Content

Karty odrzucone

Oueh

Oueh

Postprzez Gweek » 26 Mar 2017, o 17:39

1. Nazwa postaci:
Oueh

2. Rasa:
Abyssin

3. Profesja:
Więzień – niewolnik

4. Data i miejsce urodzenia:
Byss, Zewnętrzne Rubieże

5. Usposobienie (ukryte przed resztą graczy):
Zdeprawowany, do szpiku kości, zły, o zniszczonej psychice kanibal, zdolny zjeść wszystko, nawet amputowane, własne kończyny lub inne części ciała, byle tylko przeżyć lub zaspokoić ciągle nienasycony głód. Przetrwanie oznacza ciągłą walkę z samym sobą, zregenerowanie ciała na tyle, by wytrwać kolejną porcję tortur, zaserwowanych mu przez swoich oprawców i jednocześnie strażników. Podświadomie korzysta z Ciemnej Strony Mocy, by wzmocnić i przyspieszyć proces zdrowienia. Napędzają go negatywne emocje, czerpie siłę z nikczemnych uczynków, roztaczając dookoła mroczną aurę. Żądny zemsty, agresywny i porywczy Abyssin szuka możliwości ucieczki lub dosłownego odgryzienia się swoim właścicielom – uzurpatorom. Poznał Basic oraz huttese na tyle, ile można poprzez słuchanie, choć go nie używa, tylko warczy i pomrukuje w swoim ojczystym języku. Prawie zapomniał jak wygląda normalne życie poza niewolą, tak jak i swoją przeszłość. Jest na tyle zdesperowany, że co jakiś czas nieudolnie targa się na własne życie. Zdolności regeneracyjne jego organizmu stały się przekleństwem i powodem niedoli, w jakiej się znalazł. W istotach żywych widzi tylko niebezpieczny, chodzący pokarm. Zachowuje się jak bestia… w zbyt małej klatce.

6. Wygląd:
https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/73 ... 710486.jpg
Mocno przygarbiona, mierząca około 160 centymetrów sylwetka, pokryta wypłowiałą skórą w dwóch odcieniach, bardziej zielona, niż brązowa. Ciało jest okryte strzępami grubego materiału, a po kolorze można wywnioskować, że był to kiedyś koc lub jakaś płachta, a teraz to tylko kawałek szmaty. Z dziur zaimprowizowanego i rozoranego różną bronią ubrania, wystają szczupłe, długie i trójpalczaste, acz chwytne kończyny. Skóra wygląda na popękaną, wysuszoną i wyliniałą, choć dalej mocno opina wątle, skarłowaciałe - i wychudłe ponad miarę - ciało swego właściciela. Pod wydatnym, łysym jak reszta cielska czołem, znajduje się przekrwione oko o żółtym kolorze tęczówki, umiejscowione na środku „twarzy”. Natomiast pod nim jest szczątkowy nos skrywający nozdrza, a jeszcze niżej, nad brodą, są spieczone usta. Nieliczne połamane zęby, które nie zostały do końca wybite, wystają z otworu gębowego i są czarnawe. Z ust wydobywa się potworny smród zepsutych zębów, zgniłego czy wręcz rozkładającego się ciała.

7. Umiejętności (ukryte przed resztą graczy):
- regeneracja ciała – postać nauczyła się wzmacniać tę zdolność poprzez nieświadome wykorzystywanie Ciemnej Strony Mocy, czerpie ją ze źródła jakim są jego własne, negatywne uczucia, wspomnienia i aura, jaka otaczała znęcających się nad nim strażników, gdy metodycznie katowali i okładali go czym popadnie - czyli wszystkim, co znalazło się w zasięgu rąk.
- walka wręcz – własnymi kończynami uzbrojonymi w pazury i posługiwanie prymitywną bronią (maczugi, włócznie, kije itp.)
- znajomość basic’a i huttese
- sztuka przetrwania (polowanie, tropienie, rozpalanie ognia, przetrwanie w głuszy/dziczy)

8. Ekwipunek (ukryte przed resztą graczy):
- brak

9. Widoczny ekwipunek:
- dziurawa szmata/płótno okrywające łyse ciało

10. Majątek (ukryte przed resztą graczy):
- brak

11. Historia (ukryte przed resztą graczy):
Oueh urodził się jako 19 członek plemienia, żyjącego na pustynnej planecie Byss. Liczebność społeczności mocno spadła po krwawej, ale udanej obronie terenów wokół oazy, gdzie żyła i egzystowała od kilku pokoleń. Według tradycji - pokonane i okaleczone osobniki mogły dołączyć do zwycięskiej watahy, powiększając uszczuplone szeregi w zajadłej, brutalnej i często krótkiej bitwie na totalne wyniszczenie lub pożarcie. Pozostali przy życiu, szybko regenerowali swe ciała, integrując z resztą, stając się częścią plemienia. Plusem takiego obrotu spraw było niewątpliwe mieszanie i powiększanie puli dostępnych genów. Owocem takiego właśnie związku był Oueh. Dorastał dosłownie pod czujnym i troskliwym okiem rodziców w tych, wydawałoby się ekstremalnych warunkach dla innych myślących dżentelistot. Wyższe uczucia takie jak miłość, zaufanie i troska o współplemieńców występowały rzadko, zdominowane przez bezwzględną chęć dalszej egzystencji, lecz nie zostawało to dostrzegane przez obserwatorów przylatujących na ten niegościnny i oddalony od cywilizacji świat. Inaczej wymarłaby cała populacja planety. Określani przez łowców niewolników jako prymitywny, brutalny i zacofany lud. Kanibalizm był na porządku dziennym, a wynikało to z braku pożywienia lub słabszych łowów na guanty. Każde źródło substancji odżywczych było na wagę aurodium i nic nie mogło się zmarnować, nawet ciało brata, matki czy ojca - musiało stać się prędzej czy później posiłkiem.
Z upływem czasu plemię rozmnażało się, a młode osobniki uczyły wszystkiego, by przetrwać na powierzchni planety, spiekanej żarem dwóch słońc – Byss i Abyss. Dorastając do dorosłości Oueh był najstarszym z młodego pokolenia. Nie istniało coś takiego jak dziedziczność sprawowania władzy. Przywódcą był najsilniejszy osobnik stada – Uye.
Średniej wielkości grupy Abyssinów, liczące trzydzieści, do czterdziestu istot, wędrowały po powierzchni planety w poszukiwaniu pożywienia i źródeł życiodajnej wody. Odłączały się one od pobratymców ze względu na ograniczoną nośność danego ekosystemu. Było tak od zawsze, odkąd wyewoluowała i opanowała tą planetę rasa Abyssinów. Jedna z takich nomadycznych grup natrafiła na plemię Oueh’a. Rozgorzała walka na pazury, kamienie, kły, dzidy, inne prymitywne i ostre narzędzia mordu.
Grendu – bothański handlarza z układu Tarsunt, na sowicie opłacone zlecenie samego Jabby, miał sprowadzić na Tatooine pewien "gatunek egzotyczny". Był w swej branży ekspertem, znanym ze względu na niezwykłą skuteczność. Osobliwe życzenie najbardziej wpływowego szefa imperium przestępczego w Galaktyce, miało stać się wręcz rozkazem dla zielonoskórego. Towarem i zachcianką był osobnik rasy Abyssin. Nie było to czymś wyjątkowo trudnym dla przedsiębiorczego Grendu. Najęci przez niego najemnicy, nie ryzykowali utraty kogoś z załogi. Naprowadzili jedno z plemion na drugie i poczekali, aż walki wejdą w schyłkową fazę. Spadając z nieba niczym meteoryt, zarzucili sieci, na okaleczone lub walczące istoty, nim te się rozpierzchły. Kilku szczęściarzy, dostrzegło w porę nieznany obiekt, pospiesznie oddaliło się z pola walki. Pech chciał, że jednym pośród pojmanych lub porażonych wiązką z broni jonowej Abyssinów był Oueh. Oprychy obezwładniły swe ofiary i zapakowały do klatek, jak jakieś niebezpieczne zwierzęta. Nie znali dokładnie fizjonomii obcych, tym bardziej ich żarłoczności. Podczas długiego lotu nadprzestrzennego, zaczęto zmniejszać drastycznie racje żywnościowe pojmanym. Dochodzić zaczęło wśród więźniów do walk i aktów kanibalizmu. Załoga frachtowca typu Barloz dostrzegła źródło rozrywki i zaczęła robić zakłady, napuszczając na siebie obcych dla zabicia czasu. Z parunastu Abyssinów pozostało pięciu osobników rasy męskiej – bo w tyle klatek wyposażono frachtowiec. Oueh przeżył, ale jego ojciec nie. Byli w jednej klatce, razem z osobnikiem z innego plemienia. Nie miał szans w starciu dwa na jeden. Gdy ekstremalny głód wziął górę, doszło do walki. Pomimo zażartej i zaciętej walki, ojciec poddał się w pewnym momencie, choć zdobył znaczącą przewagę. Górę wzięła świadomość o przetrwaniu gatunku i po części instynkt rodzicielski. Starsi muszą kiedyś odejść, stając się posiłkiem młodszych. Matka poległa podczas zaciekłej napaści.
Załoga uznała, że tylu niewolników im wystarczy, by prócz nagrody za okaz, zainkasować znaczny bonus w postaci kredytów ze sprzedaży doskonałego „materiału na gladiatorów”. Grendu wybrał Oueh’a ze względu, że był w najlepszym „stanie” ze wszystkich pojmanych Abyssinów. Prezentując przed Jabbą, wyliczył wszystkie niewątpliwe zalety i umiejętności stwora, co do każdej jednej. Okrutny Hutt szybko zapomniał o zleceniu i aż nazbyt ucieszył się z niezapowiedzianej wizyty Bothanina. Postanowił zamknąć go w lochu, co jakiś czas wywlekać na środek sali audiencyjnej i publicznie kazał torturować pechowca. Prócz dostarczenia rozrywki Jabbie miało to na celu ukazanie losu spiskowców, którzy szemrają za plecami Hutta. Monotonność wreszcie przezwyciężyła pomysłowość i przemyślność w zadawaniu bólu Ouech’owi, zresztą boss przestępczego półświatka, co rusz dostawał bądź zamawiał dla siebie kolejne „uciechy”. Był jeszcze niepokonany Rankor… lub odwiecznie głodny Sarlacc, czekający na pustyni.
Tak mijały dni i miesiące spędzone w ciemnej, ciasnej celi. Popadając w niepamięć, był coraz mniej katowany i regularniej karmiony. Przed śmiercią właściciela pałacu, był dręczony dla rozrywki jedynie przez wydawałoby się bezmózgich Gamorreańskich brutali, ale przeżył i to.
Popłoch wywołany brakiem gospodarza ogarnął również lochy posiadłości. Gdyby nie głupota strażników i brak odgórnego nadzoru nad nimi, więźniowie pomarliby z głodu. Nie jest trudno nakłonić do otwarcia drzwi celi przez otępiałych osiłków, stosując oszustwo lub obiecując cuda na Gamorreańskim „kiju”. Wystarczyło, że fakt o śmierci Jabby Desilijic Tiure się rozszedł po katakumbach. Towarzysze niedoli Abyssina zdołali uciec i rozpiechrznąć się po pałacu. Po drodze otwierali zajęte przez innych cele. Uwalniani niewolnicy przyłączali się hurtem do buntu. Znaczna większość z nich zdołała zbiec na wolność. Anarchia i bezprawie przeniosło się z pałacu do nielicznych miast planety.

Pierwsza wersja dalszych wydarzeń :
Queh zajął jedną ze zdewastowanych, spalonych i ograbionych do czysta chałup, z potężnym kompleksem podziemnym. Posilił się lekko nadgniłymi truchłami czwórki humanoidów. Pozostały jedynie białe kości rozrzucone w podziemiach. Była to jego baza wypadowa. Mordował i pożerał wszystkich, którzy wkroczyli do jego pieczary. Stan ten nie trwał zbyt długo, gdyż posiadłość była na uboczu miasta i w pewnym momencie brakło śmiałków do penetrowania opuszczonych domostw. Przymierając głodem, postanowił napadać w nocy na niczego nie spodziewających się przechodniów-mieszkańców ogarniętego chaosem miasta. Bezdomni i żebracy ginęli pierwsi, a ich spadek populacji zaczęto postrzegać przez pryzmat „ciężkich i niespokojnych czasów”, choć ciał nigdy nie znaleziono. Zaginięcia w niewyjaśnionych okolicznościach zdarzały się nader często. Do ataków dochodziło co jakiś czas, bo całe ciało dla jednego Abyssina wystarczało na kilkanaście – dwadzieścia kilka dni. Nie musiał zużywać energii na wędrówki i polowania tak, jak po rodzinnej Byss. Otrzymane rany podczas krwawych mordów w Mos Eisley goiły się na bieżąco. Ślady krwi zasypywał piaskiem i kurzem, który łapczywie siorbał wilgoć, nieważne skąd pochodziła. Znikały całe istoty, ich ubiór i dobytek. Zamaskowane skrzętnie podziemia siedziby skrywały istne skarby, z których nie potrafił skorzystać, ani nie wiedział do czego służyły.
Obudził go stłumiony wybuch. Schowany w swej kryjówce postanowił przeczekać i wychynąć z zaskoczenia na napastników. Był to trzyosobowy patrol szturmowców przeczesujący opuszczone, często, gęsto zabarykadowane miejsca, do ponownego zasiedlenia lub konfiskaty majątku martwych właścicieli. Imperium postanowiło wedrzeć się i rozciągnąć swe władanie nad Tatooine, korzystając z „bezkrólewia” i wojen między Huttami o schedę po królu przestępczego półświatka. Atak był połowicznym sukcesem. Jeden z żołnierzy padł martwy, drugi zabezpieczający wejście zwyczajnie nawiał i wezwał posiłki, a trzeci wpakował wibroostrze w bebechy napastnika i wyzionął ducha na skutek skręconego karku.
Ranny schował się w swojej kryjówce i rozpoczął dobieranie się do swoich zdobyczy. Nie spodziewał się, że znów ktoś go zaniepokoi w tak krótkim czasie. Nie zdążył nawet dobrze zatrzeć śladów. Minęło mało czasu do pojawienia się imperialnego wsparcia. Liczył na przeczekanie całej sytuacji w całkowitej ciszy i ukryciu. Ślady jasno wskazywały, gdzie skrył się napastnik. Szturmowcy nie do końca wiedzieli z jakiego typu wrogiem się spotkają, więc broń ustawiono na zabijanie.
Z kilkoma dziurami w brzuchu, padł on na ziemię. Został przetransportowany do kostnicy, do czasu przeprowadzenia śledztwa. Pierwszy raz na oczy widzieli takiego stwora, nie wiedziano czym lub kim dokładnie był. Śledztwo trwało, a Queh zdążył odnowić swe ciało, powstał i nadgryzł jedno z leżących obok ciał. Próbując wydostać się z chłodni, zaalarmował personel garnizonu. Tym razem został obezwładniony bronią jonową, zakuty w kajdany i szybko osądzony. Dlaczego go nie zabito? Bo okazało się, że należy do inteligentnej, lecz bardzo pierwotnej rasy humanoidalnej z dalekich, bardzo dalekich Zewnętrznych Rubieży i w dodatku potrafił coś powiedzieć. Nie za wiele, ale umiał. Dostał dożywocie za atak i morderstwo przedstawicieli jedynej i słusznej władzy w galaktyce. Przymusowe prace na rzecz Imperium odbędą się na Kessel lub innej kolonii karnej. Zakuty w kajdany nie miał możliwości stwarzania zagrożenia, chyba że był torturowany. Sława o jego zdolnościach regeneracji dotarła dużo szybciej niż on sam w miejsce odsiadki. Robota na kopalni sama się nie zrobi, więc siłą rzeczy musiał być skierowany na stanowisko. Przełożeni rozliczali podkomendnych z osiąganych przez więźniów wyników. Sumiennie wykonywał swoje obowiązki, a wieczorami dla uciechy był bity, wręcz katowany. Kiepska dietka, ciężka praca i strata energii na regenerację mocno nadszarpnęła kondycję także psychiczną Abyssina. Postanowił, że zabije jednego ze współwięźniów i tak zrobił, pożywiając się jego ciałem. Zdarzały się bardzo sporadyczne ucieczki podkomendnych, ale prędzej czy później znajdowano ciało lub sam wracał wygłodzony i odwodniony z czeluści „piekieł”, gdyż nie miał dokąd pójść, jeśli nie w głąb planety. Co jakiś czas ktoś ginął, a Queh jako jedyny zamiast tracić na wadze i zdrowiu- wręcz przeciwnie. Nabierał masy i kształtów, co wzbudziło podejrzenie strażników. Stał się niebezpieczny i zaeazem użyteczny, bo zamknięty w durastalowej klatce. Wystarczył byle powód do złości i obrywało się biedakowi. „Dzień bez razów to dzień stracony” – tak mawiali oprawcy. Lata mijały, personel się zmieniał, ukrywając fakt istnienia pokraki przed najwyższym dowództwem poza miejscem zsyłki. W papierach figurował jako martwy z wycieńczenia. I w takim był właśnie stanie po wielu latach nieustannych katorg. Cud, że Ciemna Strona Mocy nie odcisnęła na nim swojego klasycznego piętna, pomimo tylu lat podświadomej eksploatacji ponad miarę.

Druga możliwa wersja wydarzeń:
Zamiast uciec, pozostał w podziemiach pałacu. Zamieszkał w nich na stałe jako już wolna istota. Nabrał formy, a w międzyczasie przemierzał korytarze i opuszczone pomieszczenia. Mając pożywienia pod dostatkiem czyli zwłok lub innych samozwańczych mieszkańców terenów łowieckich Queha niczym nie musiał się martwić, może jedynie ciemnościami, które tam zalegały. Nawykły do półmroków stał się Duchem Katakumb.
Biznes nie lubi przestojów. Złe wieści szybko się roznosiły, każdy chciał uszczknąć coś dla siebie. Splot wydarzeń sprawił, że rezydentem rodowej posiadłości Desilijic został Yarlo. Nie mogło być mowy o natychmiastowym zasiedleniu pałacu, najpierw należało opanować główne sale i korytarze, pozbywając się samozwańczych mieszkańców. Systematyczne przejmowanie kontroli nad pałacem postępowało. Co jakiś czas ktoś z personelu ginął bez wieści w czeluściach rozległych podziemi. Wraz z postępowaniem kolonizacji na nowo pałacu oczyszczano i oświetlano kolejne części kompleksu. Zapędzany coraz głębiej i głębiej w czeluście Queh powoli tracił kryjówki i miejsca spokojnego egzystowania. Pewnego razu stwierdził, że porzuci niebezpieczną przystań i ulotni się ze swojego miejsca tymczasowego zamieszkania. Udał kogoś z pracowników Hutta, niby to przechadzając się korytarzami, najkrótszą drogą prowadzącą do wyjścia na powierzchnię. Pierwszy mijany patrol wzbudził pewne podejrzenia co do osobowości obcego. Nikt go nie znał, pierwszy raz na oczy widząc podobną kreaturę. Alarmu nie podniesiono, do czasu wypytania reszty personelu o Queh’a. Szybko pochwycono intruza i uwięziono – a miano gdzie. Poprzedni właściciel nie szczędził środków na pokaźny kompleks niewolniczo-więzienny. Dokładnie przepytany nie ukrywał prawdy o swojej przeszłości. Sam Yarlo zdecydował, że taki nabytek wyrósł dosłownie mu spod ziemii. Tym oto sposobem stał się pierwszym z gladiatorów na arenie. Początki były krwawe, publiczność kapryśna, poziom zawodów prezentowanych przez uczestników pozostawiał wiele do życzenia. Pierwszych kilka walk wygrał. Za rywali miał pochwyconych przeciwników politycznych czy konkurentów w handlu Hutta Yarla. Publika zaczęła wymagać coraz lepszej oprawy i nowych bohaterów wyrosłych ze „stajni” grubasa. Nastała pierwsza porażka z Besaliskiem imieniem Gadner. Tu powinno zakończyć się życie Abyssina. Z wbitym mieczem w serce lub miejsce, gdzie powinno się ono znajdować, leżał na stosie zwłok. Cudownie odżył i doszedł do siebie regenerując uszkodzony organ. Tym Rehal dostrzegł potencjał w szkaradnej istocie. Nie chcąc ryzykować podejrzenia o oszustwo Queh nie wystąpił więcej na piaszczystej scenie. Instruktorom uświadomiono jaki skarb trafił się pod skrzydła „ludus”. Z gladiatora Queh stał się mięsem armatnim i materiałem ćwiczebnym dla całej szkoły gladiatorów. Zbierając baty i cięgi poprzestał stawiać opór i walczyć. Trudność w ubiciu stwora spowodowała uwięzienie i głodzenie nieszczęśnika do czasu, aż znowu zacznie współpracować. Z doświadczenia wiedział, że groźby i prośby na nic się zdadzą. Obietnice uwolnienia były mrzonką. Słyszał to już za czasów Jabby. Nie mogąc nagiąć woli pokraki do posłuszeństwa – zamknięto go w najgłębszych czeluściach katakumb i torturowano w bardzo wymyślny sposób. Nakaz stał się przymusem, przymus obowiązkiem, obowiązek przyjemnością. Obstawiano po jakim czasie Queh zdechnie, lecz ten wytrwale odżywał, wstawał z martwych jak najczarniejszy sen, powracając i nawiedzając swoich sadystycznych opiekunów. Podporządkować się nie dał, a czas płynął nieubłaganie. Wreszcie stwierdzono, że przestał rokować. Wszystkie frustracje i porażki służby Hutta wylewano na biednej istocie. Stał się swego rodzaju rozrywką dla wszystkich umęczonych posługą u lorda szemranych interesów.

12. Plotki:
- „Panie! To „coś” zeżre wszystko, co mu dasz.” – opinia opiekuna dzikich bestii.
- „Nie znam ciosu lub broni, która pozbawiłaby życia tą kreaturę.” – słowa jednego ze strażników.
- „ To monstrum jest owłosione, jak jakiś no… ten… Wookie” – handlarz niewolników zachwalający swój towar.
- „ Groźny przeciwnik” – zdanie pokonanego Abyssińskiego pobratymca.
- „Wykurzymy go! Łogniem go, łogniem!” – rzekł łowca nagród do swego kompana.
Image

gg 5214304
Awatar użytkownika
Gweek
Gracz
 
Posty: 237
Rejestracja: 13 Sty 2016, o 15:10
Miejscowość: Wrocław

Wróć do Karty odrzucone

cron