Content

Archiwum

[Korriban] Orbita planety

[Korriban] Orbita planety

Postprzez Mistrz Gry » 8 Mar 2014, o 14:10

Od kilku standardowych godzin prom desantowy " Sentinel " wisiał na orbicie Korribanu, w oczekiwaniu na przybycie Wielkiego Inkwizytora. Dziesięciu doborowych szturmowców, na których czele stał sierżant SI-5174-TH, ale wśród swoich towarzyszy znany jako Kyle. Przydzielono ich do ochrony jakiegoś inkwizytora. Wśród szturmowców i zwykłych żołnierzy inkwizycja nie cieszyła się popularnością. Krążyło o nich zdanie marnujących czas i kredyty na walkę z baśniami i legendami, których nikt nie widział w galaktyce od wieków. Kyle zresztą sam nie wiedział po co oni istnieli. Dodatkowa niechęć brała się również z faktu, że zachowywali się niezwykle odpychająco i pompatycznie, jakby sami stali na czele imperium. Kyle nie mógł zrozumieć, jakim cudem wspaniały imperator Daala mógł tolerować ich jeszcze. Zresztą zdanie sierżanta podzielało wielu innych żołnierzy, a z całą pewnością jego drużyna. Zebrana była z najlepszych żołnierzy wielu specjalizacji. Był tu snajper Kano, który na strzelnicy osiągał wynik 11/10, znawca materiałów wybuchowych Expo, czy chirurg Skalpel. I wszyscy mieli takie same, niezbyt miłe zdanie o inkwizycji. Ale co zrobić, rozkaz to rozkaz.
" Z nadprzestrzeni wyszedł prom Wielkiego Inwizytora. Przygotujcie się do lądowania "
Rozkaz to rozkaz.


****

Naturalnym zachowaniem myślących istot była obawa przed tym, czego nie znają lub nie potrafią zrozumieć, więc Tzim zachowywał się zupełnie zdrowo, obawiając się Sithów. Choć zapewne jego wiedza na temat ich, jak i jedi była rozległa, nie mógł wiedzieć wszystkiego. Nie mógł wiedzieć, że agresja była dla Sithów jedynie środkiem do zyskania całkowitej świadomości mocy, że nie byli tacy słabi i ślepi jak jedi, którzy bali się własnej siły i potęgi. Ale to przemyślenia na kiedy indziej.
Pogrążonego we śnie Tzima obudziło ciche pukanie do drzwi jego osobistej kajuty.
- Wyszliśmy z nadprzestrzeni Sir, prom Sentinel z żołnierzami prosi o współrzędne miejsca lądowania.
Do inkwizytora należała kwestia gdzie zacznie swoje śledztwo. Najbardziej wchodzącymi pod uwagę miejscami mogły być ruiny akademii Sithów, sąsiadująca z nimi wioska, której mieszkańcy zgłaszali niepokojące wydarzenia lub pradawne grobowce Lordów. Mogli też wylądować na całkowitym uboczu, by nie rzucać się w oczy miejscowym.
- Jakie rozkazy ?
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5410
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Korriban] Orbita planety

Postprzez Tzim A'Utapau » 12 Mar 2014, o 19:14

- Sentinel, bardzo miło was widzieć - powiedział Inkwizytor ciepłym, przyjaznym tonem. - Wylądujcie kilometr na wschód od wioski, prześlemy koordynaty. Oczekuję gotowości do inspekcji. Niech dowódca wyznaczy dwóch z drużyny, każe im zdjąć pancerze i przebrać się w cywilne stroje. Doradzam wziąć ze sobą pozytywne nastawienie do życia, bowiem ta planeta, to pomnik śmierci.
Tzim miał już gotowe plan działania, słowa odprawy, pytania zadawane mieszkańcom wioski oraz kolejne kroki zależne od warunków poprzednich.
Poprawił płaszcz z materiału Zeyd, dociągnął ciasne rękawice i stanął w progu drzwi, z których wysuwała się rampa. Żołnierze tego nie rozumieli i nie szanowali, ale prezencja była w tym fachu naprawdę ważna. Oficerowie Prawdy musieli robić wrażenie, gdziekolwiek się zjawiali. Dobre, złe, budzić sympatię lub niechęć, wydawać się miłymi albo pozbawionymi skrupułów, bez różnicy. Punktem oparcia były emocje, to za ich pomocą mogło się manipulować otoczeniem. Człowiek poddający się emocjom, wbrew powszechnemu przekłamaniu, to człowiek przewidywalny, podążający dokładnie tam, gdzie jest kierowany. Tzim wiedział, jak kontrolować myśli ludzi i nie miało to związku z Mocą.
W zwykłych okolicznościach nie tylko dałby się eskorcie we znaki, ale nawet celowo zostawił po sobie obraz znienawidzonego drania. Drużyna była jednakże nieliczna i zapewne dobrze zgrana, a przynajmniej jednomyślna w ocenie położenia i spójna w poglądach. Kontrolowanie dziesięciu dobrze wyszkolonych zabijaków, którym ustępuje się fizycznie, nie mogło polegać na czystej dyscyplinie i autorytarnych wymuszeniach.
Palpatine nie władał Galaktyką za pomocą samej siły.

Gracz Tzim A'Utapau przenosi się do tematu [Korriban] Powierzchnia planety
Image

Postacie archiwalne:
Image
Image
Tau z Lakonów - stoczniowiec, infant Fondoru
Sate Nova (ERG 1212) - imperialny gwardzista
Asa-Lung - zmiennokształtny
Korjak z Malastare - Feeorin, windykator Czarnego Słońca
Awatar użytkownika
Tzim A'Utapau
Gracz
 
Posty: 1588
Rejestracja: 4 Lis 2010, o 20:34

Re: [Korriban] Orbita planety

Postprzez Tzim A'Utapau » 29 Gru 2014, o 02:56

Gracz Tzim A'Utapau przenosi się z tematu [Korriban] Powierzchnia planety

Tzim nie był człowiekiem, czy raczej Morellianinem, którego paraliżowała porażka. Brak oczekiwanych (i uzasadnionych w tejże sytuacji) wyjaśnień w całości zrekompensowała mu uniwersalna flota, której potencjał czuł w koniuszkach palców. Bedzie trzeba zająć się sprawą Korriban, poddać ją analizie. Gdy (jeśli) znajdzie się na to czas. Priorytety jak zwykle były dynamiczne. Najpierw rozkazy i misja na Rubieży, później Utapau, na samym końcu Korriban.
Gwiezdny Niszczyciel, jak sama nazwa wskazywała, okręt, który z założenia miał być zdolny do opanowania całego gwiezdnego systemu, był fetyszem Inkwizytora. Kochał ich klinowate kształty. Specjaliści od technobełkotu zwykli wskazywać szereg słabości ISD. Tzim najchętniej by ich zdezintegrował. Co za głupstwo. Nie istniało doskonalsze dzieło istot myślących.
Człowiek stający na mostku Gwiezdnego Niszczyciela czuł się panem wśród gwiazd. W stałej służbie Imperium były tysiące takich okrętów. Żadnemu nie umniejszało to w ich wyjątkowości. Każdy zdolny do orbitalnego bombardowania. Każdy posiadający kontyngent myśliwców, kroczące machiny. ISD były czymś więcej, niż okrętami. Były dosłownie mobilnymi bazami, zresztą fabrycznie dostosowanymi do tego, by w razie konieczności osiąść na powierzchni planety i stać się fundamentem pod standaryzację świata.
Dać podobną potęgę szaleńcowi, a dziesiątki tysięcy istnień były narażone na zagładę.
Dać podobną potęgę głupcowi, a nieopatrzny rozkaz mógł zamienić w kosmiczny pył dowolną kosmiczna stację, bazę lub cofnąć nierozwinięty technologicznie świat do epoki kamienia, a jego mieszkańców sprowadzić do roli bezimiennego, niewolniczego planktonu.
Dać Gwiezdny Niszczyciel Tzimowi, oznaczało pozwolić mu... cóż, na to, co ktoś zrobić musiał, a co on szczerze i prawdziwie lubił. Plus powyższe.
Za szybą transportowce sunęły ku sobie, ułożywszy się w dwie linie tworzące perspektywę nazywaną w malarstwie żabią. Wraith leniwie wleciał w centrum szyku, za nim Nebulony i Lancery. Te ostatnie jednak wyprzedziły niszczyciel; jeden znalazł się nad mostkiem, dwa bardzo nisko, jak płozy śnieżnego skutera do poruszania się po planetach o klimacie Hoth. Symetrię zaburzył Strike Cruiser Sloth. Dziwna nazwa, pomyślał Tzim. Dziwna nazwa dla okrętu.
- Skoordynujcie skok. Bez pośpiechu, kochani, bez pośpiechu.
Arcydiuk Utapau rozsiadł się w fotelu kapitana. Nie miał zamiaru zajmować go długo. Już wkrótce wszyscy na pokładzie Wraitha będą mieli okazję się przekonać, że Inkwizytor nie jest standardowym oficerem. Po pierwsze, należało wyznaczyć prawdziwego kapitana. Arcydiuk nie miał zamiaru iść w zawody z liniowymi oficerami. Umiał zarządzać, ale większość kwestii chciał oddać w ręce pierwszego. Do tego potrzebował też adiutanta. Stary, zwariowany Jedi znalazł się na Taris. Tzim musiał znaleźć sobie godnego, interesującego i inteligentnego aide-de-camp. Najlepiej kobietę. Choćby ze względów estetycznych. Jak być dobrym adiutantem mógł nauczyć każdego. A ładnej buzi i krwistego temperamentu nauczyć się nie da, to należało do cech wrodzonych. Po trzecie - kapuś. Trzeba było wyczuć, kto będzie sprawnym donosicielem, szpiegiem wśród załogantów. Tutaj Tzim był gotów nawet na pewną mobilność pionową. Uprawnienia Inkwizytora pozwalały mu teoretycznie zdegradować dowolnego podwładnego pod zarzutem wyników w badaniach midichlorianów.
Tak, to był dobry plan na spożytkowanie czasu podczas podróży w nadprzestrzeni. Zapozna się z załogą. Najpierw z aktami, a później z ludźmi z krwi i kości. A'Utapau lubił tę kolejność. Poznać człowieka na papierze i w rzeczywistości, to dawało ciekawy kontrast.
- Bez pośpiechu - powtórzył Tzim do siebie, układając w głowie mowę do zgrupowania okrętów, które już w myślach nazywał Grupą Zeyd, zamykanego właśnie przez modularny krążownik. Nie zwracał uwagi, czy ktokolwiek na mostku go słyszy. Oczy mu błyszczały, gdy gwiazdy z punkcików stawały się rozmazanymi liniami.
Flota wskoczyła w nadprzestrzeń z charakterystycznym szumem hipernapędu, którego zresztą nie dało się usłyszeć w czerni kosmosu, a który zaświszczał w głowach wszystkich na pokładach międzygwiezdnych jednostek. Dźwięk, który nie istniał, a który wszyscy znali. Czy to normalne? Są takie dziwaczne przyzwyczajenia, z których nie warto się leczyć. Bo są zabawne.
- Bez pośpiechu. - Tzim położył czarne rękawiczki z syntskóry na oparciu fotela. Zakręcił dłonią w niezrozumiałym geście i pogładził pieszczotliwie unoszonego na repulsorowcach zdalniaka DS, tak jak głaszcze się z sympatią zwierzęta. Łącznościowcy patrzyli na niego nieco zmieszani, a niektórzy zapewne rozbawieni. Nawigator zdawał się przerażony. Tzim zanotował sobie z tyłu głowy, by poszukać mu zastępstwa. Nie potrzebował tchórzy. - Bez pośpiechu. Postęp i tak jest nieunikniony.

Co do NPCów: kapitana/pierwszego ISD, adiutanta i kapusia - mogę ich machnąć sam w następnym poście, mogę przyjąć takich, jakich mi dasz, możemy się tym podzielić.
Image

Postacie archiwalne:
Image
Image
Tau z Lakonów - stoczniowiec, infant Fondoru
Sate Nova (ERG 1212) - imperialny gwardzista
Asa-Lung - zmiennokształtny
Korjak z Malastare - Feeorin, windykator Czarnego Słońca
Awatar użytkownika
Tzim A'Utapau
Gracz
 
Posty: 1588
Rejestracja: 4 Lis 2010, o 20:34

Re: [Korriban] Orbita planety

Postprzez Mistrz Gry » 9 Sty 2015, o 20:42

Podczas gdy niewielka eskadra leciała w nadprzestrzeni, adiutantka dostarczyła Arcydiukowi holopad z danymi dotyczącymi misji. Na wstępie pojawił się wyraźny komunikat "ściśle tajne" by płynnie przejść w stosunkowo ubogą informację o celu misji.
Pierwsze wzmianki o zielonej planecie pochodziły z czasów Republiki. Wywiad a konkretniej odkrywcy zainteresowali się planetą już ponad 100 lat temu. Pierwsze sondy wykryły cywilizację na poziomie rozwoju pozwalającym na podbój kosmosu. Kolonizacja i nawiązanie kontaktu zostało odłożone, a misja odkrywcza ruszyła w dalszą drogę. Zanim zostały uruchomione procedury do nawiązania kontaktu wybuchły Wojny klonów. O planecie zapomniano na długie lata.
Kolejne zapisy pochodzą z okresu świetności imperium. Ścigana przez Imperialne służby porządkowe piracka jednostka została przechwycona i zestrzelona w rejonie zielonej planety. Piraci wylądowali na powierzchni w ich ślady poszła Imperialna korweta. Na tym urywają sie raporty otrzymane przez centralę. Wysłana na odległe rubieże sonda potwierdziła zniszczenia na planecie oraz wraki obu jednostek. Planeta miała zostać dokladniej zbadana jednak po wejściu w atmosferę sonda uległa awarii i przesyłała jedynie sygnał lokalizacyjny który po krótkim czasie również się uwał. Zanim zdecydowano o wysłaniu sił pacyfikacyjnych miały miejsce wydarzenia związane ze zniszczeniem drugiej Gwiazdy Śmierci. Pozbawione imperatora imperium pogrążyło się w wojnie domowej. Dopiero w kilka lat po odbiciu Coruscant przez Siły Imperialne i ustabilizowaniu sytuacji w centrum galaktyki można było wznowić działania kolonizacyjne i odkrywcze na szeroką skalę. Sondy zwiadowcze wykryły podwyższone promieniowanie w okolicach sektora UTH-24536 po dokładniejszym zbadaniu okazało się że jeden z układów został skolonizowany przez bliżej nieznaną cywilizację. Lokalizacja odpowiadała wcześniejszym informacjom o Zielonej planecie. Wysłana załogowa misja badawcza zaginęła i nie udało się nawiązać z nią kontaktu. Wysłane na poszukiwania statki zwiadowcze natknęły się na pojedyncze jednostki kosmiczne. Unikając walki dokonano zwiadu który wykazał istnienie zaawansowanej cywilizacji. Jak również rzadkich minerałów i kryształów. Misja powróciła do przestrzeni imperium bez nawiązywania kontaktu.
- I tu rozpoczyna się pańska misja Panie Tzim, Z racji zaawansowania Nowej cywilizacji zdecydowano że kontakt musi nastąpić przez demonstrację imperialnej potęgi i wysłanie zręcznego negocjatora. - Hologram planety został zastąpiony przez wizerunek samego imperatora. - Nie potrzebujemy pokoju z tą cywilizacją i z łatwością możemy ją zgnieść. Jednak jeżeli uda się panu załatwić sprawę pokojowo zyskamy kolejny lojalny świat wspierający nasze idee. Przede wszystkim musi pan wynegocjować dostęp do bogactw planety, potrzebujemy skanów i dokładnych badań geologicznych. Sądząc po pobieżnych raportach na planecie może występować minerał kilkukrotnie efektywniejszy od diatium. Pańskim zadaniem jest zdobyć dostęp do złóż w ten czy inny sposób.
Nagranie zakończyło się pozostawiają Arcyiuka przez chwilę w kompletnej ciszy sam na sam z jego myślami. Rozmyślania przerwał dowódca eskadry.
- Znajdujemy się jeden skok od celu. Decydujemy się na ostrożne podejście i skok na granicach układu czy też skaczemy nad zieloną planetę? - Oficer wyglądał na służbistę i weterana. Jego spokojna twarz nie zdradzała emocji. - jeśli mogę doradzić proponuję zachować ostrożność. Jednak decyzja należy do pana.
Hologram delikatnie zamigotał. Oficer oczekiwał na odpowiedź.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5410
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Korriban] Orbita planety

Postprzez Tzim A'Utapau » 10 Sty 2015, o 00:41

Krążownik uderzeniowy Sloth. Pokłady maszynowni.

- Słyszałeś o naszym dowódcy?
- Niewiele. To ponoć jakaś szycha z Biura Bezpieczeństwa.
- Nie, nie z Biura. Z wywiadu. Jakiś tytułowany z Utapau.
- Utaupau?
- Utapau. Planetka na Odległej Rubieży. Dostaję relację z pierwszej ręki. Mam kuzyna na stanowisku ogniowym Wraitha, a ten zna jedną łącznościowiec na mostku, bo spotykał się z jej siostrą. Ta siostra z kolei...
- Faktycznie z pierwszej ręki.
- Same fakty. Kuzyn przesyła mi ciekawostki wewnętrznym kanałem.
- W Nadprzestrzeni? Hahaha. Baju, baju.
- Kontaktowaliśmy się przed skokiem, durna Bantho.
Dwaj mechanicy-konserwatorzy zrobili sobie przerwę. Wyszli z kanału pełnego poplątanych przewodów, iskrzących się złączy i plastalowych rur. Pierwszy, mający kuzyna na niszczycielu, był pobrudzony smarem. Drugi, sceptyczny żółtodziób, świecił rażącą żółcią nowiutkiego kombinezonu. Obaj usiedli na rozmontowanej płycie, odłożyli hydroklucze, wzięli się za pałaszowanie syntetycznych kanapek wydawanych za symboliczny debikredyt w mesie. Popijali niebieskim mlekiem.
- Mamy dobre dwie godziny na test bezpieczników - powiedział pierwszy z pełnymi ustami.
- Ano. Moglibyśmy się w tym czasie wziąć za zgłoszonego TIE.
- Moglibyśmy.
Minęło parę chwil w milczeniu. Mechanicy się zaśmiali. Wolne żarty.
- No i co ci powiedział ten kuzyn?
- Mike. Ma na imię Mike - zaznaczył brudny mechanik, ponieważ uważał to za istotne dla sprawy.
- Jasne. Więc co ci powiedział Mike?
- Że w jego ocenie nowy dowódca to porządny człowiek. Mike zna się na ludziach.

Gwiezdny Niszczyciel Typu Imperial II Wraith. Górne pokłady.

Wysoki Inkwizytor Tzim A'Utapau był najprawdopodobniej jedyną osobą w Galaktyce, która uważała za konieczność przejrzenie akt wszystkich osób przydzielonych do jego misji. Inni uznaliby to za szaleństwo. A przynajmniej podjęcie próby samobójczej z nudów.
Arcydiuk otrzymał zwierzchnictwo nad, liczył w pamięci, ponad czterdziestoma pięcioma tysiącami istot myślących, a ponad pięćdziesięcioma czterema tysiącami jeśli uwzględnić także ludzi na pokładach pięciu fregat, lotniskowca i transportowców. To tak, jak gdyby nagle został wybrany burmistrzem kolonii, szefem placówki badawczej gdzieś na krawędzi Galaktyki, zarządcą księżyca w Regionie Ekspansji albo administratorem dyplomatycznej stacji na Wewnętrznej Rubieży.
Oczywiście Inkwizytor nie próbował poznać życiorysu dosłownie każdego na pokładzie niszczyciela czy pozostałych okrętów. Ograniczył się do wyższych oficerów, ściślej od porucznika wzwyż oraz ludzi kluczowych według subiektywnej oceny; w przypadku Tzima byli to okrętowi psychologowie, z których jednego zresztą miał zamiar przenieść na mostek, by stale obserwował otoczenie; do tego dowódcy eskadr myśliwskich, dowódca desantowy, specjalista od propagandy, oficer naukowy, szef ochrony i jeszcze paru załogantów niekoniecznie cenionych na wojskowych szczeblach, a użytecznych dla wywiadu, zatem i Inkwizycji. Do tej ostatniej grupy Wysoki Inkwizytor liczył tłumacza, ksenobiologa, organicznego specjalistę protokolarnego oraz administratora kwater cywilnych. Na uwagę zasłużył sobie także kierownik logistyczny, odpowiedzialny za hangary oraz magazyny, główny mechanik i oficer broni.
Teraz, zakończywszy pracę z aktami, Tzim spacerował korytarzem niszczyciela. Spacerował to dobre określenie. Przechadzał się wzdłuż durastalowych ścian krokiem zadowolonego człowieka podziwiającego piękną pogodę i cieszącego się świeżym, rześkim powietrzem.
Wraith żył. A Tzim czuł, że żyje wraz z nim.
Wraith miał tysiąc sześćset metrów długości. Wziąwszy pod uwagę liczbę pokładów, wędrówka po okręcie mogła się ciągnąć kilometrami. Tzim czytał kiedyś tajny raport o młodziutkiej Lady, osobiście wyszkolonej w tajnikach Mocy przez Dartha Vadera, której ulubionym zajęciem było właśnie bieganie po pokładzie gwiezdnego niszczyciela w towarzystwie oswojonego drapieżnika.
Jak się nazywała ta Lady*? Nie pamiętał.
Mała Lady, ciemna Jedi. Musiała być skrajnie irytująca dla kadry oficerskiej - ludzi, którzy poświęcili życie flocie, którzy nierzadko pochodzili z rodzin z tradycjami, a zostali zmuszeni, by słuchać rozkazów podfruwajki z emocjonalnymi problemami. Pod tym względem Tzim miał z nią coś wspólnego. Podobnie jak ona, wyszedł poza system.
Vornskr. Jej pupilem był Vornskr, to Tzim pamiętał, zainteresowało go stworzenie. Czuły na Moc drapieżnik z planety Myrkr byłby doskonałym ogarem na smyczy inkwizycji. Lady dostała go w prezencie od Darha Vadera, gdy dołączyła do Pogromu Jedi w pierwszych latach istnienia Imperium. Wyjątkowo wredny prezent, ponieważ drapieżne Vornskry nienawidziły użytkowników Mocy, instynktownie uważały ich za ofiary. Relacja między dziewczyną a bestią była skomplikowana. Z jednej strony zwierzę dało się oswoić i uznało wyższość ciemnej Jedi. Z drugiej reagowało podejrzanie, gdy intensywnie korzystano przy nim z Mocy. Tzim skrupulatnie prześledził temat i zyskał dostęp do nagrań z niszczyciela, którym dowodziła Lady. Mimo tak wielu lat, doskonale pamiętał dwie sceny.
Pierwsza: młoda Lady w czarnym kombinezonie, z mieczem świetlnym u pasa, bawi się ze śmiertelnie niebezpieczną bestią niczym z pluszakiem. Vornskr piszczy i charczy, podgryza swoją panią, obnaża zęby, wije się, skacze radośnie jak szczenię. Lady łapie pupila za kark, a są niemal równego wzrostu, przewraca go na ziemię i śmieje się jak mała dziewczynka, drapie go po brzuchu. Farsa - ciemna Jedi wykonująca egzekucje na zdrajcach Imperium bez mrugnięcia okiem, rozbrojona w zabawie. Tzim uznał to za jej słabość i był pewny, że jeśli kiedykolwiek otrzyma rozkaz pozbycia się Lady, uczyni to właśnie poprzez wykorzystanie jej emocjonalnej luki, niedojrzałości. Mimo wszystko, Imperium służyli tylko ludzie - dżentelistoty o kruchej psychice. Nawet Sithowie mieli swoje upodobania, słabostki, ambicje inne, niż związane z Mocą.
Scena druga: Lady zamyka Vornskra w sąsiadującej kajucie, specjalnie dostosowanej do jego potrzeb. Zwierzę leniwie przechodzi długość pomieszczenia, kładzie się na kojcu, w kącie, drzemie. Lady w tym czasie siada przed pulpitem w sali obok, wyłącza ekrany, przygotowuje się do medytacji na repulsorowym fotelu. Zdejmuje buty, podciąga kolana pod brodę, kuli się. Tzim ogląda nagranie i rozumie. Lady nie czuje się komfortowo w swoim uniformie. Nie lubi zapachu syntskóry, nie lubi wszechogarniających niszczyciel czerni, bieli i szarości. Udaje kogoś, kim nie jest, bo tego wymaga jej pozycja, to cena, którą płaci za władzę.
Lady nie lubi medytować, widać, że cierpi. W tle słychać kanał radiowy Holonetu. Tzim rozpoznaje audycję, to nieistniejąca już stacja Nowa Chandrila. Wywrotowe hasła, szybka muzyka, dziwny wybór na wyciszenie w transie Jedi.
Lady zaczyna medytację. W tym samym czasie druga kamera, w kajucie Vornskra, rejestruje nagły ruch. Vornskr wyraźnie coś wyczuł. Schodzi z posłania, skrada się, znika z pola widzenia. Wie, że jest obserwowany przez urządzenia, a w trakcie polowania chce zostać niezauważony. Potrafi oszukać kamery. Pojawia się nagle, atakuje. Podczas zabawy Vornskr wydawał z siebie dźwięk podobny do szczeku i mruczenia. Teraz nie słychać nawet szelestu. Natura obdarzyła go doskonałym zmysłem cichego zabójcy, kiedy chce, porusza się bezdźwięcznie. Vornskr z zimną krwią drapie durastalowe drzwi, wbija pazury w podłogę i potężnym skokiem rzuca się na metalową zaporę, której żadną miarę nie ma szans staranować. Mimo tego uparcie próbuje, pada, wstaje, skacze, kaleczy się, ale nie ustaje; zrobi wszystko, by dostać się do znienawidzonego źródła Mocy, do swojej pani. Z pyska leci mu krwawa piana, grzbiet sinieje od stłuczeń, łapy zostawiają na pokładzie czerwone plamy. A wszystko dzieje się wciąż bez jednego dźwięku. Szał Vornskra jest wyrachowany, a nie dziki. Chłodna, opanowana nienawiść. Tzim uważa, że to piękne.
Lady kończy medytację, w tej samej sekundzie zwierzę się uspokaja. Lady zagląda do Vornskra, nie była świadoma zajścia. Widzi ślady na drzwiach, widzi krew, więc ogląda nagrania z kamery. Jest przerażona. Trudno jej się dziwić. Gdyby nie zamknęła kajuty, zostałaby rozszarpana na kawałki, jak sztuka mięsa. Pół godziny wcześniej czuła się przy potworze bezpieczna. Teraz czuje się bezbronna. Odruchowo dotyka rękojeści miecza.
Od tego dnia zwierzę spędzało większość czasu w izolacji.
Lady nie mogła pozbyć się Vornskra. W ten sposób musiałaby przyznać, że się go boi. Darth Vader nie tolerował słabości. Z podobnych powodów Tzim nie pozbył się Derriphana. Trzymali się w szachu, w niepewności, kto tak naprawdę jest właścicielem, a kto zwierzęciem. Vornskr przestał być maskotką dziewczyny. Stał się jej koszmarem.
Nie ma już młodej Lady. Nie dożyła nawet standardowej pełnoletności. Nie ma Vornskra. Nie wiadomo, co się z nim stało. Jest Tzim. Żyją tylko w jego pamięci. Prawdopodobnie nie istnieją już także nagrania z niszczyciela. Tzim lubi o sobie myśleć, iż jest żywym pomnikiem Imperium. Nośnikiem trwalszym niż Holokamera.
Inkwizytor szedł wolno, stukał butami o czysty pokład korytarza; pomachał oszczędnie acz uprzejmie mijanemu technikowi ze skrzynką pełną narzędzi. Parę metrów dalej zza zakrętu wyłonili się szturmowcy. Nawet nie zasalutowali. Tzim nie miał im tego za złe, nie mogli znać jego osoby, a nie nosił żadnych oficerskich emblematów. Wieść o nowym dowódcy już dawno obiegła okręt, ale jego aparycja nie była jeszcze znana.
Arcydiuk wszedł do turbowindy, w której zastał odzianego na szaro niskiego oficera z flimsiplastowym notatnikiem. Nucił coś pod nosem. Być może imperialny marsz.
- Przepraszam, to mój poziom - mruknął pretensjonalnie oficer, gdy turbowinda się zatrzymała.
- To ja przepraszam. - Tzim odsunął się na bok i przepuścił szarego człowieczka. Zastanowił się, kimże w ogóle jest ten przechodzień.
Przy okazji postanowił, że pewnego dnia sprawi sobie Vornskra. Choćby po to, by szczuć nim nieuprzejmych ludzi.

Niekanoniczne losy nastoletniej Lady, Darth Beyre, można prześledzić w archiwalnych numerach zinu Esensja.


Gwiezdny Niszczyciel Typu Imperial II Wraith. Mostek.

Choć wyjątkowo skupił się na cywilach, Tzim nie umniejszał wojskowym. Wręcz przeciwnie. To armia i flota były filarami Imperium. Ale jego obecna misja, przynajmniej z założenia, miała polegać na nawiązaniu kontaktu z obcą cywilizacją. Gdyby chciano ją po prostu podbić lub zniszczyć, wysłany zostałby ktoś inny, a nie Oficer Prawdy. W tej sytuacji specjaliści od języka, dyplomacji, fizjologii obcych, historii i kultury mogli być równie użyteczni, co turbolaserowe działa. Arcydiuk nie widział powodu, by ograniczyć się do działań klasycznych dla flot systemowych. Personel, który otrzymał, miał w sobie ogromny potencjał, którego zwykle kapitanowie nie potrafili wykorzystać lub nie mogli, ponieważ nie mieli na to dość czasu - dowodzenie niszczycielem samo w sobie było absorbujące. Tzim nie był ograniczony klasycznym protokołem. Nie musiał niczego udowadniać, był też zwolniony ze strachu o własne stanowisko - przynajmniej w tym zakresie. Nikt go nie oceniał jako kapitana, nie szukał awansu, nie musiał się starać, by dobrze wypaść wśród kadry, nie czuł się w obowiązku, by nawiązywać z załogą jakiekolwiek prywatne lub służbowo-socjotechniczne relacje. Wszystko co robił, służyło wydajności, a nie zaspokajaniu socjalnych potrzeb.
Z tej perspektywy Wysoki Inkwizytor był lepszym dowódcą niż oficerowie liniowi, bardziej elastycznym. W bitwie być może nie wykazałby się równą sprawnością, co komandor z dwudziestoletnim doświadczeniem, jednak w przedsięwzięciu ocierającym się o misję badawczą - był doskonałym wyborem.
Czarny zdalniak DS3 zakończył oblatywanie wszystkich stanowisk na mostku Wraitha. Po twarzach załogantów widać było, że droid ich denerwuje i krępuje. Zaglądał im w konsole, robił zdjęcia, czasami skanował biometrycznie. Przyzwyczają się. Przyzwyczają się do tego, że niczego nie mogą ukryć, że nie powinni nawet próbować.
Zdalniak błysnął diodą i wrócił na ulubioną pozycję, za lewe ramię Inkwizytora.
Tak, Tzim czuł się właściwą osobą na właściwym miejscu. Tylko dlaczego kazano mu poświęcać cenny czas na byle cywilizację?

***


Zastanowił się nad tym pytaniem. Dlaczego?
Jeszcze w czasach Palpatine'a zajmował się różnymi sprawami, ta nie była najdziwniejszą w jego karierze. Jednakże wtedy, przed dekadami, podobne rozkazy miały przynajmniej dwa dna. Dowództwo nad grupą taktyczną było li tylko przykrywką. Podobnie jak wizytowanie przedstawicieli rządów planet i inspekcje w sprawach wdrażania idei Nowego Ładu.
Oficjalne polecenia szły jednym kanałem. W skrócie zawierały streszczenie misji i wytyczną, by dostosować się do wszystkich rozkazów Inkwizytora. Specjalne instrukcje dla oficerów lub wysokich urzędników kolejnym - najwyżsi rangą byli informowani na tyle, na ile istniała konieczność. I znów - kazano im bezwzględnie słuchać Inkwizytora. Trzecią warstwę rozkazów znał wyłącznie Tzim, odpowiedzialny teoretycznie tylko przed samym Imperatorem, a w praktyce jeszcze przed Wielkim Wezyrem i Radą Imperium.
Czasem w takiej układance, w rzeczonych warstwach, chodziło o zaginionego przed laty Jedi. Trudno w to uwierzyć (i nawet nie byłoby komu, bo dane nie wychodziły poza najlepiej wtajemniczonych agentów wywiadu), ale Palpatine naprawdę potrafił nakazać blokadę całej planety, ponieważ otrzymał przesłanki, że na jej powierzchni ukrywał się Rycerz Jedi z czasów Starej Republiki. Gubernator, monarcha, sam moff - mogli co najwyżej ucałować Tzima w dłoń. Rodziło to tysiące konfliktów, przepychanek, cichych animozji. Próbowano trzymać go z dala od lokalnych brudów i korupcyjnych układów. Na wieść o przybyciu Inkwizytora do układu sprzątano biurka, segregowano dokumenty, wynajmowano Łowców Nagród. Robiono wszystko, by Tzim jak najszybciej wykonał zadanie i odleciał. Pewien gubernator dostał przed pięćdziesięcioma laty krwotoku z nosa na widok Arcydiuka wysiadającego z promu.

***


A'Utapau uśmiechnął się do wspomnień.
Teraz nie ma Jedi, a Inkwizycja z budzących respekt, mrocznych sylwetek w cieniu Imperium stała się urzędniczą machiną kontrolną. Zniknęli z kronik okrutny Antinnis Tremayne, charyzmatyczny Jerec, bezemocjonalna Hydra. Sam Tzim był właściwie inkwizytorem już tylko z nazwy i uprawnień, zajął się polityką. Zgubił nawet swój świetlny miecz.
Mimo wszystko, kiedyś były lepsze czasy. Tarkin niszczył planety, bo miał taki kaprys. A gdy ktoś wspomniał o sądzie, tylko się groteskowo uśmiechnął tymi dziwacznymi, przebiegłymi ustami. Darth Vader żelazną ręką trzymał polityków za gardło. Na wszystkie gwiazdy galaktyki, nie istniał nikt bardziej majestatyczny i budzący grozę. Thrawn przyprawiał o dreszcze badawczym spojrzeniem inteligentnych, czerwonych oczu. Niczego, zupełnie niczego nie dało się przed nim ukryć.
Tak. Lepsze czasy. Jak to się mawia... bardziej cywilizowane.


***


- Bardziej cywilizowane.
- Słucham? - Tzim odwrócił się do nowej adiutantki, Chissanki o trudnym do wymówienia imieniu, którą wszyscy na niszczycielu wołali dla uproszczenia Ellmerą. W rzeczywistości nazywała się Ellmer'eede'thaianą. Według wiedzy Tzima o Chissach, trzon imienia w Basicu powinien więc brzmieć Meredeeth lub Meredeth. I tak też ją nazywał. Nie wiedział, czy zrobiło to wrażenie na nowej adiutantce. Przypuszczał, że tak. Nawet jeśli, nie dawała tego po sobie poznać.
- Powiedziałam: mogą być bardziej zaawansowani, niż się spodziewamy. Może nawet mają bliski standardowemu poziom technologiczny. Wyższy, niż wynikało to z raportu. Podobno są już gotowi do podróży wewnątrz układu. Ciekawe, ile lat ich dzieli od wynalezienia Hipernapędu.
- To mało istotne. Dane wywiadu są potrzebne przed rozpoczęciem misji. Teraz i tak nie ma odwrotu.
Przez chwilę do uszu Tzima docierała jedynie symfonia urządzeń pokładowych, oddechy oficerów i świsty zdalniaka.
- Mogę zadać pytanie, sir? - zawahała się Chissanka.
- Zawsze.
- Dlaczego właśnie ja? Są lepsi kandydaci na tym okręcie, również wyżsi stopniem. Dlaczego to mnie wytypował pan, sir, na asystentkę?
- Lepsi? Czyżby? Znasz cztery języki, sztukę walk Echanich, specjalizujesz się w psychologii. Ponadto byłaś prymuską akademii. Preceptorzy określili cię jako "niewyobrażalnie zdolną, ale trudną w obyciu. Zimną, ambitną i niebezpiecznie oddaną pokręconej praworządności, dziwnemu kodeksowi, prawdopodobnie związanemu z mentalnością gatunku".
- Nie wiedziałam o tym - Meredeth zapewne by parsknęła, gdyby nie fakt, że jej nie wypadało.
- Służyłaś na superniszczycielu. Byłabyś pierwszym oficerem, a zdegradowano cię za stałe krytykowanie dowódcy. Prawdopodobnie miały też na to wpływ twoje płeć i pochodzenie. Jak widzisz, z mojej perspektywy byłaś najlepszą kandydatką.
- A fakt, że jestem Chissanką, miał wpływ na pańską decyzję?
- Tak - przyznał szczerze Tzim. - Twoje korzenie pozwalają domniemać, że odnajdziesz się w kwestiach protokolarnych.
Tzim odczekał kilkoro uderzeń serca.
- Wiem, czego chcesz, Meredeth. To jasne jak dwa słońca Tatooine. Chcesz własnego okrętu. I ja ci go gwarantuję po tym zadaniu, jeśli wywiążesz się ze swoich obowiązków w sposób godny kapitana. Zadanie zlecił nam sam Imperator. Wiesz, co to oznacza?
- Wielkie kłopoty, jeśli nawalimy?
- Tak. I żadnych podziękowań, jeśli nam się uda. Tak się gra o najwyższą stawkę.
- Gdy z panem rozmawiam, sir, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszystko, co mówi się o Inkwizytorach, jest mniej warte od funta kłaków Wookiego.
- Cieszy mnie to, co mówisz, Meredeth. Naprawdę. Dziękuję.
- Nie ma za co, sir. Tego pan chciał. Bym wyrażała poglądy.
- Tak, właśnie tego chciałem. Możesz odejść. A, Meredeth jeszcze jedno.
- Tak?
- Jak powiedziałem, służ mi dobrze, a czeka cię własny okręt. Służ mi źle - a ten mundur będzie twoim ostatnim. Rozumiesz?
- Tak, sir. - Chissanka kiwnęła głową i poprawiła emblemy. Jej twarz była niebieska i zimna. Oczy czerwone... i tak samo zimne. Może pośpieszyła się ze swoją wesołą oceną.

***


Na mostku dało się odczuć podniecenie. Cel był coraz bliżej.
- Po wyjściu z Hiperprzestrzeni wypuśćcie demonstracyjnie połowę eskadr myśliwskich ze Slotha. Niech przyjmą zgrabny szyk.
- Czy to ich nie wystraszy? - zdziwiła się Meredeth.
- Mam nadzieję - odpowiedział bez zastanowienia Tzim.
- Działając w strachu, obcy mogą być nieracjonalni. Mogą zadziałać instynktownie, zacząć się bronić - zauważył sceptycznie komandor Massimo.
- Wtedy im pokażemy, że nie są w stanie tego zrobić. Im szybciej sobie uświadomią, że muszą się nam podporządkować, tym lepiej.
- "Niech się nas boją, byleby słuchali?" - adiutantka uniosła brwi. - Mało finezyjne.
- "Niech nas nienawidzą, byleby się bali" - poprawił Tzim.
- Okrutne.
- Uczciwe. I w gruncie rzeczy mieszkańcy tej planety mają szczęście. Mogli ich znaleźć Huttowie, mogli stać się ofiarami najazdów kosmicznych piratów, mogli natknąć się na jedną z setek brutalnych cywilizacji. A staną się częścią Imperium. Otrzymają sprawdzone, sprawiedliwe prawo, gubernatora w całości oddanego sprawie, standard edukacyjny i społeczny. Zapewnimy im skok technologiczny i nadamy sens ich istnieniu. Damy im cel. Choćby wydawał się pozornie błahy, będzie elementem niezbędnym w Imperium. Małym, malutkim trybikiem, ale jakże potrzebnym. Nowy Ład, kochana. Zastanawiałaś się kiedykolwiek nad tym sformułowaniem? Ład. Porządek. Przeciwieństwo chaosu.
Adiutantka zamilkła, nie podjęła dyskusji. Tzim umiał rozpoznać, że wcale nie zamyśliła się nad jego wywodem. Udawała, że rozmyśla. W rzeczywistości miała własne poglądy na sprawę. Dobrze. Właśnie takiego doradcy potrzebował. Z wątpliwościami, a nie ślepo podążającego za przełożonym.
- Wierzysz w to, Wysoki Inkwizytorze? Że to najlepsze, co mogło ich spotkać? - komandor Massimo był bliski drwiny.
- Radzę, byś sam też w to uwierzył, komandorze. Trudno jest kogoś przekonać do racji, w którą się nie wierzy. A poza tym...
Tzim A'Utapau postąpił krok do ściany widokowej i skrzywił się z pobłażaniem. Nie wiadomo tylko, czy względem obcych, czy swoich.
- Mając gwiezdny niszczyciel na orbicie, można uwierzyć we wszystko.

***


Grupa Zeyd skoordynowała ostatni skok do Zielonej Planety. Tzim posłuchał rady oficera i nakazał, by wyjście z nadświetlnej odbyło się w odległości, którą złośliwi i znający historię Galaktycznej Wojny Domowej nazywali "Atakiem na Hoth". Podówczas złe wyczucie admirała Ozzela pozwoliło Rebeliantom na ewakuację. Zbyt bliski skok, oprócz tego, że był niebezpieczny z powodów interdykcyjnych, działał jak głośny alarm na większość czujników. Zbyt daleki zmuszał do żmudnej podróży w podświetlnej - znów, dawał spore pole obronne.
Tym razem wyjście w stylu Hoth wydawało się rozsądne. Niech mieszkańcy Zielonej Planety zauważą wychodzące z nadprzestrzeni okręty, niech mają czas, aby je przywitać. To nie była inwazja. Komandor Massimo miał rację, ostrożność była wskazana.
- Nadajcie sygnał - powiedział Tzim do grupy oficerów łącznościowych. - Powiedzcie im...
Uśmiechnął się ponownie. Bez emocji. Dosyć groteskowo.
- Powiedzcie im, że przybywamy w pokoju.


NPC:

  • Ellmer'eede'thaianą - czyli Meredeth. Chissanka, podporucznik, adiutantka Tzima. Od teraz nieformalnie trzecia najważniejsza osoba w misji.
  • Komandor Massimo - dowódca eskadry, człowiek. Siwy brodacz w sile wieku, idol wielu członków załogi. Faktyczny dowódca Wraitha.
  • Terry i Pratch - dwaj mechanicy na pokładzie Slotha z dziwnym poczuciem humoru. Lubią syntetyczne kanapki.
  • Mike - kuzyn Pratcha na stanowisku ogniowym na niszczycielu. Właściwie nie wiadomo, czy naprawdę istnieje.
Image

Postacie archiwalne:
Image
Image
Tau z Lakonów - stoczniowiec, infant Fondoru
Sate Nova (ERG 1212) - imperialny gwardzista
Asa-Lung - zmiennokształtny
Korjak z Malastare - Feeorin, windykator Czarnego Słońca
Awatar użytkownika
Tzim A'Utapau
Gracz
 
Posty: 1588
Rejestracja: 4 Lis 2010, o 20:34

Re: [Korriban] Orbita planety

Postprzez Mistrz Gry » 12 Sty 2015, o 21:14

Smugi zamieniły się w gwiazdy.Eskadra wyszła z nadprzestrzeni znacznie poza zasięgiem ewentualnej tarczy planetarnej czy też stacji bojowych - o ile takie znajdowały się nad zieloną planetą. Nie minęło kilka minut a już z przestronnych trzewi "slotha" wyleciały dwie szóstki imperialnych myśliwców formując patrole krążące dookoła niewielkiej grupy bojowej.

Akcja przenosi się na [Zewnętrzne Rubieże] Glassraghey
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5410
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02


Wróć do Archiwum