Content

Archiwum

[Zordo's Haven] Arena pojedynków

Re: [Zordo's Haven] Arena pojedynków

Postprzez Renno Tresta » 29 Kwi 2017, o 18:15

Astarith Rauss dotarła stąd: [Zordo's Haven] Stacja kosmiczna

Remy LeBeuf był gladiatorem. Niedojrzałą, rozedrganą ofermą, sterczącą w zakratowanej jamie razem z grupą czterech roślejszych, groźniejszych mężczyzn. Wyglądał w ich towarzystwie jak osika w lesie pełnym dębów, niefortunną decyzją Matki Natury wciśnięta w miejsce, gdzie ani trochę nie pasuje i gdzie szybko bez śladu zniknie. Czyli tak sobie.
Reszta idących na potencjalną śmierć dżentelmenów mogła pochwalić się, o dziwo, lepszym morale. Milczący łamacze zasad doskonale zdawali sobie bowiem sprawę, że panika w obecnej sytuacji na niewiele im się zda. Jedyne, co pozostało, to dać niezły popis i uratować swoje dupska - na oczach, najchętniej, przychylnej publiczności. I w zasadzie tyle. Chcąc tego dokonać, potrzebowali wystudzonych, pewnie trzymanych na wodzy nerwów, nie ślepej histerii. Nie byli idiotami.
LeBeuf, niestety, był, a przynajmniej nie potrafił równie prędko dojść do tak prostych i klarownych wniosków. A na pewno nie tuż przed wyjściem na arenę, i to z oszczepami. Oszczepy. Cały, wielki, pełen po brzegi kołczan ciążył mu u boku. Kto dostaje taki badziew? Kretyn, którego wszyscy obstawiają jako pierwszego trupa, otóż kto. Pika, włócznia, halabarda... Otrzymanie czegokolwiek innego osadzonego na drzewcu byłoby akurat. Nie... oszczepów. Pewnie wcisnęli mu je, bo był czarny. Pieprzeni kosmiczni rasiści.
Nie powinien był iść w cug, od tego to wszystko się zaczęło. Wiadomo, nie miałby powodu zalać się wódą i doprawić lekami przeciwbólowymi, gdyby nie srogi łomot od Guineo i tamtego drugiego sukinsyna, karaluchopodobnego, ale, mimo to, bez przesady. Wpadnięcie tej samej nocy do Sister Moon z talią zaślinionych kart w garści i domaganie się, skrzekliwym tenorem, kolejnej szansy na użycie holoprojektora – to było już właśnie odrobinę za dużo brawury. Od awantury w kasynie szybko wybrukowała się droga do aresztu, a od aresztu...
Remy spojrzał przez zęby krat na przeciwny koniec areny. Acklay, choć z takiej odległości wyglądał niewiele lepiej niż pospiesznie rozmazana zielona plama, swoim majestatem i tak mocno poluzował zwieracze młodego straceńca. Co stało się później - nie wypada wypominać.
Wyżej, znacznie wyżej, w sekcji przeznaczonej dla majętniejszych i obficiej obstawiających widzów, Astarith Rauss minęła bardzo sceptycznego bramkarza. Eks-tajniak z ISB siedział już przy umówionym stoliku. Biedaczysko. Pewnie był okropnie wdzięczny za taki dobry pretekst do wyrwania się z domu, jak to dziadek. Łowczyni zgrabnie wstąpiła w jego pole widzenia.
– Gin, sullustański. - rzuciła do lewitującego w okolicy robo-kelnera, następnie kierując wizaż w stronę Lanitha. - A myślałam, że to ja jestem punktualna.
Przysiadła się do imperialnego i na chwilę dała pochłonąć ekscytującemu pejzażowi sztucznie podgrzewanych piasków.
– Miejmy nadzieję, że trzymali bestię głodną, bo stawka jest o górę kredytów. Potrzeba mi będzie tutaj drapieżnej francy.
Uśmiechnęła się krótko do mężczyzny.
– Ale dość o tym. Pomówmy o interesach.
Image
Postać archiwalna:
Renno Tresta
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
 
Posty: 575
Rejestracja: 3 Kwi 2010, o 14:30

Re: [Zordo's Haven] Arena pojedynków

Postprzez Mistrz Gry » 1 Maj 2017, o 22:27

Acklay został wypuszczony na arenę jako pierwszy. Tłum przywitał go eksplozją entuzjastycznej wrzawy; nikt nie miał wątpliwości, że to właśnie krabowaty potwór jest główną atrakcją wieczoru. On i jego finezyjne metody wykańczania skazańców.
Potwór z chrzęstem chitynowych stawów ruszył ku środkowi areny. Raz po raz wściekle bił przednią parą odnóży o podłogę i porykiwał przeciągle i pisikliwe. Był wygłodzony i choć czuł już swoje ofiary nie widział ich jeszcze. To go złościło.
Tłum szalał i skandował imię swego ulubionego pupila: "Bo'bicc, bo'bicc". W ciężkim hałasie słowa spikera - wzmocnione przecież przez system nagłośnieniowy areny - były ledwo słyszalne. Nikogo jednak nie interesowały nazwiska skazańców i za jakie przewinienia stanęli do walki z Bo'bicciem. Całe przedstawienie i tak kradł wygłodniały acklay który miotał się wściekle pragnąc zdobyczy.

***

Tyro wstał i przywitał się z Astarith. Uścisk dłoni miał silny i pewny ale jednocześnie nie był grubiańsko nieczuły. Facet z klasą oceniła go mimowolnie w myślach. Odsunął łowczyni krzesło i usiadł na przeciwko niej dopiero gdy ta siedziała już całkiem wygodnie.
- Droidze, najlepiej przynieś proszę całą butelkę i dwie szklanki. - Automatyczny kelener zapiszczał coś w odpowiedzi i poleciał w stronę baru.
Mężczyzna na żywo prezentował się znacznie lepiej co tylko potęgowało w Rauss przeświadczenie, że Tyro mógł uwieść każdą.
- Co do czasu to jest Pani punktualnie. Ja byłem przed nim. Chciałem się trochę rozejrzeć. Nawet obstawiłem. Wynik jest raczej pewny, ale kto wie. Być może któryś ze skazańców czymś nas zaskoczy. Mogę? - Tyro wyciągnął niewielką metalową papierośnicę i wysunął z niej jednego papierosa. Pytanie było retoryczne; odpalił go wprawnie i błękitnawy obłok na moment skrył brodatą twarz.
- Przepraszam. Nie mogę się powstrzymać. Tego jednego nałogu nie mogę przezwyciężyć. A może chce się Pani poczęstować? Proszę, śmiało. - Położył pudełko na stole przed Astarith. - A co do interesów. Szybko i na temat. Osiem tysięcy kredytów. Dwa płacę od razu. Reszta po robocie. Jeżeli Fionn żyje z pewnością będzie skory zapłacić coś ekstra. Kiedy możemy ruszyć? Trzymają Panią tutaj jakieś zobowiązania?
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5205
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Zordo's Haven] Arena pojedynków

Postprzez Renno Tresta » 4 Maj 2017, o 08:40

Kiedy ofiary losu jedna po drugiej wyszły z jamy na arenę, treserzy zmuszeni byli zaserwować podekscytowanej bestii kilka porządnych, obładowanych elektrowstrząsami pacnięć w pysk - dopiero wtedy chropowaty tyłek grzecznie usadził się na ziemi, koso-podobne kończyny przestały wściekle ciąć powietrze, a poszarpana wypustkami gardziel skończyła kanalizowanie jeszcze dłuższych symfonii przytłaczającego okolicę jazgotu. Tylko ta wlekąca się, lepka pajęczyna dalej wyciekała z pyska. Modliszka łaknęła. Tak bardzo, bardzo łaknęła.
Po drugiej stronie zatrzymała się drużyna za dychę. Wojownicy z przypadku. Ustawieni w szereg jak dzieci z przedszkola, uzbrojeni w wyciągnięte z magazynu graty, niemogący oderwać oczu od nienawistnie syczącego narzędzia ich egzekucji. Ogółem zebrani w strefie zero, otrzymali okazję, żeby poznać się lepiej. Bynajmniej nie poprzez uprzejmą konwersację, a wręcz przeciwnie, pasywne wysłuchanie długiej listy przypisywanych każdemu z osobna zarzutów, płynących - a bardziej broczących - z przekrzykiwanego przez gawiedź głośnika.
Był tam pewien szczególnie poorany bliznami Dowutin, jak się okazało - zawodowy pięściarz i prywatnie wielbiciel dokańczania porachunków poza granicami ringu. Z zardzewiałym arg'garokiem w garści wyglądał wzorowo, niczym barbarzyńca z Dzikiej Przestrzeni.
Obok sterczał Korelianin Arno, przemytnik raczej niechętnie uiszczający ludziom Zordo mile widziane haracze. Czarne plamy na jego włóczni sugerowały starą krew.
LeBeuf, z cholernymi oszczepami.
Dalej śniady Lorrdianin, o twarzy zniekształconej wypaloną na policzku literą K. Piętno odpowiadać miało chyba popełnionym przez mężczyznę zbrodniom: spiker wspomniał o kłamstwie (rzekomo zaadresowanym do samego patrona stacji), kradzieży (wchodzącego w poczet floty tego samego Hutta frachtowca) oraz kurewstwie (już całkiem generalnym). Broń przydzielona ów prawie-człekowi również poszczycić mogła się mianem rozpoczynającym od tej samej uroczej cząstki alfabetu – kusza. Wielostrzałowa, staromodna, na klasyczne, drewniano-metalowe bełty. Żadnych wybuchowych ładunków.
Jako ostatni zaanonsowany został dzierżący trójząb Quarren; oręż, wypadało zauważyć, adekwatny. Głośniki zawiodły niestety w momencie, gdy publiczności przedstawiona miała być lista zbrodni humanoida. Ale... miał czarne, puste oczy. Jak ryba. Albo seryjny morderca. Jak podwodny seryjny morderca.
Stali tam więc, czekając na sygnał. Międzygalaktyczne kundle. Niektórzy bardziej winni, niektórzy mniej. Dla Jego Szerokości, obserwującego widowisko z wysokiej loży, nie miało to znaczenia. Ot, szansa na pozbycie się kilku niewygodnych szkodników.
Poniżej, widownia pękała ze zniecierpliwienia. Niby głośno pogardzali napięciem, choć tak naprawdę skrycie je kochali. Pomiędzy seriami niecierpliwych gwizdnięć zanosiły się zmieszane echa niezliczonych rozmów, obficie podlewanych barwnymi epitetami. Przede wszystkim domagano się pozostawienia acklaya samopas, bez karcenia go energetycznymi kijami, lecz ktoś zastanawiał się też, czy może dałoby radę zatrzasnąć na czole drapieżnika jakieś niewinne laserowe działo. Dla urozmaicenia rozgrywki.
– Hej.
Pośród całej tej wrzawy, Dowutin uniósł tłustą łapę i wycelował palec wskazujący w Lorrdianina.
– Ja i ośmiornica, człowiek-ośmiornica. Narobimy hałasu i ruszymy na robaka, sprint. Odwrócona uwaga. Ty za nami, z tyłu. W ostatniej chwili, zanim potwór nas dziabnie, strzelisz mu w pysk. Potwór traci orientację, waha się, my rozrąbujemy mu brudne, głupie nogi. Reszta – żółty drań spojrzał na Remy'ego i Arno. - dobrze pójdzie, pomaga dobić sukinsyna. Mhm?
Panowie byli zbyt wielkimi twardzielami, żeby zniżyć się do wokalnego potwierdzenia planu - przytaknęli tylko spod kaprawych łbów. LeBeuf chętnie by się odezwał, ale strach kompletnie wysuszył mu usta, zwierając ze sobą obie wargi. Ledwo pisnął coś tam afirmatywnie.
Nagle zajazgotały szczekaczki. Młody szuler poczuł iskrę dreszczu przebiegającą mu wzdłuż kręgosłupa.
– Drodzyyy wiiii-dzowie! – ryknął w mikrofon komentator. - Nie maaa! Cooo! Przedłużać! Oto i sąąądny dzień! Rwiiij iii szaaarp!
Tłum skandował. „Rwij i szarp”. Treserzy cofnęli się od acklaya, straceńcy zachłysnęli uderzającymi znienacka falami adrenaliny.
Start.
Astarith, widząc, jak zawodnicy wybiegają sobie na spotkanie, nie mogła powstrzymać radosnego obnażenia kłów. Cieszyła się przeczuciem ponadprzeciętnie dobrym. Zwierzę wyglądało bowiem na zdrowe i krwiożercze, jego przeciwnicy... tak se. Coś jednakże mąciło nastrój. Coś... Ach tak. Interesy.
– Chwila chwila – łowczyni uniosła dłoń. - Polecieć mogę i od razu po tej walce, ale, hej, wstrzymajmy konie. Są pewne kwestie do wyjaśnienia. Mianowicie... Przez komunikator wspomniał pan, i tu parafrazuję, „służby mogą być w tej rozgrywce złą stroną”. No. Cytat jak kobyła. Do myślenia...
Mlasnęła wymownie.
– Dużo do myślenia. Zadarcie z tym... niewybaczającym monolitem, lepiej znanym jako ISB... Kupa ryzyka. Kupa ryzyka. Z reguły zwiększa stawkę, szczerze mówiąc. O cokolwiek by nie chodziło, zbuntowaną komórkę, akcję prowokacyjną, mini-pucz. Bez znaczenia. Muszę wiedzieć, w co dokładnie wchodzę, jak głębokie będzie to szambo i czy osiem tysięcy to faktycznie wystarczająco dużo kredytów, żeby pogodzić się z ewentualnością utonięcia.
Zamilkła, ciekawa odpowiedzi dżentelmena.
Image
Postać archiwalna:
Renno Tresta
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
 
Posty: 575
Rejestracja: 3 Kwi 2010, o 14:30

Re: [Zordo's Haven] Arena pojedynków

Postprzez Mistrz Gry » 4 Maj 2017, o 09:43

Treserzy zeszli z Areny; Bo'bicc chodź rozsierdzony do granic opamiętania nie atakował swoich opiekunów. Wiedział, że nie było warto. Przynajmniej tak długo jak treserzy posiadali w ręku spiczaste i długie przedmioty którymi zadawali mu ból. Acklay dobrze to znał. Błękitne iskry, ukłucie, ból. Dużo bólu. Nie warto. Czuł za to zapach ciepłego mięsa. Jeszcze ich nie widział, ale czuł. To go podniecało.
Ruszył przed siebie nisko pochylając głowę, tak by znalazła się ona na poziomie swoich ofiar. Chciał je zobaczyć. Dostrzec wszystkie. Jak najszybciej. Teraz. Już. Ryknął tryumfalnie gdy w końcu pod ścianą dostrzegł ich małe sylwetki. Sylwetki swojego posiłku, który ciągle się ruszał i zaczął biegać po arenie. Zirytowało go to. Zawsze gdy czuł wielki głód musiał gonić za mięsem w tym dziwnym pomieszczeniu. Frustracja. Złość.
Wybrał pierwszą ofiarę i ruszył ku niej.

***

- Taaak... ISB... - Tyro chciał odpowiedzieć swojej rozmówczyni ale zamarł całkowicie pochłonięty wydarzeniami rozgrywanymi na Arenie. Acklay z drapieżną gracją tancerki doskoczył do quarrena. Nieszczęśnik nie zdążył nawet pomyśleć o przyjęciu jakiejkolwiek pozycji obronnej. Cios Acklaya rozpruł mu podbrzusze i uwolnił z jego wnętrza ciasno poupychane wnętrzności. Quarren padł na arenę ale ciągle żył, a gdy zorientował się że krew i ciepłe, wciąż parujące zwoje jelit, należą do niego zaczął krzyczeć. Głośno, płaczliwie, opętańczo. Astarith zastanawiała się czy nie jest to przypadkiem jakaś modlitwa w quarreńskim języku. Bądź też - co było bardzo popularne wśród konających na Arenie - wołanie swojej matki, która miałaby w tym momencie jakoś pomóc swojemu synowi. Acklay zadał drugi cios, który miażdżąc i przebijają klatkę piersiową na wylot, kończył żywot quarrena i tym samym wątpliwości panny Rauss.
- Widzi Pani, oficjalnie ISB podało informację, że Fionn miał zostać porwany na Eriadu. Uprowadzony przez jakichś tam separatystów. Nie-ludzkich bojówkarzy. Wszystko ładnie pięknie się składa bowiem Fionn ostro krytykował nieludzi i był gorącym zwolennikiem rasistowskich ustaw. Było więc kwestią czasu aż ktoś mu zechce spuścić wpierdol, prawda? Zatem Fionn znika a ISB podaje informacje o tym, że został porwany. Dla okupu bądź zemsty. Polityk był polityka nie ma. Co się robi jak ktoś taki znika?
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5205
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Zordo's Haven] Arena pojedynków

Postprzez Renno Tresta » 7 Maj 2017, o 09:15

– Nie wiem, nie wysyła się po niego wymalowanej suki z Zordo's Haven? - Rith wzruszyła ramionami. - Naprawdę jestem zainteresowana robotą, ale muszę powiedzieć, że pójdzie nam o wiele szybciej, jeśli wywalimy kawę na ławę. Jasne, mogę dalej spekulować i próbować trafić w sedno, tylko, ten... stracimy masę czasu. O co dokładnie tutaj chodzi, hm? Czemu aż kubazki szpieg musiał przesłać mi wiadomość? Jakież to straszne przeszkody stoją na drodze do Llica? Na co miałabym się szykować?
Robo-kelner przyfrunął z butelką i szklankami. Za pomocą wielowarstwowego chwytaka rozlał ciecz do obu szkieł i odstawił drinki na stolik, na serwetki ułożone w zasięgu dłoni łowczyni oraz emeryta. Czysty, średniej ceny i jakości gin drażnił zapachem. Okropna rzecz. Na szczęście to nie była towarzyska posiadówa, alkohol miał stanowić jedynie symboliczny, tradycyjnie towarzyszący wszelkim negocjacjom gest. Rauss niechętnie umoczyła wargi.
Remy skrzywił się i zasłonił palcami usta, obserwując, jak rozedrgany, ubabrany czerwienią dziób plądruje szeroko rozwarte wnętrzności ośmiornicoluda. Młody acklay gorączkowo pracował nad zastygłym w bezruchu denatem. Plusk, plusk, plusk, jak kurczak przebierający w stercie ziaren - jeśli ziarna to soczyste, jeszcze pulsujące organy. Plusk, plusk, plusk.
Miło byłoby chwycić za oszczep, dobrze się zamachnąć i spróbować przyszpilić ten bezmyślny łeb do piachu, póki tak absorbowało go to memłanie. Tak, gdyby tylko... E, głupota. Lepiej nie zwracać na siebie uwagi. Lepiej dyskretnie, po kryjomu spróbować wrócić do jamy i błagać o łaskę. Najlepiej całą grupą, wtedy--
– Raaaaa!
Gardłowy wrzask poprzedził kolejną eksplozję przemocy. Gamorreański topór wzburzył powietrze gwałtownym podmuchem, zatopił się w lewej tylnej kończynie bestii i zasmakował krwi; posoka najpierw spłynęła głowicą, a po wyszarpnięciu ostrza z rany trysnęła na co najmniej sążeń wprzód. Acklay przestał profanować zwłoki Quarrena i z żałosnym jękiem uskoczył od następnego ciosu. Dowutin przeklął, chybiwszy, i siłą przyzwyczajenia zaprezentował przeciwnikowi środkowy palec. Przeciwnik nie wiedział, jak na to zareagować, więc po prostu syknął spomiędzy zżółkłych zębiszczy.
– Miałeś strzelić, idioto!
Lorrdianin posłał bliznowatemu olbrzymowi raczej kwaśne spojrzenie.
– Ja nawet nie wiem, jak się to gówno obsługuje! - potrząsnął kuszą. - Jakieś trybiki, cięciwy, chuj wie co. Daliby człowiekowi blaster, choler...
Gdy oszpecony piętnem gladiator pociągnął za do tej pory niepociągniętą dźwignię, broń posłusznie kliknęła. Pierwszy bełt z długiego pasma wskoczył na swoje miejsce, zwolniła się również blokada z języka spustowego. Celownik nawet jakby zachęcająco błysnął.
– Ha. Patrzcie państwo.
Dowutin wskazał Arno i gwizdnął.
– Koreliańczyk, na miejsce trupa! Będziesz tym badylem trzymał francę na dystans, szykował mi pole do cięcia. To jeszcze nie koniec. Szykować się! Wszyscy naraz!
Krata nie ruszyła. LeBeuf pojął, że nie ma wyjścia. Obrócił się w kierunku wrzącego bitwą środka areny i przerzucił kołczan bliżej swojej mokrej od potu prawicy. Cóż. Więcej martwego mięsa dla tłumów.
Image
Postać archiwalna:
Renno Tresta
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
 
Posty: 575
Rejestracja: 3 Kwi 2010, o 14:30

Re: [Zordo's Haven] Arena pojedynków

Postprzez Mistrz Gry » 9 Maj 2017, o 09:20

- Nie zrozumieliśmy się - Tyro zaciągnął się dymem. Spojrzał na Arenę gdzie Acklay rzucał się do kolejnego ataku. - Masz jednak rację, nie czas na zagadki. ISB przejęło śledztwo od lokalnych służb porządkowych i niemalże po tygodniu zamknęło sprawę z powodu braku dowodów. Za szybko. Nie było żadnych listów, oficjalnych apeli czy prób wywołania kontaktu z porywaczami. Czyli tego wszystkiego co się robi gdy zostaje porwany polityk. Rozumiesz? Wiesz co chcę przez to powiedzieć? A tak, bez zagadek. Fionn zniknął ale dam sobie rękę obciąć, że to nie jacyś separatyści stali za tym. Myślę, że to ISB wszystko ustawiło. Sprzątnęli go by stał się niewygodny.
- Zapytasz pewnie co też takiego mógł zrobić, że ISB musiało go usnąć w tak niecny sposób. Musiało upozorować jego porwanie. Nie wysunęli żadnych oskarżeń, a mogli to załatwić na czysto, oficjalnie przed sądem. Jeżeli tego nie zrobili to moim zdaniem nie Fionn miał brudne ręce a oni.
Tyro wstał by zobaczyć jak Acklay rozszarpuje kolejną ofiarę. Tym razem był to nieszczęśnik z kuszą. Krabowata bestia złapała go za głowę szczękami i próbowała ją wyrwać z szamocącego się ciała.
- A teraz kawa na ławę. Fionn prosił mnie o spotkanie na Rodii. W swoim apartamencie. Udostępnił mi kod do mieszkania; wszystko prywatnymi zastrzeżonymi kanałami. Miałem tam za nim czekać i miał mi coś pokazać. Wydawał się być przejęty i - co było do niego niepodobne - przestraszony. Spotkanie miało się odbyć po jego powrocie z Eriadu. Z Eriadu już nie wrócił.
- Zadanie dla Ciebie: lecisz ze mną i pracujesz dla mnie. Wykonujesz moje polecenia i w najlepszy możliwy sposób pomagasz mi rozwiązać sprawę. Może się mylę, i może to wszystko zbieg okoliczności, ale wtedy to dla Ciebie będzie łatwa kasa, prawda? Przelecisz się po galaktyce w towarzystwie dziadka i zgarniesz trochę kredytów. Bo swoją gażę dostaniesz tak czy inaczej, niezależnie od wyniku pracy. Proste?
- Kubaz to mój stary kontakt na Zordo's Heaven. Początkowo chciałem by to on mi towarzyszył, ale on powiedział, żebym poszukał innych szaleńców. I że z ISB nie zadziera. To on zaproponował mi Twoją osobę, tak po prawdzie.
W tym momencie kości czaszki ściskane przez Bo'bicca pękły i treść mózgu wystrzeliła na arenę niczym sok z miażdżonych owoców.
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5205
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: [Zordo's Haven] Arena pojedynków

Postprzez Renno Tresta » 13 Maj 2017, o 18:32

Nadeszła chwila. Dowutin splunął, naprężył mięśnie i uniósł łapska wysoko ponad głowę, tak wysoko, by ag'garok, opadłszy w dół, skąpał okolicę we krwi i ugrzązł w strzaskanej skorupie. Bestia nie miała nic przeciwko. Pięknie nadstawiła odwłok, podczas gdy Korelianin zabawiał ją od frontu swoją przydługą wykałaczką. Wreszcie zemsta za rozwleczonych po pobojowisku towarzyszy niedoli. Wreszcie koniec partaczenia. Wreszcie.
Ale, jak zwykle, coś poszło nie tak. Arno dzielnie, po bohatersku wręcz starał się utrzymać pozycję, kontynuując odwracanie uwagi potwora, aczkolwiek brak jakichkolwiek umiejętności bojowych musiał zdradzić go prędzej czy później. Za którymś razem źle pchnął, uwięził grot w szczelinie pomiędzy warstwami chitynowego pancerza i nie dał już rady żelastwa wyszarpnąć. Acklay, choć nie był szczególnie rozgarniętą kreaturą, błyskawicznie zorientował się, co zaszło. Strzaskał drzewce, zostawiając połowę włóczni utkwioną w swoim korpusie, po czym przystąpił do ofensywy. Bezbronny przemytnik dostał szczypcami raz, w pierś, i tyle wystarczyło; wyzionął ducha jeszcze przed pogrążeniem się w piachu. Drugi cios padł niepotrzebnie, ze zwykłej, zwierzęcej złośliwości, rozgniatając czaszkę Korelianina na stertę lepkich fragmentów. Publika aprobowała.
Dowutin zbladł tymczasem, obserwując, jak monstrum, niczym już nie zajmowane, psuje jego plan ataku z zaskoczenia i nagle obraca się na wszystkich swoich zielonych szczudłonogach. Wrednie wykrzywiony pysk na moment zasłoniła uniesiona do ciosu kończyna, acklay zatrzymał się w pozie będącej jakby kpiącym odbiciem zmęczonej sylwetki humanoida-przeciwnika. Co trafi pierwsze, nasunęło się więc w zaistniałej sytuacji – w ciągu tych kilku sekund do rozstrzygnięcia – pytanie. Wzwyż zarzucony topór, łaknący kruszenia, miażdżenia i maltretowania? Czy może wielkie, zaostrzone kraboramię, napędzane czystym instynktem drapieżnika? W każdym razie, drugiego miejsca konkurs nie przewidywał.
– Faktycznie się nie zrozumieliśmy, myślałam, że będę lecieć solo. Świetnie. W duecie raźniej. - Rith wyprostowała się na swoim wygodnym krzesełku. - Jak mówiłam, jestem gotowa, szybko zbiorę resztę sprzętu i możemy ruszać. Drugi blaster, papiery, tak dalej.
Łowczyni spodobała się prędkość, z jaką uroczo nazwany Bo'bicc odjął żółtemu kosmicie obie ręce u łokci. Krew spłynęła po nieszczęśniku jak z dwóch gejzerów, spiker zdawał się z radości szczytować w swojej podbańkowej budce. Biznes również poszedł nieźle, zadanie zanosiło się spokojne z potencjałem na ekscytujący wtręt w postaci ataku ISB. Poza tym, przyzwoitej sumce nie wypadało zabronić wstępu na konto.
– Rodia, hm? Ciekawy wybór jak na ksenofoba. Mieszkaniowo. Czy coś mnie może ominęło? Tam też już po proludzkich czystkach?
Niżej, LeBeuf panikował. Jako ostatni jeszcze stojący na nogach wojownik czuł presję. I smród zbliżającej się bestii.
Wyciągnął oszczep, przybrał pozycję do rzutu. Śmieszne, jak to w obliczu zbliżającej się - truchtem – zguby milkł umysł i przejmowało kontrolę ciało.
Tuż obok chłopaka wylądowała butelka pełna brązowawej, śmierdzącej gorzały. Ktoś z widowni krzyknął, żeby szczyl napił się, zanim modliszka zrobi z nim swoje. Szczyl nie skorzystał, a przynajmniej nie w ten sposób. Podniósł szkło i chlusnął jego zawartością po całej długości dzierżonej kurczowo broni. Rzucając, aktywował skryty po rękawem, wadliwy holoprojektor. Poprzednio zapłonęła karta, teraz rozjarzył się cały aerodynamiczny pocisk - i niczym bolt pomknął ku rwącej się na ślepo do przodu bestii. Przykra niespodzianka z maksimum buchającej żarem prędkości trafiła acklaya prosto pod szyję, w samą miękkość. Bolało. Bolało i cuchnęło smażonym mięsem.
Jeszcze trochę pomyślunku jednak zostało.
Później nazywali go Ognistym Kłem, fortunnym synem Zordo's Haven. Czempionem, który znikąd przyzwał pod swoje władztwo gorejący arsenał i położył trupem niesławne zwierzę areny. Akt łaski niechętnie, głównie dzięki entuzjazmowi tłumów wydany przez Hutta stanowił pierwszy krok na ścieżce młodzieńca ku chwale, prowadzącej go od tych pozornie nieznacznych piętnastu minut wprost do bogactwa i zawodowego sukcesu - hazardowego imperium, intergalaktycznej sieci ekskluzywnych kasyn. Na łożu śmierci Remy LeBeuf z rozrzewnieniem wspominał tamten wpierdol sprzed dekad, który pozwolił mu spaść na dno i odnaleźć się na surowym placu boju.
Astarith Rauss wiedziała natomiast jedynie tyle, że właśnie straciła dwa tysiące kredytów.

Dobijasz Bobika i zmieniamy miejscówkę, nie? Ruda zaspokoiła już w zasadzie ciekawość.


Astarith leci na Rodię
Image
Postać archiwalna:
Renno Tresta
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
 
Posty: 575
Rejestracja: 3 Kwi 2010, o 14:30


Wróć do Archiwum