Content

Opowiadania

"Katharsis"

Image

"Katharsis"

Postprzez Rafael Rexwent » 16 Wrz 2016, o 15:23

Pierwotnie opowiadanie miało być na minikonkurs Indyka, ale się zaszyło na dysku i nie chciało wyjść :D Dopiero niedawno odkryte i dokończone, wręcz się prosi o zaprezentowanie :D
Tak. Droid jest inspirowany Blitzem z LoLa.



Mętny wzrok mężczyzny padł na trzymany w dłoni srebrzysty cylinder. Był on znacznie dłuższy od zwykłego miecza świetlnego. I znacznie rzadszym od niego widokiem, szczególnie wśród Jedi, którzy tą odmianę broni uważali za zbyt niebezpieczną i agresywną. Co nie przeszkadzało niektórym członkom Zakonu posiadać właśnie takiego wariantu miecza świetlnego. Rękojeść broni należącej do tego mężczyzny niewątpliwie przykuwała uwagę. Wypolerowane srebro, ozdobione rzeźbionym drzewem o orzechowym odcieniu, odbijało w sobie intensywne, czerwone światło alarmu, oraz twarz właściciela miecza. Bladoniebieskie tęczówki okalające dwa czarne węgliki, wyglądały jakby zaszły mgłą. Kruczoczarne, krzaczaste brwi skutecznie jednak odciągały wzrok od mętnego wyrazu twarzy. Podobnie jak krótko ścięte i nieco zmierzchwione włosy w kolorze brwi. W przeciwieństwie do tych charakterystycznych i rzucających się w oczy cech wyglądu brak zarostu i wąsko zaciśnięte usta niczym się nie wyróżniały. Blade policzki mężczyzny mogły mylnie świadczyć o jego strachu lub przerażeniu. Tak naprawdę w odmętach jasnoniebieskich oczu spoczywał zacięty upór i niespotykane pokłady zawziętości. A myśli błądziły po bezkresie przeszłości, starając się dotrzeć do najbardziej pożądanych wspomnień, albo też niezamierzenie trafić na wydarzenia przeszywające bólem, rozpaczą i strachem. Właśnie na taką wyspę wspomnień na oceanie umysłu dostały się myśli mężczyzny.
Malachor V. Zwykła planeta jakich multum w Galaktyce. Lecz to na niej doszło do ogromnej bitwy między Republiką a Mandalorianami. Niby nic, bo przecież ogromnych bitew było, jest i będzie coraz więcej. Ale ta z pozoru zwykła batalia flot obu wrogich frakcji doprowadziła do przełomu. Niestety dla Jedi i Republiki ten przełom był tragiczny w skutkach. Pozorny sukces ze zniszczenia Mandalorian był niczym w porównaniu z rozpaczą i tragizmem sytuacji do jakiej doszło po bitwie o Malachor...
Revan Sithem...
Jedi zdrajcami...
Sithowie w natarciu...
Republika na kolanach...
Z tych przykrych wspomnień rycerza Jedi wyrwał lekki wstrząs. Mężczyzna poczuł jak się zachybotał, po czym wszystko na powrót ucichło. Znów zapanowała cisza i spokój. Ale było to fałszywe poczucie bezpieczeństwa.
-Sir, przebijają się- dowódca oddziału anty-abordażowego swoimi słowami potwierdził to co można było dostrzec gołym okiem. Każdy z żołnierzy Republiki mógł oglądać sypiące się iskry i żarzący się metal, który był traktowany palnikami plazmowymi. Im bardziej otwieranie drogi ku przyszłemu natarciu dobiegało końca, tym bardziej narastało napięcie po stronie obrońców.
Rycerz Jedi złapał rękojeść drugą ręką i wysuwając lekko prawą nogę do przodu, przygotował się do odpowiedniego przyjęcia „gości”. Obok niego stanął ubrany w ciężką zbroję dowódca republikańskiego oddziału. Dzierżony przez niego karabin blasterowy E-313 Power Interceptor mógł stanowić w dobrych rękach morderczą broń. A ręce kapitana były dla tego karabinu wręcz idealnym środowiskiem. Inni żołnierze także byli przygotowani na atak wroga. U niektórych, zwłaszcza u rekrutów, broń lekko drżała, czy to z przerażenia, czy z podniecenia. Nie było czasu, aby się nad tym roztrząsywać.
Gruby kawał poszycia upadł z łoskotem na podłoże, otwierajac drogę przeciwnikowi. Lecz przez otwór nie pofrunęły granaty, które zazwyczaj swoimi wybuchami rozpoczynały natarcie. Oponent zapewne wiedział o obecności na okręcie Republiki rycerza Jedi. A użycie przeciwko mocowładnemu ładunków wybuchowych zazwyczaj kończyło się opłakanie dla rzucających. Dlatego Sithowie zaatakowali bez wcześniejszego „zmiękczenia” celu granatami, co znacznie podniosło ryzyko otrzymania większych strat podczas abordażu.
W wyrwie pojawiły się sylwetki w zbrojach z bronią w ręku. Widział je człowiek z mieczem świetlnym. Widział je każdy z żołnierzy Republiki. Ale zwykli strzelcy czuli do nich odrazę, wrogość, niechęć. To przecież wróg i należy bić w niego ile wlezie. A rycerz Jedi w swoim umyśle dostrzegał ich wiarę w swoje przekonania, zawziętość i ufność swojemu dowodzącemu. Ale dostrzegł także coś, przez co jego twarz zrobiła się nieco bledsza. On znał wcześniej tych ludzi. To dawni Republikanie, jacy dali się przeciągnąć na stronę Revana. Przez moment miał jeszcze nadzieję, że wstrzymają się. Powściągną wodze swojej żądzy zwycięstwa i walki. Niestety zmiany jakie zaszły w ich psychice były już nieodwracalne. Dawną lojalność Zakonowi i Republice zastąpiła chęć mordu i wytępienia wszystkich, którzy w ich mniemaniu zagrażają pokojowi. To już nie byli ludzie. Człowieczeństwo zostało u nich stłamszone i wyparte. Zamienili się w bezmyślne automaty. Narzędzia w rękach Sithów.
Krwistoczerwony bolt przemknął tuż obok jego głowy, tak blisko, że mężczyzna mógł poczuć bijące od niego ciepło. Niesiony przez niego ładunek energetyczny szczęśliwie dla obrońców rozbił się na ścianie nie wyrządzając nikomu szkody. Ale w tym samym momencie już kolejne opuszczały lufy karabinów żołnierzy Imperium, mknąc w stronę Republikanów. Ci nie pozostali dłużni i odpowiedzieli ogniem. Po chwili w korytarzu zaroiło się od szmaragdowych, rubinowych i topazowych boltów. Z jednej strony zajadle broniący się żołnierze Republiki, z drugiej niemniej zaciekle atakujący Sithowie. Dwie masy ludzkie ostrzeliwujące się wzajemnie. Wymiana ognia weszła w swoją najbardziej krwawą fazę, powodując po obu stronach znaczne straty. Trup ścielał się gęsto, a durastalowa podłoga musiała przyjmować na siebie coraz większy cieżar ciał. Krwawy i niezwykle śmiercionośny, a zarazem fenomenalny spektakl wizualny. Nasycenie kolorów, barw i dynamizmu było szczególnie widoczne w jednym miejscu.
Dwie błękitne klingi niemal bez przerwy wirowały w trzech płaszczyznach, zmieniając będących w pobliży wrogów na plasterki. Nie pomagały salwy boltów energetycznych, ponieważ były one zatrzymywane przez niezwykle utalentowanego szermierza. Na otwartym polu nie miałby żadnych szans, bo dawno zostałby otoczony, ale w ciasnej przestrzeni, gdzie oponienci atakowali tylko z jednej strony, rycerz Jedi mógł pokazać co potrafi.
Właśnie podbiegł do niego jeden z żołnierzy Sithów, który dzierżąc wibroostrze myślał, że głośnym okrzykiem wystraszy swojego przeciwnika. Dla jego młodzieńczego i niedoświadczonego umysłu sytuacja wydawała się idealna. Oponent zajmował się właśnie dwoma innymi towarzyszami broni, sam znajdując się tyłem do buńczucznego szermierza. Żółtodziób nie zamierzał przepuścić okazji i przy wydobywanym z gardła głosem, opuścił z całą swoją siłą swój oręż na rycerza, spodziewając się, iż ten z łatwością wbije się w nieosłoniete plecy mężczyzny. Jakże naiwne były to nadzieje. Wibroostrze z łatwością zostało sparowane przez jedną z niebieskich kling, a owy młodzieniec do końca swojego życia zapewne zastanawiał się jak jego przeciwnik mógł poruszać się tak szybko. Nie miał dużo casu do namysłu, bo dosłownie ułamek sekundy po sparowaniu ataku bronią białą, topazowe ostrze przebiło jego brzuch na wylot, pozbawiając go życia.
Rycerz Jedi parł dalej, a trzymany przez niego podwójny miecz świetlny ujawniał swą prawdziwą naturę. Była to prawdziwa maszyna zagłady, jaka wręcz miażdżyła wroga zanim on domyślił się co się dzieje. Jednak im bardziej nacierał do przodu, tym słabsze było wsparcie ogniowe żołnierzy Republiki. W końcu Obrońca musiał ustąpić i stopniowo się wycofując skupił się teraz na odbijaniu blasterowych boltów. Dzięki wysokiemu poziomowi opanowania Soresu Jedi skutecznie chronił się przed ostrzałem przeciwnika, ale nie mogło to trwać w nieskończoność. Pojawiły się oznaki zmęczenia, a do tej pory niezwykle szczelna obrona zaczęła słabnąć. Har stopniowo, krok po kroku, cofał się w stronę republikańskich żołnierzy. Ci strzelali ze wszystkiego co mieli do wroga, ale Sithowie dostali posiłki i kolejni, pełni sił maruderzy wsparli walczących.
Po raz kolejny bolt energetyczny przemknął tuż przy twarzy rycerza Jedi. Tym razem jednak musnął policzek mężczyzny, natychmiastowo tworząc na nim bliznę. Przeciwnicy zauważyli osłabienie mocowładnego. Długo czekali na ten moment i przypłacili go znacznymi stratami i litrami przelanej krwi i potu. Teraz do nienawiści do Jedi dołączyła jeszcze chęć zemsty za śmierć kompanów.
Granaty pofrunęły w powietrzu, lecz nie w stronę Republikanów, a pomiędzy obie walczące strony. Gdy tylko dotknęły podłoża natychmiast zaczęły uwalniać swoją zawartość. Gęsty, szary dym powoli zapełniał korytarz, coraz bardziej utrudniając widoczność. Po paru chwilach żołnierze Republiki nie widzieli nawet swoich dłoni, chociaż przysuwali je tuż do wizjerów hełmów. Dla nich nie była to przyjemna sytuacja, bo w takich chwilach i w najbardziej walecznym człowieku podświadomie budzi się instynkt, który nakłania do ucieczki i zatruwa umysł myślami, często nad wyraz wyolbrzymionymi. A najgorsze w tym jest to, że nie widać wroga. To ten niepokój najbardziej dręczy mózg, nie dając mu chwili wytchnienia.
Har stanął w miejscu i dezaktywował miecz świetlny. Dzięki temu wrogom będzie znacznie trudniej go zauważyć, niż gdyby ujawniał swoją pozycję błekitnym światłem. Wszechobecny dym w niczym mu nie przeszkadzał. On nie potrzebował zmysłu wzroku, aby widzieć co robi wróg. Miał przecież Moc. Powieki leniwie przykryły oczy mężczyzny, a ten widział ciemność. Nieprzebytą czerń, barwę nicości. Dopiero po chwili ujrzał niewyraźne, szare plamy, jakie powoli stawały się bardziej czytelne. Widział korytarz w którym stał, lecz niezbyt ostro. Rozmazany, lekko szarpiący obraz nagle wypełnił się lekko czerwonymi plamami, przypominającymi sylwetki ludzkie. Pędziły prosto na niego. Z każdą sekundą były coraz bliżej, i bliżej.
-Ognia!- zdążył tylko krzyknąć Jedi, gdy został potrącony przez biegnącego na oślep Sitha. Przeciwnicy wywijając wibroostrzami zamierzali wybić Republikanów pod osłoną dymu, tnąc we wszystkie strony bronią białą. W pierwszej chwili żołnierze nie wiedzieli o co chodzi generałowi, ale posłusznie wymierzyli broń mniej więcej w stronę, gdzie wcześniej byli oponenci. Huknęła salwa, a z oparów rozległy się jęki rannych i głuchy rumot wydawany przez upadające ciała. Niestety było już za późno, a dodatkowo swoim ostrzałem Republikanie zdradzili swoje pozycje. Sithowie dopadli do swoich wrogów i rozpoczeli krwawą rzeź. Poprzednia wymiana ognia była niczym w porównaniu z walką na wibroostrza. Krzyki rannych, jęknięcia i stęknięcia towarzyszące zadawaniu ciosów, plasknięcia i chrupniecia świadczące o udanych cięciach. To wszystko rozbrzmiewało po całym korytarzu, powodując ciarki na placach tym, którzy jeszcze żyli.
Rycerz Jedi po potrąceniu przez Sitha upadł na wznak, jednak bardzo szybko udało mu się powstać z ziemi. Uruchomił swój miecz świetlny i ponownie ruszył w wir walki, tym razem wspomagając się spojrzeniem Mocy. Teraz już nikt nie strzelał z blasterów. Dziesiątki pojedynków na wibroostrza i wibromiecze pomiędzy przeciwnikami, którzy nawet siebie nie widzieli. Stopniowo jednak dym opadał i przejrzystość powietrza wzrastała. Nie zmniejszyło to w żadnym stopniu zażartości którejś ze stron. Har właśnie przepołowił jednego z Sithów, gdy nagle zaległa cisza. Nie było słychać całkowicie niczego, oprócz przyspieszonego oddechu mężczyzny i cichego stąpania. Jedi nie zwrócił jednak uwagi na odgłosy, a na otoczenie. Po zakończonej ledwie chwilę temu potyczce pozostał makabryczny widok. Tułowia bez głów, odrąbane kończyny, walające się głowy, przebite na wylot ciała w których tkwiła broń, jaką zadano im śmiertelny cios. A do tego wszechobecna krew. Kałuże posoki na podłodze, plamy i rozpryski na ścianach i suficie, obficie brocząca z ran czerwonawa ciecz, która powoli tężała. Mężczyźnie trudno było zmusić do odwrotu podchodzący do gardła ostatni posiłek. Oprócz cierpienia fizycznego, jakie towarzyszyło mu podczas patrzenia na martwych żołnierzy Republiki, czuł jeszcze katusze psychiczne. Przez Moc wyczuwał ogrom bólu i rozpaczy, jaki go dołował. Na własnej skórze czuł cierpienie i żal towarzyszące śmierci dzielnych Republikanów. Całkowicie nie reagował na bodźce zewnętrzne i na ostrzeżenia Mocy. Groziło mu niebezpieczeństwo, ale on pogrążył się w zadumie. Nie dostrzegał Sitha, który przeżył potyczkę i skradał się do niego z wibromieczem w ręku. Ubrany w zbroję żołnierz Imperium zbliżył się na dostateczną odległość i powoli wzniósł ostrze, chcąc jednym ruchem odciąć głowę Jedi. Har zorientował się ułamek sekundy za późno. Już spodziewał się śmiertelnego ciosu, gdy biorący zamach Sith znieruchomiał. Nim mocowładny zrozumiał co się stało ciało żołnierza z dużą siłą uderzyło o podłoże. Z pleców wystawał sprawca jego zgonu, dużych rozmiarów wibrotopór, którego nie uniósłby żaden człowiek. Impet rzutu tą bronią był tak wielki, że spowodował natychmiastową śmierć niedoszłego zabójcy Jedi.
-Graaaauh- groźny ryk z pewnością należał do właściciela wibrotopora. Spory, nawet jak na standardy swojej rasy, wookie o hebanowej sierści stanął obok swojego przywódcy, zasłaniając mu widok na kierunek, z którego przyszli Sithowie.
-Tak. To już chyba koniec- odparł Har, lekko się uśmiechając. Powoli uspokajał swój oddech, który przyspieszył podczas wybijania atakujących przeciwników.
-Wraauhgarr?
-Obawiam się, że tylko nasza dwójka przeżyła- odpowiedział na pytanie wookiego. W głębi duszy cieszył się, że chociaż oni przetrwali tą nawałnicę.
Czarny „dywan” znów zaryczał, tym razem wskazując kierunek za plecami Jedi. Obaj dobrze wiedzieli, iż bitwa jeszcze się nie skończyła. Obcy z Kashyyyku kontynuował mowę w shyriiwooku, żywnie przy tym gestykulując. Rycerz Jedi jednak poczuł nagły impuls od Mocy, który kazał mu wykonać szybki unik. Instynktownie mężczyzna rzucił się do tyłu. Podczas upadku poczuł tylko podmuch powietrza na twarzy. Ryk rannego wookiego zabrzmiał mu w uszach, aby po chwili zastąpiła go nieznośna i niepokojąca cisza. Har dobrze wiedział o ogromnej wytrzymałości obcych z Kashyyyku, więc te złowrogie milczenie nie zwiastowało niczego dobrego. W jednej chwili mężczyzna z pozycji leżącej znalazł się w pozycji siedzącej, a w pierwszym odruchu jego wzrok padł na nieruchome ciało wookiego. Ogromna dziura w brzuchu musiała zapewne wywołać owy ryk, a o końcu cierpień „dywana” świadczyła podobnej wielkości dziura, która ziała w miejscu, gdzie jeszcze niedawno włochaty obcy miał twarz. Wypływające resztki mózgu, wymieszane z krwią i innymi płynami, spowodowały ponowne cofnięcie się treści żołądkowych w stronę jamy ustnej Hara.
-Czyli jednak bohaterstwo Jedi jest wyolbrzymione. Nie potrafią poświęcić się dla swoich żołnierzy- po korytarzu rozległ się basowy, mechaniczny głos. Zawarte w nim szyderstwo i pogarda spowodowały, że mężczyzna oderwał oczy od ciała wookiego i zwrócił je na adresata tych słów.
Naprzeciwko jego stał ponad dwumetrowy robot. Jego zwarte i masywne cielsko wspierało się na dwóch potężnych nogach. W swojej parze górnych kończyn aktualnie trzymał ogromnego slugthowera, z którego lufy dymił jeszcze niespalony proch. To właśnie z tej broni został zastrzelony włochaty „dywan”. Niewielka głowa z dwoma białymi receptorami, ledwo wystająca z kadłuba, lekko się poruszyła. Głos, jaki rozległ się po korytarzu, pochodził z głośnika zamontowanego pod obiema diodami.
Rycerz Jedi zerwał się na nogi i pewnym ruchem aktywował miecz świetlny. Z obu stron podłużnego cylindra z charakterystycznym sykiem wysunęły się błękitne ostrza. Har nie czekał na reakcję droida tylko ruszył w jego stronę. Droid nie reagował. Nie strzelał do niego. Nie próbował uniknąć lub zablokować ciosu. Mężczyzna bez problemu dotarł do oponenta i wykonał najsilniejszy cios na jaki było go stać, wzmocniony dodatkowo Mocą. Topazowe ostrze bez problemu przeszło przez powietrze, lecz gdy tylko dotknęło korpusu robota, zasyczało i natychmiast zgasło. Wywołało to zdziwienie w oczach Hara, który w pierwszej chwili nie zrozumiał co się stało. Ale jego źrenice rozwarły się w jeszcze bardziej, kiedy ujrzał szybkość reakcji dotychczas nieruchomego droida. Ten bowiem korzystając z elementu zaskoczenia, jaki dał mu ułamek sekundy przewagi, momentalnie zamachnął się trzymaną w rękach snajperką i uderzył nią prosto w Obrońcę. Mężczyzna przez chwilę leciał w powietrzu, aby moment później grzmotnąć o podłoże. Poczuł jak jego kości boleśnie strzykają, ledwo wytrzymawszy taki impet uderzenia. Jeszcze gorzej bolał go brzuch, który przyjął na siebie główną siłę ciosu. Nieznośne uczucie promieniowało od miejsca trafienia, powoli rozchodząc się na całe ciało. Rycerz Jedi próbował wstać, ale poczuł jak coś strzyknęło mu w miednicy i paraliżujący ból.
-Cortosis...- kpiącym głosem robot wyjaśnił mężczyźnie powód jego niepowodzenia.
Har nie odezwał się słowem, patrząc tylko rozszerzonymi źrenicami na zbliżającego się do niego droida. Rdzawozłote monstrum nie przejmowało się echem jego kroków rozlegającym po korytarzach.
-Jesteście niczym Jedi – tym razem robot wypowiedział to bardziej rozgniewanym tonem. - Ta wojna zmierza ku końcowi. Kiedy padnie ostatni wojownik Zakonu, wtedy zakończy się wojna, cierpienie i bieda. To wy jesteście kluczem do rozwiązania tego konfliktu. A raczej wasza śmierć! - zawołał mechanicznym głosem droid, wznosząc prawą dłoń, zaciśniętą w pięść.
-Ach więc Sithowie przeciągają maszyny na swoją stronę, bo tylko one są na tyle bezrozumne, że wierzą w te kłamstwa – Har wypowiedział te słowa z trudnością, bo zaczynało brakować mu tlenu. Oddech mu przyspieszył, a pierść falowała coraz szybciej.
-Mówi to osoba, która ufa bajeczkom Rady Jedi i przywódców Republiki – robot znów zaczął mówić kpiącym tonem – To oni są winni tej wojnie! Revan postąpił słusznie i teraz jest głosem ludu. Ludu który cierpi pod waszą władzą! - mężczyzna chciał zatkać uszy, ale nie mógł poruszyć nawet palcem.
- Revan jest Sithem, a ci zawsze sprowadzają wojny i niesprawiedliwość. Lud szybko zda sob...
- Milcz! - zawołał droid, po czym zbliżył się do mężczyzny – Ta flota zostanie unicestwiona. Podobnie jak planeta, którą chroniła. Będzie to symbol słabości Jedi i Republiki, oraz potęgi Revana i Imperium! Ale ty nie zasłużyłeś nawet na ten widok – zakończył złowrogo robot i nachylił się nad Rycerzem. Z prawej kończyny maszyny wysunął się niewielki czarny cylinder. Jego wylot skierował się prosto na głowę rannego, a wnętrze ustrojstwa cicho zapiszczało.
- Wyświadczę ci przysługę. Nie będziesz cierpiał – droid aż się roześmiał, tak bardzo cieszył się z tego co robi – Dobranoc.
Człowiek przymknął powieki, a chwilę później jego czoło zostało przeszyte czerwonym ostrzem energetycznym. Tak jak obiecywał robot – śmierć była szybka. Har zdążył jednak wcześniej pomyśleć o przyszłości. Już nie swojej, ale Galaktyki. O nadchodzącej erze zagłady, zła i cierpienia. O tym, że nie ma już ratunku, a Republika musi upaść. I wtedy doznał olśnienia. A może zniszczenie obecnej władzy, to tylko kolejny cykl w zegarze Wszechświata. Bez niego Republika nie zostanie uzdrowiona z korupcji. Czyli Sithowie wygrają, by po mrocznym okresie Jasna Strona powróciła niczym feniks z popiołów. Nowo odrodzona, pełna wiary, zapału i sił. Gdyby tylko wiedział, że Republice uda się zażegnać niebezpieczeństwo i zniszczyć Gwiezdną Kuźnię. Ale on już nigdy nie miał się o tym dowiedzieć, bo oddał ostatnie tchnienie. W imię skorumpowanej władzy, której jedyna szansa na katharsis właśnie minęła. To prawdopodobnie przez zwycięstwo w bitwie o Lehon Republika tysiące lat później upadła, przekształcając się w Imperium. W coś co było jej zupełnym przeciwieństwem. I wtedy właśnie przyżyła katharsis. Niestety spóźnione o niemal cztery tysiące lat.
Image

"Nie wahaj się powiedzieć ludziom na których ci zależy o uczuciach żywionych do nich. Bo jutro może ich tam nie być." ~ Akagi
Awatar użytkownika
Rafael Rexwent
Gracz
 
Posty: 285
Rejestracja: 7 Lis 2014, o 17:01

Wróć do Opowiadania