Content

Inne

[Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Image

[Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nicciterra » 3 Sty 2019, o 13:04

Elfy kilkadziesiąt lat temu wzniosły broń, chcąc odzyskać utracone miejsce na świecie. I choć długowieczni powinni być w stanie zrozumienia podejmowanych decyzji, nie powstrzymali rozochoconych młodzieńczych serc swoich młodszych, równie dumnych, acz uboższych w wiedzę rodaków. Za swoją neutralność mieli zapłacić, kiedy populacja długouchych przestała się rozwijać w stosunku do dominujących na kontynencie ludzi. Kolejne połacie terenów wpadały pod jarzmo ludzi, a dworki neutralnej elfiej szlachty szybko zyskały miano łatwego łupu coraz lepiej zorganizowanych łupieżców.

Niektóre elfy jednak zdołały przewidzieć cały bieg historii i z jakichś przyczyn nikt z długowiecznych nie dokonał ingerencji...

***

Hroog i Broog puścili właśnie ostatniego wieśniaka ze swoich żelaznych uścisków, kiedy to przywódca krasnoludzkiej bandy Zinko sprzedał mu solidnego kopniaka w tyłek. Obwieś poleciał na twarz ryjąc zębami trawę, po czym szybko zebrał dupę w troki i biegł ile sił z dala od całego zamieszania. Gdy tylko udało mu się zwiększyć odległość odgrażał się na pożegnanie
- karłowate kmioty! Jeszcze pozdychacie! Wiedźme ratujecie!

- trza było mu dupe czerwonym żelazem przypiec - skomentował Hroog - to by nie pyskował a dupsko pilnował jak siada do następnej wiosny.
- hołote to i smażyć ogniem to nie pomoże. Człeczyny ich ustawiają od lat i widać ni da rydy - Zinko puścił oczko do młodej zielarki, jak i swojego przyjaciela Garda. Przywódca krasnoludów nosił rudą bujną brodę, którą aż się prosiło o okiełznanie. Na głowie świeciła mu dominująca łysina, a surowe rysy kwadratowej twarzy zdobiły już pierwsze zmarszczki. Kark i plecy miał jak u byka. Niektórzy by powiedzieli, że nie potrzebuje zbroi, a same jego ciało wytrzyma więcej niż metalowe płyty. Mimo niskiego, acz groźnego oblicza uśmiechał się przyjacielsko do ocalonej i czarodzieja. Nawet fakt braku kilku zębów nie oszpecał czystej serdeczności towarzysza.
- hah, widzę panienkę uratowali, to tera chłop musi się zaopiekować, co? - krasnoludzka kompania zagrzmiała rechotem na komentarz odnośnie zakończenia akcji. Było już późno, a wieśniacy chcieli spalić na stosie dziewczynę. Zdołali ją pochwycić i przywiązać do pala. Gdyby nie Gard Kordan i krasnoludy los Yrsy skończyłby się okrutnie. Dziewczyna nadal była przywiązana, a krasnoludy najwidoczniej pozostawiły to zadanie człowiekowi do wykonania, żartując ku sobie raz po raz.

Słońce zachodziło, a leśna droga zaczęła zalewać się z wolna mrokiem. Na skutek nieplanowanej przygody ich podróż opóźniła się i byli zmuszeni szukać jakiegoś przystanku wcześniej.

- do miasta cholibka daleko, a i opatrzyć chopaków dwóch musim - odezwał się najniższy z kompani Pioki. Był to dość wrażliwy osobnik jak na krasnoluda. Przejmował się cierpieniem innych i zwykle dążył do zgody. Zinko widział w nim duży potencjał, jako że potrafił nawet z Murisem się dogadać. Do tego świetnie strzelał z kuszy.

- taaa. Bitka może łatwa była, ale wsiury zacięte były. Czterech musiało paść trupem nim to się rozbiegły tchórze. Bitka jak bitka, napić się trzeba - skomentował najgrubszy ze wszystkich Nolg, a większość kompani zawtórowała radośnie. Widać było nie tyle był idolem, ale dbał również o dietę. Jak tylko zgiełk walki ucichł zakąsił sobie kawałek kiełbasy, którą trzymał w lewej ręce. Prawą opierał się o swoją ciężką tarczę. Znany był ze swojej brawury i uwielbienia alkoholu oraz jedzenia. Awanturnik jakich mało. Brakowało mu jednak intelektu, by pozostać liderem grupy.

- w okolicy jest dwór szlachcica. Ino cofnąć się musimy przed las. W tej okolicy Temerii żył sobie taki starzec, powinien jeszcze dychać. Znamy się dobrze, ugości nas. Staruszek zwał się Rotmark Velmurg, pan domu i prawdopodobnie tych tutaj skromnych ziem. Jego najmłodszy syn pewnie zarządza bogactwem. Pamiętam jak młodzik był jeszcze małym szczylem. Godzina drogi myślę z tych okolic do niego - odezwał się stary Muris. Ze wszystkich krasnoludów, ten wydawał się być najbardziej ponury, zgorzkniały i nietowarzyski. Rzadko się udzielał, chyba, że miał to być cyniczny komentarz, albo obelga. Jako jedyny z nieludzkich towarzyszy Garda, ten nie był człowiekowi przyjacielem w słowie i czynach. Prawdopodobnie po prosu nie lubił ludzi, choć wspomnienie o znajomym człowieku wzbudziło ciekawość u Zinko. Hroog i Broog byli jego kuzynami. Pijani opowiedzieli któregoś razu Gardowi historię o nim, jak to wytruł pół armii elfów podstępem. Brzmiała ona dość nieprawdopodobnie, ale Zinko zganił ich konkretnie, żeby nie mówili takich rzeczy nikomu.
- Toż to stary pierdzielu nie chwalił się! Gadaj no, lubicie się bardzo?
- Co ja będę mówił... Stare dzieje. Ruszamy się tam, czy czekamy, aż chłopinka zaliczy? - prychnął na zakończenie Muris. Jak dla niego mogli tę dziewkę spalić. Niektórzy z krasnoludów się zaśmiali, Ci mniej pojętni. Ci nieco bardziej milczeli, widzieli jad w oczach Murisa i słyszeli niechęć w tonie głosu.
- Nie gadaj tak. Piwa Ci trzeba. Ten Twój druh gościnny?
- Wszystkich nas do siebie nie weźmie... ale udzieli miejsca w magazynie, a część ugości. Nakarmi i pogada. Choć dawno u niego nie byłem...

Pościk na zapoznanie się nawzajem i wyrażenie swojej opinii na temat pójścia na ziemie szlachty. Jesteście aktualnie na początku jakiegoś lasu niedaleko wioski. Kompania podążała szlakiem do miasta, kiedy to napotkała incydent z chłopami. Walka nieco spowolniła podróż i trzeba pomyśleć o noclegu. Wiadomo, że te tereny nie są gościnne i mogą się pałętać jakieś potwory nocą.
Klimacik jeszcze się zbuduje :) Życzę udanej zabawy
Awatar użytkownika
Nicciterra
Mistrz Gry
 
Posty: 418
Rejestracja: 18 Paź 2016, o 11:39

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nantel Grimisdal » 3 Sty 2019, o 21:10

Gard mógł tylko z uśmiechem na ustach pokiwać głową na docinki krasnoludów. Lubił tą kompanię, wszystkich ich dwudziestu. Już na pierwszej wyprawie stwierdził, że bez nich podróż byłaby o wiele nudniejsza. Teraz zaś po raz kolejny pokazali, że nie tylko do obżarstwa, pijaństwa i żartów są skorzy, ale i bić się potrafią, ratując przy okazji niewinną kobietę. To, że rzekoma wiedźma była niewinna, Gerd wiedział niemal od razu, jak zobaczył ten motłoch, który ją pochwycił. Nie lubił takich sytuacji. W obecnych czasach było tyle rzeczy, przeciwko którym mogli walczyć, a obierali za cel właśnie tych, którzy akurat próbowali im pomóc. Ale głupi ci chłopi.
Odłożył swoją laskę na bok i podszedł do uwiązanej kobiety. Musiał przyznać, że była bardzo ładna i pewnie tego też jej pozazdrościli. Była też trochę poobcierana, na pewno się broniła, ale chyba nie zrobili jej nic gorszego. A przynajmniej skoro oskarżali ją o wiedźmowanie, to się tego bali. Szczęście w nieszczęściu.
- Już cię uwalniam - powiedział do niej, rozcinając więzy na jej nadgarstkach i uwalniając ręce.
Dziewczyna zachwiała się, gdy sznury opadły, reagując na pierwsze odrętwienie mięśni po staniu w tej niewygodnej pozycji. Gard podtrzymał ją, korzystając z okazji, by zachwycić się pięknym zapachem jej włosów. Widząc uśmieszki krasnoludów, szybko ją puścił i udał, ze otrzepuje rękaw z kurzu.
- Zinko, macie rację. Trza nam do tego szlachcica, bo starczy nam wrażeń na dziś. Bitka z potworami nie jest nam potrzebna. Rannych opatrzymy i uszczuplimy trochę z zapasów gorzałki.
Zwrócił się z powrotem w stronę dziewczyny.
- Jak się czujesz? Nie zrobili ci nic złego? Chodź z nami, będzie ci bezpieczniej na szlaku, a ta kompania i weselsza niż leśna zwierzyna, która nas tu czeka. A tak w ogóle, jestem Gard.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
00
+++++ ++++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 410
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Daesha'Rha » 4 Sty 2019, o 22:45

- Yrsa - powiedziała, rozprostowując zdrętwiałe od więzów ramiona - I dziękuję za pomoc. Na szczęście nie zdążyli mi nic zrobić.
Nie była przyzwyczajona do takich aktów altruizmu wśród ludzi. Ale znacznie bardziej wolała dać się zaskoczyć nieoczekiwaną pomocą, niż widłami i powrozem.
Szok opuścił ją, gdy zbierała swoje rzeczy, rozrzucone wokół niedoszłego stosu. Wciąż ciężko było jej pogodzić się z tym, że jeszcze przed chwilą ktoś chciał ją zabić. I to kto? Parobkowie, którzy w czas zarazy albo pomoru bydła do niej pierwszej biegliby po ratunek. Słusznie jej Babka radziła, żeby po szlakach się nie włóczyć, bo człowieka może co złego napotkać. Chyba już nigdy nie poczuje się na wydeptanym trakcie bezpiecznie.
Odnalazła swoją torbę podróżną. Kilka słoiczków z suszem popękało, kiedy chłopi na nią napadli, ale większość zapasów zabranych od Babki przetrwała, w tym także butelka piołunówki. Yrsa pomyślała, że nalewka przyda się kompanii krasnoludów do czegoś innego, niż odkażania ran. Przypominali jej trochę grupę dezerterów z dzieciństwa, a to były miłe wspomnienia. Ku jej uldze w stanie nienaruszonym pozostały także skórzane ciżmy. Chyba najcenniejsza własność dziewczyny.
Gard cierpliwie czekał, aż Yrsa zbierze swoje rzeczy. Kiedy odnalazła już wszystko, podeszła do mężczyzny.
- Mnie też nie uśmiecha się na trakcie kolejnej nocy spędzać - powiedziała - A i towarzystwem nie pogardzę. Zmierzchać zaczyna, nie wiadomo, co się teraz w lesie panoszy. Prowadźcie, panie magu, do tego szlachcica. Teraz milsza mi będzie nawet stodoła, niźli mokra ściółka.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 128
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nicciterra » 5 Sty 2019, o 01:25

Muris tylko łypnął raz ostatni na parę ludzi i burknął pod nosem jakieś krasnoludzkie szyderstwo. Pociągnął się za krótką siwą brodę, podszedł do Nolga i szturchnął go zaczepnie
- tylko bez awantur mi tam, do szlachciców idziem. Żeby nam łbów nie ścieli za Twoje rozboje. Słyszałeś?!
- Muris się przypieprzasz do czego teraz?
- Nie udawaj już. Skromnie się zachowuj, albo łeb ukręcę. To starzy przyjaciele, ale burzliwi i łatwo im za skórę wejść. Tereny z resztą konfliktowe mają i na polityki uczuleni. Chodźta. Poprowadzę - ogłosił do wszystkich, po czym ruszył w stronę Garda, by powiedzieć mu coś przeznaczonego tylko dla niego.
- Magiku, Velmurgowie to rycerze i urzędnicy króla, ale nie przepadają za Twoimi sztukami. Rozumiesz? Trzymaj mordę na kłódkę, chyba że powiem inaczej. - wyraził się oschle, po czym podreptał na czoło kolumny krasnoludów.

Co trzeci krasnolud szybko znalazł w swych rękach pochodnię lub latarnię. Noc nadchodziła szybko i lekki chłodek zaczął ogarniać otoczenie. Była to jeszcze młoda wiosna, ale pąki zdążyły już wypuścić liście, a gdzieniegdzie pojawiły się pierwsze kwiaty. Noc co prawda zasłoniła urok pory roku. Skowyty wilków rozległy się przez całe lasy, sugerując, że okolica rzeczywiście jest niegościnna wieczorami.

Yrsa dreptając ścieżką wyczuła jak las w tych terenach jest niespokojny. Od dłuższego czasu dostrzegała coraz więcej chorych omenów, które towarzyszyły okolicznym lasom, a incydent z chłopami był w pewnym sensie utożsamieniem nieprzychylności losu. Do tego czuła, że coś się jej przypatrywało. Czuła złowrogie spojrzenie. Żyła w lasach wystarczająco długo, by odróżnić strach od intuicji, a ta podpowiadała, że coś niedobrego przygląda się im z apetytem. Stwór jednak nie był na tyle zuchwały by ruszyć na gromadę krasnoludów. Uczucie opuściło zielarkę dopiero, gdy wyszli na otwartą przestrzeń. Dostrzegli wnet z daleko niczym nocną latarnie jedną z wieżyczek orientacyjnych. Skręcając z głównego szlaku szli tak jeszcze w stronę z jednej z wież. Nocni wyptrywacze powinni już ich dostrzec. Nie musieli długo czekać, jak przywitał ich patrol pięciu jeźdźców. Byli to wojskowi co ruchu wyszukiwali w okolicach,
- Któż to nocą tak się szwenda tutaj! - zawołał jeden z jeźdźców z dystansu. Muris z Zinko wyszli naprzód
- Witaj dobrodzieju. Tutaj Muris i Zinko z Mahakamu. Kompania najemników. Jam jest jednak przyjaciel Velmurgów - wyraził się giętko Muris. Jego dyplomatyczny ton bardzo kontrastował do jego ogólnego obycia zrzędy.
- Znalimy się dobrze ze starym Rotmarkiem. Synów i córki też znam. Jesteśmy przechodnio. Odwiedzić my chcieli, ale i schronienia potrzebujem. Dawno starego nie widział. Żyje jeszcze?
- Wy mówicie, że najemnicy? A mi wyglądacie na pokurczów i to zbójów!
- Tożto ja! Muris Makhot! - krasnolud rozłożył szeroko ręce w pretensjonalnym geście - Przyjaciel w słowie i w boju szlachetnych Velmurgów. Musieliście słyszeć.
- Nieznany nam nikt o takim mianie. A teraz się wynoście, nim was sami pognamy. Widzę żeście zbóje z bronią.
- Pierdolisz gamoniu - Muris zszedł z miłego tonu. Zacharczał i splunął tamtemu pod nogi.
- Calinea, Antoni, Malia, Samuel. Wszyscy mi wujku mówili żołdaku! Szlachetny Rotmark musiał zemrzeć już skoro pozapominaliście człeczyny jakie to sojusze godne miał wasz pan! - zwiadowca zamilkł na chwilę próbując ułożyć sobie odpowiedź w głowie.
- Walczylimy pod Wyzimą ramie w ramie parobku! Elfy siekli! Prowadź lepiej na dwór, bo jak nie, to my obóz rozbijemy tutaj, ale jak z rana pójdę tam sam to Cię potem sam wychłostam za zniewagę! Już ja tego dopilnuję! - śmiała groźba znacznie starszego krasnoluda najwidoczniej zadziałała, by po chwili naczelny zwiadowca odezwał się
- Z wyprzedzeniem powiadomię panicza Samuela, że przybywacie. Tylko spróbujecie coś zmajstrować, a was wytniemy w pień krasnoludzie.
- Chciał... - Muris miał dorzucić do pieca, kiedy to Zinko go solidnie szturchnął łokciem. Walnął go tak mocno, że aż ten charknął z bólu i lekko się zgiął. Opamiętał się jednak
- Prowadź już człeczyno. Zmęczeni i strudzeni podróżą jesteśmy...

- A co to za dziewka i mąż tutaj? - dwóm innym zwiadowcom nie umknęli wyżsi towarzysze kompani, kiedy to objechali przyjrzeć się podróżnym.

Możecie dodać swoje pięć groszy zwiadowcom by załagodzić dialog. Możecie też pogadać nieco ze sobą podczas podróży przez las, by się lepiej poznać.
Awatar użytkownika
Nicciterra
Mistrz Gry
 
Posty: 418
Rejestracja: 18 Paź 2016, o 11:39

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nantel Grimisdal » 5 Sty 2019, o 19:47

Decyzja o zawróceniu ze szlaku i poszukaniu schronienia poza leśnymi polanami okazała się słuszna. Czuć było w powietrzu, że te tereny nie należą do najbezpieczniejszych. Nawet tak liczną grupą, w jakiej podróżowali, musieli zachować stałą czujność.
Podczas drogi przez las, Gard przyglądał się uratowanej przez nich dziewczynie. Z każdym pokonywanym krokiem nabierał przekonania, że gdyby nie przewaga tych wieśniaków, dziewczyna by sobie z nimi poradziła. Widać było, że potrafi sobie radzić. Po tym, jak szła, jak była ubrana, po rzeczach, które miała przy sobie. Podczas krótkiego postoju nie narzekała, nie usiadła i nie wzdychała, jak to często widział u niewiast w podróży. Podobało mu się to, a i też musiał przyznać, że była naprawdę ładna. Ciekawiło go, skąd się tam wzięła na szlaku.
- Yrso, skąd właściwie się tam znalazłaś? Czemu akurat do ciebie się przyczepili? Skąd jesteś, bo domyślam się, że nie z okolic?

***

Kiedy dotarli do nich strażnicy, miał nadzieję na trochę milsze powitanie i ton rozmowy, ale w sumie nie dziwił się przybyłym jeźdźcom. Las, przez który przeszli, nie wyglądał przyjaźnie. Być może okolica już dawno wiedźmina nie widziała i strażnicy musieli się sporo natrudzić, by utrzymać spokój. Na szczęście wymienienie imion wszystkich Valmurgów chyba podziałało. Ktoś przypadkowy nie znałby całej rodziny i dowódca jeźdźców doszedł chyba do podobnego wniosku.
- Gard Kodran, a tej pani na imię Yrsa - przedstawił ich - Podróżuję z tymi krasnoludami aż z Mahakamu, znamy się już spory czas. Jestem kowalem, który tam terminował i postamowił w końcu wyruszyć na szlak z tą kompanią, by być może znaleźć lepsze zajęcie - mówiąc to, trzymał swoje silne i umięśnione ręce na wierzchu, które samym swym widokiem potwierdzały jego zawód, a przynajmniej część jego zajęć - Yrsę spotkaliśmy tu niedaleko na szlaku. Zmrok ją zastał, to też przystaliśmy na prośbę, by nie zostawiać kobiety samej na drodze.
Jednocześnie stanął tak, by przysłonić sobą Yrsę i jej minę, jakby nieopatrznie nie powstrzymała się przed wyrazem zaskoczenia na twarzy. Przez myśl przemknęło mu też, że trochę komicznie musi wyglądać, stojąc tak i górując nad grupą krasnoludów, niczym pasterz ze swoimi owieczkami. Oczywiście nigdy nie wypowiedziałby tej myśli na głos.
- Wielce wdzięczni bylibyśmy za gościnę i wierzę, że obecny tu Muris prawdę rzecze, iż rodzinę szlachetnych Valmurgów zna z dawien czasów. Nie raz mi już było się przekonać, że do uczciwej kompanii przyszło mi trafić. A że trochę się uniósł, raczcie wybaczyć. Temperamentny charakter ma, ale uczciwy. Jeszcze raz o gościnę prosimy. Pod bramę chociaż podprowadzcie nas, nic wam to nie szkodzi, a tam sprawa na pewno się już całkiem rozjaśni.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
00
+++++ ++++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 410
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Daesha'Rha » 6 Sty 2019, o 16:44

Cieszyła się, że podczas wędrówki przez las towarzyszyli jej ci najemnicy i Gard. Nie znała tych lasów tak dobrze, dlatego nie czuła się w nich pewnie. A to złe przeczucie i świadomość, że coś przypatruje im się z zarośli, wcale nie dodawała otuchy.
Postój przyjęła równie z ulgą, co niepokojem. Obawiała się, że może to uśpić czujność krasnoludów, a tym samym ściągnąć na nich nieszczęście. Ale nie mogli przecież wędrować bez przerwy godzinami, toteż Yrsa rozrzuciła trochę suszonego dziurawca na granicy polany, na której się zatrzymali. Tak na wszelki wypadek.
Zauważyła, że Gard przygląda jej się i domyśliła się, iż będzie chciał zadać jej jakieś pytanie.
- Wędruję na wschód - odpowiedziała mu - Szukam jakiegoś miejsca, w którym mogliby potrzebować zielarki. A złapali mnie pewnikiem dlatego, że uczyłam się u starej Babki, guślarki, co mieszkała obok wioski, niedaleko stąd. - Yrsa popatrzyła mężczyźnie w oczy, żeby zobaczyć, jak zareaguje - Może wzięli mnie za wiedźmę?
Gard nie dał po sobie nic poznać, nawet, jeśli ta uwaga do niego dotarła. Babka zawsze mówiła Yrsie, że strach przed czarodziejami jest w pełni uzasadniony. Mówiła też, że są to ludzie zarozumiali, przekonani o własnej wyższości. Ale posiadają również ogromną wiedzę, przy której to, co mają zielarki i guślarki, stanowiło zaledwie niewielką cząstkę. I dlatego, mawiała Babka, należy im się szacunek.
- I rzeczywiście, nie pochodzę stąd - kontynuowała dziewczyna - Urodziłam się na Skellige. Ty chyba też przywędrowałeś z daleka?
- Z samego Mahakamu idziemy - odparł mężczyzna.
- A dokąd was droga prowadzi?
- Za najbliższą wioską, na wschodzie, jest las, w którym ponoć ostały się elfie ruiny. Muszę dostać się tam, zęby kontynuować badania.
Yrsa nie znała się na naturze badań czarodziejów, dlatego ta odpowiedź w zupełności jej wystarczyła.

***

Sytuacja z żołnierzami zrobiła się napięta. Nikt nie wyłapał jednak, że zwiadowca nie obiecał powiadomić "Rotmarka", tylko "Samuela". Yrsa zaczęła podejrzewać, że w posiadłości Velmurgów wydarzyło się coś złego.
Na pytanie, zadane przez następnego zwiadowcę, Yrsa chciała odpowiedzieć szczerze, ale Gard wysunął się naprzód. Trochę zaskoczyło ją to, że zataił swoją prawdziwą profesję, lecz po chwili domyśliła się, że nie zrobił tego bezcelowo. Ona sama tylko kiwnęła głową, mając nadzieję, że zwiadowcy nie zwrócą uwagi na jej amulet z kruczej łapki. Dla pewności jednak schowała go szybko za giezłem.
- Szlachetni panowie - zaczęła, decydując się na ton biednej, umęczonej niewiasty - Chyba nie zostawicie nas tak nocą na środku traktu. Zlitujcie się nad strudzonymi wędrowcami. Miejsce dla nas z pewnością macie, byle suche i pod dachem...
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 128
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nicciterra » 6 Sty 2019, o 20:41

- panienka widać zmęczona, ale nie zmaltretowana - przyznał jeden ze zwiadowców zbliżając pochodnię ku dwójce, by im się lepiej przyjrzeć.
- krasnoludy te wyglądają jednak jak bandziory, których ostatnio dużo. Pozory mogą jednak mylić. Może i Ricard źle ich ocenił - żołnierz pozwolił sobie zbliżyć twarz ku Gardowi i Yrsie by powiedzieć coś znacznie ciszej
- nieludzie ostatnio grasują... napadają na karawany, a nawet na zbrojnych. Ino śmierci szukają... dla siebie lub dla nas. Widziałem sam, jak długouchy napadli na wioskę. Nie zdążyli my uratować. Wszystko zabili. Nawet bydło, psy i koty. Nic nie oszczędzili.
- a wiadomo, że krasnoludy na złoto łase i dogadują się z nimi... ponoć elfy nasyłają też na ludzi potwory z pomocą magii - dodał jeszcze ciszej, obdarowując ich intensywnym spojrzeniem.

Wnet zwiadowcy prowadzili grupkę ku palisadzie i bramie. Na murach i w wieżyczkach stali kusznicy porozstawiani trójkami. W blaskach pochodni ich ponure kamienne twarze zdawały się nie poruszać. Czekali, wytrwale, jakby się spodziewali kogoś, albo czegoś. Grupa zbrojnych wyszła im naprzeciw.
- panicz potwierdza, że zna niejakiego Murisa z Mahakamu i zdecydował się was ugościć. Czterech z was weźmie do siebie na dwór. Reszta w stajni znajdzie miejsce - Zinko słysząc to pchnął swoimi ramionami do przodu Yrsę i Garda, by wraz z nim wyszli przed szereg.
- panienka potrzebuje wygodniejszego łoża i odpowiedniego towarzystwa, a ja przypilnuję by Muris nie namieszał ozorem za dużo - uśmiechnął się szeroko do Garda.
- no chłopaki! Tylko grzecznie tam. Pioki pilnuj ich tam dobrze? Pod moją nieobecność dowodzisz - rzucił jeszcze do kompani, która burczała coś pod nosem niezadowolona z rozdzielenia.

Zbrojni rozdzielili grupę. Krasnoludy odbiły za bramą od razu w prawo, a czwórka towarzyszy z dowódcą oddziału szli w kierunku świateł wydobywających się z odległej willi. Posesja była pokaźna i sugerowała wiele zabudowań jak i majestatyczne ogrody, których jednak nocą nie było widać. Przy schodach wejściowych stał młodzieniec wytwornie ubrany oraz dwóch mężczyzn nieco skromniej odzianych, ale prezentujących się nie gorzej.
- Samuelu! Wyrosłeś! Kurde, a jeszcze taki chłystek byłeś przed chwilą! - krzyknął wesoło Muris wychodząc szybciej w stronę panicza.
- Wujaszek Muris - równo ostrzyżony młodzieniec lekko skrzywił usta. Nie był specjalnie zachwycony tą wizytą
- Dlaczego nawiedzasz mnie nocą, jak jakiś zbój?
- Tak wyszło. Po drodze bestie się kręcą i nie mielimy gdzie pójść. Nocą niebezpiecznie. Nie chciałem zawracać Ci głowy paniczu, tak jakoś wyszło, że rozsądnie będzie zajrzeć tutaj
- Po tylu latach dopiero się zjawiasz?
- Wybacz chłopcze, stary już krasnolud jestem.
- Dobra właźcie do środka - uśmiechnął się w końcu Samuel niwecząc tworzące się napięcie
- Przez chwilę myślałeś, że Cię nie wpuszczę co?
- A masz mnie gagatku - dwójka się zaśmiała, jakby rzeczywiście się dobrze znali. Dwóch mężów, pewnie doradców, albo zarządców uśmiechnęło się również do reszty. Wszyscy w końcu weszli do wnętrza willi, gdzie szklane lampy rozświetlały drewnianą posadzkę i starannie wyszlifowane kamienie ścian.

- Nie spodziewalimy się gości Mirusie. Skromny posiłek, ale służba zdołała na szybko przygotować - młody szlachcic zaprowadził ich do wytwornej sali bankietowej, gdzie był przygotowany stół z posiłkiem. Były tam owoce, pieczywo, sery i mięso oraz wino. Nic na gorąco. Widać szybko poustawiane. Sala była dobrze oświetlona. Widać było drogie meble, fortepian i komody z różnymi drogocennościami za szkłem, jak i porcelanowymi naczyniami
- kogoś to do mnie sprowadził - zapytał entuzjastycznie Samuel. Można było ocenić, że miał on szesnaście lat. Podszedł pierw do Yrsy i uniósł delikatnie jej dłoń by pocałować ją na przywitanie
- Jam Samuel z rodu Velmurgów. Panienki imię jak brzmi?

Doczekawszy się odpowiedzi przywitał się kolejno z Gardem
- Waszmość skąd?

I dopiero z Zinko
- Muris widzę nadal się dogaduje ze swoimi dobrze. Musisz być mu przyjacielem, to i moim jesteś. Czuj się jak u siebie w domu. Piwa ni jedzenia Ci tu nie zabraknie
- Młodyś panie, ale gościnny jak na szlachcica przystało. Z pewnością dobrze jest ludziom pod Twoją opieką
- Dziękuję Ci krasnoludzie... Usiądźcie! Zjedzmy coś nim położycie się spać - zarządził panicz. Do stołu dosiadł się jeszcze dowódca piechoty, który ich tu przyprowadził oraz dwóch mężczyzn, co uprzednio towarzyszyli młodemu Lordowi.
- Przedstawię jeszcze tylko moich doradców i pomocników. To jest Matthew, dzielny dowódca strzegący tych ziem, oto Rutgier, który strzeże wydatków oraz Palew z Wyzmy - Palew poprawił wąsa, kiedy o nim mówiono i skłonił głowę do reszty. Rutgier uśmiechnął się na przywitanie, a dowódce jedynie uniósł na chwilę brew nie spuszczając oka z przybyszy.

- Mów no Samuelu, jak tam siostry i brat? I co ze starym Rotmarkiem się stało, bo widzę, że nie ma go tutaj. Gdzie są wszyscy?
- Niestety Murisie, ale na Rotmarka ktoś rzucił klątwę. Leży w łóżku od dwóch miesięcy sparaliżowany - powiedział dziwnie niewzruszenie
- Że co?! Jak do tego doszło?!
- Nie wiem. Staram się coś z tym zrobić, ale nic nie wychodzi. Antonii ruszył szukać medyka, nawet zostawił swój zamek, byle kogoś znaleźć, ale póki co nieskutecznie...
- Co tu się u licha dzieje!? Z Rotmarkiem widzał się jeszcze rok temu na ważnym widzeniu za granicą i wszystko było dobrze! A gdzie Auris?! - na to pytanie Matthew drgnął nerwowo, a Rutgier zachłysnął się winem. Jedynie Palew, podobnie jak Yrsa, Zinko i Gard nie wiedzieli o co chodzi. Dopiero po chwili Samuel się odezwał, a jego młodzieńcze spojrzenie wypełniła młodzieńcza nienawiść
- Jest podejrzana o zdradę. Gnije w lochu, czekając na sąd.
- NIEMOŻLIWE! - Muris walnął pięściami w stół, aż jego kielich się przewrócił i rozlał zawartość. Zerwał się na równe nogi. Podobnie uczynił Zinko, który już znalazł się obok niego, by go uspokoić. Matthew również wstał uznając to za zagrożenie, ale Samuel uspokoił go gestem dłoni. Uczynił to z dużą dozą pewności siebie.
- Co Cię opętało. Siadaj no, nie wypada tak! - upomniał go Zinko, chcąc go z powrotem posadzić na krześle
- Samuelu! Ona Ci matkę zastępowała! Brata i siostry Twoje chowała, ojcu, jego dziadowi sługą wiernym była od ponad stu lat! Mnie przyjaciółką była! Twój poród przyjęła! Żeś ją do lochu wrzucił!!!
- Elfy takie są, jak żyją za długo to mylą im się miejsca - odpowiedział krótko Samuel
- Zaraz Ci lekcję wychowania dam, gówniarzu! W Lorda się bawisz?! Niewdzięczniku! - Muris stracił panowanie nad emocjami, lecz Zinko zareagował szybko i rękami złapał go w pasie i odciągnął od stołu
- Durniu uspokój się! Nie jesteś u siebie do diabła, to nie karczma przydrożna! - ten dopiero po chwili szamotania się odpuścił.

- Straciłem apetyt... - rzucił po czym wyszedł z sali.
- Waszmość wybaczy - Zinko ukłonił się przepraszająco
- Dopilnuję by nasz przyjaciel nic głupiego nie zrobił - powiedział po czym zostawił ludzi w sali bankietowej, wyprowadzając starego krasnoluda na stronę.
- Zawszem mówił, że krasnoludy to niesforne i niewychowane. - skomentował Palew, na co Rutgier się zaśmiał i dodał od siebie
- Znam Murisa, zawsze był w gorącej wodzie kompany. Dziwi mnie, że taki sentyment do tego długoucha ma. Toż to elf. A on sam ich usiekł z setkę.
- Zdrada to zdrada - podsumował Samuel
Awatar użytkownika
Nicciterra
Mistrz Gry
 
Posty: 418
Rejestracja: 18 Paź 2016, o 11:39

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Daesha'Rha » 7 Sty 2019, o 20:56

Nie przestraszyły jej słowa zwiadowców. Do tej pory nie miała co prawdy do czynienia z elfami, ale wątpiła, by tak stara i mądra rasa chciała wyrządzać krzywdę ludziom. Krasnoludy może jeszcze nie zyskały jej zaufania, ale sympatię i wdzięczność na pewno, dlatego nie zamierzała przejmować się takimi groźbami.
Natomiast największe wrażenie na dziewczynie zrobiła posiadłość. Yrsa nie przypuszczała nigdy, że ktoś może potrzebować aż tyle przestrzeni do życia. I że może wykładać na stół na raz niemal kilkumiesięczne zapasy jedzenia.
Guślarka czuła się nieco zagubiona. Do tej pory żaden mężczyzna nie całował jej w rękę na powitanie. Nikt również nie pozwolił jej jeść w tak wspaniałym wnętrzu. Ogrom sali jadalnej przytłaczał ją, nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować. Zastanawiała się, czy ma rzucić się na jedzenie od razu, czy istnieją jakieś zasady spożywania wieczerzy w takich miejscach. Postanowiła w końcu robić to, co Gard, patrząc się uważnie na jego duże, spracowane dłonie. Skupiła się głównie na tym, jak używał tego dziwnego narzędzia, które zamiast pojedynczego szpikulca, rozdzielało się na trzy, niczym widły. Magowi chyba nie przeszkadzało, że dziewczyna gapi mu się w talerz.
Nagły wybuch Murisa zaskoczył Yrsę. Widocznie nie lubił, kiedy innych przedstawicieli starszych ras wtrącało się do lochu. Kiedy krasnoludy wyszły, napięcie zelżało tylko nieznacznie. Ona i Gard zostali sam na sam z nieznanymi sobie ludźmi.
- Co się stało z Rotmarkiem? - zapytała w końcu, próbując przerwać krępującą ciszę - Może będę w stanie mu pomóc. A jeśli prawdę mówicie i padła na niego klątwa, to i nią się zajmę.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 128
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nantel Grimisdal » 8 Sty 2019, o 22:56

Gard zdążył przywyknąć już do wybuchowego charakteru Murisa, a ich gospodarz również musiał go dobrze znać, skoro zachował spokój przy krzykach krasnoluda. Cała ta sytuacja jednak mocno go zaniepokoiła. Klątwa czy nie, być może też rzadka choroba, nie wróżyły spokoju dla tych ziem. A oskarżanie elfki o zdradę jeszcze bardziej zaogniało sytuację.
- Panie Samuelu Velmurg - zaczął, skłoniwszy też głowę. Jeśli chciał uchodzić za kowala, którym z resztą też po części był, musiał powściągnąć się w zachowaniu - Jeśli wiedzieć można, czemuż to ową elfkę o zdradę posądzono? Znaleźliście coś, co wiąże ją z chorobą pana tych ziem? Martwię się o Murisa, przejął się bardziej niż zwykle, choć można było pomyśleć, że ma tak zawsze. Jak go znam, to nikt go tak nigdy nie obszedł.
Gdy Samuel odpowiedział na ich pytania, Gard odezwał się jeszcze raz, gdy jedna z myśli przyszła mu do głowy.
- A jeśli mogę też spytać, co z pańskimi siostrami, o których Muris mówił? Nie wspominał pan o nich.
Przez całą rozmowę przyglądał się też wszystkim trzem siedzącym z nimi doradcom. Chciał wiedzieć, czy któryś z nich jakoś zareaguje na ich pytania i rozmowę o nieludziach. Wiedza o tym, od kogo z dala będzie lepiej trzymać Murisa byłaby przydatna. Wspomnienie o klątwach mogło mu też powiedzieć, kto tu tak ponoć nie ufa czarodziejom.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
00
+++++ ++++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 410
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nicciterra » 17 Mar 2019, o 19:44

- jeśli panienka zna się na sztukach medycznych, zaprowadzę później do ojca. Nikt nam jeszcze nie pomógł i choć widzę was raz pierwszy w desperacji nas zastaliście. Stracił on kontakt z rzeczywistością i... chyba jakiś trąd go dręczy. Nie chcę psuć apetytu... - Samuel odpowiedział guślarce i zamilkł. Widać było, że cierpiał z powodu ojca.
Wnet wszyscy skupili uwagę na niepozornym kowalu, który zszedł nieco z bolesnego tematu.
- Panie Samuelu Velmurg - zaczął, skłoniwszy też głowę.
- Jeśli wiedzieć można, czemuż to ową elfkę o zdradę posądzono? Znaleźliście coś, co wiąże ją z chorobą pana tych ziem? Martwię się o Murisa, przejął się bardziej niż zwykle, choć można było pomyśleć, że ma tak zawsze. Jak go znam, to nikt go tak nigdy nie obszedł.
- chłopie toż to stary już elf. Nawet bardzo stary i do tego wygadany! Podstępny! Elfy panoszą się, jakby wszystko wiedziały co się u nas dzieje. Była oczywistym podejrzanym! - wtrącił się się dowódca Matthew, nie szczędząc przy okazji wyrażanych emocji. Widać musiał stracić wielu ludzi w starciach z tą rasą, albo zwyczajnie ich nie cierpiał.
- przeszukując jej rzeczy znaleźliśmy jej korespondencję z jej współbraćmi. Jedną z tych osób jest znany elfi bandyta. Flirio Dorren. Znany zabijaka. Rzeźnik co nawiedza Królestwa północy od lat - odezwał się spokojnie zarządca Rutgier
- Król wystawił nagrodę za jego głowę w wysokości dwóch tysięcy orenów. - dodał Palew, po czym zachichotał cynicznie. Otworzył usta, ale zastygł minimalnie, nim powiedział więcej.
- od zawsze doradzałem Rotmarkowi, żeby trzymał się od elfów z daleka.
- waszmość Palew, może i miał racje, ale Auri była dla nas zawsze dobra, nikt się nie spodziewał zdrady. Nawet Muris ją bardzo lubił i wychwalał półżartem, że powinna ona założyć szkołę wychowania dla długouchów. Ojciec kiedyś wspominał, że uratowała mu jego dzieci, mimo że niewiele wcześniej on zabił w walce jej krewnych... - odezwał się w końcu panicz. Palew chciał coś jeszcze powiedzieć. Gard spodziewał się, że ten doda coś kąśliwego, ale ten się powstrzymał. Sposób w jaki szlachcic z Wyzmy się wyrażał był wyniosły i mógł irytować. Szczególnie fakt, że patrzył z wyższością na Yrsę i Garda.

- A jeśli mogę też spytać, co z pańskimi siostrami, o których Muris mówił? Nie wspominał pan o nich.
- Młodsza Calinea na dworze Nagustów ze szlachcicem wzięła mariaż i tam gospodarzy. To akurat szczęśliwa historia. Zaś starsza Malia od lat na wyspie Thanedd szkoli się w sztukach magicznych. Obie jeszcze ojca nie odwiedziły, choć listy wysłałem...
Awatar użytkownika
Nicciterra
Mistrz Gry
 
Posty: 418
Rejestracja: 18 Paź 2016, o 11:39

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Daesha'Rha » 24 Mar 2019, o 22:23

Yrsa starała się skupić na rozmowie, ale po chwili poddała się i zajęła jedzeniem. Chociaż posiłek był zimny, smakował wyśmienicie, biorąc pod uwagę to, że ostatnio jadła polne zioła i konfitury zabrane od Babki.
Z zamyślenia wyrwały ją jednak słowa Matthew. Ona sama nie miała zbyt wielu okazji do kontaktów ze Starszą Rasą, ale Babka opowiadała, że niemal cała wiedza o ziołach i niektórych zaklęciach pochodzi właśnie od elfów. Poza tym, Yrsa spotkała dzisiaj wyjątkowo miłą grupę krasnoludów i nie rozumiała, dlaczego ten człowiek pałał taką nienawiścią do nich.
Zaczęła też zastanawiać się nad przyczyną stanu pana domu. Jeżeli rzeczywiście dręczy go trąd, to była ciekawa, czy mieszkańcy wiedzieli, jak się obchodzić z tą chorobą. W dworku całe powietrze mogło nosić już chorobę. A ona nie miała przy sobie wszystkiego, co potrzebne do odegnania niemocy. Miała nadzieję, że pan domu rzeczywiście został przeklęty - byłoby łatwiej go wyleczyć z tego, niż z trądu.
- Panie Samuelu - Yrsa zwróciła się do gospodarza - Czy chorego może jaki cyrulik już obaczył? Alboli akuszerka nawet? Bo przez dwa miesiące kogoś musieliście znaleźć. Nie myśli mi się, coby przez tyle czasu pan bez opieki złożony niemocą leżał.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 128
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nicciterra » 24 Mar 2019, o 23:14

Samuel słysząc, że i to może jakaś lepsza znachorka, zaczął temat nieco w detale ubierać
- przychodzili specowie. Najróżniejsi. Od znachora Wróblarza ze wsi nieopodal po dworskiego felczera Sigmunda co ręce załamał jak z naszego zamku z Antonim przyjechał. Wszyscy mówili, że gorączka chorego strawi i umrze wkrótce. Mówili, że trąd i że rozniesie się po nas, ale my zdrowi, a ojciec wciąż żywy, mimo skórnych gruzd co wywaliło mu na ciele, co chorobę przypominają złudnie.
- doradzali wywary z ziół, maści smarować. Miodem leczyć. Nawet krwi nieco upuścić... Tego ostatniego nie praktykowalimy wiele. Raz tylko spróbowali, tośmy się przerazili. Rany śmierdziały jak Barbegazi z kopalń. Wywietrzyć się nie dało. Z ust mu cuchnie podobnie, a jak w nocnik da, to nos musem zatkać i wywalić szybko, bo się nie da wytrzymać.
- Pędem do siostry co sztuki magiczne potrafi pierwm napisał. Czarodziejki powinny na to spojrzeć, bo mnie tu natura choroby dziwna jest. Jakaś klątwa tak sądzimy... a kto by mógł rzucić taką klątwę? Na szczodrego pana tych ziem? Złego diabli nie biorą, bo już swój...
Awatar użytkownika
Nicciterra
Mistrz Gry
 
Posty: 418
Rejestracja: 18 Paź 2016, o 11:39

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nantel Grimisdal » 26 Mar 2019, o 00:05

Ostatnia nieufność do magów na tych ziemiach nieco go irytowała. O wiele prostsze byłoby pomaganie ludziom i załatwianie wielu spraw, gdyby nie musiał bawić się w całe te podchody. Musiał przyznać przed sobą, że zależy mu na tej sprawie, głównie ze względu na krasnoludy. Co prawda Muris nie należał do jego wielbicieli, ale w gruncie rzeczy Gard zdążył zżyć się już ze wszystkimi swoimi towarzyszami. Dlatego postanowił im pomóc dla dobra ich samopoczucia i ogólnej opinii o ludziach. On sam nie cierpiał tych rasistowskich uprzedzeń i wojenek z byle powodu.
- Strasznie to słyszeć, jak swoich rodziców dzieci za nic mają. Dziad mój powtarzał często, że do swoich to dzisiaj młodzież tylko od święta i po dobytek chętna przychodzić. Zawsze się z nim kłóciłem. Ale mniejsza... Szkoda tym bardziej, że panienka Malia nie odpisała. Skoro na magii się zna, może by i coś pomogła
Słowa o młodej adeptce z Thanedd zaciekawiły Garda. A tym bardziej jej brak reakcji na zły stan zdrowia ojca. Starsza z córek na pewno mogła by pomóc rozwiązać zagadkę dziwnej choroby pana domu, o ile tylko przykładała się do nauki. Ta jednak milczała. Czyżby ktoś postarał się, by nie otrzymała wiadomości? Zbyt wcześnie było na wyciąganie podobnych wniosków, ale jeśli w grę wchodziła rzeczywiście jakaś magia lub klątwa, ten, kto ją uczynił, musiał nadal kręcić się w pobliżu.
- Mówicie panie, że ta elfka, Auri, dobra zawsze była. No i przecie, uraz nie chowała. Jak dzieci ratowała po śmierci krewnych z rak ludzi... Ja to z krasnoludzką kompanią przebywam, elfy tyle co na szlaku i w mieście widziałem, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby tak jej się nagle odwidziało. Na moje to ludzie ją obwinili zbyt szybko, bo takie nastroje teraz ostatnio. Listy do swoich pisała, bo pewnie wszystkie elfy teraz piszą do siebie żeby razem się trzymać.
Kolejna rzecz jaka go ciekawiła, to jak młody panicz zareaguje na trochę odważniejsze słowa kogoś, kto był niskiego urodzenia. Brak silnej reakcji świadczyłby, że młody Samuel rzeczywiście martwi się o ojca i bardziej przejmuje się innymi sprawami niż jakiś kowal, który nie wierzy w opowieść o winie elfki.
- No ale, za pozwoleniem, pozwólmy Yrsie spojrzeć na pana tych ziem. Ja bym też się przeszedł, jakby który z krasnoludów zbyt krewki się okazał i znowu się zdenerwował. Już ich troche znam, to też łatwiej mi gadać z nimi.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
00
+++++ ++++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 410
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nicciterra » 27 Mar 2019, o 23:53

Czarodziej bystrym okiem sprawnie ocenił sytuację. Spoglądał na panicza, ocenił. Widział, że młodzieniec ledwo radzi sobie z ciężarem jaki teraz trzyma na barkach. Nie chciał za bardzo rozmawiać na temat zamkniętej elfki, mało go to obchodziło, miał za dużo na głowie, by znaleźć w sercu miejsce dla niej. Zarządzanie posiadłością, reagowanie na narastające problemy i niepokoje na jego ziemiach. Choć starał się sprawiać wrażenie pewnego siebie i odpowiedzialnego, w środku był zagubiony. Gard nie miał wątpliwości, gdy przyglądał mu się tak dłużej. Był za młody i niedoświadczony, by skutecznie ukryć swoje uczucia. Sprawę elfki, jak i część innych rzeczy najwyraźniej rozwiązali jego doradcy oraz przyjaciel z Wyzmy.
Ci sami doradcy zauważyli, że gość, ale prostaczek, bardzo ustaje przy temacie elfki. Matthewa to rozgniewało, a Palew zaczął na niego spoglądać dość podejrzliwie, po chwili jednak prychnął i odezwał się za Samuela.
- kowalu musiałś za dużo przebywać z nieswoimi. Ogłupili twój prosty umysł. Usprawiedliwiasz ich na oślep, bo pewnieś szczęściem losu obdarzony i krzywda Cię jeszcze nie spotkała.
- dajmy już temu spokój. Siedzi w lochu i nie sprawia już problemów. Są ważniejsze sprawy do załatwienia, nim zastanowić przyjdzie czas o losie elfa - powiedział stanowczo zarządca Rutgier. Podniósł brwi i poprawił wąs, podkreślając że temat zamknięty. Jako jeden z nielicznych gospodarzy zachowywał emocjonalny dystans i zdawał się bacznie obserwować Yrsę i Garda.

- No ale, za pozwoleniem, pozwólmy Yrsie spojrzeć na pana tych ziem. Ja bym też się przeszedł, jakby który z krasnoludów zbyt krewki się okazał i znowu się zdenerwował. Już ich troche znam, to też łatwiej mi gadać z nimi.
- jak na prostaczka dość biegły w mowie jesteś kowalu. Racja jednak, nie pozwólmy choremu cierpieć. Zobaczmy czy panienka może wiedziałaby co tu uczynić. Choć śmiem wątpić, czy będziecie w stanie coś osiągnąć. Wielu już tu było - skomentował Palew.

*** Obóz krasnoludów obok magazynu ***

- Samuela biedaczka w okół palca obwinęły te mendy! Nie możem tak stać bezczynnie! Jak nam tutaj ta wesz z Wyzmy się panoszy! Robią co chcą! Diabli wiedzą czego tu ten gad szuka u Rotmarka!
- Muris uspokój się do cholery jasnej! Nic nie piłeś a awanturujesz się jak nigdy! - Zinko tracił już cierpliwość. Muris zachęcał kompanię, by siłą odbili Auri.
- Widziałeś ich!? Tacy pewni siebie! Na wszystko się przygotowali. Pokażemy im!
- Nie Ty rządzisz tą kompanią Muris! Usiądź, albo Cię chłopaki do rana w sznurkach będą trzymać! Na litość zacznij myśleć uparty staruchu! Szlachcice nas ugościli. Tak czy inaczej musimy zachowywać się honorowo i nie łamać ludzkiej gościnności.
- Elfie gadanie! Pieprzyć taki honor! - Muris przy ognisku wzniósł ręce i znów odezwał się do zgromadzonych w okół.
- Jakby te ludzie Zinko do lochu wrzucili... wzięlibyście ze mną oręż?! Odbili go ze mną?! - gromada odpowiedziała hucznie wznosząc pięści.
- Auris to nie pierwszy lepszy elf. Długouchy zwykle patrzą na nas z góry i mało obchodzi ich nasz los. Nie mają dla nas krzty współczucia, ale to dzięki takiej jak ona szerzy się wzajemna pomoc i zrozumienie! Elfy i krasnoludy muszą się wspierać w trudnych czasach! Musimy ją odbić!
- Koniec tego przedstawienia! Może i starszy, ale w mordę zaraz dostaniesz Muris! Cierpliwość mi się skończyła! - Zinko odrzucił plecak i gniewnie wlepił wzrok w swojego starszego kompana, dając mu ostatnie ostrzeżenie
- Młody i głupi jesteś. Oni tam wszyscy syna Rotmarka omamiają. Szepczą kłamstwa, sznurki pociągają. Ludzką szuję wyczuję na odległość. Bierni jak będziemy, to wkrótce ludzie i nam do dupy się dobiorą. A tu dzieje się coś na prawdę niedobrego.
- To są sprawy ludzi! Nie wpierdalamy się w nie swój interes! Jesteśmy tu gośćmi!
- Jestem stary Zinko i poznałem już wielu, to nasza powinność pomagać prawym! Swoich zostawiłbyś w potrzebie? Honoru nie masz.
- Kompania jest dla mnie wszystkim! - przyjaciel Garda zagotował się. Cały czerwony zacisnął pięści i z rudą brodą wyglądał teraz jak żywy płomień
- Jesteś tchórzem i nie nadajesz się na lidera - siwy pomarszczony Muris tylko wyszczerzył szyderczo zęby, na co Zinko zawył szarżując na niego, by go stłuc. Nolg i Pioki zerwali się na równe nogi by przerwać bójkę. Wymiany ciosów jednak nie powstrzymali. Potężny zamach zamach z prawej chybił głowy, kiedy to Muris odchylił się wyprowadził celnego prostego. Zinko buchnęła krew z nosa, ale nie stracił impetu i lewą wyprowadził sierpowy, który trafił starego i zdezorientował na sekundę. Wnet Zinko chwycił go za szyję, żeby go powalić. Stary wyjadacz wyślizgną się z uścisku i podhaczył mu nogi. Lider równo wylądował na plecy, a w głowie mu zahuczało. Pioki doskoczył do Murisa, by go złapać. Ten mu wyprowadził szybki cios z główki, który zaskoczył dzielnego młodzika i posłał go również na ziemię.
Nolg zaś skorzystał z sytuacji by zajść tego od tyłu i silnym objęciem złapał go w pasie. To był koniec walki. Z tego uścisku Muris nie był w stanie się wyślizgnąć. Nolg znał starego i tak go złapał by ten nie mógł swoimi sztuczkami się wykręcić.
- Puszczaj! Nolg! Puszczaj do cholery!
- Nie.

Zinko zaraz potem wskoczył na równe nogi i miał pędzić w stronę przeciwnika, by mu oddać. Reszta kompani zdążyła już dobiec i powstrzymać go.
- Spokojnie szefie. Pogadajmy. Znasz Murisa. Kawał kutasa z niego, ale swój. Źle nie chce dla nas.
- Sprowokował Cię. Przecież i tak będziesz szefem, a Muris to stara pierdoła. Zrzędzi i wyzywa padalec. I tak byśmy bez Ciebie nie poszli. - takie i inne zapewnienia licznie docierały do uszu rozjuszonego krasnoluda. Trzymali go tak w kilku, aż w końcu ustąpił. Wziął głęboki oddech, który mu zdecydowanie pomógł. Miał jeszcze jedną rzecz do powiedzenia, której nie zdążył powiedzieć.
- Muris ty ośle. Na prawdę prosisz się... Nie mieszamy się w te sprawy, bo jak wiesz Gard jest z nami. On jest bystrzak i to prawy człowiek. Niech no da nam sygnał to spalimy to wszystko w pizdu. Daj mu działać. Albo chociaż pójdź z nim pogadać, a nie wszystko po swojemu! On nawet nie wie co to za kobieta w tym lochu! Robisz wielkie zamieszanie i już byś za młot łapał, a my nie wiemy nawet o co się tu rozchodzi, do kurwy nędzy. - długa chwila minęła nim Muris w końcu ustąpił.
- ... masz rację. Jestem starym narwanym osłem. Pójdę z Gardem pogadać jutro i wspólnie pomyślimy co tu zrobić - Nolg go w końcu puścił.
- Na pewno? Pójdziesz teraz spać?
- tak. Ide spać, na dziś dość wrażeń.

***

Samuel i Rutgier zaprowadzili Yrsę i Garda do pokoju gdzie spoczywał Rotmark. Idąc korytarzem, dostrzegli liczne trofea na ścianach oraz parę na prawdę dużych obrazów. Samuel otworzył drzwi by reszta weszła do środka zaraz za nim.
W pokoju było okno łóżko i stolik. Drewniany w kształcie kszesła przenośny wychodek w przeciwległym kącie pomieszczenia. Zbliżyli się do chorego
- Ledwo kontaktuje. Komunikuje się z nami stękaniem, żebyśmy wiedzieli czy czegoś potrzebuje. Jest bardzo słaby i musimy mu ze wszystkim pomagać - powiedział Samuel. Zbliżył się do ojca i z kwaśną miną spojrzał w jego twarz. Pociągnął nosem i odwrócił wzrok
- Tracę powoli nadzieję, że da się coś z tym zrobić...

Twarz wyglądała paskudnie. Ogromne ciemnozielone pryszcze i blada trupia twarz. Smród rozkładającego się ciała. Wyglądał tak, jakby mógł roznieść jakąś śmiertelną zarazę. Nic dziwnego, że nikt mu nie pomógł. Tylko syn i jego pomocnicy zlekceważyli ostrzeżenia o zakaźnej chorobie.
Yrsie wyglądało to jednak nienaturalnie. Nikt nie mógłby przeżyć takiego stopnia zaawansowania jakiejkolwiek choroby... Tak wyglądali tylko martwi ludzie. Musiała być w to zamieszana magia. Ciało miał upośledzone, ale oczy Rotmarka jakby zachowały bystrość. Były zmęczone, ale patrzył się na nich uważnie. Stęknął krótko i spróbował wznieść dłoń, ale nie udało mu się to. Syn zaś zasypał go gradem pytań, o co mogło mu chodzić. Ten jednak żadnego nie potwierdził kolejnym stęknięciem.
Gardowi od razu wyglądało to na jakieś mroczne praktyki zakazanej szkoły magii. Rotmark rzeczywiście został przez kogoś przeklęty i mogła to być bardzo groźna klątwa, również dla innych dookoła, jak i osoby próbującą ją zdjąć. Mogła postępować z czasem, mieć ukryte działanie. Musiałby jednak ostrożnie zbadać Rotmarka, by się na ten temat więcej dowiedzieć. Tymczasem czuł uważny wzrok Rutgiera na swoich plecach...
Awatar użytkownika
Nicciterra
Mistrz Gry
 
Posty: 418
Rejestracja: 18 Paź 2016, o 11:39

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Daesha'Rha » 28 Mar 2019, o 23:49

Nie było wątpliwości, że Rotmark został obłożony śmiertelną klątwą. Yrsa widziała już ludzi przeklętych i chociaż żaden nie wyglądał tak, jak pan domu, wszyscy bez wyjątku mieli tę dziwną iskierkę w oczach - strach i złego ducha gdzieś we wnętrzu.
Dziewczyna nie miała tylko pewności, czy choroba wywołana klątwą jest rzeczywiście zaraźliwa. Zgodnie ze wszystkimi prawidłami tego typu zaklęć, złe spada tylko na przeklętego, ewentualnie jego rodzinę lub potomków, nigdy na osoby postronne. Ale treści klątwy nie znała i dlatego lepiej było uważać. W każdym razie, pewne osoby nie musiały dowiadywać się teraz wszystkiego, zwłaszcza Rutgier i Matthew. Yrsie nie podobało się to, jak na nią patrzyli.
Pociągnęła nosem raz jeszcze, próbując rozpoznać, obok woni niemytego ciała, zapach ropy, rozkładu czy kwaśnego potu. Wyczuła prawie wszystko. Bardzo jej się to nie podobało.
- Morowe powietrze - powiedziała tylko i podeszła do okna. Otworzyła je na oścież, wpuszczając świeży powiew nocy. Samuel chyba chciał ją zatrzymać, ale wstrzymała go dłonią - Pozarażacie się wszyscy. A chory musi mieć czym oddychać. Przesuńcie się trochę.
Postąpili krok do tyłu, ale nie uśmiechało im się spuszczać z niej wzroku.
Yrsa tymczasem otworzyła swoją torbę i wygrzebała z niej sakiewkę z suszonym zielem dziurawca, który wypędzał z domostw złe duchy. Susz był w kawałkach, ale lepszy taki, niż żaden. Guślarka rozsypała roślinę przy łóżku chorego i pod progiem drzwi. Wyjęła też spod giezła amulet z kurzej łapki, żeby uchronić się przed złym. Tak na wszelki wypadek.
- Panie Samuelu, potrzebuję miednicy z czystą wodą - powiedziała, rozglądając się po pokoju - Kawałka chleba, odrobiny miodu, mięsa, jakąś szmatkę i świecę.
- Ymm... a do czego to...?
- Coby dowiedzieć się, czy to w istocie jest klątwa - odparła, jakby młody szlachcic powinien był to wiedzieć od dziecka.
Samuel wyszedł z pokoju, żeby wydać służbie polecenia. Yrsa natomiast położyła na stoliku swoją torbę, nóż i niewielką, niską glinianą miseczkę.
- Gard, będę potrzebowała twojej pomocy. Panie Rotgierze, pan nie jest mi teraz do niczego potrzebny, chyba że umie pan rozcinać czyraki. Tak też myślałam, proszę zatem mi przez ramię żurawia nie zapuszczać.
Czarodziej zbliżył się do niej i stanął obok stolika, niepewny, co ma robić. Yrsa zakrzątała się, udając że szuka czegoś w torbie i wyszeptała Gardowi do ucha:
- Mus mi samej teraz zostać. Oni tego widzieć nie muszą.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 128
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: [Wiedźmin rok 1099] Spadek Fruturii

Postprzez Nantel Grimisdal » 2 Kwi 2019, o 05:55

Cała ta nieufność wobec magii była dość frustrująca. W normalnych warunkach po prostu zrobiliby swoje i być może nawet od razu poznali tajemnicę, czym jest ta dziwna choroba. Że byłą to klątwa lub rodzaj jakiejś paskudnej magii, nie było już dla niego wątpliwości. Komuś zależało, by szlachcic cierpiał, a wraz z nim jego syn i wszyscy obecni domownicy. Nie dziwił się też, że podejrzenia tak łatwo i szybko padły na elfkę, ludzie bali się wszystkiego, co inne, to i szybko połączyli sobie fakty. No nic, trzeba będzie grać dalej w tym przedstawieniu, żeby odkryć, co się tutaj działo. Teoretycznie, nie ich to sprawa była, mogli nawet siła elfkę z lochu wyrwać i uciec, ale wtedy tylko potwierdziliby przesądy o nieludziach i kto wie, czy cała kompania nie byłaby ścigana.
- Dobra. Tak zrobię - wyszeptał do stojącej obok niego guślarki.
Nie dbał o to, czy jego znacznie niższy i lepiej słyszalny głos usłyszała dwójka doradców młodego księcia, stojąca nieopodal. Postarał się mówić wszystko tak, by nie nabrali żadnych podejrzeń. Gdy wstawał, wydał z siebie serię odgłosów udając kichanie i chrząkanie, jakby go coś w nosie zawierciło.
- Khe, khe, ehm... Coś ty kobieto w te zioła wrzuciła. Jeden wdech żem wziął i mnie tu aż wierci...
- Bo to trzeba mi było nosa do torby nie wsadzać.
- Dobrze, że powietrza troche naleciało.
Gard podszedł do okna, udając, że przeciera oczy z łez. Wychylił się na chwilę na zewnątrz, obserwując podwórze pod nimi. Wtem, wskazał na coś za oknem palcem i krzyknął.
- Nosz w mordę! Krasnale znowu się lać zaczęły! Teraz między sobą dla odmiany. Panowie dostojni - chodźcie ze mną, pomóc mi ich rozdzielić. Jeszcze tego brakowało, żeby się między sobą pożarli.
Od razu skierował się pośpiesznie do wyjścia, nie dając chwili do namysłu dla obydwu doradców. Miał nadzieję, że zaaferowani szybko za nim podążą, zostawiając Yrsę samą, by mogła w spokoju i bez świadków zrobić swoje. Żałował, że sam nie może na razie bez ogródek zbadać pana domu, ale będzie musiał poczekać cierpliwie na swoją okazję. Poza tym, guślarka zdawała się wiedzieć o chorobach więcej niż on, zajmujący się artefaktami i golemami. Być może potem sprawdzi jeszcze dom pod względem źródeł magii a na razie, musiał zaufać dziewczynie.
Image

Piękno tkwi w oku patrzącego. Strach też...
00
+++++ ++++
Awatar użytkownika
Nantel Grimisdal
Mistrz Gry
 
Posty: 410
Rejestracja: 26 Kwi 2016, o 19:55
Miejscowość: Koszalin


Wróć do Inne