Content

Inne

Boston 1926

Image

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 4 Lut 2019, o 18:05

Rusty wpatrywał się kobiecie w oczy, kiedy ta roniła z nich łzy. Wszystko to brzmiało dla niego trochę jak naciągana historyjka, której Evangeline nauczyła się na pamięć, zanim do niego przyszła. W końcu często miał do czynienia z osobami zastraszanymi, wiedział dlatego, że czasem nie warto wierzyć w każde ich słowo, bo te również mogły być wymuszane.
Zaczynał podejrzewać tę całą Fundację. To mu wyglądało na jakąś bardzo poważną i wpływową instytucję. Instytucję, o której nigdy nie słyszał. Równie dobrze brał całą organizację za jedną wielką pralnię pieniędzy.
Wyznanie Evy najpierw go zaskoczyło, ale karzeł szybko się opanował i dopuścił do głosu zdrowy rozsądek.
- Nie wydaje mi się - odparł karzeł, wsypując biały proszek z powrotem do buteleczki, zawiedziony, że jego przebiegły plan dotyczący substancji się nie powiódł - A jeżeli będę musiał panią aresztować, to na pewno nie pod zarzutem morderstwa.
Z niekrytą satysfakcją patrzył, jak oczy lekarki robią się coraz większe.
- Wydaje mi się raczej, że miała pani po prostu pecha. Zobaczyła pani coś, czego nie powinna, znalazła w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie... i tyle. Być może ktoś chciał, żeby pani zobaczyła śmierć pana Thomasa, albo czuła się za nią winna, a być może przez przypadek stała się pani tylko we własnej głowie sprawcą. Jestem pewien, że to nie pani stoi za tym morderstwem, nawet, jeśli się tak pani tylko wydaje. Bo to, co pani sądzi o śmierci teścia, mogą być tylko pozory. A pozory, zwyczajem legend miejskich i Cyganek, mylą.
Detektyw odwrócił się od kobiety, wziął "Liber Ivonis" do rąk i zaczął gładzić oprawę.
- Zaczynam przeczuwać, że to pan Thomas jest pośrednio albo bezpośrednio winien swojej śmierci. Mógł to być on sam, przez głupotę może wetknął nos tam, gdzie nie trzeba, a potem odwalił kitę. Ale w tym wypadku, dlaczego testament?
- Bardziej prawdopodobne jest to, iż James odpowiada w jakiś sposób za śmierć ojca. Pokłócili się o Fundację, Fundacja jest w testamencie... Być może pan Thomas spodziewał się, że syn zechce go "usunąć", dlatego próbował zabezpieczyć siebie i, któż by pomyślał, Fundację...
- Niemniej jednak - powiedział, odwracając się do Evangeline - Chcę wiedzieć coś o tej książce - podniósł trzymany przedmiot w górę - Mam nadzieję, że widziała ją gdzieś pani wcześniej. Ponad to, interesuje mnie ta fiolka, a konkretnie - zawarta w niej biała substancja i to, co robiła ona w szafce na leki pana Kennedy'iego.
- Powiedziała pani również, że gdyby posłuchała się Jamesa, pani teść by żył. Co w takim razie poradził pani mąż?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 5 Lut 2019, o 15:21

Evangeline walczyła ze łzami i potrzebowała chwili by się pozbierać i móc odpowiedzieć na pytania Rusty'ego. Karzeł cierpliwie czekał szykując swój umysł na nadchodzące odpowiedzi. Chwila jednak przeciągała się coraz dłużej i Rusty powoli zaczynał tracić nadzieję na to, że uda się wyciągnąć z pani doktor jakieś dodatkowe informacje. Podświadomie czuł, że chyba za mocno ją przycisnął.
- Już, już. Przepraszam Pana. To dla mnie trudne... Książki nie znam. A co do Jamesa. Zakazał mi on kontaktu z teściem. Po prostu, miałam się z nim nie spotykać. Nic nie tłumaczył. Po prostu nie, bo nie. Nie rozumiałam tego, ale Bóg mi świadkiem usłuchałam męża. I nie robiłam tego, do czasu... Pojawiły się problemy... problemy... Jamesa zaczęli szukać jacyś wierzyciele... On sam stał się coraz bardziej skryty... Chciał chyba gdzieś się ukryć. Nie wiem. Nie mówił mi tego. A potem... Hmmm... Jakimś cudem teść dowiedział się o mojej pracy naukowej i przysłał mi list... I... chciał dać pieniądze na badania... I ja się zgodziłam... I nawet zgłosił się do tych badań... Przepraszam.
Evangeline wstała nagle, widać było po niej, że poziom zakłopotania sięgnął u niej zenitu. Nim karzeł zdążył zareagować Eevangeline nie było już w pokoju (choć cały czas miał wrażenie, że w ciszy wciąż rozlegał się jej cichy szloch). Potem, równie nagle, do pokoju wpadł James. Był wściekły. Twarz miał czerwoną i dyszał ciężko.
- Co sobie Pan myśli!? Nęka Pan moją żonę! Nie wiem o co Pan ją wypytywał! Ale gwarantuję Panu, że to jest ostatnia sprawa jaką Pan prowadzi!
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 7 Lut 2019, o 16:06

- Też tak sobie powtarzam - powiedział Rusty, obniżając głos. Starał się nieco załagodzić sytuację, bo nie spodziewał się po Jamesie takiej reakcji - Ale, jak widać, ciągle jestem detektywem. I dalej mam zamiar nim być. Przyzwyczaiłem się do szykan, gróźb, zastraszania i udawanego "męstwa". Pana słowa nie robią już na mnie większego wrażenia. Bo w obecnej chwili, to pan powinien spuścić głowę i zatrzymać wzrok pokornie na czubkach butów, to bowiem pan jest jednym z podejrzanych o morderstwo. A chyba nie muszę przypominać, że morderstwa, w większości krajów cywilizowanych, do jakich z pewnością należy i nasz, są surowo karane. Proszę mi wierzyć, że ja wcale nie mam ochoty tu być. Nie sprawia mi żadnej satysfakcji fakt, że przebywam w jednym domu z potencjalnym mordercą. A na razie za wspomnianego mordercę mam podstawy podejrzewać pańską małżonkę, jak i pana samego.
Karzeł wyprostował się, skrzyżował ramiona na piersi. Mówił powoli, głosem dobytym z głębi przepony. Bardzo starał się go nie podnosić.
- Apeluję zatem o spokój i zdrowy rozsądek, ponieważ nie mam najmniejszego zamiaru dać się panu zastraszyć. Zadam teraz panu kilka pytań i jeśli nie otrzymam odpowiedzi, ani chęci współpracy z pana strony, będę zobligowany do postawienia panu pewnych zarzutów i aresztowania pana. A zatem? Możemy zaczynać?
Nie dając mężczyźnie szansy na odpowiedź, Rusty odchrząknął i zaczął kolejne przesłuchanie.
- Pańska żona wspomniała coś o badaniach, które przeprowadzała i do których zgłosił się pan Thomas. Co pan o nich wie? Z tego, co mi wiadomo, pański ojciec cieszył się dobrym zdrowiem, stwierdził to nawet patolog sądowy. Dlaczego w takim razie powiadomił pan Patricka o problemach zdrowotnych ojca? Chciał pan go przez to ściągnąć do Bostonu?
- Ponad to, chciałbym wiedzieć, dlaczego Fundacja Browarnicza z Oldbarn była kością niezgody między panem, a pańskim ojcem. I co w niej takiego jest, że wywiera takie emocje w dwóch dorosłych mężczyznach?
- Chciałbym również dowiedzieć się - powiedział Rusty, wskazując leżącą na biurku, zapieczętowaną książkę - Co jest w tej księdze. I gdzie jest klucz do niej. Mam nadzieję, że nie w trumnie pana Kennedy'iego.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 18 Lut 2019, o 10:14

- Badania? Cóż tak. Moja żona prowadzi badania medyczne. Dziwi to Pana? Bo mnie nie. Jest najinteligentniejszą osobą jaką poznałem. Ma niebywały talent do nauki. Na roku, gdzie się poznaliśmy, była najlepsza. I to pomimo tego, że wykładowcą nie podobało się to, że kobieta próbuje sił w "męskim". Tak prowadziła swoje badania. Zajmowała się nimi odkąd stała się moją żoną. Współpracuje z Boston University a korespondencję prowadzi z różnymi specjalistami na terenie całego kraju.
- Nie znam motywów ojca i tego dlaczego skontaktował się z moją żoną*. Jednak biorąc pod uwagę właśnie to, i to, że ostatni rok zachowywał się coraz dziwniej** stwierdziłem, że ojciec zaczyna słabnąć na zdrowiu. I owszem pisałem do Patricka. I choć nie wyraziłem się zbyt jasno chodziło mi raczej o stan zdrowia umysłu aniżeli ciała.
- Fundacja Odlabarn... Powiem Panu tak. Źródło majątku ojca. Przez ostatnie lata chciał mnie wprowadzić w biznes. Potem, nagle mu się odwidziało i odciął mnie od tego biznesu. Miałem prawo się zdenerwować. Nawet nie wie Pan z ilu różnych własnych inicjatyw i intratnych umów zrezygnowałem po to tylko by móc współrządzić a potem przejąć Oldbarn. Wszystko po to by w końcu - na skutek jakiejś fiksacji - ojciec powiedział: "NIE". Stary wariat, nagle zostawił mnie na lodzie z niczm. Tylko dzięki odrobinie oszczędności jakoś mi się udało stanąć na nogi. A jeżeli chce Pan poznać lepiej sytuację i poprowadzić śledztwo jak należy, może powinien Pan to Oldbran odwiedzić, co? Jestem pewien, że rzuciło by ono światło na całą sprawę. Tak myślę.
- Och... Książka ojca. Dał ją mojej żonie, bo ponoć są tam jakieś zapiski z wiedzą medyczną***. Żona to trochę czytała ale nie dała rady się przebić przez dziwaczną łacińską składnię. Pełno w nim różnych zapisków. Książkę zwróciłem ojcu w dniu jego śmierci. Razem z kluczem. Nie wiem gdzie jest on teraz. Ja go nie mam.
Jej potajemne kontakty z moim ojcem rzeczywiście mnie zdenerwowały. Byłem tak zły na niego, że zupełnie nie chciałem by utrzymywał z nami jakiekolwiek relacje. Gdy odkryłem, że pomimo wszystko dotarł do mojej żony... tak byłem zły. Jednak nie tak zły gdy odkryłem, że czytała tą książkę***.

Rusty robił cały czas notatki.
* Najprawdopodobniej zna prawdziwy motyw ojca. Dlaczego nie chce mówić?
** Dziwne zachowanie ojca - James znowu czegoś nie mówi.
*** Treść księgi ??? O co z nią chodzi ??? Dlaczego Eva powiedziała, że jej nie widziała? Ktoś kłamie. James czy Eva. Dlaczego?
James wie więcej niż mówi. Czy powinienem go przycisnąć?
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 28 Lut 2019, o 21:26

- Mhm, tak... - karzeł kiwał mądrze głową, kiedy James mówił, a gdy mężczyzna skończył, a Rusty postawił kolejny znak zapytania w notatniku, kontynuował - Szkoda tylko, że zapomina pan o najważniejszym. Mianowicie - to jest, bądź co bądź, przesłuchanie. A podczas przesłuchania, i ile nie jest pan niczemu winien, mówi się całą prawdę albo przynajmniej wszytko, co się wie. A pan albo kłamie, albo nie mówi mi wszystkiego.
- Są w pańskiej opowieści pewne nieścisłości. Powiedział pan, że wściekł się na kontakty pana ojca z szanowną małżonką, ale jednocześnie nie znał pan powodów, dla których pan Thomas się do Evangeline w ogóle zgłosił. To trochę nie tłumaczy mi pana wzburzenia i wybuchowej reakcji.
- Powiedział pan również, że właśnie to zgłoszenie się do tych badań było jedną z przyczyn skontaktowania się z Patrickiem. Ale co on mógł w tej sprawie poradzić? I jakie "dziwne zachowanie" ojca miał pan na myśli? Bo albo nie dosłyszałem, albo sprzedał mi pan wyjętą z palca historyjkę.
- Mówi pan też, jakby nie znał treści tej książki. Ale skąd pan wie, że były tam skomplikowane łacińskie zwroty i dziwne zapiski? Skoro dysponował pan kluczem, oddając ją, to nie uwierzę, że nie skorzystał pan z okazji i nie przeczytał chociaż fragmentu. Zna pan przecież łacinę, podobno studiował pan razem z żoną. I gdyby nie znał pan treści księgi, nie zdenerwowałby pana fakt, że Eva ją czytała. Co jest tym bardziej dziwne, bo Evangeline powiedziała mi, że o książce nic nie wie.
- Dlatego, biorąc wszytko to pod uwagę, twierdzę, że ściemnia mi pan w żywe oczy. Jeżeli przedstawi mi pan teraz sensowną i prawdopodobną obronę, uznam, że się pomyliłem, Jeżeli obruszy się pan, zacznie mnie obrażać, wyjdzie albo zacznie odpowiadać tak, żeby uniknąć odpowiedzi na te pytania, zyskam podstawy do uznania pana za winnego i aresztowania. A nie chciałbym tego teraz robić, ponieważ mam nadzieję na wspólną przejażdżkę do Oldbarn. Nawet teraz, jeśli będzie to konieczne.
- A zatem? - zapytał Rusty, krzyżując krótkie ramiona na wydatnej piersi - Mogę wreszcie usłyszeć pełną i wyczerpującą wersję zdarzeń? O książce, kluczu do niej, zachowaniu pańskiego ojca, jego śmierci i badaniach żony?
Czekał na odpowiedź, ale jeszcze bardziej na reakcję zewnętrzną Jamesa. Nie spodziewał się usłyszeć nagle "to ja go zabiłem, poddaję się", ale z drugiej strony Eva też go na początku zaskoczyła. Podobno w małżeństwie pewne zachowania się naśladuje. Jak dobrze, że żadna kobieta nie weźmie karła za męża - jeden Rusty w zupełności na świecie wystarczał.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 1 Mar 2019, o 10:29

- Och, widzę, że mam do czynienia z przenikliwym umysłem. - James niemalże zaśmiał się. Było w nim coś irytującego. Coś co nie pasowało do pozostałej rodziny. Jego brat i kuzynka - choć ekscentryczni - wydawali się być Rustyemu autentyczni. James taki nie był; a przy najmniej nie do końca. Skrywał ws sobie tajemnicę, której nie chciał ujawnić. - Nie ściemniam. Swoje już powiedziałem. Zrobił Pan notatki, prawda? Nie mam zamiaru się powtarzać. Choć nie. W skrócie powiem jeszcze raz, żeby to do Pana dotarło. Nie wiem po co ojciec kontaktował się z moją żoną*. Treść książki znam - bo ją przejrzałem** gdy ją odebrałem Evie. Fakt. Znam trochę łacinę. Jeżeli odszuka Pan klucz to sobie będzie mógł Pan sam poszukać co się tam w tej książce znajduje. Teraz wyjdę. Więcej nie powiem bo nie uważam tego za celowe. Idę teraz do Evy zająć się nią. Jeżeli chce mnie Pan aresztować proszę przyjść z nakazem. Dziękuję.
James wstał i wyszedł z pomieszczenia. Zatrzymał się tylko na chwilę w drzwiach i odwrócił się w stronę Rustyego.
- Uważam, że ojciec zasłużył sobie na to co go spotkało. Zbadaj lepiej jego. Mam kogoś zawołać?

Rusty został sam w pokoju. James coś ukrywał. To było pewne. Czy jednak to on był zabójcą? A jeżeli tak to... jaki miał motyw? Nagle poczuł, że w pomieszczeniu jest dziwnie duszno; zapragnął pooddychać świeżym powietrzem.
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 1 Mar 2019, o 21:02

A pragnienia Rusty nigdy nie ignorował. Dlatego schował fiolkę z białym proszkiem do wewnętrznej kieszeni marynarki, ukrył też pod nią "Liber Ivonis" i wyszedł na korytarz.
James nazwał go "przenikliwym umysłem". Dla karła znaczyło to, że ugodził mężczyznę którymś pytaniem w czułe miejsce. Utwierdziło go to w przekonaniu, iż James maczał w całej sprawie wypielęgnowane rączki. I chociaż robił to w sposób nieodgadniony jeszcze dla detektywa, wątpliwości nie było.
Sugestia wyjazdu do Oldbarn była słuszna. Rusty sam się nad tym zastanawiał i żałował, że nie zdążył pojechać tam przed kolacją. Ale może jeszcze nie było nic straconego.
Na korytarzu zastał go Bauer.
- Czy coś się stało? - zapytał zaniepokojony.
- Wszystko w porządku - odparł karzeł, idąc w stronę schodów na parter - Ale potrzebuję trochę świeżego powietrza. Może pan polecić lokajowi, żeby zamknął psy? Nie chciałbym skończyć swojej kariery rozszarpany przez jakieś bestie w połowie sprawy.
Prawnika nie zdziwiły obawy detektywa przed psami. Oddalił się, żeby znaleźć lokaja.
Rusty tymczasem zszedł na dół i wszedł do jadalni. Evy i Jamesa jeszcze nie było, przy stole siedział tylko Patric, Tara Ferguson i przygaszona Marge. Karłowi zrobiło się nagle głupio, że przez niego kolacja zamieniła się w swojego rodzaju stypę. Ale cóż, taka praca. Jak się już człowiek podjął jakiejś roli, to trzeba było ją odegrać do końca.
Na widok stojących na stole szklanek z brązowym płynem Rusty poczuł niewymowne pragnienie. Jak nigdy zachciało mu się pić - pragnienie, i to nie takie zwykłe, ale to pragnienie z tych odbierających rozum, wywołanych niebywałym zmęczeniem, uderzyło mu do głowy, rozpoczynając się lekkim ssaniem w żołądku. Przechodząc obok stołu chwycił szklankę i połowę zawartości od razu w siebie wlał.
Miał tylko nadzieję, że nikt z obecnych nie odebrał tego jako braku profesjonalizmu.
Bauer pojawił się właśnie w drzwiach prowadzących do wyjścia z jadalni.
- Panie Rusty, można już spokojnie wychodzić.
Kiwnął głową i ruszył do wyjścia. Mijając towarzystwo, rzucił jeszcze:
- Panie Patricku, pozwoli pan na chwilę ze mną.
Nie oglądając się, czy mężczyzna w ogóle wstał, Rusty wyszedł przed dom. Zatrzymał się na ganku, po części z obawy przed psami, a po części unikając ciekawskich spojrzeń z wyższych pięter, a zwłaszcza pokoju pana Thomasa.
Wyjął zza pazuchy książkę. Obracał ją jedną dłonią, drugą trzymając szklankę, z której małymi już łyczkami popijał szkocką. Wiedział to, był przekonany, że to w księdze jest odpowiedź dotycząca śmierci Thomasa. Wiedział, że Eva nie miała jej w rękach, albo użyła jej do czegoś złego i dlatego nie chce o tym mówić. Wiedział, że James w jakimś stopniu przyczynił się do śmierci ojca. Właściwie pytań pozostało tylko kilka: dlaczego zabił? W jaki sposób? Kto jeszcze brał w tym udział? Co jest w księdze?
Śledztwo zatoczyło koło. Ale nie jak pies, łapiący swój ogon. Raczej jak sep, świadczący o miejscu, w którym leżą zwłoki. Sęp krążył nad Oldbarn.
Rusty przyglądał się "Liber Ivonis". Miał wrażenie, że coś wręcz pcha go do otwarcia jej. To, zdaje się, Nietzsche powiedział kiedyś, że z wszystkiego, co kiedykolwiek napisano, najbardziej lubi tylko to, co autor napisał własną krwią.
Na ganek wyszedł Patrick. Trzymał w dłoni kawałek bagietki i odrywał z niej fragmenty, wpychając je sobie do ust.
- Dość chłodna noc, prawda? - powiedział, żując.
Rusty zastanowił się chwilę, po czym ułamał spory kawałek bagietki i schował do swojej kieszeni.
- Raczy pan wybaczyć - rzucił, widząc osłupiały wzrok Patricka - Taki zwyczaj z mojego kraju.
- Nie znam takiego zwyczaju - mężczyzna nie przerywał jedzenia - Ale i nie znam pańskiego kraju. Ale tam podobno święto październikowe zaczynacie we wrześniu, toteż nie będę się wykłócał o drobnostki.
Stali tak chwilę, zasłuchani w odległe i stłumione przez drzewa odgłosy Bostonu.
- Nie wiem, czy muszę tłumaczyć panu, po co tu razem stoimy i marzniemy - odezwał się w końcu karzeł - Zakładam też, iż będzie pan przynajmniej starał się mówić wszystko, co wie, a czego nie usłyszałem podczas naszej poprzedniej rozmowy. Dlatego zaczniemy od czegoś prostego - Rusty uniósł książkę - Widział pan to kiedyś? Potrzebuję klucza do tej książki, bo może ona rzucić światło na sprawę śmierci pana ojca. Nie uwierzę, że nie obchodzi pana jego odejście i że nie chce się pan dowiedzieć, jak i przez kogo się to stało.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 5 Mar 2019, o 14:40

- Hmmm... - Patrick wziął książkę w swoje dłonie i obejrzał ją. - Taaak. Chyba ją kiedyś widziałem. To znaczy. Nie wiem czy dokładnie tą książkę. Jednak mam wrażenie, że każdy mężczyzna w Oldbarn ma taką. To zamknięcie na ten kluczyk i ta okładka. W Oldbarn zdarzało mi się ją widywać. To chyba jakaś książka do nabożeństw prawda? A co do ojca. Nie wiem czy jest mi go szkoda. Proszę mnie nie zrozumieć źle. Po prostu jest we mnie brak emocji. Ta sprawa jakoś... nie ruszyła mnie. Próbowałem przywoływać najmilsze wspomnienia związane z ojcem, jednak nie było ich tak dużo a i one... Cóż. Chyba nie miały tak wielkiej siły by wycisnąć z moich oczu choćby jedną łzę. Tym bardziej, że gdy przybyłem teraz do Bostonu to ojciec okazał się być tym samym niemiłym i zgorzkniałym wobec mnie człowiekiem. A jeżeli został zamordowany to nie wiem czy zależy mi na tym by sprawca został pochwycony. Oczywiście, niech wymiar sprawiedliwości robi swoje, ja jednak czuję, że równie dobrze mógłbym grać teraz koncerty na południu kraju i spokojnie robić swoje. Ojciec już od dawna stanowił marginalną część mojego życia.
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 5 Mar 2019, o 17:59

Rusty nie odpowiedział od razu. Stał zamyślony, podczas gdy Patrick wyraźnie coraz bardziej zaczynał się nudzić. Bo na niezręczność we własnym domu, obok karła pogrążonego w rozmyślaniach, ciężko byłoby mu się zdobyć.
Ten karzeł tymczasem przeżywał wewnątrz euforię w mikroskali. Taki zamknięty głęboko w jego detektywistycznej podświadomości orgazm, grożący zapadnięciem się i wytworzeniem w okolicy mostka kolapsu, który rozpływa się po ciele ciepłą falą, omywając koniuszki włosów, paznokci i palców stóp.
Patrick nie widział tego, ale Rusty oddychał nieco szybciej i płycej. Te kilka zdań, które mężczyzna tak machinalnie i bez większej refleksji wypowiedział, stanowiły dziwny aktywator dla detektywa. Niczym katalizator wryły się między bruzdy jego mózgu, przyspieszając procesy myślowe.
Te słowa nie stanowiły wiele. Właściwie, to w większości powiedziały mu to, co już wiedział. A jednak sprawiły, że Rusty połączył ze sobą pewne fakty, że zaskoczyły odpowiednie trybiki i oto część zagadki stanęła przed nim otworem. Ogromnym wysiłkiem woli powstrzymał się przed głębokim westchnięciem. Nie był przesądny, ale nie lubił głośno mówić o wnioskach tak ważnych, a jednocześnie tak niebezpiecznych. Wiedział, że w takich miejscach ściany mają uszy.
- Panie Kennedy - powiedział w końcu Rusty, wybijając Patricka z "medytacji" - Z wszystkiego, co usłyszałem od pańskiej rodziny i różnych ludzi związanych z panem Thomasem wnioskuję, że ma pan pełne prawo w ten sposób traktować śmierć ojca. Nie będę pana za to winił, każdy przecież może podejmować wybory, na jakie ma ochotę. Sęk w tym - kontynuował, znowu uciekając wzrokiem gdzieś w ciemność drzew - Że za pewne wybory trzeba ponosić konsekwencje. A najwyraźniej pański ojciec zdecydował się na poważny... hm, Teufelspakt...
Patrick popatrzył zaciekawiony na karła, potem próbował odnaleźć to, w co tak uporczywie się on wpatrywał. Po chwili zrezygnował i wzruszył ramionami.
- Dziękuję panu za rozmowę - odparł Rusty - Nie wiem, czy to dla pana dobrze, ale bardzo mi ona pomogła.
- Wreszcie coś pan z tego ciągłego gadania wyniósł - powiedział Patrick i poszedł z powrotem do jadalni.
Rusty rozejrzał się, czy nie obserwują go jakieś ciekawskie oczy, zwłaszcza oczy zdeformowanego lokaja. Po upewnieniu się, że pozostał we względnej samotności, wyjął z kieszeni pomięty kawałek bagietki. Zrobił w miękkiej bułce zagłębienie, po czym nasypał do niego nieco białego proszku z tajemniczej fiolki. Kulką z kawałka ciasta zalepił otwór, upewniając się, że proszek się nie wysypie, po czym wyrzucił bagietkę w ciemność. Miał nadzieję, że któryś z psów pokusi się na kawałek.
Wrócił do jadalni. Służba dalej nie przyniosła nic więcej do jedzenia, Evangeline i James cały czas pozostawali nieobecni, a Marge ciągle sprawiała wrażenie naburmuszonej i urażonej. Rusty poczuł się przez chwilę jak w przedszkolu. Chociaż nigdy w żadnym przedszkolu nie był. Zaraz przypomniał sobie jednak, że takie sytuacje w wyższych sferach chyba należą do normy.
- Drodzy państwo - powiedział karzeł, zwracając na siebie uwagę - Myślę, że nadeszła najwyższa pora, abym państwa opuścił. Niezmiernie mi przykro, że moje pojawienie się spowodowało tyle zakłopotania, muszę jednak państwa poinformować, że to nie koniec mojego śledztwa. Dalej będę dokładał wszelkich starań, aby odnaleźć sprawcę i prawdziwą przyczynę śmierci pana Thomasa.
Poczuł się przez chwilę dumny z siebie. Zabrzmiał identycznie jak policjanci, wypowiadający się w gazetach i mówiący o sprawach, nad którymi zupełnie nie mieli kontroli. Miał nadzieję, że ktoś przekaże jego słowa Jamesowi i ten pomyśli, że Rusty podczas kolacji nie dowiedział się niczego sensownego.
Pożegnał się uprzejmie ze wszystkimi obecnymi, poprosił o przekazanie przeprosin Evie, po czym skinął na Bauera:
- Odprowadzi mnie pan, z łaski swojej, do wyjścia?
Prawnik kiwnął głową i podążył za karłem, który zdążył w tym czasie wyjść z jadalni.
- Muszę pojechać do Oldbarn - powiedział Rusty, kiedy znaleźli się już z dala od jadalni - Najlepiej jutro z samego rana. Mogę liczyć na pomoc z pana strony?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 15 Mar 2019, o 21:44

- Och. Bardzo bym chciał pomóc. - Zaczął Bauer a Rusty od razu wyczuł, że za moment usłyszy niezbyt przekonywujące wymówki. Nie pomylił się.
- Mam na jutro zaplanowane kilka spotkań i muszę się z nich wywiązać. Co prawda nie do końca wiem jakiej pomocy Pan ode mnie oczekuje, jednak od razu Panu powiem, że do Oldbarn teraz nie wyjadę. Teraz. Jutro. Raczej wogole w tamtym kierunku nie będę się wybierał. Tak w ogóle to dawno poza Bostonem nie byłem. Urlop by się przydał... Jeżeli jednak jest Pan zdecydowany to mógłbym na jutro na południe załatwić dla Pana zaufanego kierowcę. Opłaconego przez pierwszy dzień. Byłby do Pana usług także później ale potrącilibyśmy to z Pańskiej wypłaty. Ot, standardowa procedura. Co Pan na to?
Rusty zastanowił się a po chwili uśmiechnął się sam do siebie. Los, w postaci słów Bauera, właśnie podsunął mu ciekawe rozwiązania. Obydwa były kuszące.
Propozycja Bauera była niczego sobie jednak sama w sobie przywołała z odmętów pamięci Rusty,ego, że w Bostonie mieszkał pewien znajomy, który miał samochód i dług wdzięczności do spłacenia.

Wybierz daesh. Albo jutro z obcym kierowca albo pozniej( najpewniej dzien pozniej) ze znajomym ktorego mozesz sama opisać
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 18 Mar 2019, o 22:31

Rusty czuł, że kierowca Kennedych może okazać się posunięciem dosyć ryzykownym. W końcu ktoś z tej rodziny z pewnością nie życzy mu dobrze. Ale jednocześnie ten mały, wredny, najbardziej rudy karzeł ukryty głęboko w jego wnętrzu nakłaniał go do pośpiechu. A Rusty wiedział, że czas w obecnej sytuacji nie jest po jego stronie. Był jak pies gończy, który zwęszył trop, a teraz nie mógł się utrzymać na smyczy.
- Chyba skorzystam z pańskiego zaufanego kierowcy - powiedział w końcu detektyw - Będę gotowy jutro w południe.
- Cieszę się, że znaleźliśmy rozwiązanie - odparł Bauer - Podam mu pański adres. I proszę się nie niepokoić, jest punktualny.
Rusty podziękował, uścisnął dłoń prawnika i przyjął płaszcz od lokaja. "Liber Ivonis" przykrył pod pazuchą, a buteleczkę dalej miał w wewnętrznej kieszeni marynarki. Kamerdyner odprowadził go pod bramę. Drogę po żwirowanej ścieżce przebyli już w milczeniu.
Karzeł poczuł się znacznie lepiej, kiedy metalowa brama zatrzasnęła się za jego plecami. Nocne ulice Bostonu, także ze swoimi ciemnymi i niezbadanymi zakamarkami, nagle wydały mu się o wiele bezpieczniejsze i przyjaźniejsze, niż jadalnia w posiadłości Kennedych.
Zanim dotarł do domu zdążył nieco ochłonąć, przemyśleć sprawę i poukładać fakty w głowie. Doszedł do wniosku, że w Oldbarn może działać jakaś sekta, do której z pewnością należał Thomas. Być może James pokłócił się z ojcem właśnie z powodu związanego z tą sektą? W każdym razie to, co skrywała tajemnicza książka, mogło dostarczyć ciekawych informacji. Jeśli tylko Rusty umiałby biegle czytać w łacinie, i to zapewne coś więcej, niż prawo rzymskie i artykuły z kodeksu postępowania sądowego.
O tym, że James nie powiedział mu wszystkiego, był pewien. Wiedział, że mężczyzna zna treść księgi i obstawał za tym, że zna przynajmniej pośrednią przyczynę śmierci ojca. Nie bardzo tylko wiedział, jaką rolę miała odegrać tam Evangeline. A może była ona tylko niewygodnym świadkiem? Mąż na pewno znał sposoby na uciszenie żony i zachowanie pewnych rzeczy w tajemnicy.
Chwilowo wersja z zaplanowanym przez Jamesa morderstwem i przypadkowym udziałem Evy była najbardziej prawdopodobna. Jednocześnie detektyw chciał wykluczyć pozostałych członków rodziny. Chciał, ale zrobić tego nie mógł.
Kiedy znalazł się już w swoim mieszkaniu miał w głowie całkiem zgrabną i poukładaną mapę myśli. Dlatego mógł w spokoju sumienia odłożyć na te ostatnich kilka nocnych godzin swój notes na biurko. Marynarkę rzucił zmiętą na fotel, obok niej położył kapelusz, kamizelkę, spodnie. Buty zdjął w drodze do łazienki, a bielizna trafiła na podłogę dopiero, kiedy napełnił sobie wannę.
Leżał w wodzie dłużej, niż zaplanował. Myślał, że umyje się i ze zmęczenia od razu padnie na łóżko, nie zaprzątając sobie umysłu sprawą, ale coś dalej nie dawało mu spokoju. Dlatego pozwolił, żeby skóra wokół paznokci rozmiękała od ciepła i wilgoci, a na starannie ułożonej brodzie skropliła się para. I właśnie w tym jednym, krótkim momencie, kiedy umysł zawisł na cienkiej granicy pomiędzy jawą, a snem, Rusty zapomniał o martwym Thomasie ze zwapnionym sercem, o tajemniczej książce i jeszcze bardziej tajemniczym białym proszku, o agresywnym Jamesie i roztrzęsionej Evie. Unosił się w ciepłej, niezmierzonej toni; przezroczysta woda omywała mu oczy, wpływała do uszu i nosa, wypełniała usta, ale była tak ciepła i przyjemna, że karzeł czuł tylko spokój i delikatne ruchy wodnej fali. Piana przed jego oczami rozstąpiła się, ukazując pochyloną nad nim Mię.
- Wiesz, co robić - powiedziała, mocząc końcówki rozpuszczonych włosów w wodzie - Pojedziesz, dowiesz się wszystkiego, rozwiążesz zagadkę i nie dasz się zabić, prawda?
Odpowiedział coś, ale nie wiedział co, bo woda zniekształciła jego słowa.
- Jeszcze nie teraz - odrzekła Mia, widocznie zrozumiawszy go - Ale nie martw się. Zdolny jesteś, poradzisz sobie.
Mia pochyliła się bardziej, zanurzyła twarz w wodzie. Zobaczył czubek jej nosa, przebijający powierzchnię, widział zbliżające się usta, oczy, brwi, rzęsy. Wtedy piana zgęstniała, zawirowała, zakłębiła się i przesłoniła mu twarz jedynej kobiety, która rozumiała nawet słowa niewypowiedziane.
Obudził się, kiedy próbując wziąć wdech, zachłysnął się wodą. Kaszląc i plując podniósł się w wannie. Przetarł dłonią twarz i rozejrzał się wokół, próbując złapać strzępki upływającego snu. Ale rzeczywistość wróciła z przeciągiem, który zmarszczył mu mokrą skórę na piersi. Woda zdążyła wystygnąć.
Wyszedł prędko, wytarł się i owinął szlafrokiem. Swoje ubranie zostawił tak, jak je rzucił, nawet na nie nie patrząc. Sennym krokiem poszedł do sypialni, a potem nie pamiętał nawet, kiedy położył się na łóżku i zasnął.
Obudził się wczesnym rankiem, ale kiedy tylko podniósł głowę, stwierdził, że spał za krótko. Przygotował sobie rzeczy na wyjazd i położył z powrotem. Wcześniejszy sen już nie powrócił.
Na godzinę przed wybiciem południa obudził się na dobre. Przebrał się, uczesał, przygotował notes, fajkę, deringera. Tym razem postanowił zabrać torbę, do której wrzucił "Liber Ivonis", piersiówkę i jabłko. W kieszeniach spodni miał trochę pieniędzy i zapałki. Czuł się w miarę przygotowany, dlatego usiadł na swoim fotelu i czekał na przyjazd kierowcy, przeglądając notatki poczynione podczas kolacji.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 23 Mar 2019, o 21:24

Usłyszał wyraźnie samochód zatrzymujący się na ulicy pod jego kamienicą. Rusty zerwał się na nogi i już miał podejść do drzwi gdy usłyszał coś, co go zaniepokoiło. Kierowca miał być sam, a tymczasem do jego uszu dotarły odgłosy wskazujące, że był tam ktoś jeszcze. Zatrzaskiwane drzwi, odgłos obcasów na bruku, krótkie komendy wydawane rozkazującym tonem!
Rusty podszedł do okna, wspiął się na niewielki podest i wyjrzał na ulicę. To co zobaczył odrobinę nim wstrząsnęło. Do furtki jego kamienicy podchodziło dwóch funkcjonariuszy policji, a odziany w prochowy płaszcz oficer stał na chodniku i przyglądał się oknom mieszkania Rusty'ego. Karzeł od razu odsunął się od okna.
Policja przyszła do niego. Lub po niego. Po zastosowanym pośpiechu detektyw doszedł do wniosku, że druga opcja była tą właściwą. Dlaczego? Tego, w tym momencie nie wiedział. Nie wiedział też czy chce to odkryć.
Co więcej, w chwili gdy wyglądał na ulicę dostrzegł też nadjeżdżający wolno samochód z nieznanym mu kierowcą i Panem Bauerem w fotelu pasażera. Wyjrzał jeszcze raz na ulicę (ostrożnie uchylając rąbek kotary) by upewnić się, czy się nie pomylił. Prawnik rodzinny Kennedy zatrzymał samochód kilkanaście metrów dalej, bliżej skrzyżowania. Jego pasażerowie z pewnością zastanawiali się co się właśnie działo.
Rozległ się dzwonek do drzwi, na które zaraz odpowiedziała głośno narzekająca gospodyni domu.
= Już idę, no już idę. Co się tak, tam gwałtują? Zamordowali kogo, czy co?
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 24 Mar 2019, o 23:21

19 października, sobota - ranek

- Hundesohn! Verfluchte Scheiße, scheißen Hurensohn!
Rusty Vanderbeck znowu poczuł, że ktoś wyprowadził go w pole. A przynajmniej wpakował w głębokie jak wagina taniej prostytutki szambo. No nie było takiej opcji, żeby ktoś inny, niż zabójca Thomasa, nakablował na detektywa na policję! Nie wierzył, że przyszli do niego, żeby powiedzieć: "wszystko załatwione, złapaliśmy tego nikczemnika". Kurwa, no nie.
Wszytko, co przygotował na wyjazd, wrzucił do kieszeni i torby, razem z fiolką, o której sobie przypomniał w ostatniej chwili. Zastanowił się, czy nie zabarykadować drzwi, ale zajęłoby to więcej czasu, niż miał na "brawurową" ucieczkę. Miał tylko nadzieję, że Bauer jeszcze chwilę tam poczeka.
Detektyw słyszał już kroki na schodach i głos gospodyni, która narzekała głośno na poranną i niezapowiedzianą wizytę. Kobieta chyba nieświadomie kupiła mu trochę czasu. Dla pewności zamknął jednak drzwi na klucz, który również schował w kieszeni.
- No - pomyślał - To wiejemy.
Chwycił prześcieradło z łóżka i popędził do łazienki, przeskakując nad skarpetkami, które zostawił w nocy na płytkach. Rozerwał materiał, jeden koniec przywiązał do framugi okna, a resztę wyrzucił na zewnątrz. Jak dobrze, że okno wychodziło na tył budynku. I jak dobrze, że jego mieszkanie było tyko na pierwszym piętrze.
Okazało się jednak, że pierwsze piętro dla karłów mnożyło się co najmniej przez dwa. Przynajmniej prześcieradło nie było w wersji "a la krasnoludek".
Rusty przyklepał kapelusz na głowie, chwycił torbę w zęby (okazała się jednak trochę ciężka, jak na jego dziąsła), po czym przełożył nogę przez okno. Słyszał, jak policja dobija się do zamkniętych drzwi w towarzystwie kolejnych narzekań gospodyni, szukającej zapewne kluczy.
Detektyw nie miał nigdy okazji wspinać się po drzewach ani żadnych budynkach. Musiał jednak przyznać, że ucieczka w stylu więziennym nie wyszła mu najgorzej. Zeskakując, puściwszy rąbek wiszącego jeszcze dość wysoko nad ziemią prześcieradła, tylko obtarł kolana. Niezły początek dnia. Obiecał sobie, że jak dorwie mordercę (w którego istnienie właśnie całkowicie przestał wątpić), to go pod podwoziem samochodu przeciągnie. Bo pływać statkiem nie bardzo umiał.
Przypadł do ściany budynku, wyglądając na ulicę. Mężczyzna w prochowcu zniknął, zapewne zawołano go do mieszkania. Dobrze. To mogło się jeszcze udać.
Karzeł przywarł do ziemi i podczołgał się wzdłuż ściany, w stronę ulicy. W wejściu do budynku nikogo nie było, w samochodzie policji też nie. Miał dosłownie kilka chwil, żeby dotrzeć do Bauera, zanim na górze zorientują się, że jest na zewnątrz.
Rusty wstał i najszybciej, jak tylko był w stanie na krótkich nogach, pobiegł za sąsiedni budynek. Tam, skryty w cieniu i za ceglanymi ścianami, ruszył w stronę skrzyżowania, przy którym zatrzymał się Bauer. Kiedy ominął kamienicę, znalazł się nieco za samochodem. Przywarł niemal do samej ziemi, znowu przeczołgał i ostrożnie uchylił drzwi samochodu.
Zaskoczeni mężczyźni spojrzeli się do tyłu, ale karzeł szepnął ostro:
- Przed siebie się patrzcie!
Wtoczył się pod tylne siedzenia i zamknął drzwi. Leżał na brzuchu, a jego postura umożliwiła mu nawet wyprostowanie nóg. Wolał się nie wychylać z okien przez jakiś czas.
- Proszę teraz powoli ruszyć - powiedział, pozwalając wreszcie sercu zabić mocniej, a płucom złapać większy oddech - I nie rozglądać się. Ostrożnie ruszamy i nie zwracamy na siebie uwagi. A ja tu sobie poleżę. I pomyślę trochę.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 1 Kwi 2019, o 10:36

Reakcja Bauera wskazała jednoznacznie jak mało zaskoczony był rozegraną właśnie scenę. Kiwnął tylko głową i ponaglił kierowcę, który bez wątpienia zaskoczonym był (szeroko otwarte oczy i usta); prawnik musiał w swym życiu widzieć naprawdę wiele.
Kierowca wrzucił bieg i samochód ruszył powoli przed siebie. Leżąc na podłodze samochodu Rusty nie miał wpływu na rozwój wypadków i mógł się tylko biernie poddać jego biegowi. Miał nadzieję, że jego dzika eskapada nie zostanie zbyt szybko odkryta i uda mu się oddalić z miejsca wydarzeń. Czekał.
Samochód toczył się przez całą wieczność, gdy w końcu dotarł do skrzyżowania i skręcając w boczną drogę zniknął potencjalnemu pościgowi z oczu. Rusty nie był pewien, czy poci się z nerwów czy dlatego, że w samochodzie było piekielnie duszno.
- No, Panie Vanderbeck. - Powiedział w końcu Bauer nie oglądając się za siebie. - Porobiło się. Powiem Co wiem, bo od wczorajszej kolacji sprawy diametralnie się zmieniły. O wszystkim dowiedziałem się dzisiaj rano. Ewa zniknęła. W jej pokoju w rezydencji Kennedych miano znaleźć krew na łóżku, natomiast w pokoju Jamesa zakrwawiony nóż. Potencjalne narzędzi zbrodni. James gdy to odkrył wpadł w szał i mówił, że ją porwano. Że ją dopadli. Co gorsza nie wiadomo kto wezwał policję i prokuratora. Po prostu pojawili się w domu w godzinę po dokonaniu odkrycia a nie przypominam sobie by ktoś z nas dzwonił po nich. Tak, tej nocy wszyscy nocowali w domu (porządkowałem jeszcze zaległe umowy zmarłego i szykowałem odpowiednie umowy spadkowe).
- Jamesa zabrano na przesłuchania. Natomiast, co gorsza, nigdzie nie znaleziono ciała Ewy.
- Gdy Policja była w domu lokaj wspomniał o Pana wczorajszej obecności w naszym domu. Z miejsca postanowiono wciągnąć Pana w poczet oskarżonych.
- Ale najlepsze zostawiam dla Pana na koniec. Dzwoniłem do znajomego prokuratora. Żadne zgłoszenie do nich nie wpłynęło. Rozumie Pan? Nikt nie zgłosił morderstwa Evangeline Kennedy. Nikt nie aresztował Jamesa. Prokurator był zdziwiony moimi pytaniami.
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 8 Kwi 2019, o 13:23

- Panie Bauer - powiedział Rusty, cały czas leżąc pod tylnymi siedzeniami - Wydaje mi się, że ta sprawa jest znacznie poważniejsza, niż się nam obojgu wydawało. Oldbarn uderzyło. A teraz kierujemy się prosto w paszczę lwa.
Bauer nie reagował. Chyba sam dostrzegł i odczuł powagę sytuacji.
- Eva sypnęła - odezwał się po dłuższej chwili detektyw - Sypnęła coś, czego sypnąć nie powinna. Ktoś się jej pozbył. A zrobił to zmyślnie - upozorowane morderstwo, obciążające Jamesa, którego też trzeba się było pozbyć. I puf! Nie ma dwóch osób.
- Nie wykluczam jednak możliwości - kontynuował Rusty - Że to oni sami chcieli zniknąć. Tylko wtedy po co? Pojechali do Oldbarn przed nami i teraz czekają, żeby co zrobić? Postraszyć?
- Najgorsze jest to, że ktoś ma ładne wtyki w policji. Chyba, że w moim mieszkaniu właśnie są ludzie odpowiedzialni za zniknięcie Evy i Jamesa. Obydwie opcje bardzo mi się nie podobają. To źle, że kontaktował się pan z prawnikiem. Normalnie sam bym o to poprosił, ale w tej sytuacji obawiam się, że ludzie za to odpowiedzialni policję i prokuraturę mają na haku. Chociaż, może obydwie instytucje się w końcu na coś przydadzą i będą drążyć sprawę? Jeśli nikt ich nie zastraszył albo nie przekupił, powinni zainteresować się sprawą, a wtedy nasi tajemniczy sprawcy poczują oddech na karku.
Jechali przez chwilę w milczeniu. Rusty czuł pod plecami każdą nierówność drogi, a kiedy unosił lekko głowę, przez okno widział czubki drzew lub dachy domów.
- Nie chciałby pan jednak usiąść? - zapytał niepewnie kierowca.
- Danke, poleżę sobie.
- Jednego nie rozumiem - odezwał się w końcu Bauer - Jak sprawca dostał się do domu? Byliśmy tam wszyscy, ktoś musiałby zauważyć.
- Spokojnie - zmitygował karzeł - Nie zakładajmy od razu jednej wersji. Wcale nie jest powiedziane, że to nie był James. Tak jak mówiłem, mogli to zaplanować. Chociaż... przypomniał mi pan. Jak tam pieski? Nie było słychać szczekania albo wycia? A właściwie, to ta "policja", która była u was, nie zabroniła wam przypadkiem opuszczać miasta? Bo to raczej normalna procedura w takiej sytuacji.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 11 Kwi 2019, o 13:46

- Słuszna uwaga Panie Rusty. Psy były spokojne całą noc. Słyszałem jak jedna z pokojówek rozmawiała z lokajem na ten temat. To chyba nawet była Abby Cole. Nie widziałem rozmawiających, tylko słyszałem, stąd moja niepewność.

Bauer nie jechał z Rustym dalej jak do obrzeży miasta. Zatrzymali się przy postoju taksówek. Prawnik wysiadł z samochodu i na odchodnym powiedział do Rustyego, że zajmie się sprawą legalności działań policji i postara się ustalić na miejscu z kim tak naprawdę mieli do czynienia.
- Jestem niemalże pewien, że przyszli po Pana przebierańcy. Może nawet Ci sami, którzy w jakiś sposób dopadli Evę i Jamesa. Niech Pan na siebie uważa tam w Oldbarn. A... nie wiem jak długo chciałby Pan tam zabawić, na dworcu kolejowym można wynająć pokoje na poddaszu.
Potem Bauer odwrócił się od nich i już ręką przywoływał taksówkę. Jeszcze chwila, a siedział w jej wnętrzu i odjeżdżał drogą powrotną do centrum Bostonu.


Droga do Oldbarn dłużyła się Rustyemu niemiłosiernie. Kierowca nie był zbyt wylewny a grzejące przez szybę słońce sprawiało, że do kabiny samochodu zaczynała wlewać się senna atmosfera. W każdej innej sytuacji głowa karła już dawno opadła by na pierś i kiwała by się łagodnie w rytm jazdy samochodu. Tym razem jednak było inaczej. Tym razem kołatające się po głowie myśli nie pozwalały na tego typu przyjemności. Zniknęła Eva. James został aresztowany. Bauer twierdzi, że dokonali tego przebierańcy, którzy chcieli zgarnąć też i Rustyego. Czyżby wróg doszedł do wniosku, że postać karła była dla niego niebezpieczna? Jeżeli tak, to musiał bardzo blisko otrzeć się o sedno sprawy. W jakiś sposób musiał wroga rozdrażnić. Czy samo przystąpienie do śledztwa było tym powodem? Czy może jednak zrobił coś więcej? Coś powiedział, zrobił? Możliwości było kilka i każda z nich była prawdopodobną. Tak czy inaczej, jeżeli ktoś decyduje się na to by "załatwić" detektywa prowadzącego śledztwo musi mieć do ukrycia coś na prawdę brzydkiego i jednocześnie mieć pewność i możliwość, że uda mu się zatrzeć ślady.
Wróg. Kim był? Czy był nim James? Kochających małżonek, który ma coś do ukrycia? Czy może nieżyjący już Thomas Kennedy, który swoje tajemnice zdążył zabrać już do grobu? A może żaden z nich? Może istniejące w Oldbarn siły trzecie?

- Oldbarn. Hmmm... Ciekawe czy jeszcze prowadzę śledztwo czy już walkę o przeżycie.
- Co? Mówił Pan coś? - Kierowca spojrzał na niego w lusterku.
- Nie, nic. Zdrzemnę się, miałem ciężką pobudkę.

Sen jednak nie bardzo chciał przyjść i Rusty ostatecznie ze zrezygnowaniem wpatrywał się w mijany wokół krajobraz. Najpierw tereny miejskie przeszły w podmiejskie a potem były tylko proste miasteczka wsie i w końcu farmy. Z każdym kilometrem cywilizacja człowieka topniała ustępując miejsca naturalnym krajobrazom wymalowanym przez Matkę Naturę. W końcu jedyną oznaką ludzkiej ręki była wąska droga wijąca się serpentynami wśród wzgórz i wykrotów. Przy drodze stały jeszcze słupy linii telefonicznej i w niektórych miejscach barierki zabezpieczające drogę kiedy ta przechodziła w wysoki nasyp. Jesienne lasy zrzuciły już swe złote i czerwone barwy ustępując miejsca nagim i smętnym gałęziom. Sam las wydawał się być pierwotnie dziki i w pewien sposób majestatycznie... groźny.

- Panie Rusty. Proszę się obudzić. Mamy problem.
Rusty otworzył oczy zaskoczony tym, że zasnął. Spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina 15.00 a słońce powoli zaczynało kończyć swą wędrówkę po niebie; las zrobił się bardziej cienisty. Było też wyraźnie chłodniej. Samochód stał na poboczu ze zgaszonym silnikiem.
Rusty rozejrzał się po okolicy i od razu zauważył problem. Przed nimi, jakieś 100 metrów przed maską samochodu, grupa drwali usuwała z drogi przewalone drzewo. W tym momencie grupa nie pracowała tylko obserwowała samochód gości. Rusty dostrzegł też tablicę informującą, że właśnie wjechali do Oldbarn. Tablica, życzyła podróżującym miłego pobytu.
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 15 Kwi 2019, o 09:47

- Niech pan podjedzie bliżej - polecił karzeł - Tylko nie z a blisko.
Kierowca na powrót zapalił silnik i powoli podjechał do grupki drwali. Ci nadal wpatrywali się w samochód.
Rusty nie wiedział, czy to przez poranną pobudkę, wczorajszą kolację, czy też przez przeczytanie zbyt wielu opowiadań grozy widział w sytuacji zagrożenie. Bo nadmierna podejrzliwość w jego zawodzie nigdy nie była uznawana za wadę. Niemniej jednak Rusty czuł, że to spotkanie nie skończy się dobrze. I że nie jest dziełem przypadku.
Kierowca, zgodnie z poleceniem karła, nie gasił silnika. Przygotował się też, żeby w razie potrzeby ruszyć wstecz. Rusty tymczasem otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Cały czas pozostawał jednak blisko samochodu.
- Dzień dobry panom - powiedział, unosząc dłoń w powitalnym geście - Jak tam? Damy radę przejechać jeszcze dzisiaj?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 17 Kwi 2019, o 09:40

Jego słowa trafiły w ścianę milczenia. Jeżeli wcześniejsze pojawienie się samochodu na drodze poruszyło pracujących drwali to w momencie gdy wysiadł z niego karzeł byli już zupełnie zdumieni; wszyscy odłożyli narzędzia pracy i wpatrywali się w niewielkiego człowieka. Detektyw był pewien, że jest dla nich atrakcją oglądaną pierwszy raz w życiu. I przyczynną zakłopotania, bo drwale nie od razu odpowiedzieli; szum lasu był ogłuszająco głośny.
W końcu jeden z nich przemówił:
- Damy radę. A pewnie. Trzeba tylko poczekać. A Pan to nie pobłądził czasem? Mało kto nas tutaj w Oldbarn odwiedza.
Mężczyzna wyglądał na najstarszego a przynajmniej miał największą brodę. Rusty nie mógł wprost określić jego wieku. Twarz zniszczona wiatrem i słońcem zdawała się należeć do człowieka starego. Jednak wyprostowana sylwetka i postawa wskazywała na silnego mężczyznę w kwiecie wieku. Podobnie rzecz miała się z pozostałymi drwalami.
- Nie nasza to sprawa oczywiście, ale jaki to interes przygnał Pana w te strony?
Mężczyzna wystąpił parę kroków w stronę Rustyego. Uśmiechał się przyjaźnie.
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 17 Kwi 2019, o 22:28

No i tryb incognito trafił szlag. Coś tak czuł, że idzie za dobrze.
W jego głowie dokonała się błyskawiczna analiza sytuacji. Nie wiało, nie było burzy. Takie drzewo nie przewaliłoby się ot tak, na środku drogi, tym bardziej, że żadne inne nie leżało powalone.
Po co ich aż tylu? I na piechotę z Oldbran przyszli? I jeszcze ten jeden, który go wypytuje. Ewidentnie zostali wysłani, żeby go zatrzymać. Albo skądś dowiedzieli się, że jakiś obcy zbliża się do Oldbran i chcieli dowiedzieć się o nim więcej? A może w miasteczku właśnie działo się coś, co powinno pozostać ukryte i scena z drwalami miała go tylko opóźnić?
A może Rusty popadał w paranoję? Po tylu latach pracy?
Miał do wypróbowania kilka możliwości: mógł powiedzieć prawdę, że szuka odpowiedzialnych za śmierć Kennedy'iego. Mógł powiedzieć, że chciałby odwiedzić Fundację Browarniczą. Mógł też wyciągnąć zza pazuchy "Liber Ivonis" i powołać się na swoje zmyślone stanowisko w tajemniczej i prawdopodobnej sekcie. Każdy plan był na swój sposób dobry i każdy ryzykowny. Ale wybrać mógł tylko jeden.
Vanderbeck również odpowiedział uśmiechem. Wymuszonym.
- Potrzebuję odwiedzić Fundację Browarniczą - powiedział, siląc się na niefrasobliwość. Na wszelki jednak wypadek, niby niedbałym, niepozornym ruchem, włożył dłoń do kieszeni, w której trzymał derringera - Rozumie pan, powody służbowe i takie tam. Prawo podatkowe jest nieubłagane, tak samo, jak cała ta biurokracja i papierologia.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 18 Kwi 2019, o 10:17

- O? A jedzie Pan do Pana Kellera czy do Millsa?
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

PoprzedniaNastępna

Wróć do Inne