Content

Opowiadania

Upadek - minikonkurs

Image

Upadek - minikonkurs

Postprzez Probos Azad » 17 Kwi 2016, o 22:28

Upadek



Wor Tandell, 3954 BBY

Duchota podstępnie wdzierała się w każdy zakamarek ciemnego pomieszczenia. Klimatyzatory trzeszczały z intensywnością sugerującą, że zaraz wejdą w nadprzestrzeń, po drodze rozbijając na kawałki próchniejącą kantynę. Goście nie zwracali jednak na nie uwagi, żywiąc błędne przekonanie, że urządzenia faktycznie chłodzą pomieszczenie. Inni byli zbyt zajęci programem lecącym na wielkim ekranie zawieszonym nad barem. Choć większość była skupiona przede wszystkim na dekolcie zeltrońskiej reporterki, to przynajmniej kilka istot zwracało uwagę raczej na przekaz, niż na atuty różowoskórej damy.

- Przegrana w wczorajszym głosowaniu nad wotum nieufności wobec kanclerza Tol Cressy, nie zepchnęła opozycji w Senacie do defensywy. Podczas dzisiejszych obrad, reprezentanci prawie pięciuset światów próbowali dokonać obstrukcji, by powstrzymać przyjęcie poprawki do ustawy o telosiańskim projekcie odbudowy. W ramach tej poprawki budżet projektu zostanie zwiększony o czterdzieści miliardów kredytów. Jest to już kolejny z ataków opozycji na kanclerza Cressę i jego politykę. Senatorowie podkreślają, że kanclerz rządzi już prawie dekadę, a na czas jego urzędowania przypadły dwie wojny, które spustoszyły galaktykę.

Zeltronka zniknęła z ekranu, ku niezadowoleniu sporej części klienteli, w jej miejsce pojawił się czarnowłosy mężczyzna z przystrzyżoną brodą. Pasek informacyjny u dołu ekranu identyfikował go jako senatora Areasa Thul z Alderaanu.
- To niekompetencji kanclerza zawdzięczamy nieprzygotowanie Republiki w obliczu zagrożenia z strony mandalorian! – w głosie mężczyzny pobrzmiewał gniew, ale wydawał się fałszywy wobec przepełnionego satysfakcją i wykrzywionego złośliwością wyrazu twarzy – Kanclerz Cressa, przez swój brak kontroli i pobłażanie Zakonowi, dopuścił do wybuchu wojny. Wydawałoby się, że człowiek za którego kadencji, połowa floty Republiki zdezerterowała i obróciła się przeciwko jej obywatelom, wykaże się chociaż odrobiną wstydu i opuści stanowisko. Potrzebujemy kanclerza, który ukróci zapędy rządu centralnego i przestanie obciążać światy członkowskie ciężkimi daninami, przejadanymi przez armię urzędników darmozjadów. Jak inaczej mamy odbudować nasze światy po wojnie?

Obraz na ekranie ponownie uległ zmianie. Tym razem miejsce senatora zajęła białooka Arkanianka, litery u dołu ekranu informowały widzów, że wypowiada się Tyna Saad, rzeczniczka biura kanclerza.
- Senatorowie opozycji wykazują się zupełnym brakiem poczucia obowiązku. Za ich atakami na kanclerza nie kryje się nic poza prywatą i politycznymi ambicjami. Kanclerz jest gotów do konstruktywnego dialogu o nowych wyzwaniach stojących przed Republiką. Większe nakłady z budżetu na rzecz zniszczonych planet są konieczne by przywrócić naszej galaktyce jedność. Jednak trudno o rzetelną dyskusję w takiej atmosferze!

Rzeczniczkę ponownie zastąpiła Zeltronka, wywołując ponowne zainteresowanie widowni.
- Jak państwo widzicie, konflikt polityczny trwa. Z innych wiadomości, siódma flota pod dowództwem kontradmirała Cartha Onasiego rozbiła sithańskie okręty w systemie Manaan, dowodzone przez samozwańczego Najwyższego Lorda Sithów Dartha Goruusa, niegdyś znanego jako rycerz jedi Ferroh.– Po lewej stronie reporterki pojawiły się dwie podobizny Cathara. Pierwsza przedstawiała roześmianego jedi o bujnym brązowym futrze i żółtych oczach. Druga zaś naznaczonego bliznami i zmarszczkami drapieżnika o przekrwionych oczach i ostrych zębach odsłoniętych w grymasie wściekłości. Zeltronka posłała widowni perlisty ironiczny uśmiech – Jak być może państwo pamiętają, jest to już piąty z sithańskich watażków, każący nazywać się „Najwyższym Lordem Sithów” wyeliminowany przez samego kontradmirała.

Gdyby nie trzaski klimatyzatorów i skupienie na dekolcie reporterki, goście zwróciliby uwagę na głośne prychnięcie spod kaptura siedzącej w rogu sali postaci. Ubrany w brązowy płaszcz mężczyzna wstał od stolika i rzucił kilka kredytów barmanowi. Czekał wystarczająco długo na swój kontakt, żeby wiedzieć, że ten już się dziś nie pojawi. Nie było sensu dalej przesiadywać w dusznej kantynie. Miał ochotę na drzemkę. Z dala od wieści o zajętych sobą politykach i ślicznotkach, dla których wojna i sithowie to powód do żartów. Z drugiej strony, nie był zaskoczony, tak samo było po upadku Exara Kuna. Bohaterów odsunięto do muzeów i komitetów budowy pomników, a z niebezpiecznych wrogów uczyniono temat dowcipów.

Arogancja i mania wielkości sithów, kiedy tracili swoją potęgę i przestawali być bezpośrednim zagrożeniem, szybko stawała się dla przeciętnych obywateli Republiki groteskowa. Śmiech pomagał im wrócić do normalnego życia. Nie winił ich za to, sam chętnie by do niego wrócił, ale wojna jeszcze się dla niego nie skończyła. Czuł to w swoich starych kościach. Minął już ponad rok od zniszczenia Gwiezdnej Kuźnie przez Revana. Bohater, złoczyńca i znów bohater zniknął bez śladu ledwie kilka miesięcy temu. Nawet Bastila, jego miłość i żona, nie wiedziała co się z nim stało. To zniknięcie nie wróżyło niczego dobrego, sithowie mogli zostać złamani, ale brak Revana, ich dawnego przywódcy i pogromcy, dla wielu stał się sygnałem do sięgnięcia po władzę nad pozostałymi przy życiu sithami i nadal licznymi grupami żołnierzy dawnego Imperium.

Wydawałoby się pokonani i rozbici najpierw w bitwie o Gwiezdną Kuźnię, a potem w upadku Akademii Sithów na Korriban, ponownie zaczęli atakować Republikę. Byli zbyt słabi by zagrozić światom Jądra czy Kolonii, ale wystarczająco silni by najeżdżać mniejsze planety Zewnętrznych Rubieży, szlaki handlowe i linie zaopatrzeniowe. To były raczej ukąszenia, niż ciosy, ale wystarczyły, by podsycać paranoję na Zewnętrznych Rubieżach i poczucie opuszczenia przez Republikę. Bogate światy Jądra niechętnie pozwalały na podniesienie drastycznie obniżonych po zakończeniu wojny wydatków na obronność, po latach wojennych wyrzeczeń i mobilizacji, oczekując obniżenia podatków i oddania rządom planetarnym wielu kompetencji przekazanym na czas konfliktów instytucjom centralnym na Coruscant. Co raz częściej do głosu dochodzili zwolennicy secesji. Na szczęście dla demobilizującej armię i flotę Republiki, o wiele częściej niż na nią sithowie napadali na siebie wzajemnie. Poza tym, był jeszcze Carth. Dokonywał cudów z swoją siódmą flotą błyskawicznie przerzucając ją z jednego krańca galaktyki na drugi, rozbijając kolejnych lordów sithów nim ci zdążyli się na dobre gdzieś zadomowić.

Jednak to nie było jedyne zagrożenie. Za garstką potężnych lordów, z ich własnymi armiami i flotami, stały setki upadłych jedi i szkolonych przez ostatnie lata uczniów sithów. Nie wszyscy wierzyli w odbudowę Imperium Sithów, czy wykrojenie władztwa przez ich zwierzchników. Po tym jak lordowie sith rzucili się sobie do gardeł doprowadzając do upadku Akademii na Korriban, wielu z szeregowych sithów uznało, że czas zadbać o własne przetrwanie. Zostawali piratami, przywódcami gangów, tyranami osad na zapomnianych planetach, czy pospolitymi mordercami i złodziejami. Zdarzali się również fanatycy, pragnący czynić „dzieło” Ciemnej strony Mocy. Ci zostawali terrorystami, znajdującymi spełnienie i satysfakcję w szerzeniu śmierci i zniszczenia. Należało ich wszystkich wytropić i doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości. Zakon Jedi starał się tego dokonać, ale daleko mu było do liczebności i siły sprzed wojny domowej jedi, a co dopiero sprzed wojen mandaloriańskich. Wielu jedi pod wpływem wojny, poniesionej na niej strat i z poczucia wstydu za klęski, które sprowadzili na galaktykę zaszyło się w świątyni na Coruscant i niechętnie wypełniało rozkazy najwyższej rady. Inni rzucili się w wir pracy nad odbudową galaktyki, ale natknęli się na mur niechęci i nieufności z strony mieszkańców Republiki. Może i zakończyli ostatnią wojnę, ale to oni ją wywołali. Na dodatek rękami Revana… Jeszcze inni poświęcili się polowaniu na sithów, dla nich wojna nigdy się nie skończyła, ale w swojej zapalczywości często padali ofiarą własnej zwierzyny, tak jakby chcieli pożegnać się z życiem…

On nie należał do żadnej z tych grup. Po prawdzie nie był nawet jedi. Nie powodowała nim rozpacz, żal czy chęć odnalezienia sensu. To było dobre dla młodzieniaszków. On już przeżył to wszystko. Wiedział, że ten konflikt nie był ważniejszy od wszystkich wojen przed nim i po nim, że nie było większego dobra i wielkiej idei, służby Jasnej czy Ciemnej stronie Mocy, która nadałaby temu wszystkiemu sens. Była tylko galaktyka pełna istot, które potrzebowały pomocy, a on mógł jej udzielić.

Drewniane schody trzeszczały pod jego stopami. Stawy kolanowe przypominały o sobie z każdym krokiem. Mógłby odciąć ból, to była dość prosta technika Mocy, ale wolał tego nie robić. Ból był użyteczny, to był sygnał od jego ciała, informował go o jego stanie i niedomaganiach. Jak mógłby stawić czoła czekającym go wyzwaniom, gdyby był nieświadom własnych słabości? Mógł wzmocnić swoje ciało Mocą, ale musiał wiedzieć w jakim jest stanie. Moc może nagiąć, a czasem nawet łamać prawa fizyki, ale sama rządzi się swoimi prawami. Zdrowy mięsień czy staw, zachowa się inaczej pod jej wpływem, niż chory.

W końcu dotarł do szczytu schodów. Przestąpił przez próg wynajętego pokoju. Pomieszczenie nie było za duże, ale miało tę przewagę nad pozostałymi, że nie docierały tu dźwięki i zapachy z znajdującej się na dole kantyny. Mężczyzna rzucił płaszcz na jedyne, pozbawione jednej z nóg, krzesło w pokoju i rozpiął kamizelkę. Na jego widok droid ładujący baterię zaświergotał. Dostał IT-R5 od Zakonu, jako środek komunikacji i wsparcie w misji.
- O co chodzi?
Droid zaświergotał ponownie, po czym zasygnalizował, że odbiera połączenie z świątyni na Coruscant.
- No dobrze. Zobaczmy kto zacz i o co chodzi. – rozsiadł się na niewielkim łóżku i wbił wzrok w miejsce na podłodze, gdzie droid zaczął wyświetlać holoprojekcję.
- Witaj, mistrzu Bindo. – niebieskie światło ułożyło się w obraz Catharki. Tunika jedi skrywała jej atletyczną figurę. Włosy miała spięte z tyłu głowy. Ostre rysy twarzy kontrastowały z życzliwym spojrzeniem, jakie posyłała starcowi siedzącemu na łóżku.
- Przestań sobie żartować z starego pryka, Juhani. Dobrze wiesz, że nie jestem żadnym mistrzem. – w głosie Bindo dało się słyszeć naganę, ale Catharka znała go zbyt dobrze, by wziąć ją na poważnie.
- Dla mnie zawsze będziesz mistrzem, Jolee. I wcale nie jesteś taki stary. – odpowiedziała przekornie.
- Kłamstwo, za kłamstwem, młoda damo. Czy rycerzowi jedi, to przystoi?
- Powiedziałam prawdę… Z pewnego punktu widzenia. – Bindo nie mógł powstrzymać uśmiechu.
- Widzę, że Zakon nie rezygnuje ze swojej miłości do sofizmatów. To się kiedyś zemści.
- Miejmy nadzieję, że nieprędko. Na razie mści się wystarczająco wiele innych praktyk… - Juhani spoważniała.
- Tak myślałem, że nie odzywasz się do mnie, tylko dlatego, że potrzebujesz partnera do konwersacji. – Jolee pokiwał głową.
- Masz rację, chociaż gdy wrócisz już na Coruscant, warto byłoby się spotkać. Bastila ma ci coś do przekazania… Mission i Zaalbar również niedługo wrócą.
- Udało im się coś znaleźć? – w głosie Bindo pojawiła się nuta nadziei.
- Nie. Niestety. – Juhani pokręciła głową, jej twarz wykrzywił smutek. – Ale znasz ich, tak łatwo się nie poddadzą. Przecież musiał zostawić jakiś ślad… – smutek zastąpił wymuszony uśmiech.
- No dobrze, to o co chodzi? – starzec był nieco zniecierpliwiony. Cieszył się, że widzi Juhani, ale perspektywa drzemki wciąż zaprzątała mu głowę.
- Jak twoja misja?
Bindo był zaskoczony tym pytaniem. Zamyślił się. Właściwie to jak? Informator się nie pojawił, może przyjdzie jutro albo pojutrze… albo nigdy. I co wtedy? Był jedynym źródłem. Nie miał środków by samodzielnie przeszukiwać całą planetę, na dodatek tak zalesioną, jak Wor Tandell.
- Na razie, bez rewelacji. Wciąż czekam na kontakt z źródłem. Nie mam na razie innego sposobu namierzenia tych dzieciaków.
- To troje sithów, a nie żadne dzieci. – Juhani była stanowcza.
- To troje nastoletnich padawanów, którzy mieli nieszczęście zostać wziętymi do niewoli i poddanymi treningowi sithów. A teraz boją się wrócić do Zakonu, bo myślą, że poddacie ich jakiemuś sądowi wojennemu. Pewnie, że to dzieciaki, a nie żadni sithowie.
- Ja też byłam dzieckiem, Jolee, i mało nie zabiłam swojej mistrzyni. Trzeba było Revana, żeby mnie poskromić! – zaprotestowała.
- Nie poskromić, tylko pokazać drogę wyjścia. Ja mam zrobić to samo, właśnie dlatego mistrz Vandar poprosił o pomoc mnie, a nie któregoś z was. Wy wszyscy macie za mało dystansu do tej sprawy, każdy widzi w nich swoją ciemną stronę, która tylko czyha, żeby pożreć pół galaktyki. Ale chyba nie kontaktujesz się ze mną, żeby mnie pouczać odnośnie misji, którą mam wykonać? Pytam jeszcze raz, w czym rzecz? – irytacja Bindo narastała. Juhani wyczuła to i westchnęła głęboko.
- Przepraszam, masz rację. Trzeba im dać szansę… Po prostu… Uważaj na siebie. Ostatnio coś się zaczęło dziać.
- Jak to?
- Ludzie znikają. Dotąd ginęli na misjach. Myśleliśmy, że to brawura, lekkomyślność… Część po prostu opuściła Zakon, może mieli dosyć wojny… Ale potem zaczęli znikać z Coruscant. Na przestrzeni ostatnich tygodni bez śladu zniknęło kilku padawanów i jeden rycerz. Niektórzy sądzili, że zwyczajnie opuścili Zakon. Jeszcze inni twierdzili, że powinniśmy przeszukać dolne poziomy miasta, bo mogli wpaść w tarapaty. Gangi strasznie się rozpanoszyły, to prawie otwarta wojna z CorSeciem. Aż w końcu ją znaleźliśmy… - Juhani na chwilę zamilkła – Yuthurę… W alejce niedaleko świątyni… Ledwo ją rozpoznaliśmy…
Bindo szeroko otworzył oczy. Pamiętał Yuthurę. Twi’lekkanka była jednym z instruktorów w Akademii Sithów na Korriban, dopóki Revan nie przekonał ją do powrotu do Zakonu Jedi. Yuthura cudem przeżyła zniszczenie Enklawy Jedi na Dantooine, by potem zostać jedną z lepszych nauczycielek w Zakonie.
- Sithowie?
- Tak sądzimy, ale ślady na jej ciele nie były typowe. Zabójca nie użył miecza świetlnego, ale piki. Yuthura była zdolną wojowniczką, nie raz ćwiczyłyśmy razem, znała techniki sithów. A mimo to, wszedł w nią jak w masło.
- Sądzicie, że pojawił się ktoś nowy? – Bindo był zafrasowany, to wyglądało na zorganizowaną akcję, którą na dodatek odkryli dopiero wtedy, kiedy wróg im na to pozwolił.
- To może być jakieś przegrupowanie z ich strony. Raczej nie mamy do czynienia z samotnym sithem. Mówię ci o tym, dlatego, żebyś uważał.
Bindo milczał. Wyglądało na to, że ta wojna potrwa dłużej niż sądził, chociaż zmieniała charakter. Najwyraźniej niektórzy sithowie postanowili skończyć z próbami budowy własnych imperiów i frontalną walką z Republiką, to jedi byli nowym celem, a walka z kosmicznych szlaków i orbit planet przenosiła się do ciemnych alejek i zakamarków. Po wykonaniu tej misji, Jolee będzie musiał się zastanowić, czy to jest wojna w której dalej powinien brać udział.
- Dzięki Juhani. Ty też na siebie uważaj. W końcu to ty jesteś jedi, a nie ja. – uśmiechnął się krzywo.
- Nie wydaje mi się, żeby sithowie mieli trzymać się ścisłej kategoryzacji, stary przyjacielu. Dawaj znać co się z tobą dzieje. Częściej niż raz w miesiącu. – w głosie Catharki zabrzmiała stanowczość.
- Córuś, czy w kodeksie jedi nie ma czasem czegoś, o tym, żeby się nie przywiązywać? – mężczyzna mrugnął okiem.
- Najwyraźniej za długo z tobą przebywałam i musiałam nabrać złych nawyków.
- Najwyraźniej… Do zobaczenia na Coruscant.
- Do zobaczenia… Mistrzu Bindo. – transmisja roześmianej Juhani zniknęła, nim zdążył jej odpowiedzieć.

Ochota na drzemkę mu przeszła, obawiał się, że jego sen pełen byłby sithów zabójców, rozklekotanych klimatyzatorów i głupiutkich Zeltronek. Najchętniej napiłby się koreliańskiej whisky, ale jedynym trunkiem jako takiej wartości w tej dziurze było kashyyyckie ale. Po latach spędzonych na planecie Wookiech, starzec miał już serdecznie go dosyć. Mimo wszystko był zbyt zmęczony, żeby zejść na dół do kantyny. Zamiast tego, westchnął ciężko i sięgnął po datapad leżący na próchniejącej komodzie.

Bardo Kar, Mella Vrill, Lo Wen. Troje padawanów, których miał odnaleźć pojawiło się na ekranie datapada, po tym jak Jolee wcisnął odpowiednią kombinację. Najstarszy był Bardo, Nikto z podrasy Gluss’sa, na bladoskórej twarzy malowała się powaga niespotykana w tak młodym wieku. Wedle baz danych Zakonu starszy padawan zawsze stawał w obronie młodszych uczniów, opiekuńczy i odpowiedzialny, wydawał się Bindo naturalnym przywódcą tej trójki. To pewnie on uznał, że muszą trzymać się razem i powinni się zaszyć w dżungli południowego kontynentu Wor Tandell. Sam mógłby bez trudu zniknąć pośród tysięcy Nikto w przestrzeni Huttów, mimo to pozostał przy swoich młodszych towarzyszach, wybierając planetę na której mieliby szansę na normalne życie. Jolee już dawno postanowił, że jeśli ich odnajdzie, spróbuje przekonać właśnie Bardo. Aż za dobrze rozumiał chęć ukrycia przed wielką polityką galaktyki i poszukiwania własnej ścieżki, ale Wor Tandell nie było odpowiednim miejscem dla grupki nastolatków władających Mocą. W galaktyce roiło się od istot chcących pomścić wojnę wywołaną przez jedi i sithów, pośród plantatorów radni i t’baca, hodowców tandreedów i rybatków nie brakowało takich domorosłych mścicieli. Szczególnie, że przed paroma miesiącami stolica planety, Gantra Lea, padła ofiarą rajdu band sithów. Bindo przekonał się o niechęci mieszkańców na samym początku swojego pobytu na planecie, gdy przypadkowo odsłonił miecz świetlny wiszący u pasa. Poradził sobie z napastnikami, chociaż bójka kosztowała go wiele wysiłku. Nie miał wątpliwości, że padawani nie będą mieli tyle szczęścia, jeżeli pozostaną na planecie.

Przyjrzał się pozostałym z trójki. W wielkich czarnych oczach Melli Vrill, ledwie trzynastoletniej Nautolanki, uprowadzonej z Enklawy Jedi na Dantooine, malowała się ciekawość. Wedle zapisków jej nauczycieli, odznaczała się wyjątkowym głodem wiedzy, przyswajała ogromne ilości nauk i szybko opanowywała techniki Mocy, z którymi miało problem wielu starszych padawanów. Jolee spodziewał się, że Mella chętnie wróci do Zakonu, jeśli będzie miała ku temu sposobność.

Ostatni z nich, blondwłosy chłopiec o niebieskich oczach, Lo Wen, nie osiągnął jeszcze rangi padawana, gdy został porwany. Wówczas ośmioletni adept rodem z Commenoru nie wyróżnił się niczym nadzwyczajnym. Jolee przyglądał się chłopcu… Taki młody… Kto wie co zrobili z nim sithowie… Młody umysł łatwo poddawał się nowym naukom. Mimo wszystko, cokolwiek im się przydarzyło, można było to naprawić, inaczej Jolee nie podjąłby się tej misji.
***


Wczesnym popołudniem następnego dnia, starzec ponownie zajął swoje miejsce w teraz już opustoszałej kantynie. Towarzyszył mu IT-R5. Jolee zamówił stek z tandreeda, uznał, że warto spróbować tutejszej fauny. Mięso nie było złe, ale nie mogło się równać temu z Kashyyyka. Jolee przez chwilę zastanawiał się, czy wróci jeszcze na planetę, która była jego domem przez ostatnie dekady. Z jednej strony brakowało mu tamtego relatywnie spokojnego życia w głuszy, z drugiej przywiązał się do swoich towarzyszy z Ebon Hawk, chociaż nigdy tego by przed nimi nie przyznał. Rozmyślania o przyszłości przerwał mu świergot IT-R5 i głos jego kontaktu.
- Czołem staruchu, długo na mnie czekasz?
- Zdecydowanie za długo, jak na to ile ci płacimy, Gevr. – Jolee uniósł głowę znad steku i przyjrzał się przybyszowi. Ubrany w poszarpaną zbrązowiałą kurtkę republikańskiej marynarki, mężczyzna w średnim wieku o wyjątkowo śliskim wyrazie twarzy, skinął głową na stek.
- Możesz to też dopisać do listy wydatków. Barman, podaj mi to samo, co staremu!
- Mam nadzieję, że masz dla mnie jakieś wieści, skoro naciągasz starca na obiad.
- Nie starca, tylko Republikę, w końcu coś mi się należy za lata wiernej służby.

Usłyszawszy to stwierdzenie, Jolee prychnął. Gevr był dezerterem, uciekł z marynarki, przed bitwą o Gwiezdną Kuźnię, w czasie największych zwycięstw Imperium Sithów. Bindo zwykle nie miał za złe żołnierzom, że opuszczali służbę. Wojna była przerażająca i okrutna, nie każdy miał wystarczająco mocne nerwy, żeby znieść wszechobecną śmierć i zagrożenie czyhające na każdym kroku. Jednak byli też tacy, którzy zbiegli z wojska z zupełnie innych pobudek. Tacy jak Gevr chcieli na wojnie zarobić. Obie strony nazywały ich ścierwożercami. Po tym jak wojska obydwu stron odchodziły z teatru działań, pojawiali się oni, kradli, gwałcili i mordowali w próżni po porządku zniszczonym przez wojnę. Jego kontakt zdawał się należeć do tych którzy głównie kradli, ale popełnił pewnie wystarczająco dużo innych zbrodni, żeby schronić się na Wor Tandell. Planeta należała do Światów Jądra, ale z skorumpowanym przez plantatorów rządem i brakiem jakiejkolwiek obecności republikańskich instytucji, choćby garnizonu, równie dobrze mogłaby leżeć na Zewnętrznych Rubieżach. Nadawała się w sam raz na schronienie dla Gevra, który był na tyle bezczelny, że wciąż nosił elementy munduru, by naciągać bywalców kantyn na drinki dla „dzielnego weterana”. Niestety był jedyną drogą do padawanów.

Barman, barczysty Houk, przyniósł zamówiony stek i z wyraźnym obrzydzeniem postawił go przed Gevrem, widać nie tylko Jolee znał prawdę o dezerterze.
- I o to chodzi! – mężczyzna z entuzjazmem chwycił za sztućce. Bindo odsunął mu stek sprzed nosa.
- Najpierw informacje, najesz się potem, cwaniaczku.
- Ranisz moje serce i honor żołnierza Republiki! – zaprotestował.
- Tym możesz bujać kelnerki, a nie mnie. Czego się dowiedziałeś? – Jolee włożył w swoje pytanie odrobinę Mocy, by zmusić w końcu dezertera do współpracy.
- Tak jak mówiłem wam wcześniej, tę trójkę uciekinierów widział rybak, którego znam, w górze rzeki, parę tygodni temu. Wymienili z nim trochę skór i kości zwierząt za jedną sieć i akumulator. Zrobił niezły interes, za jedno z poroży bonu kupił sobie nowy silnik do łodzi. – Bindo się skrzywił, bonu były wielkimi i niebezpiecznymi zwierzętami, a ich poroża trudno było po prostu znaleźć w dżungli, trójka młodzieniaszków, którzy upolowali jednego, na pewno zwróciła uwagę miejscowych. Gerv sięgnął po talerz, ale Jolee uderzył go w dłoń, tak, że tamten zaklął.
- To już wiem, miałeś się dowiedzieć czy ktoś ich tam jeszcze widział.
- I się dowiedziałem. – w głosie dezertera wyraźnie brzmiała uraza. – Rzeczny handlarz wybrał się tam ostatnio, nawet dotarł do ich obozowiska, sprzedał im parę innych rzeczy w zamian za poroża. Generator, filtry i narzędzia. Wygląda na to, że dzieciaki zakładają jakiś obóz.
Bindo sięgnął Mocą, by odczytać umysł Gerva. Mówił prawdę, chociaż… Był w tym jakiś fałsz, chęć oszustwa? Jolee nie mógł do końca wyczuć o co chodzi, jednak spodziewał się, że krętacz zwyczajnie chce z niego wycisnąć jak najwięcej kredytów.
- Dobrze. Podaj lokalizację.
- Pewnie… Za odpowiednią cenę. – dezerter uśmiechnął się od ucha do ucha.
IT-R5 zagwizdał przeciągle.
- Droid ma rację, już dostałeś za to zapłatę.
- Może i tak, ale czy za dobrze wykonaną pracę nie należy się bonus?
- Jestem stary, ale nie jestem głupi, jeżeli nie podasz koordynatów, to przekonasz się, że nie brak mi też ikry. – w głosie Joleego wyraźnie było słychać gniew.
- Jestem w stanie podjąć to ryzyko, stary capie. – Gerv poklepał kaburę z blasterem.
Jolee zaśmiał się w duchu. Głupiec naprawdę myślał, że będzie szybszy od niego? Starzec miał wielką ochotę pozwolić Gervowi na popełnienie błędu i pozbawić go prawej dłoni. Obawiał się jednak, że tylko zwróci na siebie niepotrzebną uwagę i uwiarygodni go w oszustwie na weterana. Oczami wyobraźni widział jak Gerv z poważną miną pokazuje kikut twi’lekańskim tancerkom. Nie, trzeba było spróbować innego podejścia.
- Nie wątpię. Jesteś też gotów na spotkanie z republikańską żandarmerią? Nie są może skorzy do ścigania każdego dezertera w tej części galaktyki, ale moi współpracownicy mają pewne dojścia, które sprawiłyby, że zwróciliby na ciebie uwagę. Słyszałem, że kopalnie więzienne na Delrian są wyjątkowo urokliwe. Miałbyś mnóstwo czasu, żeby dokładnie zbadać ich formacje skalne.
Gerv zacisnął szczękę z gniewu. Patrzył przez chwilę w oczy Joleemu, aż w końcu uznał, że groźba jest realna.
- Trzy tysiące kredytów. Musiałem pokryć dodatkowe koszty.
- Tysiąc i ani jednego więcej. - IT-R5 zaświszczał potwierdzająco. Gerv był wyraźnie niezadowolony.
- Niech będzie. – westchnął ciężko.
Podał Joleemu datapad z koordynatami. Stary nie-jedi wstał od stołu i wskazał na talerz z stekiem.
- Smacznego. Mam nadzieję, że więcej już się nie zobaczymy, gnido.
- Z wzajemnością, stary capie!
Starzec opuścił lokal, a IT-R5 pojechał za nim.

***


Resztę popołudnia zajęło mu szukanie łodzi, która zabrałaby go i IT-R5 w górę rzeki. W końcu znalazł rybaka szykującego się do wyprawy i skłonnego do wzięcia pasażerów za niewielką opłatą. O poranku spakował ekwipunek, zapłacił za pokój i stawił się w porcie. Zajęty przygotowaniami do podróży i przemyśleniami o tym jak najlepiej przekonać padawanów, Jolee nie zwrócił uwagi, na obecność Gerva w tłumie. Gdy tylko łódź z Bindo i IT-R5 odpłynęła, dezerter sięgnął po komunikator.
- Wyruszyli, powinni być za dwa dni na miejscu. – na twarzy opryszka pojawiła się nieskrywana satysfakcja. Bardzo dobrze mu zapłacono, a los, który spotka starucha traktował jak bonus.

***


Podróż przebiegła bez większych przygód. Rybak, który go przewoził nie należał do rozmownych, więc Jolee skupił się na otaczającej go przyrodzie. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy, jak wielka była rzeka po której płynął, jej szerokość ciągnęła się aż po horyzont. Z banków danych IT-R5 wyciągnął informacje o zamieszkujących ją gatunkach zwierząt i roślin. Lektura była jakimś zajęciem, podczas długiej i nudnej podróży. Po dwóch dniach przybili wreszcie do brzegu.
- To tutaj?
- Yhym. – rybak w kapeluszu z szerokim rondem koloru morskiej zieleni przytaknął.
- Daleko do tych wzgórz, jak im tam, Macek Tandreeda?
Rybak rozchylił płaszcz i wyjął datapad, po czym pokazał Bindo ich obecną lokalizację na mapie i położenie wzgórz. Starzec pomyślał, że to kilka godzin drogi, dla niego może nawet pół dnia.
- Będziesz tu za dwa dni, tak jak się umawialiśmy?
- Yhym.
- Buzia ci się nie zamyka, co?
-Mhm.
- No dobra, dzięki za podwózkę. R5, idziemy. – Jolee się poddał, nie było szans na to, że wydusi z rybaka, chociaż jedno słowo. Z drugiej strony, jeśli spotka padawanów, będzie miał aż zanadto rozmów do przeprowadzenia.

Razem z IT-R5 weszli z głąb dżungli. Kiedy znaleźli się dostatecznie daleko od brzegu, Jolee pomyślał, że może już użyć miecza świetlnego, bez obaw, że ktoś ich zobaczy. Wycinał sobie ścieżkę przez chaszcze, jednocześnie płosząc co bardziej ciekawskie zwierzęta. Wor Tandell, to nie Kashyyyk, ale starzec mimo wszystko nie chciał się spotkać z bardziej drapieżnymi przedstawicielami miejscowej fauny. Późnym popołudniem w końcu dotarł na wzgórza. Na szczęście, stawy zaczęły ponownie mu doskwierać i nie był pewien, czy dotrze na miejsce przed zmrokiem. IT-R5 zaświergotał.

- Co się stało, mały? – Jolee tak naprawdę nie potrzebował odpowiedzi, sam to wyczuł. Trzy rozumne istoty obecne w Mocy i… coś jeszcze? Nie, wydawało mu się. Widać nie tylko jego stawy, ale i wyczucie mocy szwankowały. Wyłączył miecz świetlny i zawiesił go na pasku. Razem z IT-R5 wyszli na polanę. Wokół pełno było powalonych drzew, pnie nosiły ślady miecza świetlnego. W centrum polany stał namiot otoczony fosą. Generator zasilał lampy i niewielkie ogrodzenie pod napięciem, po obozowisku stały pojemniki, najpewniej z zapasami żywności i leków. W pewnym oddaleniu od obozu znajdowała się latryna. Za nią znajdowało się urwisko, która sądząc po wytłumionym szumie wody górowało nad jedną z odnóg rzeki. Musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Ta trójka nie tylko przetrwała w dziczy, ale zbudowała obozowisko z prawdziwego zdarzenia.
- Coś za jeden? – wysoki, blady Nikto musiał być Bardo Karem, w dłoni dzierżył czerwony miecz świetlny, podobnie jak jego towarzysze. Mella Vrill nie wyglądała już na tę ciekawską nautolańską trzynastolatkę. Teraz jej oczy wyrażały niepokój i obawy. Z kolei Lo Wen zamenił się w zagniewanego dziesięciolatka.
- Spokojnie. Jestem przyjacielem.
- Jedi czy sith? – wykrzyknęła Mella.
- Żaden z nich. – Jolee rozłożył ręce. – Jestem tylko starym prykiem, który tak jak wy był kiedyś padawanem.
- Zostaw nas w spokoju albo sami cię stąd wyrzucimy! – krzyknął Nikto i dla podkreślenia swojej groźby wykonał młynek mieczem świetlnym.
- Nie ma takiej potrzeby, nie przyszedłem tu by z wami walczyć. Jestem na to za stary. Chciałbym tylko porozmawiać, jeżeli nie spodoba wam się to co powiem, to odejdę.
- Może z nim porozmawiajmy? – zapytała ostrożnie Mella, posyłając niepewne spojrzenie Bardo. Nikto zamilkł.
- Niech lepiej sobie stąd idzie. – odezwał się Lo.
Bardo wpatrywał się w Joleego. Starzec czuł, że nie tylko oczyma, ale i poprzez Moc. W końcu opuścił i zgasił swój miecz świetlny.
- Dobrze, ale zostań tam gdzie jesteś.
Mella poszła w ślady Bardo, tylko Lo dalej stał z swoim mieczem w pogotowiu. Nikto posłał mu karcące spojrzenie i dopiero wtedy chłopiec się ugiął.
- Kim jesteś? – Nautolanka ponownie się odezwała.
- Jolee Bindo, Rada Jedi poprosiła mnie, żebym was odnalazł i przekazał wiadomość od nich.

IT-R5 podtoczył się przed Joleego i zaczął wyświetlać holonagranie, nim jednak hologramowy mistrz Vandar wypowiedział pierwsze słowo, Bindo usłyszał świst powietrza. Instynktownie rzucił się do przodu. Miejsce w którym stał chwilę przedtem przeszyła świetlna pika, sekundę później wbiła się w głowę IT-R5 w kształcie dysku. Znikąd wypadli zamaskowani napastnicy. Byli ubrani w czarne kombinezony i metalowe maski z wielkimi czerwonymi wizjerami. Jolee miał okazję przyjrzeć się jednemu z nich, gdy w ostatniej chwili wyciągnął swój zielony miecz świetlny i zatrzymał kolejny cios.

Jak mógł ich wcześniej nie wyczuć!? Emanowali ciemną stroną Mocy. Sądząc po odległości jaką przebyli, by zaatakować, podeszli bardzo blisko praktycznie niezauważeni. Odpychając napastnika Mocą i wracając skokiem do pionu, Jolee dostrzegł jak zabójcy tego dokonali. Jego przeciwnik miał przytwierdzone do pasa jakieś urządzenie, najpewniej generator pola maskującego. Wróg otrząsnął się z upadku spowodowanego atakiem starca i ponownie ruszył do ofensywy. Jolee słyszał rozpaczliwe krzyki padawanów, przynajmniej jeszcze żyli. Odbił pchnięcie przeciwnika i objął Mocą pole walki. Napastników było trzech. Dwóch z nich ogłuszyło Lo i walczyło z Bardo i Mellą. O dziwo nie byli silniejsi w Mocy, niż padawani, właściwie to stanowili ich lustrzane odbicia. Jolee sięgnął ku zasypującemu go ciosami zabójcy. Bindo poczuł się tak jakby starał wysondować Mocą samego siebie, tyle, że po ciemnej stronie. Starzec spróbował przejść do kontrataku, skrócił dystans, tak by zmniejszyć przewagę dłuższej broni zabójcy. Jednak jego cięcia i pchnięcia, napotykały tylko kolejne parady i bloki. Jolee odskoczył do tyłu i zmierzył wzrokiem przeciwnika. Usłyszał jak sam dyszy. Wróg bez słowa wymierzył kolejne ciosy, powoli spychając Joleego bliżej obozowiska.

Zielona smuga, w którą zamienił się miecz niedoszłego rycerza jedi wciąż odbijała świetlną pikę, w końcu jednak kolejne pchnięcie trafiło Bindo w udo. Łysy starzec zacisnął zęby z bólu. Sięgnął po swój gniew. W przeciwieństwie do jedi, nie bał się swoich emocji, czerpał z nich siłę i pozwalał płynąć im swobodnie, tym samym wzmacniając swój kontakt z Mocą. Nie pozwalał jednak, by jego emocje przejęły nad nim kontrolę, tak jak czynili to sithowie. Przez dekady wygnania, na które sam się skazał, Jolee kroczył ścieżką równowagi. Pozwalała mu ona osiągnąć poziom panowania nad Mocą, którego nie osiągnąłby oddając się jasnej lub ciemnej stronie. Ponownie odepchnął napastnika Mocą, tym razem jednak, z koniuszków jego palców popłynęły wyładowania elektryczne. Zabójca zablokował pchnięcie, ale nie spodziewał się błyskawicy Mocy. Porażony odleciał na kilka metrów do tyłu. Bindo miał już pomknąć za nim, by go ostatecznie unieszkodliwić, ale przypomniał sobie o dzieciach.

Nautolanka straciła jedną z swych głowomacek i była ranna w rękę. Młody Nikto starał się ją osłaniać, ale nie miał szans z dwoma napastnikami na raz. Odepchnąwszy jednego z nich, obrócił się do drugiego wykonując młyńca swoim czerwonym ostrzem, jednak zamiast przeciwnika czekała na niego tylko świetlna pika. Bardo Kar został przebity na wylot. Mella wydała z siebie okrzyk przerażenia i gniewu. Jolee skoczył na napastnika, wzmacniając akrobację Mocą. Zielona smuga przecięła zabójcę na pół, nim ten zdążył dostosować się do jego poziomu Mocy. Młoda padawanka objęła ciało swojego towarzysza i zapłakała. Jolee złapał ją za ramię i pociągnął za siebie. Pozostali przy życiu przeciwnicy nie tracili czasu. Bindo musiał się teraz mierzyć z dwoma przeciwnikami równymi sobie. Mella Vrill nie była wielką pomocą, jej ciosy były niecelne, czy to z powodu bólu, czy to z powodu utraty przyjaciela. Starzec i padawanka byli spychani co raz bardziej w stronę urwiska.

- Co z Lo?! – Mella przekrzyczała świst powietrza przecinanego przez miecze świetlne i piki.
- Martw się o siebie, dziewczyno! – jakby na potwierdzenie słów Bindo, jeden z sithańskich zabójców posłał w jego kierunku błyskawicę Mocy, którą stary padawan z trudem powstrzymał swoim mieczem świetlnym.

Nie mieli najmniejszych szans w tym starciu. Może gdyby Jolee był o dwadzieścia lat młodszy, nie był ranny i nie musiał dodatkowo chronić padawanki, byłby w stanie powalić jednego z napastników, ale dwóch? Starzec rzucił w jednego z nich swoim płaszczem, by zyskać chociaż trochę na czasie, jednak zabójca nie dał się nabrać na tę prostą sztuczkę. Jolee spojrzał się za siebie i zobaczył rzekę płynącą daleko w dole. To była ich jedyna szansa. Zdobył się na jeszcze jedno pchnięcie Mocą, wyraźnie słabsze od poprzednich, ale dające mu wystarczająco dużo czasu, by z całej siły rzucił swoim mieczem świetlnym w przeciwników. Prowadzone jego siłą woli zielone ostrze odbiło się od piki jednego napastnika i pomknęło ku drugiemu. Wolnymi rękoma złapał Nautolankę i popchnął ją w przepaść, skacząc w ślad za nią. W locie Jolee wykrzykiwał wszystkie poznane przez długie życie przekleństwa. Upadali…
Image
Awatar użytkownika
Probos Azad
Gracz
 
Posty: 102
Rejestracja: 23 Sty 2016, o 10:26

Re: Upadek - minikonkurs

Postprzez BE3R » 18 Kwi 2016, o 21:10

Jestem mocno rozczarowany, opowiadanie albo nie skończone albo niedopracowane, sorry winnetou ale tak to się nie bawimy. Bu zło mnrok i mokre skarpetki. Od skakania w akapitach zakręciło mi się w głowie, gdyby nie piwo nie przebrnąłbym przez całość.
Nie ginie żaden jedi. Żal.
Jest za długie, serio można to było zgrabniej i krócej opisać.
Polityka jest zła, serio, nawet w opowiadaniach.

Zaszczytne ostatnie miejsce :(
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1682
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: Upadek - minikonkurs

Postprzez Mistrz Ind'yk » 19 Kwi 2016, o 13:06

Mi się fragmenty polityczne najbardziej spodobały, potem rozmowa z Juhani była niezła, ale już traciła na impecie, a potem... nie wiem, jakoś to się załamało. Nie przekonuje mnie to, że jest tyle wprowadzenia (Holo plus rozmowa) do praktycznie żadnej fabuły. Liczyłem na to, że stanie się coś naprawdę szałowego, a tu nici. Mam podobne wrażeni, co Chudy - albo potrzeba dopisać więcej i to rozkręcić, albo skrócić, zrobić prostsze i oparte na konkrecie. No i upadek jest dosłowny, ale bez takiego wdzięku, jaki na przykład nadał mu Quorn. Niemniej fajnie się czytało, więc jestem za opcją drugą - zrób z tego coś dłuższego ;) .
Awatar użytkownika
Mistrz Ind'yk
Gracz
 
Posty: 1735
Rejestracja: 21 Cze 2011, o 12:42

Re: Upadek - minikonkurs

Postprzez Tzim A'Utapau » 22 Kwi 2016, o 21:09

Mnie również najbardziej spodobał się wątek polityczny. Trochę przerysowany w wiadomościach, ale za to świetnie pokazał wyobrażenie wojny z perspektywy szarej części galaktyki. W tych czasach Jedi byli zupełnie innym zakonem, niż w klasycznej epoce, bliższym średniowiecznym zakonom rycerskim. I jakoś tak czuć, że ci "sithowie" to własnie Sithowie okresu KotORa, bardziej twór militarny i polityczny, z kolejnymi watażkami. Poza tym, udanym motywem jest relacja KotORowej drużyny po zniknięciu Revana. Chętnie właśnie o tejże drużynie przeczytałbym więcej. Spotkanie całej grupy po kilku latach byłoby super.

Przyjemna interpretacja starego padawana, myślę też że dobrze oddaje Joleego takim, jakim widzieli go autorzy. Szary Jedi poza schematem, który zgadza się z ogólnymi ideami zakonu, ale wykształcił własną, daleko odmienną od zakonnej filozofię, interpretację Mocy. Taki wierzący a niepraktykujący. Jego kręgosłup moralny przedstawiono mocno wiarygodnie.

Zakończenie mi się nie podoba, ale gorzej z tekstem było już od momentu spotkania zbuntowanych ciemniaków. Opis walki strasznie statyczny.

Podobne wrażenia, co inni - do rozwinięcia i powstałby fajny ciąg opowiadań o przygodach staruszka. Za to sam wątek główny jest ok - Jolee na własną rękę chce nawracać młodych uczniaków - zwłaszcza jego słowa o tym, że "to żadni Sithowie". Ot, paru gówniarzy na wojnie pobłądziło, trzeba im dać lekcję i ukierunkować znów na dobrą drogę. I taką wersję dziadka Jedi kupuję.
Image

Postacie archiwalne:
Image
Image
Tau z Lakonów - stoczniowiec, infant Fondoru
Sate Nova (ERG 1212) - imperialny gwardzista
Asa-Lung - zmiennokształtny
Korjak z Malastare - Feeorin, windykator Czarnego Słońca
Awatar użytkownika
Tzim A'Utapau
Gracz
 
Posty: 1585
Rejestracja: 4 Lis 2010, o 20:34

Re: Upadek - minikonkurs

Postprzez Quorn » 23 Kwi 2016, o 11:13

Hmmm. Napiszę tak: w całości mi nie siadło, ale są i niłe fragmenty. Ciężko mi to ocenić.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 832
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane


Wróć do Opowiadania