Content

Zewnętrzne Rubieże

[Zygerria] Na ratunek

Image

[Zygerria] Na ratunek

Postprzez Mistrz Gry » 29 Gru 2018, o 22:53

Akcja przenosi się z [LH Duch] - Na ratunek.
Zygerria była nowoczesną i prosperującą planetą. Układy z Imperium Galaktycznym oraz powszechna dostępność taniej siły roboczej robiły swoje. Teraz odzyskiwała swą dawną chwałę. Odnowiono kilka z obozów dla niewolników rozsianych po północnych płaskowyżach. Tak jak przed dziesięcioleciami, barki łowców niewolników powracają na planetę z ładowniami pełnymi świeżego towaru. Zygerriańska Gildia Handlarzy Niewolników wydała rekordową liczbę licencji na prowadzenie łowów. Królowa zarządziła renowację królewskiego pałacu. Poza masową sprzedażą niewolnych robotników dla korporacji górniczych, przemysłowców i agencji rozrywkowych na planetę powróciła również sprzedaż towaru luksusowego. Na mocy prawa Gildia przekazuje królowej najlepszych niewolników z przeprowadzanych łowów. Na dyskretnych aukcjach w bogato wyposażonych lożach sprzedaje się kochanków i kochanki, spełniających każdą zachciankę, wysoce wykwalifikowanych asystentów i asystentki do zarządzania biurami i majątkami, opiekunów i nauczycieli dla dzieci klientów, ochroniarzy i gladiatorów. Agava wyszła z nadprzestrzeni wystarczająco daleko by Caleb mógł wybrać miejsce lądowania. Prócz stolicy miał do wyboru jeszcze kilka lokalizacji. Wyżynę Drukarg pełną obozów łowców niewolników i szemranych biznesmenów. Miasto Midei, w zachodniej hemisferze zamienione w labirynty pełne zagadek i śmiertelnych przeszkód, w których ścigają się ku uciesze turystów specjalnie hodowani i przeszkoleni do tego celu niewolnicy. Czy też Cytadelę Tiryns w prowincji wschodniej pełną tłumów przybyszy spragnionych widowisk na nowo otwartej arenie gladiatorów.

Po drodze miał do pokonania całkiem silne siły obrony planetarnej, może nie dysponujące najnowszym sprzętem ale wystarczającym do zestrzelenia korwety, oczywiście o ile uda im się wykryć niewielki statek. Caleb doskonale wiedział, że Zygerrianie nie przepadają za Jedi i ich kontrola poziomu midichlorianów jest całkiem szczelna. Jednostka wisiała w przestrzeni a jej załoga czekała na rozkazy. Jedi nie wiedział dokładnie gdzie jest obecnie Shiris, ostatnia wizja była głównie przekazem bólu, kobieta została za coś ukarana, ale nie zdołał się z nią skontaktować. Być może była nieprzytomna. Oczywiście można było zaczekać na orbicie, lecz wówczas ryzyko wykrycia przez patrolowce znacznie wzrastało.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6955
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Caleb Quade » 15 Sty 2019, o 00:56

Wyjście z nadprzestrzeni w bezpiecznej odległości od planety pozwalało dograć szczegóły planu... tudzież obmyślić więcej jego koncepcji. Quade miał ich kilka i pod dalej rozgrywające się wydarzenia, zamierzał wybrać najlepszy wariant planu. Lub całkowitą improwizację. Nie widział co przyniesie los, Moc też nie była skora ażeby mu w tym pomóc. Nigdy nie parał się zgłębianiem tej natury Mocy toteż pretensje o brak wskazówek mógł mieć tylko do siebie. Od zawsze przedkładał praktyczne i militarne aspekty Mocy ponad te mistyczne. Teraz się to mściło.
Jedi stał przy stole taktycznym przyglądając się sylwetce Zygerri i zaznaczonym punktom świetlnym, które wskazywały możliwe warianty lądowania. Agava była jednym z mniejszych okrętów w swojej klasie, ale i tak wystarczająco dużym ażeby przyciągać znaczącą uwagę. Brak kontaktu ze strony Shiris był dodatkowym utrudnieniem - Mistrz nie był pewien gdzie zacząć poszukiwania. Komputer pokładowy pokazywał dostępne warianty i spośród nich Caleb postanowił wybrać Cytadelę Tiryns. Nowo otwarta arena gladiatorów musiała przyciągać spore tłumy, a najbogatsi lanniści na pewno chcieli utrzymywać swoich championów w należytej formie. Istniała szansa, że natrafi tam na ślad osoby, której szuka. Co prawda ostania wizja zawierała w sobie pałac i królową, ale nie zdecydowałby się walić prosto do stolicy. Wolał zacząć od środowiska, które w pewnym stopniu było mu znane - na laniu się po mordach znał się całkiem dobrze.
-Plan jest taki panowie. Postaramy się podejść od ciemnej strony planety, możliwie niezauważeni. Jeśli uda nam się przemknąć niepostrzeżenie, wylądujemy gdzieś w okolicach Cytadeli Tiryns. Zakamuflujemy statek i zaczniemy poszukiwania. A jeśli obrona planetarna wykryje naszą obecność, po prostu zrzucicie mnie na planetę w kapsule ratunkowej i zawiniecie się stąd gdzieś w bezpieczną przestrzeń. Pozostaniecie na nasłuchu i w razie potrzeby nadejdziecie mi z odsieczą. Brzmi jak plan, czyż nie? - powiedział do stojących przy nim dowódcy Agavy oraz Brimlocków.

***


Korweta zmierzała rozsądną prędkością w kierunku Zygerri. Korzystając z dobrodziejstw jakie dawał okręt zwiadowczy, niewielka jednostka pozostawała na nasłuchu i korzystała aktywnie z systemów utrudniających wykrycie. Załoga była gotowa do ewentualnego nieprzyjacielskiego przywitania - stanowiska ogniowe były obsadzone ażeby dać w razie potrzeby czas na wskoczenie do kapsuły ratunkowej i desant na powierzchnię planety. Quade raz jeszcze spróbował nawiązać kontakt z zaginioną Jedi:

"Shiris... usłysz mnie... Shiris..."
Image
Image
Awatar użytkownika
Caleb Quade
Gracz
 
Posty: 352
Rejestracja: 31 Gru 2012, o 00:10
Miejscowość: Kielce

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Mistrz Gry » 24 Mar 2019, o 21:12

Minimalna moc silników, wyłączone światła i transpondery, jedynie oddechy oraz ciche szumienie wentylatorów chłodzących systemy zakłócania. W skanerach niewielki okręt był niemal niewykrywalny, chyba ze ktoś miałby powód aby przeszukiwać aktywnie ten kawałek przestrzeni. Planeta była coraz większa, Caleb ze spokojem obserwował zbliżający się ląd. Poprzez moc wyczuwał obecność Shiris, nie wiedział jednak dlaczego nie odpowiadała na jego wezwania. Coś było nie tak.

Dla zwiadowczej jednostki prześlizgnięcie się przez obronę planetarną Zygerri nie było specjalnie trudnym osiągnięciem. Maszyna przeszła przez atmosferę zostawiając za sobą spory ślad termiczny, kapitan zadbał o to by nie był to problem. Długi lot na bardzo małej wysokości z pewnością pomoże zgubić każdy ogon. Po raz kolejny Jedi musiał uznać kunszt i wyszkolenie załogi rebeliantów. Wszystko szło zgodnie z planem gdy nagle z lewej strony pojawiły się gwałtowne rozbłyski.
- Manewry unikowe!!
Okręt szarpnął niemal pionowo idąc w górę, kompensatory przeciążenia zawyły w binarnym języku z intonacją zdecydowanie wskazującą na wulgarną artykulację. Załoga na pozycjach bojowych nie ucierpiała, czego nie można powiedzieć o Brimlockach i Calebie którzy zdecydowanie poczuli potężne szarpnięcie. Kompensatory nie były w stanie wytłumić całego przeciążenia. Do rozbłysków dołączyła fala dźwiękowa i piękne efekty. Zbierający się do kupy jedi mógł podziwiać piękne fajerwerki nad cytadelą. Ktoś nie żałował kasy spalając tysiące kredytów. Agava wyrównała lot i szybko przypadła do ziemi. Byli już blisko.

Stojąca w wąwozie jednostka była praktycznie niewidoczna z powietrza, Z ziemi trzeba było się zapuścić na niezłe odludzie by ją wytropić. Załoga jak zwykle rozstawiła czaty i zabezpieczała okolicę. Brimlocki wraz z Calebem udali się na dłuższy zwiad. Wjazd do cytadeli nie wyglądał na specjalnie trudny, szóstka uzbrojonych po zęby indywiduów mogła jednak wzbudzić niezdrowe zaciekawienie. Caleb uniósł makrolornetkę, strażnicy wyglądali na znudzonych zaś sznur speederów czekających na odprawę był wyjątkowo długi.

"Caleb, nie wytrzymam tego długo... pośpiesz się..."
"Shiris! Gdzie jesteś"
"W lochach... pracowałam dla rodu Tyne... leczyłam gladiatorów... ale oni, oszaleli..."
"Cytadela Tiryns"
"Nie wiem... to tak boli..."

Kontakt nagle urwał się a Caleb miał przed sobą lekko zmartwione oblicze Ferdka.
- Chyba się zawiesiłeś, mamy w zasadzie dwie opcje. Wbijamy pojedynczo i szukamy się w tym burdelu, albo liczymy na farta. Chyba że masz lepszy pomysł?
- Ród Tyne?
- Duża posiadłość w centrum, sporo niewolników i niezła pozycja.
- Skąd to wiesz?
- Biore sporą kasę, lubię być przygotowanym. - Najemnik wzruszył ramionami - mają niezłą reputację, nie zadzierał bym z nimi jeżeli nie musimy. W każdym razie ich posiadłość jest niezłym punktem orientacyjnym, mogli byśmy się tam spotkać.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6955
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Caleb Quade » 14 Gru 2020, o 01:12

Były Mistrz Jedi zastanowił się w duchu. Słowa Shiris wciąż odbijały mu się w czaszce z głuchym łoskotem, gorsze jednak było uczucie bólu towarzyszące słowom. Cierpiała, była na skraju wytrzymałości. Jednak Moc była z nią, zawsze była, zawsze będzie. Wiedział, że wytrzyma. Wiedział, że ją odnajdzie.
-Wiem gdzie jej szukać - mruknął - Odezwała się do mnie. Wspomniała o Cytadeli Tiryns i rodzie Tyne. Tam powinniśmy szukać. Chociaż oczywiście to najbardziej ryzykowne. Ale kto nie ryzykuje... - zakończył retorycznie. Wstał z ziemi i schował makrolornetkę. Obejrzał się na towarzyszy i nakreślił wstępny plan.
- Wjazd do miasta nie powinien być specjalnie trudny, kontrolują każdy śmigacz, ale raczej nie przykładają do tego zaangażowania na miarę Imperialnych. Zdobędziemy śmigacz i wjedziemy do miasta razem. Tam poszukamy informacji na temat rodu Tyne.

Godzinę i dwa trupy później, Caleb wraz z Brimlockami oczekiwał na odprawę w długiej kolejce śmigaczy. Duży, drogi model pomieścił w swoim komfortowym wnętrzu szóstkę najemników i Mistrza. Oficjalnie Quade przedstawiać się miał za łowcę talentów gladiatorów, jednego z Huttów z klanu Besadii. Szukał w jego imieniu nowych gladiatorów na arenę na stacji Hutta Zordo. Naciągane? Może. Do podważenia? A kogo to obchodzi? Nie powinno, tym bardziej, że wraz z podrobionymi dokumentami, przygotowaną mieli zapasową łapówkę dla strażników. Łapówka miała być środkiem ostatecznym, mieli przecież po swojej stronie Moc Caleba. Penetracja znudzonych umysłów, których jedynym pragnieniem było skończenie służby i zalanie się w trupa w podrzędnej kantynie lub wizyta w tanim burdelu, nie stanowiła większego wyzwania. Choć czas dłużył się nie miłosiernie, najemnicy nie dawali po sobie poznać zniecierpliwienia. Ich czujne oczy badały otoczenie, broń mieli w pogotowiu. Były pirat obserwował ich i popalał cygaro. Odkąd na powrót związał się z rebeliantami i zaczął odgrywać większą rolę, rzadziej je palił. Teraz jednak zadanie wymagało wejścia w nową rolę. Przywołał we wspomnieniach, niezliczone, odwiedzone ze swoją starą załogą kosmoporty. Lepsze i gorsze. Porządniejsze i te niechlujne. Przemierzali alejki wspólnie z Lilith, szukając okazji do łatwego zarobku. Lilith... lodowaty nóż poczucia winy przeszył serce byłego Jedi. Smutek i żal za kilka chwil zawładnęły Calebem. Nie ochronił jej. Odeszła. To jego wina. Złe uczucia targał mężczyzną, spychając go niebezpiecznie blisko Ciemnej Strony. Nie raz już balansował na pograniczu mroku. Nie raz z niego korzystał. Czasami zastanawiał się ile dobrego jeszcze w nim zostało. Zaciągnął się mocno zatrzymując dym w płucach na kilka chwil dłużej. Gęsty dym wydmuchał przez nos i przyjrzał swojemu odbiciu szyby bocznej śmigacza. Z odbicia przyglądała mu się złowroga istota z płonącymi jaskrawo, żółtymi oczyma. Widział to odbicie zbyt często. Na szczęście zawsze nad nim panował. Zamknął oczy i stłumił bolesne uczucia. Gdy je otworzył, z odbicia na powrót patrzył na niego Caleb z typowym dla siebie, nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

Zgodnie z przewidywaniami wjazd do miasta nie nastręczył większych problemów. Kiedy wreszcie ich pojazd został zatrzymany do kontroli, w szybie bocznej po stronie pilota, którym był Ferdek, pojawiła się twarz poorana bliznami. Twarz należała do człowieka, ale na pierwszy rzut oka śmiało można było wziąć go za Weequay'a. Rozejrzał się po pojeździe unosząc brwi na widok wyeksponowanej przez Brimlocków broni.
- Rewolucje chcecie wzniecić, do kurwy nędzy? Chyba was pojebało, że was wpuszczę do miasta z tą bronią... - wyrzucił chrapliwie. Caleb wychylił się ze swojego miejsca i spojrzał w oczy strażnika.
- To wszystko do samoobrony. Wiesz jak jest... - rzucił miękko przyjacielskim, sugestywnym głosem - wzrok strażnika stracił na ostrości.
- No... skoro do samoobrony... to każdy może mieć blaster... - rzucił niepewnie. Po agresywnym tonie nie pozostało nawet śladu - Nie ma tu nic godnego twojej uwagi - dodał ciepło Quade. Wzrok rozmówcy znów rozmył się znacząco.
- Nie ma tu nic godnego mojej uwagi... - powtórzył jak echo poorany bliznami mężczyzna - tak... nic ciekawego. Ruszaj dalej - dodał już mniej rozchwianym głosem, dając jednocześnie znam aby ruszali. Pieprzone sztuczki Jedi doleciało Caleba uszu, jednak nie spojrzał nawet kto to powiedział.

Nie niepokojeni przez nikogo dotarli do tymczasowego celu. Kantyna "Sen Gladiatora" nie była ani szemrana, ani też przesadnie popularna. Była tym miejscem, którego potrzebowali. Wesoła kompania Caleba zajęła obszerną lożę na końcu sali. Za plecami mieli ścianę, przed sobą dobry widok na cały lokal i wejście. Przed każdym z mężczyzn stał kufel z lokalnym napitkiem. Quade odpalał właśnie kolejne cygaro, by chwilę później pociągnąć mocno ze swojego kufla. Wyciągnął się wygodnie na swoim miejscu i spróbował odprężyć. Czekali na kontakt.
Image
Image
Awatar użytkownika
Caleb Quade
Gracz
 
Posty: 352
Rejestracja: 31 Gru 2012, o 00:10
Miejscowość: Kielce

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Mistrz Gry » 17 Gru 2020, o 22:05

Jak zatrzymali się pod przybytkiem i wysiedli, najemnicy nie szczędzili wzroku, aby upewnić się o ich otoczeniu. Parking oświetlały pokaźne neony w barwach fioletu i kobaltu. Nie był strzeżony, pojazdy były krzywo poustawiane, zwykle grupami. Te zaś pilnowali bywalcy o wyglądzie świadczącym różnie.
Już na wstępie widać było, że w kantynie stacjonowała jakaś banda lubująca się w niebezpiecznie szybkich i groźnie wyglądających ścigaczach. Jakiś wytatuowany facet bez koszuli w samej kamizelce i wojskowych spodniach wypatrywał ich przybycia z groźną miną. Wyglądał jak zahartowany awanturnik. Zyggerianin słusznej postawy z założonymi rękoma dopatrywał ścigaczy kumpli, ewidentnie niezadowolony ze swojej pozycji, a przy boku dyndał mu w kaburze blaster.
Dalej stał stary transportowiec lądowy, pamiętający chyba jeszcze ostatnią wojnę, zaciągnięty do wożenia jakichś artystów schyłku lat sześćdziesiątych nowej ery. Pojazd był wymalowany w przeróżne graffiti przedstawiające gammę ciepłych barw oplatającą instrumenty muzyczne. Wóz przedstawiaj się tak jakby nie potrzebował ochrony.
Potem paru gapiów i jakieś pojedyncze transportery. Jeden nawet nieco zdezelowany, jakby zebrał serię z ciężkiego blastera. Miał powypalane srogie dziury w tyle. Możliwe że oberwał w silnik, ale w migającym świetle neonów ciężko było z odległości ocenić.

Byli na peryferiach miasta, ocierając się o slumsy. Noszenie tutaj broni było już mniej podejrzane, a świadczyło bardziej o roztropności, a nawet i statusie. Strefa wedle okolicznego prawa dozwalała bardziej doraźne uzbrojenie pośród cywili nie posiadających szczególnych uprawnień. W przeciwieństwie do strefy centrum, o którą się otarli i mieli okazję o kontroli się przekonać.
Budynki tutaj zaś nie były szczególnie wysokie, ani zadbane. Nocą z resztą niewiele można było o nich powiedzieć, oprócz tego, że bezlitosne neony mogły wywołać epilepsję u podatnych bez problemów. Takich na szczęście między nimi nie było.

Weszli, a pierwsze co ich przywitało to smród wiecznie palonego tytoniu zmieszanego z potem. Nie była to jednak speluna. Stoliki były czyste, bar bogaty w repertuar, oświetlenie choć jasne to nie migało w zabójczym tempie, to i oczy mogły odpocząć, a muzyka przyjemna i klimatem wpasowująca się do jakiejś posiadówy w karty o nieniskie stawki. Kelnerki były niewolnicami, o czym świadczyć miała obroża u każdej. Były młode, kusząco piękne, zadbane i to bardzo. Jasne było, że serwują nie tylko drinki, ale na co klienta mogła nadejść ochota. A o taką ochotę widać wdzięcznie się starały.
Z towarzystwa jasnym było dostrzec bandę rajdowców, która zajmowała sobą połowę lokalu. Choć raczej była ich garstka w liczbie ledwie przewyższającej oddział Caleba, to robili hałasu za czterokrotność swojej liczebności. Byli to w całości Zyggerianie, dość młodzi szło zauważyć. Jeden desperat w postaci sullustanina pił w trupa przy barze. Grupka obdartusów grała w karty po drugiej stronie. Jakiś samotny czarnoskóry facet cierpliwie śledził wzrokiem po kelnerkach, jakby nic innego nie miał do roboty. Na jego stoliku leżał, widocznie jego, pokaźny wibromiecz, złożone naramienniki oraz kilka pustych już butelek i zapchana popielniczka. Przy barze pilnował interesu Zyggerianin, niewolnice robiły wszystko za niego, a on tylko wypatrywał czy wszystko miało się jak należy. Szczególnie często przyglądał się grupie rajdowców, Calebowi i zaraz to na grupę swoich ochroniarzy w postaci trójki nikto, grających w karty przy stoliku najbliższym wejścia służbowego. Wyglądali na zaprawionych. Ostatnią grupą była piątka Bithów i jakiś Zabrak. Siedzieli i dyskutowali o czymś, chyba o jakiejś trasie, jaką mieli wykonać. Ci ostatni siedzieli najbliżej Caleba. Zaś wszystkich bywalców, łączyło to, że mieli przy sobie jakąś broń - blaster, czy nóż, albo pałkę. Może nie licząc kelnerek.

Caleb i jego ludzie czekali na kontakt. Ich obecność wywarła wrażenie na barmanie, rzekomym opiekunem przybytku. Caleb jasno wyczuł w nim kłębiący się strach i jakieś podejrzenia. Niezdrowo i to bardzo się przejmował. Co jak co przyszedł z grupką ludzi, pośród których każdy z osobna wyglądał jak zawodowy cyngiel. To mogło zwiastować kłopoty, ale nie musiało.

Kittani dotrze, tymczasem się rozgość w lokalu nim do tego dojdzie ^_^
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6955
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Caleb Quade » 23 Gru 2020, o 16:20

Quade obserwował otoczenie spod pół przymkniętych powiek. Pociągnął z kufla kosztując tutejszego piwa by następnie pyknąć z cygara. Chmura dymu przez chwilę przesłoniła jego twarz. Lokal przyciągnął tego dnia szerokie spektrum dżentelistot. Uwagę byłego pirata przyciągnęła w największym stopniu banda ściagantów i czarnoskóry mężczyzna, gladiator, jeśli oceniać po wyposażeniu. Ci pierwsi mogli przysporzyć kłopotów, jeśli będą szukać zaczepki, drugi zdawał się wpisywać w krąg zainteresowania Caleba, ze względu na fach, który zdawał się prezentować. Koniec końców, Quade poszukiwał świeżej krwi na arenę stacji Zordo, tak przynajmniej mieli myśleć postronni obserwatorzy.
Zachowanie barmana i jego zaniepokojenie nie powinno nikogo dziwić. Miał w lokalu dwie duże grupy potencjalnych rozrabiaków, bandę młodocianych tubylców, którzy zdawać się mogło, okazji do bitki pragnęli równie mocno jak wyścigów śmigaczy w centrum. Druga grupa pod przywództwem Caleba, nawet nie aspirowała do bycia kimś innym niż byli - wyglądali na profesjonalistów w obsłudze broni i ludzi, którzy bez zmrużenia oka pokażą, że przypuszczenia są zgodne z prawdą. Barman zdawał się czuć jak zwierzyna w potrzasku. Trzech ochroniarzy dawało mu jako takie poczucie bezpieczeństwa, ale wiedział, że to może być za mało gdy spodziewany konflikt może zeskalować...
Quade utkwił w nim spojrzenie i musnął delikatnie myślami umysł gospodarza. Przesłał falę spokoju, aby strach, kłębiący się w jego duszy nie wziął góry nad emocjami. Nie potrzebowali tutaj kłopotów, przynajmniej nie tak wcześnie. Aby wzmocnić efekt spokoju przesłany przez Moc, przywołał kuso ubraną niewolnicę-kelnerkę i złożył zamówienie na kolejną kolejkę trunków, zostawiając suty napiwek. Dziewczyna pobiegła do baru aby czym prędzej zrealizować zamówienie, oddając cały napiwek swojemu panu. Gdy kelnerka wróciła do ich loży z pełną tacą, Quade zagadnął:
-Ten tam, jegomość, jest częstym gościem? Wygląda na gladiatora... - zapytał licząc, że uzyska chociaż kilka nowych informacji.
Image
Image
Awatar użytkownika
Caleb Quade
Gracz
 
Posty: 352
Rejestracja: 31 Gru 2012, o 00:10
Miejscowość: Kielce

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Mistrz Gry » 29 Gru 2020, o 10:18

Barman nie od razu pokręcił głową, acz już kiedy to i dobitnie machnął ręką, rzucił coś jeszcze do swoich ochroniarzy, w końcu wybrał się za drzwiczki na zaplecze. Pomóc w tym z pewnością pomógł i napiwek i spokojne zachowanie ludzi Caleba, jak i sama interwencja Mocy. Sami młodociani Zyggerianie zaś byli zbyt zajęci sami sobą, albo chociaż na tyle pojętni by nie zaczepiać nie tych co nie warto.
Sama kelnerka w kusej czarnej spódnicy z wyklejonymi odblaskami na trend jakiejś mody oraz w gorsecie zrobionym z samych sznurków w gamie ciepłych kolorów gęsto i ciasno okalających tors. Dwukolorowe włosy spięte miała w kok na kształt gwiazdy. Żółtoskóra Młoda kobieta przypominała jakąś blisko pokrewną ludzkiej rasie osobę. Ze sztywnym wyrazem twarzy nie wyrażającym w tej chwili zupełnie nic wsłuchała się w słowa gościa, zastanowiła się na moment i odpowiedziała:
- To nasz stały klient. I trafnie zgadł pan, jest on gladiatorem. - Dziewczyna czekała dalej patrząc się na Caleba, czy aby miał ją odprawić, czy może chciał czegoś jeszcze. Wydawała się nieco odstawać od reszty kelnerek w zachowaniu i manierze. Brakło jej tego komercyjnego uśmiechu i doświadczenia.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6955
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Caleb Quade » 4 Sty 2021, o 12:30

Były pirat zatrzymał na kobiecie spojrzenie na trochę dłużej, wsłuchując się w odpowiedź, która potwierdziła jego przypuszczenia. Zastanowił się chwilę i uniósł swój kufel po raz kolejny. Posunął następnie po blacie niewielki napiwek, tym razem przeznaczony tylko dla niej. Ruch wykonał gestem na tyle subtelnym aby nikt z potencjalnych obserwatorów nie domyślił się, co właśnie zrobił. Odprawiał chwilowo dziewczynę, dając też informację, że niebawem znów będzie jej potrzebował. Swoista maniera w zachowaniu, pozwoliła przypuszczać, że trafiła do kantyny niedawno, brak obycia mówił wprost, że stała się niewolnicą równie niedawno. Nietypowy kolor skóry też rodził kilka przypuszczeń. Jeszcze za starego Imperium, rasom innym niż ludzkim, nie żyło się najlepiej. Obcy mierzyli się z wielką pogardą imperialnych urzędników i żołnierzy, hybrydy nie miały wcale lżejszego życia. Przeniósł spojrzenie na gladiatora siedzącego kilka stolików dalej i zwrócił się do swoich towarzyszy.
-Jeśli nasz kontakt ostatecznie się nie pojawi, będziemy musieli pociągnąć ten cyrk z łowcą gladiatorskich talentów. Bez przykrywki, nasza wesoła kompania nie ma szans na dostanie się bliżej centrum, nie wspomnę nawet o dostaniu się w pobliże rodu Tyne... - przyjrzał się po kolei każdemu z Brimlocków. Byli znakomitymi profesjonalistami jeśli chodzi o sztukę wojenną, ale czy okażą się równie dobrzy w infiltracji? Moc nie dawała jasnych sygnałów w tej kwestii. Jednakże Caleb nie tracił rezonu. Echo bólu Shiris kołatało się w nim bez przerwy. Nie mógł jej tutaj zostawić. Już wystarczająco mocną ją zawiódł.
- Jestem otwarty na propozycje i sugestie co do przeniknięcia do rodu Tyne, jednakże, tenże dżentelmen, tu obecny wydaje się dobrym początkiem. Może zechce zagrać w naszym teatrzyku niewielką rolę... - gestem przywołał do ich loży, żółtoskórą kelnerkę. Złożył zamówienie dla bezimiennego jeszcze gladiatora, życząc sobie aby dziewczyna dostarczył dla niego napitek taki jakim do tej pory mężczyzna się raczył i w imieniu Quade'a zaprosiła go do loży rebeliantów.
Image
Image
Awatar użytkownika
Caleb Quade
Gracz
 
Posty: 352
Rejestracja: 31 Gru 2012, o 00:10
Miejscowość: Kielce

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Mistrz Gry » 5 Sty 2021, o 14:30

Podążając wzrokiem po każdym z najemników widział w nich oblicze, które widziało niejedno. Pewni siebie, cały czas gotowi, aby działać. Nie było niczego w ich manierze, żeby wyglądało, że są zupełnie wyluzowani. W zadanej okoliczności w barze zachowywali się swobodnie, ale mimo tego budzili posmak zagrożenia. Z pewnością walczyli zaciekle i skutecznie jak mało kto, ale żaden z nich nie był agentem. Żarty miewali krótkie, dialogi również. Ich spojrzenia mówiły albo nic, albo rzeczywiście to co mieli na myśli. Z pewnością ich muzą była akcja, acz na pewno nie aktorstwo, czy udawanie. Infiltracja jednak mogła mieć wiele oblicz.
- Bithowie zdają się mieć transportowiec. Model pomieściłby i nas i jeszcze byłoby miejsca. Artyści miewają niekiedy poryte gusty. - Odezwał się Jackson, po czym uśmiechnął się, jakby żartował. Ferdek wzruszył na to ramionami i przechylił niewiele z kufla.

Caleb szukając wzrokiem żółtoskórej, trochę powędrował spojrzeniem po lokalu. Dostrzegł sytuację, kiedy inna niewolnica, niebieskiej skóry twileczka wytknęła jej coś paluchem. Stały za barem. Syczała coś do niej, chyba niezbyt miłego, bo w jednym momencie nawet i sam jedi drgnął. Nic takiego się nie stało, no może poza tym co wyczuł w kelnerce, którą chciał przywołać. Trzymany w zanadrzu gniew, skryty gdzieś głęboko. Trawiąca ją pożoga, nie, eksplozja i iście przerażająca żądza mordu. Było za późno by zareagować... acz nic takiego się nie stało. Żółtoskóra na jego oczach przebarwiła się na srebro. Trzymała w ręku szklankę, swobodnie. Jedi już widział oczami wyobraźni jak ta wkomponowuje ją w czaszce tej drugiej. Jednakże jedynie wpatrywała się w twileczkę tak, że ta zrobiła półkroku do tyłu, zatrzymując się na ladzie baru i strącając przypadkiem kufel na podłogę. Huk rozbitego szkła zwrócił uwagę innych gości na scenkę. Niebieskoskóra ze łzami w oczach zamachnęła się, by spoliczkować tamtą. Jej ręka przecięła ledwie powietrze, muskając czubek nosa srebrnoskórej, kiedy do ostatniego momentu wyczekiwała z odchyleniem głowy do tyłu. W tym prostym uniku było tyle pogardy ile tylko wprawiony szermierz pokroju Queada mógł dostrzec.
- Masz to posprzątać! - twileczka jedynie krzyknęła w odwecie, nim szybkim krokiem uciekła na zaplecze. Ta usłuchała, kiwnąwszy niechętnie raz głową i wyszła za ladę by pozbierać szkło, nadal wściekła. Zyggerianie zawtórowali młodej kobiecie wiwatem i tłocznie zebrali się z tej okazji przy barze, jakby zwęszyli coś wyjątkowo ciekawego. Sullustanin z opóźnionym zapłonem ocknął się z pijackiej śpiączki i momentalnie zaczął się coś rzucać do bandy młodzików, jakby to oni strącili mu kufel specjalnie. Widocznie wraz z powrotem ze świata snów załączyła mu się nieśmiertelność.

Caleb zwęszył bójkę, ale nie tylko on. Czarnoskóry gladiator już ruszył. Był spokojny, chyba chciał zapobiec rozróbie. Miecz i naramienniki zostawił na stoliku. Muskularny facet prezentował się groźnie, liczne blizny świadczyły o jego potyczkach, a ledwie widoczna siwizna na równo ogolonej głowie i już głębsze zmarszczki na twarzy prognozowały mu dobre pięćdziesiąt lat. Przy nim zyggeriańskie młodziki wyglądały jak jakieś popierdółki.
Trójka Nikto również zareagowała, jednak ich intencje były jasne jak słońca Tatooine. Najwidoczniej nie mieli jakoś ochoty szczególnie się patyczkować. Elektropałki w ich łapach dźwięcznie się uruchomiły, a trójka dryblasów już miała ruszyć i gonić towarzystwo. Konflikt był chyba nieunikniony.
- Tej Caleb, spójrz tam - Ferdek nagle szeptem zwrócił uwagę, na prawie pusty stolik gladiatora. Dwójka obdartusów co sobie niewinnie grali w karty teraz zwietrzyła okazję i już chcieli ukraść uzbrojenie gladiatora. Trzeci z nich już obstawiał wyjście i wypatrywał, jak ich numer przebiega. Nikt inny nie zwrócił na to uwagi poza czujnymi Brimlockami.
Jedi jednak wciąż mógł czuć tą piętrzącą się nienawiść w kobiecie o podejrzanym pochodzeniu. W Mocy wiedział, że jeśli nie zareaguje w jakiś sensowny sposób natychmiast, to przy barze poleje się jucha. I to syto. Był tego pewien.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6955
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Caleb Quade » 12 Sty 2021, o 16:46

Przebywanie pośród oddziału Brimlocków było dla Caleba jak podróż w czasie. Taki powrót do przeszłości. Znów czuł się jak za czasów pierwszej Rebelii a później wojny z Resztkami Imperium. Był żołnierzem i towarzystwo innych wojaków dobrze na niego wpływało. I chociaż jego oddział bym oddziałem najemników, Quade był pewny, że podczas kilku ostatnich misji udało mu się nawiązać z Brimlockami nić zaufania i porozumienia. Zimni i opanowani, byli zawsze gotowi do akcji. Był pewny, że może na nich liczyć... przynajmniej tak długo jak Rebelia ich opłaca a szanse powodzenia misji są na poziomie gwarantującym zwycięstwo. Uwaga na temat transportowca Bithów była cenną uwagą. Quade miał jednak mieszane uczucia co do jego pojemności. Jeśli sprawy potoczą się dobrze i oprócz uwolnienia Shiris uda im się uwolnić niewolników mogą potrzebować czegoś większego. Na niewolniczym świecie takim jak ten, a szczególnie w rodzie Tyne, który był jednym z potentantów na rynku niewolników, Quade był niemal pewny, że w swojej flocie posiadali statek lub statki zdolne przewieźć na raz większą liczbę pasażerów. Nim jednak będą musieli się tym przejmować, czekała ich jeszcze długa droga. Uśmiechnął się lekko do siebie i przeniósł uwagę na bar, gdyż wydarzenia przy nim mogły mieć niemały wpływ na ich misję.
-Dobrze by było za wczasu zabezpieczyć ich statek... choćby po to żeby właścielom nie przyszło do głowy odlecieć bez nas na pokładzie... - rzucił tylko przyciszonym głosem.

Obsługująca ich kelnerka okazała się być bardziej interesująca niż uprzednio uważał. Z pozoru niegroźna sprzeczka niewolnic, eskalowała w wulkan kipiącej nienawiści i złych zamiarów. Twarz obcej, jeszcze chwilę temu w odcieniu żółci, zmieniła się jak na zawołanie w chłodny, srebrny. Obca krew płynąca w żyłach młodej kobiety, dawała jej więcej niźli egzotyczny kolor skóry. Ciekawość budziły potencjalne możliwości zmiany wyglądu - czy ograniczały się tylko do zmiany koloru skóry, czy może do całkowitej transformacji. Mistrz nie rozmyślał zbyt długo na ten temat. Jego instynkt wyostrzył się w ułamku sekundy, gdy poprzez Moc poczuł mordercze uczucia nieznajomej. Przed oczami miał już wizję tego co się stanie... a raczej mogło stać. Subtelny ruch przy wykonywaniu uniku i to spojrzenie. Niebieskoskóra Twi'lek'anka musiała wyczuć groźbę kryjącą się w spojrzeniu "koleżanki po fachu". Przegrała tę bitwę nim ta dobrze się rozpoczęła. Ucieczka na zaplecze tylko potwierdziła to o czym pomyślał. I choć sprzeczka nie trwała długo, furia kipiąca z kobiety nadal była niemalże namacalna. To co działo się dalej, lub co mogło się stać nie zwiastowało niczego dobrego. Quade chciał za wszelką cenę uniknąć przyciągania jeszcze większej uwagi niźli dotychczas, to też musiał zareagować.

Wizja rozlewu krwi stawała się coraz bardziej realna. Starzejący się weteran areny, już ruszył ku kontuarowi. Quade nie oceniał czy chce dołączyć do bitki, czy też jej zapobiec, chociaż gdyby jednak o zdanie go zapytano, obstawiał by opcję numer dwa. Przemawiał za tym fakt pozostawienia ekwipunku przy stoliku, na który już ktoś chciał się połasić, co nie uszło oczywiście uwadze Brimlocków. Zdecydował, że czas najwyższy na opuszczenie lokalu.
-Przypilnujcie aby te dżentelistoty nauczyły się, że kradzież nie popłaca. Następnie zgarnijcie fanty gladiatora i spotkamy się przed lokalem... - rzucił szybko do najemników dając im wolną rękę. Sam natomiast sięgnął po raz kolejny dzisiejszego dnia po Moc. Zaczerpnął jej do płuc razem z powietrzem głębokim wdechem, zwiększając błyskawicznie swoją wydolność i przyspieszając swe ruchy. Nim jeszcze jego ostatnie słowo wybrzmiało, Caleb nienaturalnie szybko pojawił się już przy całej barwnej grupce istot. Chwila, on był szybszy czy czas zwolnił? Przypuszczalnie nikt nie mógł tego dostrzec ani odpowiedzieć na to pytanie.
Były pirat uśmiechnął się szeroko, rozłożył ramiona jeszcze szerzej i przemówił donośnym głosem:
- Przyjaciele, przyjaciele... wieczór jest taki piękny... chyba nikt nie chce żeby to się zmieniło... prawda? - mówił spokojnym tonem, lekko zabarwionym nutką skrywanej groźby. Roztaczał wokół siebie aurę podobną, co ton głosu - spokój podszywany dozą pewnej groźby i strachu. Potoczył spojrzeniem zimniejszym niż lodowiec Hoth po zebranych. Spojrzenie na dłuższą chwilę zatrzymał na czarnoskórym gladiatorze, łącząc to z lekkim ukłonem. Widział w nim sojusznika w rozwiązaniu nadchodzącego konfliktu.
Image
Image
Awatar użytkownika
Caleb Quade
Gracz
 
Posty: 352
Rejestracja: 31 Gru 2012, o 00:10
Miejscowość: Kielce

Re: [Zygerria] Na ratunek

Postprzez Mistrz Gry » 13 Sty 2021, o 13:24

Bithowie siedzący przy dalekim stoliku mrugnęli razem, jakby się umówili. To z lekkiej konsternacji. Nie dostrzegli, kiedy kolejny mężczyzna dołączył do grona, acz każdy z nich myślał osobno, że to tylko on nie dopatrzył zadanej okoliczności. Dalej obserwowali sytuację, bardziej przejęci faktem, czy aby nie nadszedł już moment by nie schować się pod stół. W końcu na co komu zabłądzony strzał z blastera?
Reakcja byłego jedi była nagła szybka i... w tym wypadku cholernie skuteczna. Wszyscy w tym pijany sullustanin zwrócili ku niemu oczy, a potem ku kelnerce i tak raz jeszcze. Otóż jedyną osobą, która dostrzegła niemalże w pełni jego przybycie okazała się domniemana kelnerka, której reakcja była najbardziej gwałtowna z pośród reszty. Na szybki ruch odskoczyła od stłuczonego szkła niby spłoszone zwierzę, wpadając tym samym pod nogi jednemu z zyggerian. Z zaciśniętymi zębami i pięściami łypnęła na niego błękitnymi nietypowymi oczyma. Nietypowymi, bo z widoczną dodatkową błoną ochraniającą oczy, jak u jakiegoś gada. I nietypowymi, bo jak tylko wymienili spojrzenia doszło do niespodziewanej wymiany porozumienia.
Caleb z miejsca dostrzegł, że miał do czynienia z mocowładną, acz z całkowitą pewnością że niewyszkoloną pod kątem mocy, gdyż ujrzał również jej nagłe zmieszanie faktem, że zdołali się ze sobą porozumieć w inny, niekonwencjonalny sposób. Jej mordercze zapędy, gdzieś zniknęły. Nim ta się wycofała, Caleb o tyle jednak usłyszał, że z łatwością zabiłaby tutaj całą tę gromadkę ćwoków i że musiała uciec i ratować swoje dziecko. Fizycznie nie powiedziała nic, a jej skóra przebarwiała się z powrotem, teraz Quade z bliska i przy bardziej innym świetle mógł być pewien, że na piękny złoto podobny kolor.
Zyggerianin pomógł jej wstać, korzystając z okazji, aby chwycić ją w pas. Zabrał ją od zbieraniny i rzekł coś, że pozbiera za nią te szkło i żeby lepiej czmychała, bo może się zrobić nieprzyjemnie gorąco. Caleb już wtedy czuł, że największy kryzys został już zażegnany, pozostała tylko grupka urażonych młodzieńców, pijany kierowca zdezelowanego pojazdu i trzech nadgorliwych wykidajłów. Tych ostatnich zatrzymał gladiator, który uprzednio uraczył Quade'a serdecznym spojrzeniem w ramach niemej zgody odnośnie powstrzymania burdy. Nikto zatrzymali się. Nie zapowiadało się na natychmiastowe rękoczyny. Część z zyggerian jednocześnie zmalało. Ewidentnie z ulgi, odsunęli ręce od podręcznych broni przy bokach. Niektórzy jednak czekali tylko na sygnał, aby zacząć bójkę. Calebowi został tylko kłopotliwy pijak i pojedynczy napuszony młodzik, który chyba żądał satysfakcji. Były jedi widział to w jego nagrzanych od adrenaliny oczach.

- Na czym ja to! - krzyknął pijany sullustanin, bo rzeczywiście coś mu umknęło. W końcu i on z jakiegoś powodu spojrzał na nowego gościa w otaczającym go towarzystwie. - Ach tak! Wisisz mi piwo obsrany sierściuchu! - zwrócił się ku najbliższemu z tubylców i sięgał za blaster, chyba chciał typa zwyczajnie odstrzelić. Wspomniany sierściuch zaś chciał wymienić uprzejmości pięścią nim ten miał zdążyć sięgnąć po broń.

Tymczasem ekipa Quade'a nie próżnowała. Jakby nie patrzeć nie było ich już w lokalu. Musieli czekać na zewnątrz. Wyciszony komunikator Caleba piknął tylko raz, spodziewał się, że z informacją od Brimlocków.
Ferdek:
Jesteśmy przed lokalem. Mamy graty. Tamtej trójce daliśmy nauczkę, ale chodzić mogą, nie będą się naprzykrzać. Czekamy.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 6955
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02


Wróć do Zewnętrzne Rubieże

cron