowania „dodatkowych” kart. Nie minęła sekunda, a rozległ się charakterystyczny dźwięk – to duros uderzył chłopaka z otwartej. Wszyscy aż podskoczyli. Zaahr widział wcześniej jak Anzal zadaje ciosy, mógłby się założyć, że gdyby schował palce w pięść mógłby chłopaka pozbawić przytomności. Po zadaniu ciosu, Anzal w złości rozrzucił część kredytów i ruszył do wyjścia.
- Jest robota – rzucił tylko przez plecy. Rzeczywiście znał dobrze Zaahra, może nawet lepiej niż ten tego oczekiwał.

Nie minęło piętnaście minut i cała piątka najemników stała na małym zabudowanym placu, gdzie stało kilka starych landspeederów i swoopów w zielono-żółtych barwach. Zaahr zasiadł za sterami swojego landspeedera biorąc Młodego pod swoje skrzydła. Drugi pojazd kierował Lancer, obok niego usiadł wciąż obrażony Anzal. Weequay siadł za sterami swoopa – dostał wyraźny rozkaz lecenia około kilometr z przodu – na szpicy. Wszyscy wiedzieli już na czym polegała robota, systemy nawigacyjne w pojazdach wskazywały miejsce sygnału ratunkowego. Brama prowadząca na zatłoczone uliczki Mos Espy ze zgrzytem otworzyła się. Zaahr założył swoje gogle, których zadaniem było ochrona przed piaskiem i oślepieniem przez jedną z dwóch gwiazd widniejących na niebie.
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 7
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Tatooine] Bestia

Postprzez Mistrz Gry » 17 Cze 2018, o 22:04

Z nieba lał się upał, lecieli przez gorące powietrze na gorącą pustynią. Piekło z pewnością bardziej niż ostre roladki z kantyny. Zaprawionym do klimatu planety starym wyjadaczom nie przeszkadzało to zbytnio. Mieli zadanie, i mało czasu. Doświadczenie mówiło, że w takich przypadkach kluczowe jest pierwsze kilka godzin, potem mieszkańcy pustyni zabiorą wszystko. Do celu było jeszcze pół godziny, wkurwiony Anzal dalej się nie odzywał, za to radio rozbrzmiewało od czasu do czasu komunikatami.
<skrr> Tuskeni tu byli, mała grupa, góra piętnaście osób, przecinają szlak, nie sądzę żeby to ich sprawka. <skrr> Cheal był nie tylko doświadczonym najemnikiem, był też świetnym tropicielem. Piaski pustyni nie miały dla niego tajemnic powiadali, że wytropiłby każdego nawet na skałach. Zaahr nie miał powodu by nie ufać lecącemu w szpicy zwiadowcy.
<Skrr> Lećmy dalej.<skrr>
Lecieli, płaska jak stół równina otaczająca miasto przeszła w skałki, a później w wysokie góry poorane kanionami i powstałymi wskutek erozji osypiskami. Sterczące tu i ówdzie totemy, wskazywały na terytoria ludzi pustyni. Nie było to nic niezwykłego, dopóki nie natrafią na jakieś szczególnie duże i agresywne plemię nic im nie grozi. Tuskeni bardzo rzadko atakowali najemników, zwłaszcza w barwach korporacji. Mimo to wszyscy mieli broń pod ręką. Do celu zostało niespełna piętnaście minut, przed wlotem do labiryntu kanionów stał Swoop Weequay’a a on sam czekał na speedery z towarzyszami. Zatrzymali się i opuścili pojazdy.
-Co się dzieje?
- Przejebane, transport zniknął w Labiryncie.
- Kurwa.

Labiryntem nazywano plątaninę kanionów, skał i łuków. W środku bardzo łatwo było się zgubić o ile nie korzystało się z nawigacji, która też potrafiła spłatać wędrowcom figla. Miejsce to cieszyło się bardzo złą sławą. Było idealne do zastawiania zasadzek jak i pułapek, a położenie między dwoma sporymi osadami wymuszało ruch zarówno handlowy jak i pasażerski. Kiedyś opracowano trasę przez środek Labiryntu i oznakowano ją odpowiedno radiolatarniami. Wszelkiej maści transporty korzystały z niej bez większych przeszkód, do czasu aż ktoś wpadł na pomysł przesunięcia radiolatarni. Zanim służby ochrony się połapały zniknęło kilka transportów. Kosztowało to stanowisko poprzednika Zaahra. Nic dziwnego więc, że entuzjazm grupy poszukiwawczej przygasł.
- Lokalizator wskazuje na sam koniec labiryntu, w zasadzie samo wyjście z głównej trasy.
- Może wymontowali transponder.
- Dziwne, coś tu nie gra.
Jednooki miał powody do obaw, zawsze miał powody do obaw, jego pesymizm był wręcz legendarny. Tym razem mógł mieć jednak nieco racji.
- Zwykle atakują transporty w środku, nikt nie uderza na granicach.
- Nie przesadzaj, zdarzały się pościgi. - Cheal pamiętał stare czasy kiedy niekoniecznie był stróżem prawa.
- Tak czy inaczej czemu tu stoimy?
Jontom postanowił wrzucić swoje trzy grosze do rozmowy. Nie zdjął gogli ale i tak wyraźnie było widać podbite oko. Gdyby nie gogle prawdopodobnie dostałby drugi raz.
- Bo kurwa trzeba tam jakoś wlecieć i wylecieć nie ginąc po drodze.
Szefie?
Bandyci czekali na decyzję swojego przywódcy, w Labiryncie mogło być różnie. Wiele zależało od tego w jaki sposób pokonają niebezpieczny teren. Devaronianin miał liczne opcje. Weequay znał Labirynt i nie musieli lecieć oznaczoną radiolatarniami trasą, Mogli też oblecieć go dookoła nadrabiając nieco drogi ale nie ryzykując wkroczenia między niebezpieczne skały. Opcji przelotu było multum. Tym niemniej decyzja należała do rogatego gościa. On tu był szefem. Spojrzał na podręczny datapad. Od zdarzenia minęło już sześć godzin, jeszcze dwie i czas operacyjny zostanie przekroczony. Korpodupki zaczną zadawać niewygodne pytania, zaś on, on będzie musiał odpowiadać. Powiódł wzrokiem po swoich podwładnych cóż, radzili sobie w trudniejszej sytuacji, w sumie chyba tylko “młody” nie ogarniał co się tu dzieje.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5763
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Tatooine] Bestia

Postprzez Zaahr Dromrahk » 18 Cze 2018, o 20:45

Zaahr stał i patrzył się na złowrogo wyglądające wejście do Labiryntu, trzymając ręce za plecami i kompletnie nie wyglądał na zmartwionego sytuacją – bardziej na głęboko zamyślonego. Nawet Anzal nie był pewnie w stanie powiedzieć czy Zaahr w ogóle myślał o problemie, który spotkał całą ekipę „ratunkową”. „Pieprzony Veinad” – devaronianin powiedział do siebie w głowie. Kiedy on nadstawia rogi dla jakiegoś ładunku, jego szwagier pije sobie oryginalne Merenzańskie Złoto ciesząc się, jak pięknie sobie to wszystko ugrał. Zaahr zawsze powtarzał, że gdyby chciało mu się latać na te wszystkie delegacje i bawić w papierkową robotę, byłby już nad Trukessem Veinadem o dwa stanowiska (choć sam do końca nie wiedział, jaki był na nich zakres obowiązków i czy w ogóle jakieś istniały). Suka od spraw zawracania dupy dzwoniłaby do niego punkt siódma i pytałaby się, jakiego koloru ma założyć bieliznę. Choć to byłoby wyjątkowo głupie pytanie, bo Zaahr odpowiadałby jej za każdym rasem to samo (brak bielizny), ale chodziło raczej o to, żeby nie nastawiał budzika. Najemnik postanowił, że po powrocie do domu utnie sobie małą pogawędkę ze swoim szwagrem, czy na jego stanowisku szefa ochrony w ogóle przewidziany jest jakiś awans. Szkoda, że Yarlo się wykoleił. Przed jego zniknięciem Zaahr w jednej z kantyn usłyszał, że Hutt szuka „ekspertów” od wyścigów. Nie zdążył jednak zweryfikować tej informacji, kiedy dowiedział się, że lord kryminalnego półświatka zapadł się pod ziemię. Zaahr wybrałby sobie jakąś wpadającą w ucho nazwę zawodu jak „konsultant od zakładów” czy coś w tym stylu i żyłby jak pączek w maśle. Może od czasu do czasu dostawałby jakąś zeltronkę po starym Rehalu – oczywiście po to żeby oddać jej wolność. Może "Klątwa Dromrahków" by mu trochę odpuściła i co pięć uwolnionych zeltronek mógłby wykonać jakiś lot kosmiczny. Może w końcu zobaczyłby wyścigi na Malastare?
- No tak… wyścigi – powiedział do siebie.
- Tak czy inaczej czemu tu stoimy?
- Bo kurwa trzeba tam jakoś wlecieć i wylecieć nie ginąc po drodze. Szefie? – z zadumy „szefa” wybudziło ostatnie słowo. Uśmiechnął się chytrze i zwrócił się do grupy:
- Pamiętacie ostatni wyścig przed zniknięciem Hutta? – jakże by mogli zapomnieć. Devaronianin przypominał im o nim średnio co drugi dzień.
- I pamiętacie kto jako jedyny wytypował zwycięzcę?
- Ty… - wszyscy jednocześnie odpowiedzieli. Z pewnością byli już zmęczeni jego gierkami, kiedy to szef ochrony niespodziewanie odwrócił się na pięcie i wskoczył do swojego speedera.
- Już wiem, co zrobimy. Cheal, znasz najlepiej to miejsce, więc będziesz nas prowadził. Zmniejsz odstęp do takiej odległości, żebyśmy w razie czego mogli wszyscy sprawnie odpowiedzieć ogniem. Nie lecimy trasą naznaczoną radiolatarniami. Polecimy Labiryntem, ale w miarę możliwości będziemy trzymać się równolegle do niej. W razie twoich wątpliwości Cheal masz zielone światło, żeby poprowadzić nas na główną trasę.

W takich sytuacjach najlepiej było założyć najgorsze. Na przykład, że napastnicy wymontowali transponder i być może będzie trzeba z tamtego miejsca zacząć tropić ładunek. Zaahr chciał dać tropicielowi na to jak najwięcej czasu, więc omijanie labiryntu odpadało. Droga oznaczana radiolatarniami była najszybsza, ale trzeba było założyć, że napastnicy mają wystarczająco oleju w głowie, żeby zorganizować na nich zasadzkę po to, żeby kupić sobie trochę czasu na ich śmierci. Bezpieczniej było też założyć, że mają wystarczającą siłę ognia, aby przy wykorzystaniu elementu zaskoczenia rzeczywiście mogli to zrobić. Oni też musieli się opierać na założeniach – przecież nie obstawią całego Labiryntu, więc wielce prawdopodobne było, że obstawią najszybszą trasę. Główna droga odpadała. Polecenie boczną uliczką, może nie jest najbezpieczniejsze i być nie pozwoli im uniknąć strzelania, ale nie wlecą prosto w pułapkę. Przy odrobinie szczęścia może nawet nikt ich nie zauważy. To byłby dopiero układ idioty.

A wyścig? Wygrał go Chazzy „Spadająca Gwiazda”. Nosaurianin był kiedyś „Wschodzącą Gwiazdą”, lecz gdy Yarlo znalazł lepszych pilotów z lepszymi maszynami, jedyne co zostało Chazzy’emu to mordercza walka o czwarte miejsce ze „średniakami”. Gdyby Zaahrowi ktoś powiedziałby, że w przyszłości postawi on całkiem okrągłą sumkę, na to, że Spadająca Gwiazda przyleci pierwszy, zapewne ten wybuchłby śmiechem i postawiłby delikwentowi drinka. Ale gdy usłyszał, że ktoś widział Chazzy’ego pewnego wieczoru, gdy ten wymknął się w stronę kanionu (będącego mniejszym, lecz podobnym geologicznie tworem do Labiryntu) przez który prowadził tor wyścigowy, ten nie mógł puścić tego mimo uszu. Dodatkowo miał lecieć swoim ścigaczem. Zaahr po przespaniu się z tą informacją sam poleciał w stronę kanionu szukając alternatywnych dróg pokonania go. Skoro ten skurczybyk rzeczywiście poleciał ścigaczem, mógł sprawdzać, czy jedna z tras, którą znalazł, go zmieści podczas zawodów. Rzeczywiście była jedna jaskinia, która biegła niemal równolegle fragmentu trasy wyścigu biegnącego przez kanion. Zaahr policzył sobie czas przelotu przez obie trasy – wyszło mniej więcej to samo z tym wyjątkiem, że lecący przez jaskinię Chazzy nie miałby nikogo przed sobą (a dla kogoś z takim ścigaczem to rzeczywiście problem). Zgodnie z założeniami Zaahra, nosaurianin poleciał przez jaskinię i gdy z niej wyleciał był pierwszy i mógł swobodnie wycisnąć wszystko ze swoich dwóch wielkich silników – co z resztą zrobił. Po tym kontrowersyjnym wyścigu, zawodnicy zaczęli uczęszczać „Jaskinią Chazzy’ego”, co jednak straciło jej największy sens, jakim było zyskanie czasu na samotnym locie.
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 7
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk

Re: [Tatooine] Bestia

Postprzez Mistrz Gry » 20 Cze 2018, o 21:39

Maszyny dudniąc zniknęły wśród wysokich skał. Echo niosło dźwięk silników zwielokrotniając go i odbijając w głąb plątaniny kanionów. Dla weteranów nie było to nic niezwykłego, młody cały się skulił a widząc kpiące spojrzenie szefa wyprostował się z trudem mierząc z blastera w skalne ściany. Lecieli szybko prowadzeni przez prawdziwego wyjadacza. Lecieli kilka minut a jedyne co wypłoszyli to stadko womp ratów, Labirynt wyglądał na wymarły. Wprawne oko wiedziało, że to pozory, tu i ówdzie widać było lśniące jeszcze kawałki metalu, ślady po ścigaczach których pilotom nie było dane przedrzeć się przez labirynt. Czasami można było spostrzec szkielet, czy większe kości obgryzione przez szczury. W jaskini do której wlecieli było zdecydowanie chłodniej, ale hałas wzrósł jeszcze bardziej. Na wpół ogłuszeni wypadli wreszcie na ostatnią prostą. Ostre promienie słońca na chwilę oślepiły wylatujących z półmroku mężczyzn. Nikt ich nie zaatakował. Lecieli dalej a plan Zaahra póki co działał. Byli już prawie na miejscu.

Wrak leżał na boku, rozpruta burta i szczątki części znaczyły drogę upadku maszyny. Wokół nie było żywego ducha. Trzy maszyny zatrzymały się półkolem obstawiając miejsce katastrofy. Lancer obrócił repeater osłaniając towarzyszy przed ewentualnym atakiem z zewnątrz. To samo zrobił Młody mierząc w przeciwnym kierunku. Dopiero wtedy pozostała trójka wysiadła ze speederów obserwując uważnie zniszczoną maszynę. Broń trzymali w pogotowiu. Życie nauczyło ich, że nadmiar ostrożności nikomu jeszcze nie zaszkodził. Szef tradycyjnie trzymał się z tyłu podczas gdy Duros i Weequay zaglądali do środka. Transport był pusty, w środku znaleźli tylko zmasakrowane zwłoki jakiegoś gościa i dwóch droidów ochroniarzy. Nie było ani śladu ładunku wyczyszczono go też ze wszystkich drobnych przedmiotów, ktoś był tu przed nimi.
- Nie ma towaru.
- Martina też ani śladu, wygląda jakby spierdolił z towarem.
- Kurwa, nie możliwe ten przydupas? Był chciwy to fakt ale żeby zadrzeć z Korpo, musiałby zajebać towaru za kilka baniek…
Mężczyźni porozumieli się bez słów, i weszli do rozbitego kokpitu szukając listu przewozowego. Duros walczył z konsolą podczas gdy tropiciel skupił się na szukaniu śladów. Devaronianin w tym czasie udawał że jest użyteczny opierdalając się z tyłu. Nagle usłyszał komunikator wywołujący go na prywatnym kanale. Schronił się w cieniu rozbitej maszyny i odebrał połączenie.
- Wiem co się stało, znalazłeś towar?
- Też się cieszę, że cię słyszę chuju.
- Szwagier nie odpierdalaj tylko słuchaj. Mam pewne info.
Głos Trukessa Veinadema jak zwykle brzmiał złowrogo i mrocznie. Interesy z nim nie były dobrym pomysłem ale skoro dzwonił do niego to musiał mieć w tym jakiś interes. Tyle, że robiąc interesy ze szwagrem zwykle kończył w gównie.
- Ta suka pchnęła transport Aurodium z chujową ochroną i nisko uczęszczanym szlakiem, nie wiem ile tego było ale na górze się gotuje. Uprzedzam Cię nie odpierdol niczego głupiego jak nie znajdą towaru twoja dupa będzie wyglądać gorzej niż dupa tej panienki po tym jak ją zerżnąłeś…
Połączenie urwało się nagle, a Dromrahk został sam na sam ze swoimi myślami.
- O Kurwa.


Cheal spoglądał w kierunku jednej z odnóg kanionu. Trop który znalazł wskazywał na dwójkę pieszych, nie byli to ludzie pustkowi. Ślady były inne, mimo że ktoś bardzo się starał żeby je zatrzeć. Może się pomylił, a wszelki wypadek obszedł całe miejsce dwukrotnie. Ślady wyraźnie wskazywały gdzie transportowiec oberwał z wyrzutni rakiet i jak spadał. Otarcia na ścianie kanionu były wyraźne, był pewien skąd padł strzał niemal czuł zmagania pilota z maszyną i wiedział jak wbija się w piasek. Ale skoro maszyna walnęła w ziemię to gdzie podział się pilot. Przyjrzał się jeszcze raz śladom. Ktoś je zacierał i znał się na rzeczy, mniej doświadczony tropiciel pewnie dałby się zwieść, ale nie on. Wstał z kolan powoli zbliżając się do stojącego w cieniu Zaahra. Z dziury w kadłubie wyszedł Anzal również zmierzając w stronę Szefa Ochrony. Między mężczyznami doszło do wymiany zdań, w której nie mogła uczestniczyć dwójka pozostałych na speederach mężczyzn.
- Co znaleźliście.
- W manifeście były wpisane blastery, cztery skrzynie i peggaty. Dokładnie sześćdziesiąt.
Zaahr spojrzał na Durosa, który ze złym uśmieszkiem odwzajemnił spojrzenie. Peggaty w manifeście wpisywano w transportach gotówki służącej do tajnych transakcji. Podana wartość zawsze była fałszywa a liczba oznaczała kod przewożonej gotówki. Legendy mówiły o prostej zależności, im niższa liczba tym większa wartość transportu. Wzrok Szefa przeniósł się na Cheal’a
- Dwójka humanoidów, mężczyzna i kobieta albo jakiś wyrostek. Maszyna została uszkodzona z wyrzutni rakiet. Precyzyjne trafienie rozpruło ładownie. Kiedy się rozbił, strzelec podszedł do maszyny a potem odszedł wraz z drugą osobą. Zacierali za sobą ślady, poszli w stronę pustyni.
- Pieszo?
- z tego co ustaliłem pieszo. Pewnie gdzieś w okolicy mieli ukryty transport.
- Wytropisz ich?
Gdyby wzrok mógł dać w mordę, Zaahr dostałby solidny wpierdol. Pytanie faktycznie obraziło świetnego tropiciela. Popatrzył po swoich kompanach, od kilku minut byli na miejscu katastrofy, lada moment powinien złożyć raport swoim przełożonym. W tym przypadku była to zlecająca zadanie pani Dyrektor.


Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5763
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Tatooine] Bestia

Postprzez Zaahr Dromrahk » 22 Cze 2018, o 23:26

Nastąpiła chwila ciszy między współpracownikami. Anzal i Cheal spoglądali na Zaahra pytającym wzrokiem. „Co dalej?” – mówiły ich twarze. Szef ochrony najwyraźniej czując presje podniósł ręce w obronnym geście i powiedział podniesionym tonem:
- Moment, spokojnie! Muszę to przetrawić… - następnie schował się do wraku grzebiąc w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Luzacko rozsiadł się na jednej ze zniszczonych konsol i wyciągnął z kieszeni komunikator, który położył obok siebie. Następnie sięgnął do kolejnej kieszeni po jego talię kart do Sabaka. Była schowana w specjalnym pojemniku, który miał za zadanie ochronić karty przed nagrzaniem się, zwłaszcza w tym klimacie. Nagrzane karty oznaczałyby zatarcie się wartości kart zaznaczonych podczerwienią na rewersie – małej pomocy do gry z istotami o zerowej adaptacji do życia. W końcu Zaahr był drapieżnikiem, zarówno w życiu jak i w hazardzie – a przynajmniej tak o sobie myślał. Wyjął karty z pudełeczka i zaczął je tasować. Od kiedy pamiętał pomagało mu to myśleć. Jego szwagier był naprawdę okrutnym skurwysynem. Z pewnością znał pazerność Dromrahków, a teraz postanowił dobić Zaahra kolejnym „interesem”. Z drugiej strony jego pozycja jako szefa ochrony dawała mu szansę manipulacji całą sytuacją. Po kilkukrotnym przetasowaniu talii, Zaahr wyciągnął pierwszą kartę i spojrzał na jej oblicze. Była to ujemna piętnastka, zwana potocznie „Złym”.

Soundtrack

Image

Bestia z karty patrzyła na niego z szerokim uśmiechem kusząc swoim obliczem do realizacji najśmielszych pragnień. Zaahr odwzajemnił uśmiech rogatemu potworowi i szybko obejrzał się za siebie przez okno wraku, jakby ktoś zaraz miał przeczytać jego myśli i wydać jego chytry plan, który devaronianin budował, cegiełka po cegiełce. Za oknem dostrzegł Lancera i Młodego, którzy w ciągłym skupieniu przeczesywali wzrokiem teren. „Kiepski dzień na bycie wszystkożercą” – pomyślał. No cóż, zysk dzisiaj był zbyt duży, żeby trzymać przy życiu niepotrzebne jednostki. Devaronianin schował kartę do talii, która następnie wylądowała w pudełeczku. Sięgnął po komunikator i patrząc na konsolę wyświetlającą manifest zadzwonił do dyrektorki. „Kurwa, 60 peggatów” myślał, najwyraźniej będąc w świecie obrzydliwego bogactwa, zdrady i intryg. Z zadumy wyrwał go zimny głos, który przecież znał doskonale. Sam go przecież potrafił sprawnie papugować.
- Rozumiem, że jest pan gotowy do złożenia raportu. Szefie ochrony?
- Tak… nie mam dobrych wieści. Transportowiec został zaatakowany, po pracowniku i po ładunku ani śladu, nie widzimy żadnych tropów… – lepiej było zgrywać idiotę, niech myśli, że wygrała.
- Pan chyba nie rozumie w jakiej sytuacji się pan znajduje. Jest to ostatnia szansa, żeby udowodnić, że ma pan jakiekolwiek kompetencje na to stanowisko. Korporacja nie toleruje nepotyzmu…
„Ciekawe komu ty dałaś, żeby dostać to stanowisko” – pomyślał, nie słuchając dalszego wywodu. Dotarło do niego tylko kilka haseł z rodzaju: „Góra się dowie” i „ładunek ma się znaleźć”.
- Dobrze, zrobię wszystko co w mojej mocy, aby ładunek się odnalazł – Zaahr zerwał połączenie, po czym stanął naprzeciwko konsoli z manifestem.
- Jaki ładunek? – powiedział na głos, po czym finezyjnie sięgnął po swój pistolet blasterowy i strzelił w ekran. Hałas przywołał Cheala i Anzala do środka. Najpierw spojrzeli na szefa, potem na zniszczoną konsolę, z której wydobywał się dym i iskry. Zaahr wskazał im wyjście sugerując, żeby wyszli na zewnątrz.

- Mój stary odwiedził mnie z wizją. Wiecie… moc, Jedi i tak dalej – współpracownicy patrzyli ze zdziwieniem to na siebie, to na Zaahra. Wyglądało na to, że znowu się zgrywał.
- Podyktował mi raport z dzisiejszej akcji. Pewne fakty mogą ulec zmianie, ale szło to mniej więcej tak: po zbadaniu wraku służba ochrony znalazła ślady Grahama Martina i prawdopodobnie jego współpracownika, z którym zaaranżowali napad na transport. Szereg zbiegów okoliczności takich jak niska ochrona ładunku, puszczenie go rzadko uczęszczanym szlakiem i późne poinformowanie służb ochrony sugerują, że zamieszana w to jest Dayame Seylhic, dyrektorka odpowiedzialna za ładunek – w gruncie rzeczy to była prawda. Dyrektorka albo była idiotką, albo od początku była w zmowie. Zaahr znał już ją na tyle długo, żeby skłaniać się ku drugiej opcji.
- Służba ochrony znajduje Grahama Martina w towarzystwie kilku uzbrojonych osobników, zapewne lokalnych przestępców. Jednak nie mają oni ładunku. Dochodzi do wymiany ognia, której konsekwencją jest śmierć dwóch pracowników ochrony Korporacji Czerka – po tych słowach cała trójka najemników spojrzała na Jednookiego Lancera i Jontoma. Młody, zadowolony z siebie pokiwał im i pokazał kciuka, sygnalizując, że u nich wszystko gra. Cheal z uśmiechem odpowiedział mu tym samym, nawet Anzal odważył się na serdeczne uniesienie kącików ust. Gdy Młody odwrócił głowę, mężczyźni automatycznie, bez żadnych emocji spojrzeli z powrotem na Zaahra.
- Graham Martin zostaje śmiertelnie ranny i przed śmiercią wydaje dyrektorkę i hutta Ksorbę, z którym się dogadała. Właśnie rozmawiam z dwoma świadkami tego zeznania. Dalej, tego dnia służby aresztują Dayame Seylhic i umieszczają ją w areszcie. Po przetrzepaniu jej apartamentu znajdują w jej mieszkaniu dowody na kolaborację z Kartelem Huttów. Tego jeszcze nie wymyśliłem... Następnie dyrektorka po krótkiej rozmowie z szefem ochrony wskazuje miejsce ukrycia swojej części ładunku, natomiast w domyśle druga część ląduje u hutta Ksorby. Jeżeli nie macie pytań, to myślę, że powinniśmy być właśnie na etapie wytropienia i dojebania Martina…

Plan był prosty. Nawet korpodupki bały się Ksorby. Zaahr nie znał dokładnej wartości ładunku, ale to musiało być naprawdę sporo, żeby zaryzykować wojnę z huttami. W tej sytuacji nawet Veinad wiedział, że Zaahr ma związane ręce. No bo co mógłby zrobić? Spytać się Ksorby czy ma drugą połowę z tajnego transportu Aurodium? Tak czy siak, hutt kazałby im spierdalać. Z resztą nie był to moment na wprowadzanie tego planu w życie.
Awatar użytkownika
Zaahr Dromrahk
Gracz
 
Posty: 7
Rejestracja: 7 Cze 2018, o 17:42
Miejscowość: Toruń/Gdańsk


Wróć do Zewnętrzne Rubieże