Content

Opowiadania

Ponura nadzieja

Image

Ponura nadzieja

Postprzez Tzim A'Utapau » 6 Lut 2015, o 18:34

Ponura nadzieja a. dawne widmo

z cyklu Helotka, 5 000 BBY

Prolog
Kamień i złoto


Kapłani zaintonowali pieśń.
Pieśń była starożytna, monotonna i niezrozumiała dla obecnych, ale nie trzeba było rozpoznawać słów, by przyswoić jej powagę, poczuć świętą atmosferę, żal za tym, co minęło. Pieśń opowiadała o dawnych wiekach, o czcigodnych przywódcach oraz ich zimnych grobach z kamienia i złota, a także o tym, że bogowie cenią sobie odwagę, gardzą tchórzami, a czasem są okrutni.
Kapłani kroczyli szeregiem, podzielili się na dwie grupy, przeszli komnatę spiralą, jak dwa węże splecione podczas brutalnej prokreacji. Poruszali się wolno i bezdźwięcznie, w rytmie spaceru pełnego zadumy.
Pieśń odbijała się echem od kamiennych murów oraz złotych zdobień.
Cztery cieniste sylwetki robotników przesunęły dźwignie bram. Komnata zatrzęsła się w potężnych posadach, łańcuchy zatrzeszczały, słońce zgasło za wrotami, a do walki z mrokiem stanęło teraz światło lamp oraz palenisk z kadzidłami. Ostry dym wypełnił wszystkie kąty, wdzierał się strużkami do płuc, zwężał źrenice i mrowił skórę.
Niewolnicy różnych ras, wśród nich kobiety i dzieci, niczym owady, masą naparli na korowód strażników. Każdy chciał być jak najbliżej Pana podczas ceremonii. To przynosiło szczęście. To dawało siłę. Każdy też chciał zobaczyć, jak to jest, gdy umiera bóg.
Wojownicy, wielcy, czerwoni i dzicy, odziani jedynie w biodrowe przepaski, skrzyżowali groźnie ostrza. Gdy któryś niewolnik za mocno napierał w narkotycznym transie, studzono jego zapał zimną stalą.
Jedno dziecko, dziewczynka brudna jak ziemia, przedarło się przez straż, sprytnie przecisnąwszy się pod szerokimi ramionami wojowników oraz pomiędzy drzewcami. Podbiegło do sarkofagu, odurzone kadzidłami, zahipnotyzowane osobą Pana.
Pan był potężny. Jego mięśnie połyskiwały, jego skóra była zdrowa, spojrzenie twarde, a usta wąskie. Miał szerokie ramiona i długą szyję, cały był wielki, dostojny, niewzruszony, do niedawna niepokonany. Wchodząc do sarkofagu, był spokojny. Jak przystało.
Wszyscy znali go jako namiętnego i silnego, bogatego i chciwego, surowego i sprawiedliwego, lecz nikt, nikt na całej planecie nie nazwałby go łaskawym. Bo Pan nie znał łaski, nie wybaczał błędów, nie tolerował słabości. Jak i poprzedni na jego miejscu, był obiektem uwielbienia, ale przede wszystkim wzbudzał lęk. Pana należało kochać lub nienawidzić.
Wystawił drapieżnie białe kły, gdy dziecko się zbliżyło. Czy był to uśmiech, czy grymas wściekłości, dziecko zadrżało i jęknęło.
- Rash...!
Dziecko nie zdążyło dokończyć okrzyku. Kapłan brutalnie złapał je za włosy i zabrał z dala od sarkofagu. Nim pisnęło w boleści, kapłan błysnął nożem, otworzył mu żyły na chudych przegubach.
Drugi kapłan wycisnął rękę dziecka z posoki niczym szmatę, namoczył włosie drapieżnika i chlusnął szkarłatem dookoła, recytując zaklęcie.
Zapach krwi ożywił komnatę, podniecił wojowników i samego Pana. Pan złapał krawędź sarkofagu, porysował paznokciami złocone płyty. Wygiął się spazmatycznie jakby w bólu, krzyknął, a później opadł bezwładnie.
Niewolnicy wrzasnęli w ślad za Panem. Wojownicy milczeli. Kapłani śpiewali. O czcigodnych przywódcach oraz ich grobach z kamienia oraz złota.
Złoto i kamień. Tylko to go czekało. Taki już był los rasy Panów. Kamień i złoto.
Pan usnął snem kamiennym i złotym.
Image

Postacie archiwalne:
Image
Image
Tau z Lakonów - stoczniowiec, infant Fondoru
Sate Nova (ERG 1212) - imperialny gwardzista
Asa-Lung - zmiennokształtny
Korjak z Malastare - Feeorin, windykator Czarnego Słońca
Awatar użytkownika
Tzim A'Utapau
Gracz
 
Posty: 1587
Rejestracja: 4 Lis 2010, o 20:34

Re: Ponura nadzieja

Postprzez Tzim A'Utapau » 23 Lip 2015, o 14:40

1


Ran Udr niecierpliwie przechadzał się po sali audiencyjnej w oczekiwaniu na Zardullę. Powietrze w pomieszczeniu, jak i w całym w pałacu było lepkie, ciepłe oraz przepełnione gęstym odorem, mieszaniną potu oraz wydzielin kilkunastu gatunków istot myślących i zwierząt. Łuskowata skóra Selkatha wyschła, a rybie oczy szczypały. Zwyczajowo Ran Udr co parę godzin zraszał ciało zimną wodą z natrysków zamontowanych w suficie prywatnej kwatery – jedynego miejsca z elementami zieleni w całym brudnym, jasnobrązowym i pozbawionym gustu pałacu. Teraz Selkath nie mógł wrócić do kwatery, by się nawilżyć, ponieważ Zardulla się spóźniał. Zarówno skrzela jak i płuca paliły go mrowim bólem. Zirytowany Ran Udr podrapał swędzące, wysuszone łuski i zerknął na skrzynię znajdująca się z nim w pomieszczeniu, na okrągłym stole. Skrzynia była wysoka na metr i tak pospolita, jak tylko było to możliwe w wielkiej Galaktyce. Za to jej zawartość należała do nieco rzadszych.
Przed pięcioma dniami miała miejsce identyczna sytuacja. Dokladnie tak jak teraz, majordomus czekał i przeklinał w duchu pustynny klimat planety, na której przyszło mu wegetować; wdzierający się wszędzie piach, który pokrywał cienką warstwą podłogi oraz meble. Powodem pierwszej narady były dwa międzygwiezdne transportowce, które zaginęły na samym skraju Przestrzeni Huttów. Szybkie śledztwo Selkatha wykazało, że zostały po prostu zestrzelone i nikt nie pofatygował się nawet, by zatrzeć ślady. Ładunek, warte ponad milion kredytów miękkie narkotyki, dryfował swobodnie w kosmosie. Szczęściem udało się go odzyskać. W niedługim czasie kolejny przerzut, tym razem z niewolnikami, dokładnie na tej samej trasie, spotkał podobny los. Zardulla był wściekły, niewolnicy zginęli i tym razem straty nie dało się odzyskać. W pałacu ścięto przypadkowe głowy, jak karaluchy rozeszły się plotki.
Ran Udr zdołał wykluczyć większość konkurentów ze świata przestępczego, w tym członków rodziny Zardulli, zorganizowane działania Republiki oraz niektórych prywatnych przedsiębiorców. Pozostawali przypadkowi piraci, korsarze, nieznany wróg lub zbieg okoliczności. Ran Udr nie wierzył w zbiegi okoliczności. Piraci nie zostawiliby łupu. A większość korsarzy w okolicznych układach gwiezdnych pracowała dla Zardulli.
– Chcę dorwać tego głupca, Udr – zagulgotal wówczas Zardulla, wepchnąwszy do ust wijącego się ssaka pokrytego wyliniałym, szarym futrem. Rozgryzł gryzonia potężną, bezzębną paszczą.
Ran Udr zmrużył oczy i omal się nie skrzywił, gdy strugi krwi popłynęły po brodzie Zardulli. Skłonił się wpół, ale nie skomentował faktu, że wróg, kimkolwiek jest, nie powinien być nazywany głupcem. Nie w sytuacji, gdy z łatwością i bez strachu gra na płaskim nosie słynnego przestępczego bosa. Wróg był inteligentny, dobrze wyposażony, a prawdopodobnie także majętny. Ran Udr zachował to wszystko dla siebie, ponieważ lata pracy z Huttami nauczyły go, że nie ma sensu dzielić się myślami, które nie spodobają się pracodawcy.
Majordomus dostał dziesięć dni na wyjaśnienie sprawy. Minęło dopiero pięć, chociaż Selkath wątpił, by Zardulla docenił tempo pracy. Wyniki nie należały do tych, które przekazywało się z dumą.
Najpierw namierzono wroga. Nie było to trudne, wystarczył kolejny transportowiec, tym razem z porządną eskortą. Najdziwniejszym się okazał fakt, że jednostka nie zostawiła po sobie nadprzestrzennego tropu. Tak czy inaczej kolejny statek ("To już trzeci, Udr! Yanee dah poo noo! Ja zbankrutuję! E chu ta!") rozniesiono w kosmiczny pył, a myśliwce przechwycono. I tylko tym szczęśliwym zbiegiem okoliczności zdołano namierzyć sygnał, który zaprowadził na planetę Dathomirę.
Do walki z nieznanym przeciwnikiem wysłano sakiyańskiego zabójcę, najlepszego, jakiego Zardulla miał na podorędziu. Sakiyanie słynęli z drapieżnego instynktu, sam ich widok potrafił niekiedy rozwiązać problem beznadziejnego dłużnika lub pyszałkowatego szefa lokalnej mafii. Jednakże w tym konkretny zadaniu rolą Sakiyanina nie było zastraszanie. Miał zabić nieznanego wroga, najlepiej, jak to określił Zardulla, "w najbardziej wymyślny i bolesny sposób".
Ran Udr westchnął, a dla układu oddechowego Selkathów nie było to łatwe, oparł się plecami o skrzynię i nasłuchiwał odgłosu pełzania z korytarza. Zardulla się zbliżał.
Co dla Huttów nietypowe, Zardulla fatygował się wszędzie osobiście. Chociaż dawno osiągnął zdrową wagę jednej tony, poruszał się o własnych siłach, nie korzystał z repulsorowych udogodnień, zaprzęgów masywnych zwierząt ani lektyk na ramionach mężczyzn z silnych fizycznie gatunków. Ran Udr uważał to za ciekawe dziwactwo i w gruncie rzeczy całkiem pozytywne. Czasem tylko zdarzało mu się wdepnąć w śluz na korytarzu pozostawiony przez oślizłe cielsko mocodawcy.
Hutt prowadził na łańcuchu ludzką niewolnicę. Ran Udr znał prawie wszystkie niewolnice, ponieważ jako majordomus osobiście dopatrywał zakupu większości. Tę nazywano Layrą, należała do świeżych nabytków. Jak wszystkie kobiety w pałacu Zardulli, miała ogoloną głowę i tatuaż na czole. Siniaki pod oczami świadczyły o tym, że ma gorący temperament.
– Achuta, o wielki – zaczął majordomus. – Dobrze widzieć cię w humorze.
– Są wieści? – zadudnił Zardulla.
– Dobra, zła i dobra – powiedział ostrożnie Ran Udr. - Pierwsza dobra jest taka, że zabójca juz wrócił. Niestety nie udało mu się wykonać zadania. Uzyskaliśmy za to cenne informacje.
Zardulla domyślał się dalszego ciągu. Jego chytre oczy wyrażały gniew, odruchowo szarpnął lańcuchem, niewolnica padła na ziemię.
– Zła wiadomość jest taka...
Ran Udr odsunął się od skrzyni, zwolnił magnetyczny zaczep. Na podłogę wysypały się kości. Kości Sakiyanina, zakrwawione i ogryzione z mięsa.
Niewolnica wyglądała na przerażoną.
– A druga dobra? - zaciekawił się Zardulla, niespecjalnie wzruszony.
Ran Udr z dezaprobatą podniósł z ziemi połamany piszczel, przyjrzał się śladom zębów.
– Wyjątkowo nie zapłaciliśmy zabójcy z góry.
Image

Postacie archiwalne:
Image
Image
Tau z Lakonów - stoczniowiec, infant Fondoru
Sate Nova (ERG 1212) - imperialny gwardzista
Asa-Lung - zmiennokształtny
Korjak z Malastare - Feeorin, windykator Czarnego Słońca
Awatar użytkownika
Tzim A'Utapau
Gracz
 
Posty: 1587
Rejestracja: 4 Lis 2010, o 20:34


Wróć do Opowiadania

cron