Content

Inne

Boston 1926

Image

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 18 Kwi 2019, o 21:20

Ręka ześliznęła się z kolby derringera. Powędrowała wyżej, do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Chwyciła okładkę "Liber Ivonis", wysunęła ją. Tylko tyle, żeby drwal zauważył, co to za książka.
- A jak się panu wydaje?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 23 Kwi 2019, o 10:30

Facet spojrzał na książkę. Potem na karła i jeszcze raz na książkę. Wyraz twarzy miał nieodgadniony. Był zaskoczony? Na pewno. Ale czy uwierzył Rustyemu? Czy uznał go za swojego czy jednak nadal był podstępnym intruzem?. Brodacz stał przez chwilę niezdecydowany, a potem uśmiechnął się niezdecydowanie.
- Przepraszam, Pana. Przepraszam. Po prostu nigdy Pana u nas nie widziałem. Już, chłopaki, brać się do roboty. Brat nasz chce przejechać.
Drwale ruszyli się do pracy a z ich twarzy zniknęło niedostępne naburmuszenie. Wystarczyło samo: "To nasz brat". "Brat" w zastanawiający sposób przyspieszył proces usuwania pnia z drogi. Bo wystarczyła raptem minuta by pień leżał na poboczu drogi. Nawet kierowca zauważył, że wyglądało to na rozmyślnie przygotowane przedstawienie aniżeli usuwanie przeszkód wyrządzonych przez naturę.

- A... Proszę mi powiedzieć. - Zagadał brygadzista w momencie gdy Rusty miał wsiąść do samochodu. - Na pewno był Pan w Bostonie, co? Zgaduję, że przybył Pan na pogrzeb starego Kennedy'ego. Co? Dobrze to odgadłem?
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 24 Kwi 2019, o 17:40

- Zaprawdę - odparł karzeł - Nie można odmówić panu pewnych cech świadczących o predyspozycjach do zawodu śledczego. Do widzenia panu.
Uchylił drwalowi kapelusza i pospiesznie wsiadł do samochodu. Kierowca chyba również nie czuł się komfortowo podczas spotkania, bo ruszył od razu, kiedy mężczyźni usunęli się z drogi.
Kiedy odjeżdżali Rusty patrzył w lusterko. Widział w nim grupkę drwali, która malała, w miarę oddalania się samochodu. Mężczyźni wpatrywali się w odjeżdżających. Detektyw miał wrażenie, że dostrzegli jego wzrok.
- Niech pan teraz pamięta - odezwał się do kierowcy - Że jestem ich "bratem", cokolwiek by to znaczyło. Proszę nie mówić o moim prawdziwym zawodzie, ani o rodzinie Kennedych. Najlepiej by było, gdyby pan w ogóle starał się unikać odpowiadania na jakiekolwiek pytania.
- Panie Vanderbeck... czy coś nam grozi?
- Tak. Dlatego proszę pana o dyskrecję. Chciałbym wrócić do domu w jednym kawałku, mam w Bostonie parę niedokończonych spraw.
Dopiero wtedy pozwolił sobie na głębszy wdech. Było ciepło; jeszcze nie gorąco, ale już zdecydowanie niekomfortowo.
Okazało się, zresztą tak, jak przypuszczał, że "Lieber Ivonis" otwiera drzwi, a w każdym razie u prostszych ludzi. A ci sami ludzie znali Kennedy'iego i wiedzieli o jego pogrzebie.
Najbardziej jednak obawiał się "starszyzny" tego pokręconego bractwa. Na pewno nie wezmą go za swojego, z pewnością też będą wiedzieli coś o karle, grzebiącym w sprawie śmierci jednego z nich. O anonimowości mógł pomarzyć.
Miał jednak nadzieję i przeczucie, że to właśnie w Oldbarn dowie się wszystkiego, czego brakowało mu do rozwiązania sprawy. A być może odnajdzie również Jamesa i Evę. Oby nie w zaawansowanym stadium rozkładu.
Kiedy emocje w nim opadły, Rusty rzucił okiem na zagadkową książkę. Nadal nie odnalazł klucza i dręczyło go to. Świadomość, że ma jej sekrety na wyciągnięcie ręki, drażniła do jeszcze bardziej. Wierzył, że znajduje się w niej odpowiedź dotycząca śmierci Thomasa.
- Ma pan może coś ostrego? - zapytał niespodziewanie. Kierowca zrobił wielkie oczy, ale dzielnie wpatrywał się w drogę przed sobą.
- Ostrego, panie Rusty? Mam śrubokręt, z tyłu jest klucz francuski, w bagażniku lewarek...
- Śrubokręt, albo klucz francuski. Powinno wystarczyć.
Kierowca wskazał karłowi schowek nad kolanami. Potem karzeł odwrócił się i sięgnął pod fotel pasażera, by wyciągnąć z niego drugie narzędzie.
Postanowił spróbować dostać się do wnętrza książki. Zaczął od ostrożnych manipulacji śrubokrętem...
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 24 Kwi 2019, o 22:04

Samochód sunął dalej drogą zagłębiając się coraz bardziej w tereny hrabstwa Oldbarn. Las wokół robił się coraz gęstszy a wąski pas nieba nad drogą został zdominowany przez splątane konary powyginane niczym artretyczne ręce wygłodzonych starców sięgających łapczywie po ostatni kęs jedzenia. Rusty nie mógł się odpędzić od wrażenia, że to on jest tym kęsem. Pewien nieznany mu do tej pory lęk i ciężar wkradł się w jego serce.
Przyglądał się mijanym drzewom mimowolnie odrywając się od wykonywanej właśnie próby dotarcia do tajemniczej książki. Wiedział, że lada moment, za kolejnym zakrętem może pojawić się miasto Oldbarn i tam, wśród budynków nie będzie tak po prostu mógł sobie dłubać w niewielkim zamku "Liber Ivonis". Spieszył tym bardziej, że już przy pierwszej próbie odkrył, że zabezpieczenie jest do sforsowania. Na krótką chwilę opanowało go pewne podniecenie i chęć odkrycia tajemnicy pisma, które uczyniło go bratem. Wzięło ono górę nawet nad ponurym nastrojem, który wlewał się w jego jestestwo na skutek samego przebywania w tym ponurym i tajemniczym miejscu. Jedynym problemem - i jedyną myślą, która go hamowała przed dosłownym rozdłubaniem zamka na pół - było to, że w zasadzie go zniszczy. Zniszczony zamek będzie się rzucał w oczy. Ciągle próbował otworzyć zamek prostymi i znanymi mu metodami, jednak był one bezskuteczne. Użycie czystej siły wobec jakiegoś przedmiotu jeszcze nigdy nie było tak kuszące jak w tym momencie.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 3 Maj 2019, o 21:47

Nigdy wcześniej nie czuł takiej pokusy, tak silnego wewnętrznego pragnienia dostania się do czegoś niedostępnego. To dziwne uczycie zapanowało nad nim, kazało grzebać przy zamku, kazało spojrzeć na klucz francuski i wyobrazić sobie zmysłową przyjemność towarzyszącą roztrzaskaniu okucia księgi i zajrzenia do niej.
Właśnie. Zajrzeć do wnętrza, przeczytać słowa uwięzione między kartkami papieru... być może dowiedzieć się czegoś o śmierci Thomasa, a być może zapewnić sobie wiarygodność w oczach "braci" z Oldbarn... Oblizał wyschnięte nagle wargi.
Nie!
Podniósł wzrok. Dlaczego tak bardzo chciał otworzyć księgę? Czy chęć zasmakowania w Zakazanym Owocu całkowicie zaślepiła go i odebrała zdolność logicznego myślenia? Rozbity zamek rzucałby się w oczy, nie przydawałby za grosz wiarygodności. A biorąc pod uwagę to, co czuł, znalazłszy się tak blisko otwarcia "Liber Ivonis", sprawiało, że nagle przeszła mu ochota poznania ukrytych wewnątrz słów.
- Najstraszniejszym wstrząsem, jaki można sobie wyobrazić, jest ów, gdy wpadamy w otchłań niespodziewanego, gdy niewiarygodność graniczy z groteską...
- Słucham? - kierowca spojrzał na niego, lekko skonsternowany.
- Nic, nic. Tak mi się przypomniało.
Rusty odłożył narzędzia i schował księgę. Miał niejasne i nie najlepsze przeczucie, że zaraz dowie się, czego ona dotyczy.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 8 Maj 2019, o 11:22

Samochód w końcu wyjechał z mrocznego lasu na otwartą przestrzeń przeoraną pasami wzgórz na których falowały wysokie trawy o szarych liściach. Ten sam wiatr, który upodabniał rozległe łąki do wzburzonego morza, przeganiał po niebie ciężkie i nisko zawieszone sine chmury. Blade resztki słonecznego światła były dziwnie rozproszone w powietrzu zaburzając naturalny kontrast; ciemne niebo i jasne pnie drzew sprawiały, że krajobraz wydawał się być jego negatywem. Droga wiodła dalej wijąc się u stóp wzgórz prowadząc do zaskakująco niewielkiej miejscowości ulokowanej w niewielkiej kotlinie z cokolwiek malowniczą rzeką płynącą wartko przez jej środek; znad rzeki unosiły się mgliste opary.
Pierwszym, co rzucało się w oczy, była wieża kościoła, który ulokowany był ponad miastem na jednym ze wzgórz. Nawet z daleka widać było, że stoku wzgórza ulokowano też cmentarz. Centralnym punktem miasta był budynek ratusza ulokowany na rynku z którego rozchodziły się cztery główne ulice miasta; jedna prowadziła do punktu w którym stał teraz samochód detektywa.
Daleko po prawej stronie, za pasem łąk i pastwisk, Rusty widział połyskujące stalą torowisko i niewielką stację kolejową a jeszcze dalej kilka długich drewnianych budynków należących do tartaku (nawet tutaj Rusty słyszał odległe echo parowego traka miarowo rżnącego kłody drewna).
Kolejnym - jeżeli nie najważniejszym - punktem charakterystycznym miasta był duży ceglany kompleks fabryczny, którego szczyty dachów górowały ponad pozostałą zabudową. Nawet z tej odległości browar robił monumentalne wrażenie.
Rzeka w trzech miejscach przegrodzona była niewielkimi mostami. Przy jednym z takich mostów (tuż przy Browarze) zlokalizowany był też niewielki jaz piętrzący z niewielką elektrownią wodną.

mapa

Gdy przejechali przez pierwszy most i wjechali między pierwsze zabudowania detektyw miał możliwość bliższemu przyjrzeniu się miastu. Za mostem asfaltowa droga skończyła się i przemieniła się w starą i nierówną wybrukowaną nawierzchnię. Droga była tak sfatygowana, że kierowca zwał ją od wszystkich diabłów, gdy co chwila musiał omijać większe dziury i kałuże. Budynki w znakomitej większości wykonane były z drewna ich późnokolonialny styl wskazywał, że miały nie mniej niż sto lat. Wszystkie. Oko Rusty'ego nie wychwyciło nigdzie nowych budynków. Odrapane ściany, łuszczące się farby, nierówne płoty i zaniedbany ogrody były tylko świadectwem dawno minionej świetności tego miasta. Nawet donice z kwiatami i firanki w oknach wydawały się być smętnym cieniem samych siebie. Żałosną próbą nadania temu miejscu odrobiny uroku. Wychodziło to nad wyraz... groteskowo.
Początkowo nikt nie zwrócił uwagi na wjeżdżający do miasta samochód. Jednak gdy byli już względnie blisko jego centrum na ulicach i w oknach widać było coraz więcej twarzy z zaciekawieniem przyglądających się gościom. Mieszkańcy miasta nie byli tak starzy jak budynki - to było pewne, ale wrażenie, że byli nie z tej epoki było wręcz uderzające. Rusty - choć może było to tylko złudzenie - widział w spojrzeniach kilku mężczyzn coś więcej niż tylko ciekawość. Twarda i szczera niechęć. Niemal wrogość. Karzeł zanotował jeszcze jeden szczegół. Wśród tłumu gapiów było zaskakująco mało kobiet. A wśród dzieci biegnących z radosnym krzykiem obok samochodu, była tylko jedna dziewczynka.

Samochód w końcu zatrzymał się przed niewielkim budynkiem oznaczonym szyldem: "Gospoda Starego Barna". Kierowca zgasił silniki i odwrócił się do Rusty'ego.
- Tutaj Pana zostawiam. Pomogę tylko wnieść bagaż do góry i już mnie nie ma.

Na próg gospody wyszedł starszy siwiejący mężczyzna. Zapewne gospodarza. Uśmiechał się bezzębnie i przyglądał się siedzącemu na tylnej kanapie detektywowi. Vanderbeck od razu rozpoznał w nim jakiegoś krewnego lokaja z rezydencji Kenne'dych w Bostonie.

Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 13 Maj 2019, o 10:19

19 października, sobota - późne popołudnie

Gospodarz nie zrobił na detektywie zbyt dobrego wrażenia. Miejsce do noclegu też. Zresztą, samo Oldbarn na pierwszy rzut oka także było odpychające.
Rusty wyszedł z samochodu, podczas gdy kierowca zajął się bagażem. Nie było tego wiele, bo podczas ucieczki karzeł zdążył zapakować najpotrzebniejsze rzeczy do swojej skórzanej torby. Mężczyzna, zauważywszy, że wnoszenie tego za detektywa na górę nie wyglądałoby najlepiej, wręczył mu pakunek.
- Do widzenia, panie Vanderbeck - powiedział, a po chwili jego samochód pędził już z powrotem. Rusty miał wrażenie, że bardzo mu się spieszyło.
Tymczasem gospodarz zszedł z ganku i z utrzymującym się uśmiechem podał dłoń detektywowi.
- Witamy w naszych skromnych progach - powiedział, tryskając śliną spomiędzy luk w uzębieniu - Rozumiem, że pokoik dla szanownego pana?
- Byłbym wielce rad - odparł Rusty.
Ale stary Barn, nie czekając wcale na odpowiedź, ruszył już do środka. Karzeł podreptał za nim.
Otworzyły się przed nim stare, drewniane drzwi, noszące ślady wielu bijących w nie pięści, a od środka nawet nóg i chyba głów. Parter był połączeniem jadalni i recepcji. Po lewej od wejścia stało pianino, przy którym siedział i grał teraz młody mężczyzna. Śpiewał po angielsku, ale z dziwnym akcentem. Rusty miał wrażenie, że pianista mógł pochodzić z Polski.
Na wprost mieściła się lada, przy której gospodarz zapewne wydawał klucze do pokojów i polewał spragnionym. Żeby tam dojść, trzeba było minąć okrągłe stoły różnej wielkości, przy których ustawiono krzesła i taborety w różnym stanie zużycia. Część w ogóle nie pasowała do wystroju, a część była nawet za niska, żeby z ich poziomu widzieć, co ma się na stole.
Światło wpadało do środka przez brudne i matowe szkło okien. Na niektórych stolikach stały świeczki, noszące ślady niedawnego używania. Rusty poczuł się nagle, jakby cofnął się w czasie przynajmniej o pół wieku.
Na prawo od "recepcji" zaczynały się schody na kolejne piętra. Barn polecił zaczekać tam karłowi, po czym sięgnął po klucze do kartoniku pod ladą. Wyłowił jakiś pojedynczy, po czym zaprowadził detektywa na drugie piętro.
Tam otworzył mu drzwi do pokoju najbardziej oddalonego od schodów. Wnętrze było niewielkie, umieszczone pod skosem dachu, toteż jedyne okno w pokoju było niewielkie, a ludzie przeciętnego wzrostu musieli się schylać. Rusty zastanawiał się, czy ten pokój jest zabawnym zrządzeniem losu, czy też przejawem poczucia humoru gospodarza.
Po prawej znajdowało się pojedyncze łóżko, pod oknem stał niewielki stolik i taboret, a po lewej stronie szafa ze zwisającymi krzywo drzwiczkami.
- Proszę się rozgościć - powiedział Barn, kładąc klucze na stoliku - Śniadanie podajemy o dziewiątej, chyba, że zaśpimy, he, he... Życzy pan sobie dzisiaj jakąś kolację?
- Chętnie - powiedział karzeł, rozglądając się po pokoju - A czy ktoś jeszcze jest u pana zameldowany?
- Tylko ten cały Kosciuszko, czy jak mu tam. Na dole siedzi i gra.
- Dziękuję.
Rusty położył torbę na łóżku. Od tego niewielkiego ciężaru sprężyny zaskrzypiały przeciągle. Karzeł zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem jedna z nich nie pęknie pod nim tej nocy i nie wbije mu się w płuco.
Gospodarz stał dalej w progu, czekając na kolejne pytania albo może odprawienie. Rusty ucieszył się, że mają okazję porozmawiać tylko w cztery oczy. A przynajmniej miał nadzieję, że będą to cztery oczy. Postanowił nie wychodzić z roli.
- Proszę mi jeszcze powiedzieć - zwrócił się do mężczyzny - Gdzie znajdę pana Kellera? Albo pana Millsa?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 17 Maj 2019, o 11:16

Gdy gospodarz usłyszał pytanie o Pana Kellera i Millsa drgnął. Zaskoczył się. Z pewnością nie przypuszczał by nowo przybyły miał się pytać o kogoś w mieście. I to kogoś najwidoczniej ważnego.
- Pan Keller, znaczy... wielebny Andrew Keller siedzi u siebie i o tej godzinie szykuje się pewnie do wieczornego nabożeństwa. Pana Millsa można znaleźć w browarze. Nie sądzę jednak by chcieli się oni dzisiaj z Panem spotkać. Muszą się przygotować. Sam Pan rozumie.

***

To był dziwny dzień. Myśli Eddiego Browna nie mogły się oderwać od miasta w którym właśnie był i z trudem skupiał się na asfaltowej drodze wiodącej przez mroczny las. Już sam pasażer przyprawiał go o ciarki; karzeł. Ale to miasto? Ono już wogóle było dziwne. A teraz jeszcze czekała go samotna podróż powrotna.
- Do licha ciężkiego... Bauer będzie musiał mi za to zapłacić coś ekstra.
Mgliste opary wylewały się z leśnych wykrotów. Ich wąskie wstęgi oplatały sękate korzenie i gałęzie oraz wypełzały leniwie na drogę biorąc ją w swoje władnie by ją zgubić w sobie. Tak by wędrowiec nie dotarł do celu.
- Kurwa... Kurwa... - powtarzał Eddie za każdym razem gdy musiał przykleić nos do przedniej szyby by w ogóle dostrzec choćby szczątkowy zarys drogi.
Silnik wył opętańczo a Eddie nawet nie wiedział czemu tak dusił na pedał gazu. Powinien jechać wolniej. Warunki na drodze były fatalne, ale coś - jakiś cień lęku - kazał mu gnać. Byle dalej od Oldbarn.
Nagle mgła ustąpiła, a on zobaczył, że właśnie przejechał obok znaku informującego, że opuszcza ponure hrabstwo z nie mniej ponurym miastem. W tej samej chwili, na skraju lasu, zobaczył błysk zielonkawych oczu należących do jakiegoś skrzydlatego stworzenia. Eddie gwałtownie zahamował i jeszcze raz spojrzał w miejsce między drzewami. Stworzenia już tam nie było.
- Co jest, kurwa? - Zapytał sam siebie.
Jego mózg chciał coś mu odpowiedzieć, ale nagle wielki szpon przekuł poszycie dachu samochodu i wbił się w czaszkę Eddiego. Mężczyzna umierał w drgawkach.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 20 Maj 2019, o 20:37

W sąsiednim pokoju tykał zegar. Rusty doskonale słyszał każdy szczęk, klekot i zgrzyt starych kół zębatych mechanizmu i wiedział, że tej nocy raczej nie będzie spał spokojnie.
Spojrzał na swój kieszonkowy zegarek. Było w pół do osiemnastej. Spodziewał się, że wspomniane nabożeństwo rozpocznie się o pełnej godzinie.
- Na razie panu dziękuję - powiedział, spoglądając gospodarzowi w oczy - Chciałbym wybrać się na krótki spacer, toteż jeśli pan pozwoli...
Karzeł wyszedł ze starym Barnem na korytarz i zamknął za sobą pokój, chociaż swoją torbę zabrał ze sobą. Zignorował wzrok mężczyzny, który dał mu wyraźną wiadomość, że w tym mieście raczej nie chodzi się o tej porze "na spacery", a tym bardziej nie robi tego nikt nowy, i zszedł po schodach, zostawiając staruszka za sobą.
Kosciuszko dalej siedział przy pianinie, jednak w dużo bardziej niefrasobliwej pozie. Łokciem opierał się o instrument, wolną ręką uderzał w klawisze i od czasu do czasu przykładał do ust niewiarygodnie cienkiego i długiego papierosa. Na stoliku obok niego stał kieliszek i właśnie otwarta butelka wódki. Widocznie Polak zdążył się rozgościć w barku.
Detektyw wyszedł czym prędzej na zewnątrz, bo muzyka budziła w nim niepokój. Niestety, warunki pogodowe nie poprawiły jego nastroju. Gęsta mgła i wilgoć, którą ze sobą niosła, przesłaniała mu widok na miasto. Chociaż... z dwojga złego może to akurat nie było takie złe.
Postanowił na własną rękę odnaleźć Kellera. Spodziewał się, że to całe nabożeństwo przeprowadzone zostanie w kościele, a ten nietrudno było znaleźć - wzgórze, na którym stał, wystawało ponad mgłę i wskazywało mu kierunek, o ile nie zasłoniły go krzywe kamienice.
A kamienic było sporo. W niektórych miejscach fundamenty tak osiadły, że budynki chyliły się ku sobie i zamykały niczym kopuły nad uliczkami. Stare, drewniane okiennice nadal chroniły mieszkańców przed wiatrem, bo przed wszechobecną wilgocią raczej nie mogły. Z niektórych mieszkań dochodziły go głosy ludzi, a na ziemię padało światło spomiędzy niezbyt szczelnie zatrzaśniętych okien. Niestety, nic nie było w stanie rozproszyć mgły.
Karzeł szedł przed siebie wyciągniętym krokiem, przyciskając łokciem ukrytą pod płaszczem księgę. Postawił kołnierz, nasadził głębiej kapelusz i schował głowę w ramionach, ale pomimo tego zauważył sklepową wystawę po lewej.
Nad wejściem, zabitym deskami i oklejonym kartkami obwieszczającymi zamknięcie sklepu, wisiał szyld prezentujący drewnianą lalkę na sznurkach. Obdrapany napis głosił: "Zabawki".
Szyba wystawy, o dziwo pozostająca w całości, była całkiem czysta. Rusty zajrzał przez nią i zobaczył ułożone w różnych pozycjach i na różnych miejscach lalki. Były tam teatralne kukiełki na rękę i te na sznurkach, manekiny dla krawców i malarzy, szmaciane "Zośki" dla dziewczynek oraz te o pucołowatych, porcelanowych twarzyczkach. Wszystkie patrzyły się na karła ciemnymi oczkami, odbijającymi światło z domu naprzeciwko. Niektóre uśmiechały się, inne nie miały twarzy, ale wszystkie wydawały się zwrócone do niego.
Przeszedł go dreszcz. Odwrócił się szybko od upiornej wystawy i odbiegł kawałek. Zwolnił dopiero, gdy zostawił sklep za zakrętem.
Zaraz wyśmiał swoją reakcję. Przecież to tylko stare lalki, upomniał się w myślach. A lalki jeszcze nigdy nie zrobiły nikomu krzywdy.
Poczuł, że ulica pod jego stopami zaczyna lekko się wznosić. Podniósłszy głowę, zobaczył górujący nad Oldbarn kościół. Przyspieszył kroku. Chciał zdążyć na nabożeństwo Kellera.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 21 Maj 2019, o 10:11

Szedł dalej przemykając pogrążonymi w cieniu uliczkami pomiędzy ponurymi domostwami. Martwe okna, tak usilnie przypominające martwe oczodoły czaszek, śledziły każdy jego ruch. Cały czas miał wrażenie, że ktoś go obserwuje, pomimo tego nie dostrzegł nikogo. Miasto tak puste za dnia teraz stało się zupełnie wymarłe. I niesamowicie spokojne.
Tylko szum wzburzonego morza traw podawał mu złowróżbny akompaniament, w który wsłuchiwał się mimo woli. Słyszał w nim szept wielu głosów, które chciały mu coś opowiedzieć. Wylękniony umysł łowił z tych szeleszczących słów historię mrocznej tajemnicy, którą skrywało Oldbarn. Jaką rolę w tym wszystkim odgrywała Evangeline Kennedy jej mąż i jego ojciec? Co mogły by powiedzieć trawy gdyby rzeczywiście umiały mówić? W przeszłości cała trójka była w tym miejscu. Czy też brali udział w nabożeństwach? Kim tak naprawdę byli?

Nim się obejrzał był już w połowie wzgórza. Miasto zostawił za sobą, mając teraz doskonały widok na dachy budynków. Przed sobą miał już tylko piaszczystą drogę, która prowadziła w górę do drewnianego kościoła. I cmentarz.

Cmentarz ze zniszczonymi przez wiatr i deszcz nagrobkami. Czas zatarł na płytach pamięć o dawno zmarłych a porosty i mech brały ich kamienne ciało we władanie. Jednak nie wszystkie groby były zmurszałe i wiekowe. Kilka wydawało się być względnie nowymi, ale najpewniej czekał je ten sam los zapomnienia w morzu traw Oldbarn.
Cmentarz nie miał krzyży. Jednak przy kilku nagrobkach stały skrzydlate rzeźby bardzo podobne do tych, które widział w rezydencji Kennedych podczas kolacji. Co więcej. Rzeźby były postawione tylko przy nielicznych grobach, które miały zapisane na sobie męskie imiona. Żadna z rzeźb nie zdobiła kobiecego nagrobka.

Głosy rozmów usłyszał najpierw.
- Jesteś pewien, że szedł w tym kierunku? - Pytał jeden.
- Tak. - Rusty od razu rozpoznał chropowaty głos właściciela gospody w której się zatrzymał. - Dlatego musimy jak najszybciej poinformować Kellera, że mamy tutaj szpiega.
- Spokojnie... Wielebny da sobie z nim radę. To nie pierwszy raz kiedy mamy tutaj nieproszonego gościa, prawda?
Tylko instynkt i niewielki wzrost sprawiły, że nie został zauważony przez niewielką grupkę mężczyzn która wyszła z miasta i wspinała się szybko po drodze do kościoła. Było ich trzech. Mieli na sobie czarne płaszcze z kapturami zarzuconymi na głowę. Rozmowę prowadziła tylko dwójka z nich. Trzeci - barczysty i brodaty - niósł latarnie i rozglądał się wokół.
Rusty wiedział, że lada moment trójka wypatrzy go. Dłonie zaczęły mu się pocić.
- Prawda... ale dawno nie mieliśmy tyle problemów z naznaczoną. Oby teraz On się udobruchał.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 23 Maj 2019, o 22:18

"Naznaczoną? ON?"
Pierwsze skojarzenie z "naznaczoną" podsunęło mu Evangeline. Trybiki zaskoczyły, zapadki wsunęły się na swoje miejsce, fakty po raz kolejny zawirowały i przyjęły bardziej adekwatne położenie w jego głowie.
Nabożeństwa, tajemniczy wielebny sprawujący władzę; to wszystko wskazywało jasno na jakąś sektę. Patrick wspominał, że wszyscy w Oldbarn mają takie księgi, jak ta znaleziona u Thomasa, co znaczyło, że zmarły również należał do tego dziwacznego zgromadzenia. James prawdopodobnie wiedział o nim i chciał zająć miejsce ojca, ale ten z jakichś powodów pokłócił się z nim.
Naznaczoną mogła być Eva. Być może wyznaczyli ją, również jako członkinię sekty, do zamordowania Thomasa, a może posłużyli się nią, by to zrobić i zwalić winę na nią. W każdym razie na chwilę obecną Rusty przyjął, że za śmierć...
Nie! W testamencie zapisał, że zamorduje go ktoś z rodziny. Jeśli tak się stanie, jego majątek przechodzi na fundację w Oldbarn, czyli sektę! Oldbarn musiało więc zrobić coś, żeby ewentualne dochodzenie wykazało udział członków rodziny. Być może to James w jakiś sposób podpuścił żonę, aby bezwiednie zamordowała Thomasa, albo to sekta posłużyła się małżeństwem.
Czyli wiedział już, kto odpowiada za morderstwo. Musiał się jeszcze dowiedzieć, czy Thomas o tym wiedział. I co rzeczywiście było przyczyną śmierci. No i czy James albo Eva również byli spiskowcami.
Ten krótki moment olśnienia zajął mu jednak kilka cennych sekund. Światło lampy niebezpiecznie zbliżyło się do nagrobka, za którym kucnął, usłyszawszy głosy. Pozostało mu więc tylko jedno.
Chwycił najbliższy kamień, wychylił lekko głowę i rzucił jak najdalej od swojej kryjówki.
Kiedy wydało mu się, że mężczyźni odwrócili głowy i zwolnili, karzeł wystrzelił w cień i przywarł do pnia drzewa, na tyle daleko, żeby światło go nie dosięgło. To był najszybszy manewr taktyczny, na jaki stać było karła, zaraz po ucieczce na prześcieradle z własnego okna. Miał nadzieję, że mężczyźni go nie usłyszeli. Chciał bowiem dowiedzieć się, co powie im wielebny Keller.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 24 Maj 2019, o 09:01

Mężczyźni zareagowali tak jak na to liczył. Odwrócili wzrok szukając w ciemności źródła hałasu; Rusty pozostał niezauważony i skrył się za kolejnym nagrobkiem - tym razem większym.
- Hej. Co to było? - Zapytał jeden z mężczyzn.
- Nie wiem...Nie mam pojęcia.
- Idźcie... Ja się tutaj rozejrzę. - Odezwał się brodacz z latarnią. Rusty rozpoznał w nim drwawla z którym rozmawiał przy zwalonym pniu.
- Jasne. Ty to lepiej idź rozmawiać z Kellerem. Wielebny na pewno będzie chciał wiedzieć dlaczego ten karzeł wjechał do miasta. Daj mi tą latarnię. Ja się tutaj rozejrzę.
Brodacz przez chwilę nic nie powiedział. W blasku lampy Rusty zauważył, że na jego twarzy maluje się niepewność i strach. W końcu oddał latarnię i wymijając pozostałą dwójkę ruszył w stronę świątyni. Właściciel gospody ruszył za nim a ten drugi ruszył między nagrobki wypatrując intruza.
Na szczęście dla Rustyego kultysta oddalał się od niego. Póki co. Rusty'ego jednak to nie martwiło. Wiedział, że będzie mógł się skryć między płytami nagrobnymi (jego nikczemna postura tym razem znacząco mu to ułatwiała). Problemem było jednak to czy powinien czekać aż mężczyzna z latarnią się znudzi, czy powinien jednak zaryzykować przemknięcie do kościoła pod jego nosem. Czuł, że jeżeli będzie czekać to najważniejsze zdania mogą już zostać wypowiedziane i Rusty zdąży co najwyżej na pożegnania.
- Podjąć ryzyko? - Zapytał sam siebie spoglądając na płytę nagrobną.

Anna Kennedy
II żona czcigodnego Thomasa Fridericka Kennedy'ego
+1878 r.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 24 Maj 2019, o 20:38

Ale Anna nie mogła mu odpowiedzieć. Przynajmniej nie na to pytanie.
Czuł pod palcami chropowaty i zimny granit nagrobka. Zdawał sobie boleśnie sprawę z uciekającego czasu, ale nie chciał działać pochopnie. Oczekiwał na odpowiedni moment.
Mężczyzna z latarnią krążył niedaleko, powierzchownie tylko przyglądał się cieniom między drzewami i płytami grobów. Rusty wiedział jednak, że nie może sobie pozwolić na zwłokę.
Wychynął ze swojej kryjówki i niewiarygodnie powolnym krokiem, pochylony w pół, zaczął przekradać się od nagrobka, do nagrobka, pilnując jednocześnie, aby mężczyzna stał do niego plecami, a światło nawet nie muskało rąbka jego płaszcza. Karzeł wiedział, że przez swoje powolne tempo może nie usłyszeć całej rozmowy, ale nie miał wyboru. Jednak przekradając się, palce prawej dłoni trzymał na derringerze w kieszeni.
Kościół wydawał się być oddalony o całe mile.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 24 Maj 2019, o 21:53

Szczęście mu sprzyjało. Kultysta z latarnią krążył po cmentarzu coraz bardziej oddalając się od wejścia do kościoła. Rusty pomyślał sobie, że być może kultyście wcale nie zależy na tym by szybko spotkać się z wielebnym. Tak czy inaczej detektyw zbliżał się coraz bardziej do wejścia.
Kościół rósł w oczach i z każdym kolejnym krokiem coraz więcej plugawych szczegółów docierało do jego świadomości, a samemu detektywowi zaczęło towarzyszyć przekonanie, że oto śni na jawie. Śni i jest o krok od przebudzenia.
Ale przebudzenie nie nadchodziło.
A sen trwał. I stopniowo zamieniał się w koszmar.
Budynek był stary. Starszy chyba niż całe Oldbarn. Jego butwiejące deski z liszajami łuszczącej się farby przywodziły na myśl pokrytą pąklami i koralami powłokę statku; skojarzenie było tym trafniejsze gdyż budynek zdawał się płynąć wśród falujących traw. W całej tej budowli było coś bluźnierczego. Coś pierwotnie złego. I starszego niż wszystkie wieki ludzkości. I coś zniewalająco dominującego.

Podwójne ciężkie i pozbawione ozdobnych ornamentów drzwi były lekko uchylone i prowadziły do pogrążonej w ciemności kruchty ulokowanej w przejściu pod dzwonnicą. Szczelina była na tyle duża, że umożliwiła Rustyemu wślizgnięcie się do wnętrza bez konieczności ruszania z miejsca masywnych podwoi. Wnętrze tonęło w przytłaczającej ciemności, która też oda razu otoczyła go aksamitną ciszą pozbawioną echa. Z wnętrza kościoła nie dobiegał go żaden odgłos a w nikłym świetle jednej jedynej świecy postawionej w prezbiterium Rusty mógł dojrzeć, że wnętrze przybytku jest zdewastowane i popadające w ruinę; obrazy, rzeźby i ozdoby pokryte były upiorną warstwą kurzu i pajęczyn. Karłowi zdawało się, że dostrzega kilka zakapturzonych postaci klęczących w nawach. Ale nie miał pewności bo świeca rzucała migotliwe światłocienie i całkowicie zatracała jakiekolwiek poczucie realności. To co brał za klęczące postaci mogło być w rzeczywistości... czymkolwiek.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 24 Maj 2019, o 22:32

Po raz pierwszy w swojej karierze Rusty poczuł strach. Nie był to jednak strach, jaki odczuwa się na widok lufy broni przed twarzą, albo ten towarzyszący ucieczce przed kimś. To było przerażenie. Najbardziej pierwotne, czyste, wijące się węgorzami w brzuchu przerażenie.
Ta racjonalna cząstka jego jaźni kazała mu zastanowić się, dlaczego to odczuwa. Czy to był widok samego budynku, starego i zaniedbanego? Czy to gra cieni w nawach? Czy to uporczywa myśl, że te cienie go obserwują?
Palce w kieszeni zadrżały. Starał się je opanować; wyjął dłoń i przycisnął do piersi. Ta brutalna i pragmatyczna część jego umysłu, uciszywszy tę, która kazała mu natychmiast uciekać, podsunęła mu do głowy w gruncie rzeczy słuszny pomysł - "trzeba się gdzieś przyczaić". Nadal miał zagadkę do rozwiązania.
Niesamowitym wysiłkiem woli wmówił sobie, że to, co brał za postaci, to tylko nocne cienie. Starał się nie wyobrażać sobie tych wszystkich potworów, o których czytał, po czym rozejrzał się po najbliższych kątach.
W miejscu, w którym kruchta przechodziła w główną nawę, pod ścianą z lewej strony, dostrzegł coś, co prawdopodobnie mogło służyć jako konfesjonał, przynajmniej w tradycyjnych kościołach. Karzeł podszedł do niego ostrożnie, delikatnym ruchem uchylił drzwiczki, po czym wśliznął do środka i skulił na posadzce.
Nie spodziewał się, że to całe "wieczorne nabożeństwo" będzie tak wyglądało. W ogóle nie spodziewał się, że sekta w jakimś tam zabitym dechami Oldbarn będzie... taka. Na razie pozostało mu jednak cierpliwie czekać. I starać się nie dzwonić zbyt głośno zębami.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 24 Maj 2019, o 23:07

Jakim cudem udało mu się dotrzeć do konfesjonału i nie zrobić nawet najmniejszego hałasu tego wiedzieć nie mógł. Co nie przeszkadzało wcale, by w tym konfesjonale teraz siedzieć i czekać. A wszystko wskazywało na to, że nikt go nie wykrył.
Uspokoił się. Odrobinę. Konfesjonał dawał mu poczucie bezpieczeństwa. Czy było one prawdziwe? Czy tylko złudą? tego również nie mógł wiedzieć; krzyż który widział na jednej z zapomnianych stuł dodawał mu otuchy.

Nie miał jednak więcej czasu na to by się zastanowić nad swoim położeniem, bo oto z zakrystii wyszło trzech mężczyzn. Dwóch kultystów z odrzuconymi na plecy kapturami (drwal i ten pianista - Kościuszko). Trzecim mężczyznom musiał być Keller. Był wyższy od pozostałej dwójki i zdecydowanie był mężczyzną w podeszłym wieku, jednak bardzo przypominał drwala (i zmarłego Thomasa); zdawał się być pełen sił życiowych.
- Bracia nie ma co się trwożyć. Mamy jeszcze czas by dokończyć odnowę. Nasi ludzie wkrótce sprowadzą tutaj naznaczoną. Ten głupiec nie pokrzyżuje nam naszych planów. Wiecie doskonale, że od Nas nie ma ucieczki. On nie wybacza.
- Wiemy, wielebny. Rozumiemy to.
- Nie bójcie się więc. James Kennedy nie przysporzy nam już więcej problemów, a jego żona dopełni dzieła. Tak jak zostało to zapisane. Bardziej mnie jednak niepokoi ten... nasz gość. On jest tutaj. Węszy. I czuję, że jest blisko. Musicie go znaleźć. To nie powinno być trudne, prawda Adalbercie?
- Prawda. Postaram się naprawić mój błąd. - odpowiedział drwal kiwając głową pokornie.
- Istnieje co prawda niewielka szansa na to, że jest on naszym bratem z innego wtajemniczenia. Jednak... cóż... sprawdźmy to i nie gdybajmy. A tymczasem poczekajmy na resztę.
Trójka mężczyzn usiadła w starych ławach i znieruchomiała. Czekali pogrążeni w modlitwie.

Reszta schodziła się stopniowo, ale niemalże punktualnie. Przeszło trzydziestka mężczyzn. Wszyscy w płaszczach i wszyscy przechodzili przez główną nawę i znikali w zakrystii. Nikt stamtąd nie wychodził. Nikt też nie odwrócił wzroku w stronę konfesjonału. Na samym końcu do zakrystii wszedł Keller.

A potem z podziemi zaczęły dochodzić do uszu Rusty'ego rytualne śpiewy.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 27 Maj 2019, o 16:24

"Kończą odnowę"? Odnowę czego?
Wspomnienia i informacje napłynęły na niego falą.
Thomas nie żyje. Ktoś grzebał przy trumnie. Odnowa.
Keller powiedział, że James sprawiał im jakieś kłopoty. Być może mężczyzna nie był wcale zamieszany w śmierć ojca? I o co im chodzi z tą naznaczoną? Czyżby Evangeline była z nimi w komitywie? A może była tylko ich narzędziem, nieświadomym ich wpływu?
Podejrzenia, poszlaki; znowu podejrzenia i poszlaki. Ale karzeł znał sposób na rozwianie wszelkich wątpliwości. Przez wiele lat pracy w swoim zawodzie nauczył się, że wściubianie nosa tam, gdzie coś może odgryźć twarz, jest najbardziej pomocną opcją.
Podczas gdy rytualne śpiewy i zawodzenia niosły się głuchym echem po kościele, Rusty Vanderbeck nasłuchiwał kroków nieproszonych gości. Nie usłyszawszy żadnych więcej, powoli uchylił drzwiczki konfesjonału. Najpierw wychylił głowę, a kiedy rozejrzał się i upewnił, że w świątyni nikogo nie ma, wyczołgał się na zimną posadzkę.
Wstał ostrożnie, czując, że gdyby nie śpiewy, jego bijące szybko serce wypełniłoby nawę dudnieniem. Minął stare ławy i skierował się w stronę zakrystii, cały czas pochylony w pół. Po obu stronach na ścianach widniały zabrudzone witraże. Przedstawiały kolejne stacje drogi krzyżowej. Rusty nie wiedział, czy to tylko wyobraźnia, czy na niektórych rzeczywiście dostrzegał drobne wici wydostające się z ran Chrystusa.
Po drodze przypomniał sobie, że Keller wspominał coś o możliwości, jakoby Rusty miał być... ich "bratem z innego wtajemniczenia". I że mieli to jakoś sprawdzić. Wolał nie korzystać z tego rozwiązania, ale gdyby nie pozostawiono mu wyboru...
W tym momencie przyszła mu do głowy kolejna myśl. Myśl, której nie dopuszczał do siebie nigdy podczas pracy zawodowej, ani podczas kąpieli, snu czy chwil zadumy. Myśl, że może nie wrócić do swojego biura. Że nie wyjdzie z podziemi kościoła, nie opuści Oldbarn, a Mia nigdy nie dowie się, gdzie leży jego ciało.
Łudził się, że to działanie tego miejsca. Że miasto i kościół z jego bluźnierczym "wystrojem" tak na niego wpływało. Łudził się, ale nie wierzył.
Wejście do zakrystii niemal zmaterializowało się przed jego nosem. A Vanderbeck stał się na chwilę tym samym Vanderbeckiem, co zawsze. Miał sprawę do rozwiązania. I nie miał zamiaru odpuścić sobie przyjemności rozwikłania jej.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 28 Maj 2019, o 08:28

W zakrystii były kamienne schody wiodące do kościelnej piwnicy. Rusty zszedł do niej wiedziony profesjonalną ciekawością (gdzieś z tyłu mózgu jakiś cichy zlękniony głosik kazał mu uciekać, ale karzeł starał się go nie słyszeć).
W piwnicy - która kiedyś musiała być składnicą przyrządów liturgicznych i wina - panowała stęchlizna i pleśń. W świetle jednej z latarni zostawionej tutaj przez kultystów, Rusty doskonale widział, że jedna ze ścian piwnicy jest skałą naturalnego pochodzenia w której widnieje szczelina prowadząca w głąb naturalnego kompleksu jaskiń.
Śpiewy dobywały się z tej szczeliny niczym gardłowy śpiew ziemi. Rusty nie rozumiał słów ale w ich intonacji i złowróżbnym pomruku było coś pierwotnego. I hipnotyzującego. Był w niej pierwiastek bluźnierczego zła, który docierał do uśpionych rejonów umysłu i wyzwalał w wyobraźni obrazy najgorszego splugawienia i początków czasu, kiedy ludzkość pływała w pianie swoich stwórców. Jaźń powoli zaczynała odpływać i ulegać nowej wizji świata.
- Co Ty tutaj robisz?
Karzeł nie zdążył zauważyć strażnika. Nie miał szans. Ten skryty był w szczelinie i doskonale widział detektywa skąpanego w świetle latarni. Mężczyzna podszedł bliżej i ściągnął kaptur. Był to drwal.
- Co Ty tutaj robisz? Odpowiadaj.
Rusty doskonale widział, że olbrzym przed chwilą płakał. A ton jego głosu był tylko usilnie groźny.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 28 Maj 2019, o 10:17

- Ciii - karzeł przyłożył palec do ust, odwracając się i stając twarzą do drwala.
Słyszał śpiewy za plecami i chociaż nagłe pojawienie się strażnika nieco przywróciło mu zdolność trzeźwego myślenia, to nadal czuł się jak we śnie.
- Nie masz się czego obawiać, bracie Adalbercie - rzekł. Mówił cicho, stanowczo. Głos mu nie zadrżał - Widzę twoją rozpacz. Ale nie lękaj się. On mnie przysłał. Mam wam przynieść ukojenie.
Widział zmieszanie mężczyzny i jego wahanie. A fakt, że olbrzym swój gniew tylko udawał, dodawał detektywowi animuszu. Podobnie, jak dobiegające ich pieśni.
- Dostrzegł twój błąd, Adalbercie - kontynuował karzeł - I chociaż go nie zapomni, daje ci szansę na odkupienie. Zaufaj Jego słudze i przepuść mnie.
Kiedy Rusty mówił, jego ręka niby bezwiednym ruchem powędrowała do kieszeni i spoczęła na derringerze. Rewolwer był gotów do strzału.
- To jest zatem twoja ostatnia okazja na uzyskanie wybaczenia. Przepuść mnie, bracie, i opuść świątynię. Sprawy, które przyszedłem tutaj rozwiązać, wykraczają poza twoje poznanie.
Karzeł był gotów do strzału. Czekał tylko na jakikolwiek nagły i podejrzany ruch drwala.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 114
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 28 Maj 2019, o 10:34

Drwal zmieszał się. Słowa Rusty'ego w widoczny sposób zamieszały mu w głowie. Jeszcze przed momentem, gdy drwal pytał, detektyw wyczuwał w nim człowieka wystraszonego, złamanego. Teraz w drwala na nowo wstąpiła hardość. Czyżby udawanie kultysty było przyczyną tej zmiany?
- Twierdzisz, że jesteś naszym bratem. - Powiedział przecierając oczy. - Ale wielebny nie do końca Ci wierzy. I ja też... Myślę, że z chęcią chciałby z Tobą porozmawiać. Może... może mi wybaczy... - Drwal rzucił się do przodu chcąc pochwycić Rusty'ego.

Drwal jest wielki. I szybki. Próba ucieczki skończy się pojmaniem. Tylko strzał dał Rustyemu wolność.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 923
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

PoprzedniaNastępna

Wróć do Inne