Content

Inne

Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Image

Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Mistrz Ind'yk » 1 Lut 2016, o 00:55

W baśniowych krainach zamki królewskie to nie przelewki. Są zbudowanie by być wyglądać przebogato, przepięknie i prześlicznie. I takie właśnie są, a dwór króla z tej opowieści nie był wyjątkiem. By dojść do miejsca, w którym zaczęła się przygoda, najpierw trzeba było przejść przez szeroką, wartką fosę, najlepiej długim, podwójnym, ręcznie rzeźbionym mostem. Potem przechodziło się pod wysoką, smukłą bramą, którą wieńczyły trzy rzędy niezwykłych figur pochylających się nad wchodzącymi. Kilka kroków dalej rozpoczynał się pierwszy dziedziniec, przestronny i otwarty. Gdy szło się nim, widziało się kolejne mury zamku, które wznosiły się naprzeciwko coraz wyżej i wyżej. Na każdym z tych murów kłębiły się wysokie wieże, a na każdej z nich długie, trzepoczące na wietrze zielone flagi z emblematem króla. Droga przez podgrodzie była utwardzana, szeroka i otoczona z obu stron schludnymi domami, a prowadziła do kolejnych bram, mniejszych, lecz nie mniej masywnych i bezpiecznych.
Za nimi znajdowały się królewski dziedziniec, tego dnia wypełniony wielkim tłumem ludzi. Najbardziej w oczy rzucała się tam zasadnicza część królewskiego zamku, serce polityki całego kraju. Król stał na wysokim balkonie, znajdującym się wystarczająco wysoko nad ziemią, by nawet na samym końcu dziedzińca trzeba było zadzierać głowę spoglądając na przemawiającego władcę. Spod tarasu wyłaniały się długie, płaskie schody, na których końcu znajdowali się w tamtym dniu bohaterowie tej opowieści. Wszędzie dookoła nich, oprócz małego okręgu wokół schodów i pustej drogi wyjściowej, znajdowali się ludzie. Wydawać by się mogło, że w tym jednym miejscu pojawiło się całe królestwo, tłum był nieprzebrany.
- Drodzy! - powiedział król, a dziesiątki ludzi zamilkły w kilkach chwil. Władca miał autorytet społeczny wysokiej miary. - Oto grupa śmiałków wyrusza w niebezpieczną podróż! Nagrodźmy ich brawami, bo sami zgłosili się do tej przygody!
Na dziedzińcu wybuchł aplauz, od którego bolały uszy. Najwyraźniej poddani króla lubili przygody.
- Dzisiaj wyruszają w drogę, która poprowadzi ich na zachód. Daleko, daleko na zachód - po tych słowach króla cisza zrobiła się jakby gęstsza. Nikt nie lubił myśleć o dalekim, dalekim zachodzie. Takie myśli nie były dla prostych ludzi. - Spotkają wiele zagrożeń i pokonają wielu wrogów! Będą musieli przekroczyć rzeki, wspiąć się na góry, przebrnąć przez lasy, a na końcu pokonają smoka!
Kolejny wielki aplauz zaczął rozrywać zamkowe mury. Poddani króla wyjątkowo kochali pokonywanie smoków.
- A wszystko to po to, bym mógł odzyskać dawno utraconą córkę! Razem z tymi śmiałkami wróci do nas wasza ukochana królewna! - ostatnie słowa król wykrzyczał podnosząc ręce, co wzbudziło kolejną żywiołową reakcję zebranych.
- Drużynie przewodzić będzie Jan Jakub Serrault, książę z sąsiedniego królestwa! Dzielny w boju i mądry w słowie! Miejmy nadzieję, że jego zdolności przywódcze pozwolą przejść drużynie przez wszystkie zagrożenia! - tłum zawrzał i zaczął krzyczeć z radości. W stronę księcia posypały się różne kwiaty i części ubrania.
- Razem z nim do boju stanie Ludomir Pięknolicy, jeden z najznamienitszych bardów znanych krain! Dzięki niemu zapoznamy się później ze wszystkimi przygodami drużyny. Miejmy nadzieję, że w formie niezwykłej i wciągającej opowieści! - Tym razem krzyki na dziedzińcu należały głównie do kobiet. Były piskliwe, ale niezwykle głośne.
- Radą służyć im będzie mój własny błazen, Machiavelli! Miejmy nadzieję, że uda nam się przeżyć wiele długich bez jego poczucia humoru. Dzielny błazen postanowił ruszyć razem z drużyną, żeby zadbać o uratowaną księżniczkę! - owacje w tłumie były tym razem trochę cichsze i jakby skierowane były w stronę samego władcy, a nie jego wiernego sługi.
- Poradą magiczną służyć im będzie czarownica, niegdyś moja królowa, która teraz chce odkupić swoje liczne winy! Miejmy nadzieję na prawdziwe odkupienie Dalilah! - Tłum nie za bardzo wiedział, co robić po tych słowach, przez co nieliczne okrzyki radości zamieniły się w dziwny pomruk.
- Piątą osobą w drużynie jest Jan Leśnik, łowca z naszych zachodnich lasów. - Te słowa król wypowiedział bez specjalnych emocji i nie zrobił po nich dużej przerwy. Tłum nie zareagował prawie w ogóle. - Poza tym jest jeszcze koń księcia Jana Jakuba, który... także zgłosił się do wyprawy sam. No i... eee... kot. Czarny kot.
Te słowa nie zbudziły już żadnej reakcji w tłumie. Nie był to czas jakiejś specjalnej mody na wielbienie zwierząt.
- Wyruszajcie więc i miejcie moje dobre słowo ze sobą! Niech się wam powiedzie! - Aplauz znowu był wybuchowy. Poddani króla lubili jego dobre słowa i powodzenie.
Po tych słowach król spoglądał już tylko, jak drużyna żegna się w jego poddanymi, a potem rusza w drogę. Gdy zniknęli już za pierwszą bramą, machnął ręką, by jego lud mógł w spokoju iść do domów, po czym odwrócił się i wszedł do spokojnych i bogatych zamkowych wnętrz.
I tak oto rozpoczął się pierwszy Dzień wielkiej podróży, w którym wszyscy się pożegnali, zapoznali, rozpoznali, a potem wyruszyli długą drogą na zachód.
Awatar użytkownika
Mistrz Ind'yk
Gracz
 
Posty: 1735
Rejestracja: 21 Cze 2011, o 12:42

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Renno Tresta » 2 Lut 2016, o 01:49

Kto uważnie spojrzałby w głąb ludzkiego kłębowiska, wijącego się i roztaczającego po królewskim dziedzińcu, i kto czujniej nadstawiłby ucha, nie bojąc się nerwowego harmidru, ten dostrzegłby i usłyszał w przejmującej tłuszczy grupkę rozchichotanych, kolorowo przywdzianych dziewcząt. Zapytać można by było, czymże się tak cieszyły, lecz byłoby to pytanie niewłaściwe; bowiem nie o coś, ale o kogoś sprawa się rozchodziła.
Trzy niewiasty pogrążone były w gorączkowej dyskusji, która, zdawałoby się, prowadzona mogłaby być przez długie tygodnie, jeśli nie miesiące. Trza wyjaśnić: wykłócały się one, aż wypieki kwitły im na smukłych licach, o to, która z części ciała obcego księcia była tą najdoskonalszą. Czy może były to jego jasne, ba, promieniejące w blasku słońca włosy, przystrzyżone do perfekcji, a zarazem takie jakieś nieokrzesane? "Nie, to dumna pierś jego najcudowniejszą, na bogów!" - jęczała drapieżnie druga dziewka, w kontrpropozycji - "Przecież ta biedna koszula gotowa jest prysnąć! Litości!". Ostatnia białogłowa, nim w końcu zemdlała, zdołała szepnąć tylko: "A uda, ach, te uda". Krążyły pogłoski, że lza było patrzeć na szlacheckie lędźwie tylko z daleka, zza rozcapierzonych paluchów, inaczej niegodne oczęta można było postradać, o wpadnięciu w szał lubieżności już nie wspominając. Lekarstwo na takie opętanie chyba nie istniało - choć złośliwi gotowi byli radzić, jak dziewczyna mogła się z takiej manii wykurować, o ile palce miała czułe.
I jak się do tego ów cud mąż zachowywał! Gdy dobry król przedstawił Serraulta tłuszczy, ten w odpowiedzi na salwę oklasków machnął prawicą oszczędnie, a zarazem dystyngowanie - wiedział, jak wdzięcznie pozdrowić tłum, lecz nie wyjść przy tym na żądnego atencji desperata. W jego lekkich skinięciach głowy i uprzejmych gestach, kierowanych w stronę kolejno prezentowanych kompanów, wyczuć można było opanowanie, wyćwiczony kunszt i powagę godną błękitnej krwi. Porządnie wytresowany był zeń arystokrata, nie dało się ukryć. Nawet kotu nie poskąpił rozczulonego spojrzenia.
Potem, kiedy monarcha odezwał się po raz ostatni i życzył śmiałkom powodzenia, książę nie omieszkał przystąpić do chwilowej integracji z gawiedzią. Tu cmoknął rumianego bobasa, tam pozwolił śmiałej wielbicielce zacisnąć dłoń na rękojeści miecza, a także, ku uciesze zgrai podrostków, zmierzwił grzywę prychającego wściekle rumaka, dla hecy narażając się na chapnięcie pyskatą jadaczką. Niby proste ukłony w stronę przyszłych - miejmy nadzieję - poddanych, ale jakże za to efektywne.
Finalnie, krocząc na czele swej drużyny, Jan Jakub zabrał się do opuszczenia zamku. Minął bramę pierwszą, drugą, pokonał labirynt ukwieconych z cnej okazji uliczek, i, prędzej, niż się spodziewał, trafił na prowadzący na zachodni trakt most. Tamże, dziedzic zatrzymał się i westchnął ciężko. Wzrok błądził mu gdzieś po horyzoncie, wargę przygryzł lekko. W zadumie to, w konsternacji?
- I, ech, jak tam, wiaro? Nastroje w porządku? Nie straszno wam aby?
Image
Postać archiwalna:
Renno Tresta
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
 
Posty: 575
Rejestracja: 3 Kwi 2010, o 14:30

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Tzim A'Utapau » 2 Lut 2016, o 01:53

Żaba.
Jak to żaba. Zielona, głupia, mokra.
Wielka dłoń spadła z prędkością atakującego węża i pochwyciła wędrującą po bruku żabę między kościste palce. Płaz ukradł ostatni dech i zamarł, udając martwego. Machiavelli przyjrzał się krytycznie pochwyconej żabie, wrzucił ją do sakwy przy pasie. Na później.
Błazen milczał, gdy król przemawiał. Milczał, gdy tłum skandował. I milczał, gdy tłum milczał.
Myślał.
Myślał sobie: pewnie wszyscy zginiemy.
Machiavelli ukłonił się królowi na pożegnanie i przymknął oczy, jakoś tak smutno. Zaraz jednak się rozweselił. Merlinowi posłał energicznego całusa. Na sam koniec uśmiechnął się do dworzan z wyższych sfer, szeroko i zębiście. A oni nie odpowiedzieli uśmiechem, większość odwróciła się bokiem i udawała, że w ogóle błazna nie widzi lub że akurat istotniejszym jest sprawdzenie czystości paznokci. Błazen wskazał palcem na swoje oko, a później na nich, na królewskich doradców. Sukinkoty.
A propos kotów i suk, wyzezował na czarownicę oraz jej czarnego kota.

***


Konwencja wymagała, by dzielni bohaterowie mieli odpowiednie pożegnanie. O nie, żadnej łatwizny.
Machiavelli lekko wyminął konia, przestąpił nad kotem, teatralnie przeszedł na palcach koło czarownicy i zapomniał o wszystkich, których nie wymienił narrator. Przyskoczył do księcia, nabrał tchu w płuca i wyrzucił je z siebie na dwa razy, okrzykiem potężnym jak zawodowy herold.
- Oto książę Janek!
Tłum, zdaje się, nie załapał, zgłupiał, toteż błazen ponowił próbę.
- Oto wielki Janek!
Wciąż nic.
Ech.
No dobrze.
Czas na przedstawienie.

***


Machiavelli uniósł dłoń do czapki. Powoli, powolutku, pstryknął w jeden z dzwonków wiszących mu u czoła, nadając tonację.
Dis.
Postąpił dwa kroki w jeden bok, w drugi, zanucił, stanął na jednej nodze, opadł tułowiem jak lalka, której przecięto sznurki, poderwał się i z miękkiego rozpędu odepchnął chama stojącego księciu na drodze niczym porywisty nurt rzeki przesuwający wielki głaz.
Dziedziniec miał się teraz stać miejscem wielkiej fety.

HEJ, COFNĄĆ SIĘ, JEDZIE WAŻNY GOŚĆ
HEJ SIO, Z DROGI, BO TO KSIĄŻĘCA MOŚĆ!
I WZROK WYTĘŻAJCIE, BO PATRZEĆ NA CO JEST


Błazen wdarł się w tłum sprawnym susem, wytrącił komuś pierze, które rozwiało się po okolicy jak lekkie chmurki albo białe konfetti. Kopnął wiadro z pomyjami, sprężył się, kucnął, skoczył, ślizgiem poszedł po kamiennym dziedzińcu, a lud się rozstępował. Zawirował, po raz drugi poszedł w tłum i już wyszedł z drugiego końca wielkiego zbiorowiska z niepojętą szybkością, właściwie w ciągu jednej sekundy. W rękach trzymał pochodnie, skrzesał nimi iskry.
Poddani króla zaczynali rozumieć, łapać podniecenie, udzielił im się nastrój.
Błazen trącił kramarza, zdarł wstęgę z sukni szlachcianki i trzasnął nią w gruby tyłek handlarza ryb, a później wykonał nią wspaniałą, mieniącą się spiralę, zanurzył w bali z ogórkami oraz octem; i kolejnym strzałem posłał w powietrze deszcz octu.
Gapie zakotłowali się, a Machiavelli znów wyrósł w nowym miejscu, wystawił głowę, rozejrzał wokoło, zanurkował i powtórzył sztukę, nagle wyskoczył przed księcia Jana Jakuba jak grom z jasnego nieba, z emfazą wykonując ukłon. Kropelki octu właśnie rozprysły się w powietrzu, tworząc mgiełkę, w której słoneczne promienie rozszczepiły się na wielobarwną aurę. Książę wyglądał teraz jak z obrazka; wśród pierza, iskier, kolorowych wstęg i octowych baniek.

JEST JUŻ, O TUŻ, TUŻ
BIJ W DZWON, BĘBNY DUSZ
TEN GOŚĆ JEST NAPRAWDĘ FEST!


KSIĄŻĘ JANEEEEEK Z DALEKA DZIŚ TUTAJ PRZYBYWA!
NADSZEDŁ CZAS, BY GIĄĆ SIĘ W PAS I ANI MRU!
(Tutaj Machiavelli był zmuszony trzasnąć lagą w brzuch starego szambelana, który się dobrowolnie nie skłonił)
KSIĄŻĘ JANEK ZE STALI MĄŻ DZIŚ TU PRZYBYWA
ZNA GO ŚWIAT, BO JEST TO CHWAT
SZYBKI JAK GROM!


Faktycznie gdzieś uderzył dzwon. Obcasy zaś uderzyły o bruk, a dłonie klasnęły. Dalej błazen rozbił wór mąki i wyłonił się z białej chmury niczym potwór z bagiennych oparów. Ukradł rzeźnikowi nóż i jął nim niebezpiecznie dźgać i siekać powietrze. Przytulił drwala, postukał palcem po czole kowala, chwycił pod ramiona dwóch rosłych synów bednarza i zakręcił kurtyzaną, która wpadła w ramiona wysuszonej krawcowej. Ktoś w międzyczasie rozbił kolejną beczkę, tym razem z winem. Magicznym sposobem pojawiły się kubki i kufle. Machiavelli klepnął w zad kozę, którą, nie wiedzieć czemu, w ogóle przyprowadzono pod balkon króla. Koza zabeczała i ruszyła w tłum, wywołując salwę śmiechu. Zaczęto strzelać z rybich pęcherzy, bo akurat nie było fajerwerków. Być może ich jeszcze nie wynaleziono.

DOPADLI GO ZBÓJCY ZE WZGÓRZ
STU CHŁOPA, A KAŻDY MIAŁ NÓŻ!
KTÓŻ ICH POKONAŁ, NO KTÓŻ?
TAK WŁAŚNIE ON!!!


Słowem: królewski dziedziniec zaczął tańczyć na cześć księcia. Zagrały dzwonki. Zabeczała koza.

KSIĄŻĘ JANEEEK POWALI WAS SWĄ URODĄ...
CO ZA WDZIĘK, SŁYSZĘ JUŻ JĘK...


I tak dalej.

***


- Ja to się trochę boję - miał później powiedzieć księciu z pełną powagą.
Image

Postacie archiwalne:
Image
Image
Tau z Lakonów - stoczniowiec, infant Fondoru
Sate Nova (ERG 1212) - imperialny gwardzista
Asa-Lung - zmiennokształtny
Korjak z Malastare - Feeorin, windykator Czarnego Słońca
Awatar użytkownika
Tzim A'Utapau
Gracz
 
Posty: 1585
Rejestracja: 4 Lis 2010, o 20:34

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Oto'reekh » 3 Lut 2016, o 17:47

W pewnym królestwie, na pewnym dziedzińcu wśród pewnych żądnych przygód osobników, był sobie czarny kot Izar. Nie był to zwykły mruczek czy inny dachowiec, lecz wspaniały, wielki, wyglądającego na puszystego czarny kot. Jego czarne, krótkie, puchate i aksamitnie miękkie futro jakby samo w sobie kusiło do głaskania. Czarny kot Izar miał duże, bursztynowe oczy, które uważnie i czujnie rozglądały się dookoła. Kot jednak spoczywał, czy pospoliciej mówiąc leżał na czerwonej poduszce, podłożonej przez jedną ze sług króla specjalnie dla niego, był spokojny, a jego ruchy majestatyczne i wyważone. Wielkość czarnego kota Izar, jego puszyste futro i dosyć krótkie łapy w relacji do tułowia sprawiały, że wyglądał zwyczajnie grubo, wrażenie to było jeszcze spotęgowane gdy czarny kot zajmował pozycje leżącą.
Podczas przemówienia króla, czarny kot Izar był raczej oszczędny w podjętych akcjach. Przyglądał się tłumowi i swoim współtowarzyszom przygody, ogon czarnego kota raz leżał spokojnie, a innym razem miotał nim niespokojnie w zależności komu się przyglądał. Tak czekając czarny kot Izar wyglądał majestatycznie. Gdy przemówienie się skończyło, a wszyscy śmiałkowie włącznie z wiedźmą ruszyli na most, kot leniwie uniósł swe ciało, jakby dźwigał jakiś olbrzymi ciężar, który jednak podnosił z gracją godną baletnicy i leniwie ruszył przed siebie. Jego chód był lekki, zadziwiająco cichy i zręczny. Ciężko było uwierzyć, że tak kolosalny okaz będzie poruszał się w ten sposób.
Czarny kot Izar korzystając ze swojego statusu zwierzęcia, które nie wzbudzało zainteresowania gawiedzi, szybko wyprzedził grupę i czekał na moście na resztę śmiałków. Siedział na środku machając ogonem i patrząc na księcia, który na most wszedł jako drugi. Na jego pytanie Czarny kot Izar znajdując się bezpośrednio przed księciem zamiauczał głośno i spojrzał mu w oczy. Następnie jak to kot, jakby stracił zainteresowanie i zaczął rozglądać się na boki by skończyć na wpatrywaniu się w latającego nieopodal owada...
Image
Image
GG: 447116
Awatar użytkownika
Oto'reekh
Gracz
 
Posty: 2705
Rejestracja: 3 Gru 2008, o 15:40

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Axis » 3 Lut 2016, o 22:59

Czarownica przeczesała dłonią swoje rzadkie, siwe włosy, odrzuciła je do tyłu, a następnie polizała dłoń, którą wyrównała zmierzwione kosmyki. Uniosła twarz do góry opalając sobie w promieniach słońca wielką brodawkę na podbródku. Nie przysłuchiwała się temu, co mówił król, głównie dlatego, że to były same bzdury, rzucone gawiedzi ku jego uciesze. Wyciągnęła z kieszeni jajko i nie zważając na pompatyczne przemówienie, zaczęła je skubać rzucając skorupki, gdzie tylko się dało. Pstryknęła większym kawałkiem w stronę szambelana, ale trafiła jeno błazna. Wbiła górną trójkę w białko i uśmiechnęła się szeroko w stronę tłumu podnosząc do góry ręce, kierując swoje szponiaste pazury w stronę widzów. Następnie zassała całe jajko i mimo trudności (wszak miała tylko dwa zęby), z głośnym mlaskaniem i fruwającymi na wszystkie strony kawałkami zmęmłanego jedzenia, przeżuła je i zjadła.
Średnio interesowała ją reakcja ludzi. Była wiedźmą, gdyby obchodziło ją to, co mówią o niej inni prędzej trafiłby ją szlag niż rzuciła jakąś ciekawą klą... znaczy pożyteczne zaklęcie. Bo tym się przecież zajmowała, pomagała ludziom, była w końcu wykształconą wiedźmą, umiała przecież czytać i pisać, a to umiejętność, której zazdrości niewdzięczny motłoch, który zamiast płacić za mądre rady (choć nie do końca chciane) to rzuca kamieniami. Dalilah zatrzęsła się, zupełnie jakby chciała zrzucić z siebie niewygodne myśli i co poniektóre spojrzenia.
Opierając się na drewnianym kosturze, czarownica podreptała za resztą. Szła trochę z tyłu, miała swoje lata i nie była w stanie nadążyć za młodzikami. Przygarbiona sylwetka i pogodny wyraz twarzy ukazywał ją bardziej jako dobrotliwą staruszkę niż kogokolwiek innego. Dalilah dotarła na most jako ostatnia. Przechodząc obok "księciowego" konia pogłaskała go po pysku, do którego natychmiast wepchnęła nieco stare jabłko wyciągnięte z torby.
- Dobry konik, smacznego.
Przesunęła się dalej i z szybkością, o którą ciężko było ją podejrzewać, złapała kota. Podniosła go do góry za skórę na grzbiecie i pokazała reszcie.
- To je Diaboł, tak go nazywam - czarownica zaśmiała się. - Szkodnik zgrubł na zamku, przeto przegłodzić się musi, bo mi utknie w jakiej dziurze, a przeca ja biedna staruszka bez żadnej pomocy jestem. Zabraniam mi kota paść, bo się później turlać będzie miast chodzić. - Puściła zwierzę pozwalając mu spaść na cztery łapy. - Jam jest Dalilah, miejscowa czarownica - sięgnęła po swoją torbę i wyciągnęła ją w kierunku reszty. - Ktoś chce japko?
Image
GG: 8232072
Awatar użytkownika
Axis
Gracz
 
Posty: 209
Rejestracja: 2 Gru 2011, o 11:33

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Mistrz Ind'yk » 4 Lut 2016, o 23:23

Jan Leśnik

Cisza, która zapadła po przedstawieniu łowcy wyraźnie w ogóle go nie poruszyła. Jan Leśnik nadal stał, opierając się o swój długi łuk. Wyglądał, jakby znajdował się w ostatnim miejscu w tej bajśni, w którym chciałbym i w którym powinien być. Ubrany był w znoszony strój łowczego: wysokie skórzane buty, ciemnozielone spodnie, trochę jaśniejzieloną płachtę, na które opiął cienki, skórzany pancerz, a na tym wszystkim poprzecierany i wielokrotnie cerowany ciemny płaszcz z kapturem. Z szacunku do króla Jan trzymał w tej chwili głowę odkrytą, przez co widać było jego czarne niczym smoła włosy. Spod krzywej grzywki we wszystkie strony patrzyły również czarne, bystre oczy. Ich spojrzenie było podejrzliwe i zniesmaczone.
Tak, Jan Leśnik wyraźnie lubił inne bajki.
Po przemówieniu króla odwrócił się i zaczął iść ku gościńcowi. Nie miał zamiaru zwracać się do tłumu, który go ignorował, gdyż ten stan bardzo mu się podobał. Szedł niedaleko za księciem, więc mógł zobaczyć popisy błazna w pełni ich niezwykłej okazałości. Choć spowodowały one, że został trochę sponiewierany przez tańczący tłum, to jednak gdy łowca przekraczał pierwszą bramę miał na twarzy niewielki uśmiech i patrzył z podziwem na Machiavelliego. Takich rzeczy często nie doświadcza się w ciemnych borach.
Łowca szedł pewnym i równym krokiem, nie zważając na pozostałych towarzyszy. Gdy tylko wiedźma podeszła do niego z workiem jabłek, spojrzał na nią z wielkim zniesmaczeniem i oparł rękę na biodrze, gdzie błyskał w promieniach słońca stary, ale naostrzony nóż myśliwski. Po tym, jak szybko starucha poszła do następnej osoby zrozumiał, że potrafił porozumiewać się z nią prawie bez słów.
- To może lepiej zostać w zamku? - powiedział silnym głosem do błazna, gdy ten odpowiedział na pytanie księcia. - Ja jestem gotowy do wymarszu. Mam nadzieję, że nie musimy tu stać, żebyście mogli sobie pogadać?
Awatar użytkownika
Mistrz Ind'yk
Gracz
 
Posty: 1735
Rejestracja: 21 Cze 2011, o 12:42

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez BE3R » 5 Lut 2016, o 19:19

Słonko świeci, wietrzyk wieje
Tłum skanduje, oszaleje
Płaz w kałuży dupę moczy
IHARRR!! Co za dzień uroczy

Morzysław był rumak co się zowie, na każdym kopycie po stalowej podkowie, klata rozbuchana, w kłębie ze dwa metry. Znajdź innego konia, na te parametry. Potwór zaś nie rumak i do tego gada, lecz tłum głupi woli skandować dla dziada. Królewska przemowa nieco się dłużyła, lecz ustać to pestka wszak to księcia chwila. Panienki piszczały jak by mokro miały. Książe zaś jak zwykle lansił się wspaniały. Rumak zaś tuż pod stał znów zapomniany. Co poradzić taka praca, noś na grzbiecie lowelasa. Z dumą i spokojem orszak w miasto ruszył, Morzysław się popisał krzesząc iskry krokiem. Książe wodze w dłoni, drugą tłum pozdrawia prosto w tłuszczę idzie, cóż będzie zabawa. Przodem błazen szedł szalony, zły to człowiek już z wyglądu, oby dostał w prącie świądu. Drogę wszak jednak toruje więc przydaje się jak umie. Szedł więc rumak między ludzi, tu nadepnie, tam wybrudzi. Ktoś mu w grzywę łapę wsadził. No tak Jasiek, to nie wadzi, ktoś po boku go poklepał, Morzysław wnet go IHARRR! Księciunio się integruje, Rumak czuwa obserwuje czy zamachu nikt nie knuje, może chcą go otruć IHARRR!! Jednak pokój między ludzi, jeno błazen nam się trudzi jakieś poematy wyje, pierzem miota, ocet pije. Powaliło zdrowo chłopa, lecz wiadomo to niecnota. W trubadura cieć się bawi, wazeliniarz księcia sławi. Zaraz co to czarownica, chyłkiem tutaj się przemyca. Jabłko w pysk mu wraziła i wydaje się być miła. Wredna jędza, co się zowie, nie zawróci w końskiej głowie. Koń zaś nie był w ciemię bity, nie żreć jabłek od kobity. Jabłko z pyska wyskoczyło, czarnego kota spłoszyło i śmignęło koło głowy wiedźmy coś cel dziś IHARRR! Niewesoły, z drugie strony cel chybiony za to łowca ugodzony, swym refleksem się popisał jabłko okiem schwytał dzisiaj.
- Zaś przepraszam drogi wsiurze, musisz refleks ćwiczyć gburze. Kto księcia Jana obraża na gniew mój się naraża – powiódł wzrokiem rumak srogim. Wierzgnął nogą i o bruk skrzesał iskier snop, jak z piekła rodem. Szybko jednak spuścił z tonu, pamiętając o swym panie, który pierwszy ma uznanie. Chichot wiedźmy wnet rozgorzał, niczym ta poranna zorza, coś pomiędzy opętaniem a wezwaniem na śniadanie, choć w niejednym dźwięki takie krew zmroziłyby pewniakiem, to zaś Morzysław w pełni siły uszy swe napawał nimi, jak ripostami ciętymi.
- Stara wiedźmo cętkowana, trzymaj się z dala od pana i ode mnie ja cię proszę, bo jak nie, kopem wyproszę. Jabłka racz zachować sobie. Nie gustuje w tym sposobie, by do pyska pchać z nienacka czy to jabłko, czy to wacka. Zważaj zatem na swe słowa, bo wojna między nami gotowa.
Rumak grzywą zafalował postawa jego bojowa, dumna i szlachetna głowa, jeno lejce moi drodzy, z nimi jakoś się nie godzi, prychnął z nozdrzy rozżalony, że jest bitki pozbawiony. Jak już widać z myśli konia, nie przytuli go do łona, czarownica czy to panna, grzywy obca dłoń nie zmierzwi, a na grzebiecie usiąść może, jeno księcia dupa w zbroi, a kto inny niech się boi!
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1640
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Vestibor Rothal » 5 Lut 2016, o 23:16

Takoś kiedyś się zdarzyło.
Że wewnątrz kraju, wskroś pięknego.
Żlo się wielkie obudziło.
I królestwu takż cudnemu.
W dzwon na alarm zadzowniło.

Wielu śmiałków tam przybyło.
Tyleż tam ich również padło.
Z kości śmiałków tam idących
Pałac by postawił lśniący.

Król na tronie trapi głowę.
Czując mieszkańców wielką trwogę.
Już po śmiałka śle rosłego.
Co przepędzi smoka złego.

Z nim zaś idzie cała zgraja.
Chłop jak dąb, z profesji leśnik
Baba chytra, chuda za to jak naleśnik.
Kot kocmołuch, cały czarny.
Za nim drepcze koń szkaradny.
Bard co w słowach nie przebiera
Się rozumie o mnie zbiera.

Taki dzień to przybył sadny.
Ni za piękny, ni za ładny.
Cała trupa się szykuje.
Dziś już nikt nie abdykuje.

Słońce świeci, wietrzyk wieje, nic przykrego się nie dzieje. Król przemawiał bardzo ładnie, takie króla jest zadanie. Wpierw o księciu coś tam mówił. Zaraz jednak tuż, tuż po nim, swoje imię Ludomir zasłyszy. Panny krzyczą, chłopy również, chodż już nie tak jak za księcia, wszak dziwować się nie ma czemu. Za ten aplaus, piękny, szumny, bard się wszystkim nisko kłania. Ręką cudnie dziś wywijał, elegancko skłaniał głowę, a owacje wziąć głośniejsze. Nagle król coś dalej plecie. Resztę gruby opisuje. Biedna babcia przygarbiona, chłop mięśniak również idzie, kocur, czekaj... a to heca ten koń mówił, jego szepty bard podsłyszał. Król już swą przemowę skończył, Ludomir słabo sobie ziewnął, pięknie ręką usta swoje, za nią ukrył.

Nagle krzyki, jakieś charcę. To błazen jakiś dziwy czynił. On też przecież z grupą będzie.
Tak on też był wymieniony, całkowicie bard zapomniał, pewnie rymy już układał. Błazen pięknie przez tłum toruję drogę, Ludomir z tyłu idzie wolno, coś podpisał, kogoś dotchnął, krzyków przy tym było co nie miara. Głównie kobiet to była sprawa.

Grupa poszła, bard został z tyłu, szybkim susem ją dogonił i do wiedżmy się przymila.
- Pani może na mnie liczyć. Podróż długa, zła zapewne będzie pełna. Jakby coś się działo, to ja służę, wzrok mam bystry, ramię silne, to podeprze starowinkę.


Wszak to prawda, chuderlakiem to on nie był. Rosły chłop bez dwóch zdań, wszystko tak dobrane cudnie, ręce długie, nie za długie, takoż samo inne członki. Swój przydomek bez powodu też nie dostał, twarz młodziutka, ni ma śladu po zaroście, oczy niebieskie, włosy niczym heban i się kręcą też bajecznie. Pierś zaś jego jak atlety. Tak to właśnie on wyglądał.

Już do mostu się zbliżają, on też zaraz na nim staję. Starowinka jabła daję, czemu nie wziąść, ot pytanie.
Gdy do niego ta podchodzi, rękę wkłada wnet do wora i najdorodniejsze wprost do ust sobie włożył. Na pytanie księcia odpowiedział:
- Czego tu się bać, umrzeć i tak kiedyś trzeba - Powiedział swym melancholijnym tonem.
Awatar użytkownika
Vestibor Rothal
Gracz
 
Posty: 106
Rejestracja: 8 Lis 2015, o 00:22

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Renno Tresta » 6 Lut 2016, o 15:18

Książę uśmiechnął się do wiedźmy przepraszająco i japka odmówił, bał się bowiem, że Morzysław w swej antyowocowej krucjacie poczyni jeszcze więcej szkód. Szczególnie na zdrowiu kompanów - nie było gwarantu, że, dajmy na to, prezentujący się raczej na myśliciela bard refleks będzie miał jak łowczy i mrugnięciem żelaznych powiek smaczny pocisk wyłapie, od uszczerbku się broniąc. Takich zdolności od nikogo nie można było wymagać, a co dopiero od grajka. Jeszcze lutnią spróbuje odbić, instrument uszkodzi i nieszczęście gotowe.
- Gwarzyć możemy równie dobrze w marszu, nie musimy bez końca mitrężyć. - uspokoił leśnika. - Ruszmy więc. Z mostu może nie jak z górki, ale skoro zaczniemy przebierać nogami, to i na sercu zrobi się lżej.
Minąwszy błazna, który jako jedyny uzewnętrznił swoje obawy, Serrault zdobył się na przyjacielskie klepnięcie po plecach. Przy okazji błysnął rodzinnym sygnetem, niemałej przecież wartości biżuterią. Widok karmazynowej litery "S", kunsztownie wplecionej przez królewskich jubilerów w oberżniętą złotą tarczę, od razu wydał się budujący, heroiczny, nadzwyczajny jakiś. Fachowa robota.
Dziedzic, jak na jego społeczną funkcję przystało, sam postanowił orszak na drogę poprowadzić, końskie lejce dumnie dzierżąc w dłoni. Niezręcznie byłoby dłużej sterczeć na zamku, zwłaszcza, że pożegnanie było tak huczne.
- Już pojęła chyba czarnoksiężnica, iż od twego pyska winna się trzymać z daleka. - szepnął chyłkiem do ogiera. - Przyzwyczaiła się, tuszę, do kota i stąd zuchwałość starego wieku. Futrzak jej oporu niewiele stawia.
Image
Postać archiwalna:
Renno Tresta
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
 
Posty: 575
Rejestracja: 3 Kwi 2010, o 14:30

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez BE3R » 6 Lut 2016, o 17:01

— Zali wżdy waszmości z takowym komunikiem bieży, panna dziewica marnuje się w wieży. Chwyć panie lancę w dłonie jako drzewniej było. Wraz się z gadem uwiniem i zrobi się miło. —
Morzysław nie rozumiał obiekcji pana swego, w zakresie szarż wszelakich i zdrowia własnego. Lecz, że był karna bestia, przeto dzielnie kroczył, Księcia przekabacając, by z nim w ogień skoczył.
— Waść posłucha pierdoły, co się bardem zowie, wyje to do księżyca jak pies na budowie. Głosu nijak nie ma, piękno szkaradą zowie, Skop mu waszmości dupę i porzuć w jakimś rowie. Pewnikiem wyjec przekręci kolejne wydarzenia i miast na bohaterów wyjdziemy jak syf z przyrodzenia.
Rumak tyradę prawił, wioząc księcia dzielnego, za nimi zaś orszak sunął godzien miana innego. Ciężko wszak nazwać orszakiem tą barwną zbieraninę, co to na żaby poluje lub skrzętnie chowa łysinę.
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1640
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Renno Tresta » 7 Lut 2016, o 20:52

- Mhm - odparł książę. - Ale może później, przyjacielu, dobrze? Wierzę w przyzwoitość naszego wierszoklety. Talent jego i inne przymioty znane są przecież w świecie, a poza tym nie chciałbym wyręczać smoka w przetrzebianiu naszych szeregów. Później może być nam głupio, gdy bez takiej artystycznej tuzy będziemy się wśród różnych dziwów obracać.
Jan Jakub planował zakończyć dyplomatyczną wypowiedź czułym posmyraniem końskiego pyska, trafił jednakże palcami prosto w wilgotny, chropowaty nos - takiej złośliwości nie z premedytacją dokonał, lecz zwyczajnie zapatrzył się w inną czworonożną bestię i czystym przypadkiem dłoń jego pobłądziła niecnie.
Ponownie bowiem, i tym razem nieco uważniej, prowodyr postanowił przyjrzeć się jękliwej czarnej baryłce, pomykającej na sardelowatych łapach obok swojej pokrętnej właścicielki. Nie miał nic przeciwko ustanowieniu puchatej maskotki ku uciesze oraz pokrzepieniu serc drużyny, tym niemniej w księgach uczonych arkanistów i demonologów już ongiś wyczytał, jakie to konotacje pociągają za sobą kociska o takim właśnie smolistym ubarwieniu. Uwaga: mędrcy nie mieli o nich nic dobrego do powiedzenia, a nawet wręcz przeciwnie.
Szlachcic przypomniał sobie przy okazji inne pogłoski, podniósł wzrok na wiedźmę. Wzdrygnął się.
Lepiej już było jak zwykle poprzekomarzać się chwilę z Morzysławem, miast o bezeceństwach jakich rozważać.
- Nadto, lancy nie wzięliśmy, jak pamiętasz, bo w podróży byłaby niezręczna. Na rychły galop też tak znowu się nie szykuj. Skoro reszta tuła się na piechotę i my pędem wtedy tylko ruszymy, gdy potrzeba nastanie.
Serrault rozejrzał się za leśnikiem. Nie chciał zboczyć z prawidłowej ścieżki.
Image
Postać archiwalna:
Renno Tresta
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
 
Posty: 575
Rejestracja: 3 Kwi 2010, o 14:30

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Mistrz Ind'yk » 10 Lut 2016, o 02:26

I tak szła cała siódemka, z rzadka odzywając się do siebie. I szła, i szła, aż w końcu doszła do pierwszych rozstajów dróg. Przed nimi otwierały się dwie drogi, prawa i lewa oczywiście, różne w niebezpieczeństwie, różne w długości, różne w przygodności. Różniły się, jak dwie bajki jedna od drugiej.
Pomiędzy nimi natomiast stał znak. Drewniany, ręcznie strugany, na szczycie ozdobiony tablicą, która kompletnie nic nie mówiła o żadnej ze ścieżek. A na tablicy siedział Szachraj, prawdziwy żartowniś i przechera, przy którym nawet błazen wydawał się nudny. Choć Machiavelli uzdolniony był co nie miara, to jednak Szachraj musiał mieć nad nim przewagę podstawową. Otóż jak każdy wie, każdy szachraj potrafi robić żarty z samej rzeczywistości. A Szachraj był szachrajem pośród szachrajów.
- Witam was, moi kochani podróżni! - zakrzyknął, machając rękoma i nogami z wysokiego znaku. Po tym okrzyku cała grupa zwróciła na niego swoją uwagę. Książę z koniem przestali się kłócić o potrzebę posiadania lancy, kot przestał wpatrywać się w czarownicę, grajek układać rymy, leśnik przestał patrzeć nieobecnym tonem, błazen skończył ostrzyć nóż na żaby, a czarownica jakby na chwilę została wytrącona z bycia czarownicą. Wszyscy podnieśli swoje głowy do góry, żeby przyjrzeć się Szachrajowi.
A trudno było mu się przyjrzeć, gdyż dla każdego wyglądał inaczej, ba!, wydawał się inny przy każdym mrugnięciu oka i przy spojrzeniu z innego kąta. Jak na uosobienie chaosu przystało, Szachraj był trudny do przejrzenia, ciężki do opisania i niemożliwy do zrozumienia. Być może na głowie miał czapkę (taką z dzwoneczkami, dodałby błazen). Chyba spiczaste buty (kolorowe, melancholijnie dodałby grajek). Straszliwie miły wyraz twarzy (przerażająco wręcz uprzejmy, wyszeptałaby wiedźma). Może nawet był zwinny i gibki (prawie niczym kot, ale tylko prawie, rzekłby czarny kot w swym kocim języku). W rękach może podrzucał zdaje się jakieś przedmioty (z cukru kostki, dookreśliłby koń). Był dziki i niedziki zarazem (z lasu i nielasu, rzekłby cicho leśnik). Wreszcie chyba miał zbyt wielką władzę (i zbyt radośnie sobie z nią poczynał, zakrzyknąłby książę, gdyby go kto zapytał). Taki to był Szachraj, gdy zaczął mówić do drużyny dalej.
- Zmierzacie bardzo daleko, do smoczej wieży jak mi się zdaje - tutaj zmienił się już zupełnie. - Pytanie mam więc do was i to zasadnicze. Stoicie na rozdrożu drogi prawej i lewej, chciałem was spytać o to, którą wybierzecie. Jednak problemem jest to, że patrzymy na ścieżki z całkiem innych stron i prawa z lewami mogą się nam szybko pomylić. Pytam was więc inaczej: czy drogą chcecie iść krótszą, prostszą i szybszą, czy dłuższą, groźniejszą i, jak się domyślacie, wolniejszą?
Szachraj zeskoczył ze znaku, wywinął w powietrzu niesamowite akrobacje, po czym wylądował na zadzie konia.
- Czy chcecie doświadczyć licznych przygód i niespodzianek, czy zadowolicie się maleńką ich liczbą?
Zanim Morzysław zdążył zrzucić z siebie księcia i ugryźć przecherę w cokolwiek, Szachraj zrobił piruet i znalazł się nagle przy wiedźmie. Wyjął z jej worka wielkie, dorodne jabłko i zaczął konsumować.
- Pragniecie więcej zdobyć po drodze, czy może wystarczy wam niewiele?
Strzelając pestkami w powietrze Szachraj zerwał się i stanął zaraz obok grajka, prężąc muskuły.
- Więcej czy mniej chcecie niebezpieczeństw, które dodać wam mogą potęgi?
Szachraj złapał czarnego kota za ogon i zaczął miękko podrzucać go w powietrze.
- Szans chcecie mieć więcej czy mniej na wszystko?
W końcu wyrzucił czarnego kota wysoko, wysoko w górę i zniknął. Zwierzę spadło oczywiście na cztery łapy, ale wyglądało na obrażone. Wielkimi oczami patrzyło na punkt za leśnikiem, który okazał się być nowym miejscem pobytu Szachraja.
- Tęsknotę wydłużyć, czy raczej dziko biec do celu?
Szachraj zawinął się pod koniem i zaczął pucować książęcego trzewika rąbkiem książęcej szaty.
- Może zechcecie się lepiej poznać, niż iść tak po nieznajomemu?
W końcu dopadł do błazna i zaczął bawić się jego strojem, poprawiając go na wychudłym komiku.
- A może tak, a może nie?
Ostatnie słowa wykrzyczał radośnie, po czym wykonał kolejny długi skok z wieloma akrobacjami i stanął na jednym palcu na szczycie znaku. Pochylił się tak mocno, że wydawać się mogło, że stoi na tablicy już tylko czubkiem paznokcia.
- Odpowiedzieć musicie, wszyscy po kolei. Inaczej co by to była za zabawa, iść w drogę, której nie wybraliście!
Nadal niezwykle wychylony, Szachraj przybrał ciekawski wyraz twarzy i wpatrywał się uważnie w każdą osobę, która przemawiała.
Awatar użytkownika
Mistrz Ind'yk
Gracz
 
Posty: 1735
Rejestracja: 21 Cze 2011, o 12:42

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez BE3R » 12 Lut 2016, o 19:07

Trzy kłapnięcia pyskiem, dwa niecelne kopy, ten szachraj jest szybki, jak wszystkie niecnoty. Morzysław się czai, już otwiera pyska, z nieba kocur spada, na nic ta roszada. Szachraj znowu uciekł przy błaźnie się miota, kopnął by go w dupę, lecz szybka hołota. Już na znaku stoi, mordę znowu szczerzy, oby sczezł gdzieś w wieży. Rumak zawarł pyska, pomyślał przez chwilę, w końcu zaś się zebrał na niewielką drwinę.
– Zacny panie lumpie, uniżenie waść proszę, przestań się waszmość miotać znieruchom na chwilę, wszak nie godzi się przecież wdawać w krotochwile, gdy tu sam książe czeka na wskazówki człeka, waść zaś wciąż raczysz biegać namiastko człowieka. – Rzekł z powagą koń dzielny stając nieco bokiem, by móc z kopa pociągnąć jak się zbliży moher. – Rad ja jestem wszelako, że o zdanie pytasz, przeto droga ku sławie powinna nas witać. I będę przeszczęśliwy, gdy z księciem na grzbiecie, okryjemy się sławą godną nas już przecie. Przeto żadne nam są niestraszne przeszkody, wskaż nam drogę trudniejszą, lecz godną nagrody
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1640
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Renno Tresta » 12 Lut 2016, o 19:54

Kusiło księcia, by chwycić za rękojeść miecza i raz a dobrze zdzielić zarozumiałego krętacza lśniącym klingi płazem, lecz zamiar ten w czyn się nie przerodził. Jan Jakub miał w pamięci bowiem, iż przodkom jego używanie argumentu siły w kontaktach z istotami nadprzyrodzonej proweniencji nigdy na dobre nie wychodziło. Wystarczyło przywołać przykład pradziadka Innocentego, który dawno, dawno temu usiłował z kolonii nimf paradujących nieopodal jego zamku przemocą zrobić sobie stadko potulnych metres - taką go te swawolne białogłowy klątwą potraktowały w odpowiedzi, że nawet w trumnie, lata po śmierci, pokrzywy mu spomiędzy zgniłych pośladków nie przestawały wyrastać.
- Cóż, wpierw, dziękuję ci za troskę i zainteresowanie, obywatelu - uśmiechnął się więc trochę kwaśno Serrault, lecz ręki nie podniósł. - Coś czuję, że cokolwiek byśmy ci nie powiedzieli, kierunek nam wskażesz taki, który tobie zapewni najwięcej rozrywki. Lecz, gwoli choćby podróżniczej uprzejmości, swój wybór zgłoszę. Im szybciej drogę przebędziemy, tym księżniczka mniej katuszy cierpieć będzie, a jak wiadomo, tutaj o jej dobrobyt się rozchodzi. Wskaż nam więc trasę krótszą, gdzie przeszkód i grozy mniej, a w pokoju i z dobrym słowem się rozstaniemy.
Nieszczery grymas ani na moment nie zniknął z twarzy przystojnego szlachcica, warga nic mu fałszywie nie zadrżała, a piękne oczy cały czas błyszczały łagodnie, zupełnie, jakby to szczeniaczek się gapił, a nie rosły chłop. Przybranie dobrej miny do złej gry kosztowało męża górę wysiłku i nie ma co się dziwić, że tak udawał - wszakże nijak nie darzył on miłością kpiących z jego autorytetu, magicznych, hopsających gdzie popadnie kurdupli, szczególnie tak potężnych. No bo jak tu taką łachudrę do porządku przywołać, skoro najbardziej podstawowe prawa nauki, resztę rzeczywistości w karbach trzymające, jej się wcale nie imają? Raz był Szachraj tu, raz tam, a co się człowiek odwrócił i na nowo spojrzał, to chochlik zatracony już trochę inaczej wyglądał niż jeszcze kilka sekund temu. Nawet koń nie potrafił kopnąć tego leśnego szalbierza w pysk, a przecież jeśli coś jest w świecie pewne, to to, że nic i nikt nie jest w stanie umknąć przed kopytem Morzysława.
I jak tu żyć z takimi głupstwami, co się po drogach rozpleniają i podróżnych zatrzymują?
- Gotów jestem, dajmy na to, gałąź jaką kozikiem naostrzyć i w lancę w taki sposób przemienić, ale pójdź za moim przykładem - burknął jeszcze jeździec do rumaka. - Serce mi się kraje, kiedy myślę, że niewiastę smok zamęcza gdzieś hen, daleko, a my wlec się mamy po żmudnych ostępach, ekscytacji samolubnie szukając. Nie przystoi tak.
Image
Postać archiwalna:
Renno Tresta
Awatar użytkownika
Renno Tresta
Gracz
 
Posty: 575
Rejestracja: 3 Kwi 2010, o 14:30

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Axis » 12 Lut 2016, o 21:24

Czarownica była niezbyt szczęśliwa z dwóch powodów. Po pierwsze pokurcz ukradł jej jabłko, wprawdzie planowała mu jedno wcisnąć, ale to już zakrawało na bezczelność. To były jej owoce i tylko ona miała prawo nimi dysponować. Zaperzyła się trzęsąc się ze złości. Po drugie śmiał dotknąć kota, jej własnego Diaboła, którego tylko ona mogła w ten sposób traktować. Dalilah nie miała problemu z kopaniem w tyłek kota, o ile to do niej należał but, który zetknął się z jego futrem. Poczłapała w kierunku zwierzęcia i złapała go, wpychając następnie do torby z jabłkami. Poklepała go zbyt mocno po głowie mrucząc coś niewyraźnie pod nosem.
Była zmęczona i to bardzo. Przypuszczała, że była starsza od nich wszystkich razem wziętych, więc posiadała ograniczony zapas sił, które strawiła na dotychczasową podróż. Wplątywanie się w utarczki z tym pokurczem nie przyniosły by żadnego pożytku ani jej, ani nikomu innemu, więc musiała go zignorować. Właśnie tak, gdyby była jakieś siedemdziesiąt lat młodsza, to by mu pokazała, co o nim myśli, a tak zmuszona była ciskać pod jego adresem klątwy... znaczy przekleństwa.
- Jam stara - rzekła krótko - zmęczona, chcem szypko do domu. Zatem łatwiejsza droga jest mi milsza i tak wybieram. Jednak przyjmę zakład o - pogrzebała chwilę w kieszeni, z której wyciągnęła sztuczną szczękę - moje zemby, że pójdziem tą trudniejszą.
Image
GG: 8232072
Awatar użytkownika
Axis
Gracz
 
Posty: 209
Rejestracja: 2 Gru 2011, o 11:33

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Vestibor Rothal » 12 Lut 2016, o 23:26

Wyruszyła tak w pierwszy dzień cała gromada. Dumnie kroczył książę na swym rączym rumaku, a reszta za nim w pokorze truchtała. Szli tak bez słowa czas dłuższy, aż rozstaje dróg im się ukazały. Jakiś gnom, czy tam chochlik mówi ciągle, skakał i o drogę zapytywał. Koło barda też przyskoczył, swe muskuły pokazując, co Pięknolicy skwitował soczystym zdaniem.
- Nie chwal się chucherko jak czym nie masz. - I sam odgarnął lnianą koszulę z ramienia, a na świat wyjrzało piękne, młode ramię, na którym po chwili ukazała się całkiem pokażna góra mięśni, w końcu te pompki po coś bard codziennie robił. Skaczę to stworzenie dalej, biednej babci jabłko kradnie, kota kopie, konia drażnij, niech no ktoś z tym zrobi porządek, za szybkie jednak to szachrajstwo. Gdy już trójka zdanie ogłosiła też i Grajek się odzywa.
- Któż ty jesteś żeby księcia tak wielkiego wypytywać? Skoroś wiedzieć chcesz tak bardzo, w którą drogę ja bym się udał, powiem Ci, daj mi moment. - Grajek przyłożył rękę do twarzy, czując na sobie wzrok skrzata i po chwili tak rzecze.
- Skoro długa droga w przygody obfituję i człek co nią przejdzie więcej doświadczeń przeżyje, a i z większym honorem księżniczkę eskortuję, to ja nie śmiem brać inaczej, ino dłuższą pójdę raczej. -
Gdy zaś kolej na leśnika nadeszła bard mu rzeknie.
- Przemyśl bracie, tocz to czwane, krótka droga pewnikiem gorsza, a na długiej może i niebezpieczeństw będzie masa, ale i nagroda zasłużona.
Awatar użytkownika
Vestibor Rothal
Gracz
 
Posty: 106
Rejestracja: 8 Lis 2015, o 00:22

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Oto'reekh » 18 Lut 2016, o 10:15

Czarny kot Izar miał złą passe. Wszystko zaczęło się od tego, że większość towarzyszy tej wędrówki kaleczyło uszy czułe rymami nieskładnymi. Następnie zaczęło się złe traktowanie, niegodne kociej natury.
Szachraj wyglądający i z siłą równą wielkiego kota wyrzucił ciężkiego i zdawałoby się nierzucalnego czarnego kota, raczej domowego,hen wysoko w powietrze. Izar obrażony był już w powietrzu i wiedział już kto by w najbliższym czasie robił za żwirek. Nie pomogła też asysta wiedźmy, która skryła go w swojej paskudnej torbie. Czary kot Izar, ratując swój nos i percepcje czmychnął szybko, jak tylko wiedźma po szczękę sięgnęła.
Czarny kot wylądował z gracją na ziemi, obszedł miejsce lądowania trzy razy i usiadł wpatrując się w wiedźmę, tuląc ogon wokół siebie, a łapy trzymając wyprostowane z wielką dumą.
- Miauuu... Miau. - wydał z siebie Czarny Kot Izar wpatrując się świdrująco w wiedźmę. Następnie prychnął i odwrócił się od niej stawiając wysoko ogon i spokojnie odszedł w kierunku Szachraja.
Czarny Kot Izar spojrzał na niego bez urazy i na chwile usiadł przed nim wpatrując się w niego i mrucząc chwilę tak cicho, że tylko on był w stanie to usłyszeć. Następnie czarny kot spojrzał na ścieżki do wyboru i udał się w stronę tej, która wyglądała na trudniejszą. Położył się na jej środku, padając delikatnie na swój bok i zwracając łapy i głowę w stronę reszty hałastry mającą ratować księżniczkę.
Image
Image
GG: 447116
Awatar użytkownika
Oto'reekh
Gracz
 
Posty: 2705
Rejestracja: 3 Gru 2008, o 15:40

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Mistrz Ind'yk » 18 Lut 2016, o 16:53

- Drogi koniu, proszę grzeczniej, jak chcesz kopać, tylko powiedz! - rzucił wesoło Szachraj, po czym pojawił się zaraz za zadem Morzysława i zaczął go klepać po napiętych mięśniach. Gdy tylko wierzchowiec to zauważył, zaraz spiął się i wyciągnął kopyto w kierunku istoty z najwyższą siła.
Lecz nie trafił!
Spróbował drugi raz. Nic! Trzeci. Pudło! Czwarty, piąty, szósty!
A Szachraj stał i klepał do po nodze, jakby w ogóle nie bał się przerażającej siły i niechęci, która próbowała w niego wycelować.
- Może warto poćwiczyć na czymś nieruchomym, nie chciałbyś dostać ode mnie drzewa, które będzie stawało akurat tam, gdzie kopniesz? - powiedział Szachraj, łapią Morzysława za pysk i całując go w końskie wargi. Zaraz po tym szybko czmychnął, nie dają Morzysławowi czasu na reakcję.
- Księciu, księciu, trochę wiary! - rzucił z gałęzi wiszącej niedaleko głowy Jana Jakuba. - Czyż ja wasz mość kiedyś oszukałem? Oszustwa są piękne, zabawne, życiowe, ale was już chyba nie ma co oszukiwać. Sami robicie tego pod dostatkiem!
Na wiedźmę spojrzał tylko mimochodem, gdy mówiła o swoim stanie wiekowym, jednak po słowach o zakładzie od razu zaświeciły mu się oczy. Zaśmiał się perliście i zniknął z gałęzi. Jego śmiech rozbrzmiewał jakby z każdej strony, grupa rozglądała się, szukając Szachraja, jednak ten na kilka chwil wyparował. W końcu pojawił się przed kobietą i zaczął oglądać proponowany fant. Jego oczy powiększały się z każdą chwilą, jakby chciał przyjrzeć się każdej rysie starych zębów.
- W kieszeni je nosisz, chyba nie są ci zbyt potrzebne... Ale oczywiście zakład przyjmuję, przeciw zębom stawiam wąs! - zakrzyknął, po czym złapał dwoma palcami swój zarost i zaczął ciągnąć. Wydawał się niezwykle siłować, by wąs odszedł, jednak w końcu udało mu się oderwać go w jednym kawałku. - I tak miałem zmieniać ostatnio wizerunek!
- Oto człek, który głupi i mądry zarazem, szuka zwady, choć inni mają ją wygrać! - rzucił na słowa grajka. - Ale pyszałkowatość tutaj w cenie, dlatego masz ode mnie grajku, złotą monetę!
Pięknolicy zdziwił się, że akurat jego spotkał komentarz i nagroda za wybranie drogi, jednak zanim zdążył spytać lub podziękować za monetę, Szachraj ponownie skoczył do góry. Gdy Ludomir spojrzał na jego powietrzne wygibasy, poczuł ciężar na nosie. Gdy mrugnął, na jego nosie pojawiła się moneta z prawdziwego złota. Lśniący krążek wydawał się rosnąć z każdą chwilą, w której balansował na nosie.
- Zobaczymy, jak długo uda ci się ją utrzymać! - zakrzyknął radośnie Szachraj, po czym usiadł przed kotem, kompletnie nie patrząc w stronę grajka.
- Ależ oczywiście, smutna kocie! - powiedział dziwnie Szachraj. - Uwielbiam koty, bo robią psoty, dlatego nigdy im nie odmawiam i nigdy im nie zaprzeczę. Na koci rozum powiedziałbym ci, że nie jestem jedyny taki w tym towarzystwie!
Szybkim skokiem poderwał się z ziemi, otrzepał dynamicznie różowe spodnie i ruszył w stronę błazna.
- A ty co, mości błaźnie, żartu nie umiesz mi opowiedzieć? Jeśli uda ci się mnie rozśmieszyć, dostaniesz Tytuł! No i wybierz drogę, bo tamten nieśmialec - tu wskazał na leśnika. - chyba sam sobie nie poradzi!
Awatar użytkownika
Mistrz Ind'yk
Gracz
 
Posty: 1735
Rejestracja: 21 Cze 2011, o 12:42

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez Vestibor Rothal » 21 Lut 2016, o 00:13

Szachraj nadal biegał, harce czynił, nic wprawnym oczkom barda ujść nie mogło. Wszyscy prawie już się wypowiedzieli i też wszystkich wypowiedzi mały stworek komentował i Ludomira nie ominął. Czy pochwala, czy obraża? Ciężko wyczuć było to bardowi, długo myśleć nie miał czasu, już monetą w niego rzuciło stworzenie natrętne. Wrzucił mu szachraj monetę na nos i głupi myślał, że Pięknolicy ją trzymać na nim będzie miał zamiar. Nie takie jednak to był typ człowieka, monetę z nosa zgarnął zgrabnie i w dłoń, którą ścisnął, sobie włożył i tak rzecze.
- Jam nie żaden błazen, czy czeladnik, jam jest arysta, nie w głowie mi takie zabawy, lepiej mości pana błazna chyba wypróbować, on w takich rzeczach bieglejszy zapewne.
Ludomir odrzucił w kierunku gdzie stał Szachraj monetę, i skrzyżował ręce, często tak robił gdy zaczynał czuć się niekomfortowo w czyimś towarzystwie. Po chwili zaczął przypatrywać się w stronę leśnika, wyrażnie jakieś markotnego i delikatnymi gestami pokazywać w kierunku dróg, sugerując by rzekł chodż jedno słowo, najlepiej by brzmiało ono: ,,dłuższą".
Awatar użytkownika
Vestibor Rothal
Gracz
 
Posty: 106
Rejestracja: 8 Lis 2015, o 00:22

Re: Bajśń o miłości. Dzień pierwszy: Zapoznania

Postprzez BE3R » 26 Lut 2016, o 20:05

Może i narwany przecie, lecz nie głupi on jest przecie. Zmiarkowawszy końską miarą, że gdzie magia wali siarą. I sam Szachraj jest magikiem, ni jak sięgnąć go kopytem. Przeto Rumak zwątpił nieco i wstrząsnąwszy grzywą woła.
– Drogi panie imć szachraju, racz pozostać tu na skraju od nas się od IHARRRR! i w podróży nie szkodziwszy.
Zwrócił się wnet do gawiedzi, co zad jego dzielnie śledzi.
– Waszmościowie i waćpanna – Tutaj wzdrygnał się i dumie: jej przydała by się wanna, bo na wyrost jest waćpanna, no i mydło szare też i do szorowania jeż. Wnet otrząsnął się z dumania i namawia do wybrania.
– Droga trudna choć jest długa, toć ja wiem, że IHARR nie sługa i że pannę byś ratował drogi księciu, lecz ma mowa argumenty niesie mocne, że jak zacznę to nie spocznę. Primo pierwszy drogi panie, poczekać może ruchanie. Księżniczka wasza ciągle młoda, pewno leży jak ta kłoda. Smok jak to smok cnoty strzeże, nie wydupczą jej rycerze. Ja wiem jaka to sromota, popatrz chociaż tu na kota.
Tu w sierściucha parsknał celnie, budząc ze snu złego ducha, co się przebrał za czarnucha.
– Primo drugie mój ty panie, czy stać nas na dróg skracanie? Wszak sam widzisz, że ta jucha łże i kłamie, magią bucha. A na drodze naszej wszak może stać setka spraw. Im więcej ich rozwiążemy, więcej sławy nałapiemy. A sam wiesz Książe mój drogi, fejm rozkłada dziewek nogi. A i drzwi niejedne przecie otworzy na powiecie. Będziesz w blasku sławy kroczył, a pod tobą Koń uroczy.
Tu zaś musiał zaś spasować i powietrza napompować w swoje wielkie końskie płuca. I tyrady koniec wieszcząc z taką się odzywa pieśnią.
– Błazen mordę krzywi z rana, bard jak kawka zarzynana. Trele swe wysyła w dal. Każcie nabić go na pal! Czarownica kota dusi, to przytula go do pusi, zaś nasz łowczy daję słowo, krowę ubił gębą morową. Przeto na kompanów zważ lepij poznać ich zdołasz. W czasie drogi długiej krętej nim przed wrogiem staniesz wielkim!
Koń zakończył występ swój, bijąc ukłon niczym IHARR, głowę przed szachrajem schylił, zaś zad wypiął w krotochwili. Tak by błazen jak i bard zobaczyli co jest wart. Koński zad im w oczy świeci. Niech ktoś stąd zabierze dzieci!
Awatar użytkownika
BE3R
Administrator
 
Posty: 1640
Rejestracja: 27 Paź 2011, o 21:47
Miejscowość: Chorzów

Następna

Wróć do Inne