Content

Inne

Boston 1926

Image

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 21 Gru 2018, o 22:30

- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł i ucałował wierzch, jakże pięknej, dłoni - Cieszę się, że jest tu ktoś, kto z niecierpliwością oczekiwał mojego przyjścia.
Chociaż z drugiej strony, był ciekaw, dlaczego Marge tak entuzjastycznie podeszła do jego spotkania.
Podszedł następnie do pani doktor. Obdarzyła go znudzonym spojrzeniem, jednak detektyw czuł, że za tą maską obojętności kryje się niepokój. Jej rękę również ucałował. Musnął zaledwie ustami chłodną skórę, powstrzymując się od wzdrygnięcia.
- Panie Vanderbeck - powiedziała cicho.
- Pani Kennedy - odparł, skłaniając głowę.
Kiedy podchodził do Jamesa, mężczyzna chował zegarek do kieszeni marynarki. Uścisnęli sobie dłonie. Najstarszy syn Kennedy'iego miał mocny uścisk, ale delikatne palce. Widocznie więcej czasu spędzał przy biurku, czy też rozmawiając z ważnymi ludźmi i tego typu sprawy charakterystyczne dla klasy "wyższej". Jakże karzeł nie lubił tego określenia.
Bauer wskazał mu miejsce na wersalce, Rusty podziękował skinieniem głowy, nie zajął jednak miejsca. Dostrzegł, że kelner właśnie wniósł do pokoju srebrną tacę z kieliszkami. Gdy kobiety sięgnęły po swoją porcję, detektyw podniósł dwa losowo wybrane kieliszki. Podał jeden z nich Bauerowi i powąchał swój.
Wyczuł wino, pachniało owocami i dębową beczką. W płynie zanurzono skórkę cytrynową, która dodawała jeszcze więcej aromatu. Kiedy wszyscy wzięli po łyku ze swoich szkieł, karzeł zdecydował się spróbować. Alkohol był przezroczysty i gorzko-kwaśny. Lillet.
Kiedy pili, Rusty przyjrzał się wszystkim zebranym jeszcze raz. James dalej sprawiał wrażenie gburowatego i nadętego, Ewangeline widocznie starała się ukryć zdenerwowanie oraz zagubienie i nie najlepiej jej to wychodziło, a Marge Stanford natomiast wprost emanowała pozytywną energią. Zupełnie, jakby w pojedynkę chciała odeprzeć mrok i chłód panujące w pokoju. Czarnoskóra służąca dalej wpatrywała się w detektywa. Albo nigdy nie widziała karła, albo bardzo ciekawił ją mały człowiek.
I te rzeźby na postumentach. Budziły niepokój. Dłuższe patrzenie na ciała zgrabnych kobiet połączonych z ptakami odzywało się dreszczem gdzieś przy potylicy i przechodziło w dół kręgosłupa, do samych lędźwi. Nie wiedzieć czemu, w tym właśnie momencie, przy dziwnym skurczu mięśni lędźwiowego odcinka pleców, Rusty pomyślał o Mii. O ileż bardziej wolałby teraz odwiedzić ją, opowiedzieć o tym spotkaniu, popatrzeć w półmroku na jej ciało, niż siedzieć w jednym pokoju z potencjalnym mordercą i jego rodziną. Albo morderczynią?
Aperitif pozwolił utrzymać niezręczną ciszę tylko przez chwilę. Według niepisanego Kodeksu Spotkań Towarzyskich Ludzi Bogatych w takim momencie należało rozpocząć rozmowę.
- Właśnie, panno Marge - Rusty zwrócił się do kobiety - Po takim miłym powitaniu mogę wywnioskować, że słyszała już pani o mnie. I zakładam, że nie były to niepochlebne epitety, mam rację?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 27 Gru 2018, o 10:46

- Och, rzeczywiście, słyszałam! Dlatego tak bardzo zaintrygowało mnie całe to... przedsięwzięcie. - Mówiąc to Marge zaśmiała się perliście, niemalże teatralnie. Wszyscy zebrani spojrzeli się na Marge karcąco; od razu widać było, że reszta rodziny (w tym też i służba) nie bardzo przepada za atrakcyjną kuzynką.
- Na miłość Boską, Marge. Zachowuj się. - Rzekł James.
- Och, przepraszam. Nie chciałam. - Odpowiedziała mu rezolutnie Marge z udawanym zażenowaniem. - Ale wiesz, James, że za moment wleci tutaj Patrick i będzie jeszcze... weselej.
- Co nie zmienia fakty, że TY mogłabyś wykazać trochę więcej ogłady. - James podszedł do żony i zaczął z nią cicho rozmawiać, tracąc dalsze zainteresowanie 'fiśniętą' kuzynką.
- I różne rzeczy udało mi się o Panu usłyszeć. Zapewniam Pana. Zaintrygował mnie Pan swoją osobą. I to bardzo. - Marge puściła do Vanderbecka oko.

***

- Witam Was! - Powiedział Patrick Kennedy wchodząc do salonu w towarzystwie kolejnej pięknej kobiety. - Wybaczcie nam nasze spóźnienie, ale mgła była taka, że taksówkarz musiał jechać bardo wolno. - Patrick uśmiechnął się, ale jego partnerka dostała nagle pąsów i szturchnęła go lekko łokciem.
- Och, ale to prawda moja droga, mgła była potworna! Musieliśmy jechać naprawdę ostrożnie. Moi drodzy, chciałbym Wam przedstawić moją nową muzę. Panna Tara Ferguson.
Wszyscy zgromadzeni przywitali się z Panną Ferguson grzecznie, choć nie bez większego entuzjazmu.
- Założę się, że Patrick odwiedzi dzisiejszej nocy następne dwie swoje muzy.

Image


Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 28 Gru 2018, o 21:10

Kiedy Patrick wraz ze swoją aktualną wybranką przywitali się z obecnymi, Bauer wystąpił na środek:
- Drodzy państwo, skoro wszyscy już są na miejscu, myślę, że możemy przejść do jadalni - powiedział, przechodząc na bardziej oficjalny, przypominający herolda, ton.
Poprowadził ich do pokoju obok. Czarna służąca otworzyła im drzwi.
Jadalnia była duża i wystawnie urządzona. Na środku pokoju stał długi stół z ciemnego drewna. Przy jego dalszym końcu przygotowane stały zastawy. Brakowało obrusa - widocznie Kennedy chcieli pochwalić się meblem i tym, że nie straszne są im koszta jego renowacji po latach używania.
Nad stołem wisiały dwa kryształowe żyrandole. Pomimo wszechobecnej siły elektryczności, działającej także na nich, kinkiety zdawały się być zabytkiem, zaadoptowanym do wynalazków nowożytności. A zmniejszające się ku dołowi kryształki, tworzące coś na kształt kropli spływających spod żarówek, robiły piorunujące wrażenie. Zwłaszcza na kimś, kto na studiach uczył się przy świecy, żeby oszczędzić na tytoń.
Refleksy światła odbitego przez kryształ padały na ściany, stół, drewnianą wypastowaną podłogę oraz twarze zebranych, tworząc fantastyczne geometryczne świetlne kształty. Zmieniały trochę rysy twarzy każdej osoby, przez co Rusty miał przez chwilę wrażenie, że wszedł do sali razem z grupą prestidigitatorów.
Naprzeciw stołu, po prawej od drzwi, znajdowały się duże okna. Wychodziły na front posiadłości, przez co z jadalni dokładnie było widać żwirowany plac i ścieżkę do lasu. Karzeł pomyślał, że okna miały dodawać pomieszczeniu katedralnego, wzniosłego charakteru, a goście powinni się czuć w nim maluczcy. Nie wiedział, co odczuwają pozostałe osoby, ale on miał wrażenie, że nagle się skurczył.
James powiódł korowód wzdłuż najdłuższej ściany. Minęli kilka służących i kelnerów, wszystkich czarnych, którzy stali niczym karna kompania pod ścianą, tuż przed półkami pełnymi książek i komodami o nieznanej zawartości. Żadne z nich nie podniosło na zbierających się wzroku.
Mężczyna stanął za krzesłem u szczytu stołu. Po jego prawicy stanęła Ewangeline, po lewej, naprzeciwko bratowej, przystanął Patrick wraz ze swoją "muzą". Martin Bauer zajął miejsce obok Tary. Rusty wybrał sobie miejsce obok Ewy, a krzesło po prawej wskazał Marge. Dziewczyna z uśmiechem i chęcią przysiadła się do karła.
James dał znak i wszyscy usiedli. Służący wyszli gęsiego przez boczne drzwi, nie wydając najmniejszego dźwięku.
Rusty przyjrzał się zastawie. Wiedział, że bogaci ludzie mieli pewne zasady obowiązujące nawet podczas posiłków, ale ilość sztućców i kieliszków i tak go zaskoczyła. Jednak największe wrażenie zrobiła na nim jakość tego, co miał za chwilę zabrudzić jedzeniem. Srebrne noże, widelce, łyżki i łyżeczki ktoś musiał chyba polerować jedwabiem, bo skrzyły się bardziej, niż oczy Marge. Porcelanowe talerze miały pozłacane na brzegach wzory, najpewniej ręcznie malowane. Detektyw nie zdziwiłby się, gdyby ktoś powiedział mu, że porcelana pochodzi z górskiej wioski w Chinach, gdzie sto lat temu buddyjski mnich, podczas pielgrzymki z Indii, własnymi rękoma wykopał cenną glinkę i wypalił z niej talerze, które potem ozdobił złotą farbą pochodzącą z tych samych gór. Patrząc na jakość wykonania naczyń, Rusty wcale by się nie zdziwił.
Służba wróciła z przystawkami i winem. Zimny alkohol rozlano do odpowiednich kieliszków, a przed gośćmi na niewielkich talerzach wylądowały szklane pucharki na cienkich nóżkach. Na brzegu naczynia zawieszone zostały krewetki, a wewnątrz Rusty dostrzegł coś, co mogło stanowić sałatę, odrobinę kawioru oraz biały sos, pachnący pieprzem i koniakiem.
I wtedy nadszedł dość krepujący dla karła moment. Po pierwsze - nie bardzo wiedział, jak się za krewetki zabrać, dlatego musiał zacząć z opóźnieniem, żeby podejrzeć co zrobią pozostali goście. Po drugie - znowu nastąpiła cisza. Jak na złość dzisiaj nikt za bardzo nie miał ochoty do rozmów. A Rusty potrzebował tych rozmów. Potrzebował każdego słowa, każdego gestu, zawahania w głosie, mrugnięcia, grymasu, tiku. Dlatego nastawił dokładnie uszy, starał się ukradkiem przyglądać każdemu z osobna i zaprzągł do pracy wszystkie umiejętności, w tym także podzielność uwagi, żeby nie opluć sobie brody krewetkami.
W końcu jednak Patrick zaczął opowiadać o czymś bratu, Bauer postanowił zająć w tym czasie Tarę, a Rusty, siedzący pomiędzy Ewangeline, a Marge, zwrócił się do tej drugiej:
- Skoro jest pani dalszą kuzynką naszych gospodarzy - zaczął - To mieszka pani w Bostonie? Czy przyjechała tu pani z powodu śmierci pana Thomasa Kennedyiego?


Chciałabym dowiedzieć się ( w sensie dopytać jej), kiedy przyjechała dokładnie (jeśli przyjechała), na czyje zaproszenie się tu zjawiła i chcę zadać jej pytanie w stylu: "Szkoda, że taki zdrowy człowiek tak niespodziewanie zachorował i zmarł, prawda?" tak, żeby usłyszała je Ewangeline. Myślę, że możesz moje pytania, albo chociaż same odpowiedzi zamieścić w swoim odpisie, żeby nie przedłużać tej kolacji :P A potem może będę jeszcze miała jakieś pytania do moich towarzyszek.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 1 Sty 2019, o 14:51

Marge - a wystarczyło na to tylko pierwszych pięć minut rozmowy przy stole - wydała się Rusty'emu kompletnie oderwana od ponurej rzeczywistości rodziny. Owszem docierało do niej to, że jej wuj zmarł, jednak nie była z tego powodu tak ponura jak cała reszta. Paradoksalnie, wydała się ona karłowi jedyną osobą, którą szczerze śmierć pana Kennedy'ego dotknęła.
Marge była jedyną córką starszej siostry zmarłego. Pani Olivia Stanford (z domu Kennedy) zmarła przed wieloma laty, gdy Marge miała ledwie dwa lata; matka zginęła w Oldbran po tym jak pokopał ją koń i w złamania wdarła się gangrena. Córkę wychowywał ojciec - Sulivan Stanford, jednak i jemu się zeszło z tego świata nim panna Marge zdążyła uzyskać pełnoletniość. Wtedy to na ostatnie lata przed dorosłością w opiekę wziął ją Thomas Friderick Kennedy. Trafiła do tego domu i tu przez ostatnie 3 lata przed uzyskaniem pełnoletności mieszkała. Potem, gdy nadarzyła się okazja, wyjechała do Afryki badać tajemnice Czarnego Lądu.
- Wiesz, wuj jako jedyny wspierał mnie w tej decyzji. Mówił: "jedź, chcesz to jedź, pomogę Ci". Od zawsze fascynowała mnie Afryka i tajemnice jakie przed białym człowiekiem ona skrywa. Wuj zdawał się podzielać moją pasję. Chyba za młodu też lubił podróżować, ale nie wiem tego na pewno. Gdy go o to pytałam uśmiechał się tajemniczo. Cóż teraz już się tego nie dowiemy.
Marge wracała do Domu w Bostonie najczęściej jak tylko mogła ale wypadało to nie częściej niż raz na rok i to na parę tylko dni. Z racji mniejszej różnicy wieku i większej zbieżności charakteru lepiej dogadywała się z Patrickiem - młodzszym z braci.
- James zawsze był taki oficjalny, wiesz? Ocho, patrzy się na nas. Później Ci o nim poopowiadam. Hej, James. Jak interes? - Marge pomachała przez stół do naburmuszonego kuzyna. Ten pokiwał tylko głową ze zrezygnowaniem i wrócił do rozmowy z bratem.

Na głośną wzmiankę o stanie zdrowia Pana Thomasa, Evangeline drgnęła. Wyraźnie. Coś wiedziała.

Kolacja trwałą nadal.
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 5 Sty 2019, o 18:59

Ewa, Ewa, Ewa... Ty coś ukrywasz. Tylko jeszcze nie wiem, co dokładnie. Rusty miał wcześniej podejrzenia co do kobiety, ale nie chciał zakładać czegoś zbyt szybko. Teraz jednak coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że Evangeline mogła być zamieszana w morderstwo Thomasa. Lecz dalej miał w głowie tę natrętną myśl, że się myli.
Ale po kolei. Starszy Kennedy spodziewał się, że ktoś będzie chciał go zamordować, stąd ta poprawka w testamencie. Ba, pisał tam, że jest pewien, iż to ktoś z jego rodziny będzie chciał odebrać mu życie. Spodziewał się nawet, że będzie to wyglądało na śmierć naturalną.
Przyczyna śmierci wydawała się być normalna - niewydolność serca. Ale spowodowana nieznaną jednostką chorobową. A pan Thomas cieszył się zdrowiem i lekarz sądowy sam powiedział, że mężczyzna nie powinien tak umrzeć. I jeszcze to powiększone, zwapnione serce...
Karzeł był skłonny zaufać testamentowi, dlatego był przekonany, że morderstwa dokonał ktoś z obecnych w jadalni. Ciężko było mu podejrzewać Bauera, ponieważ to on sam przyszedł po niego i przedstawił mu sytuację. Gdyby to on był w to zamieszany, wybrałby mniej doświadczonego detektywa albo nie wybrałby nikogo.
Patrick i James, jako surowo traktowani przez ojca synowie, wydawali się być bardziej prawdopodobnymi sprawcami. Zwłaszcza James, jako spadkobierca, najstarszy z rodzeństwa...
Evangeline była podejrzana, od kiedy Rusty usłyszał, że kobieta w samotności spotykała się z tą całą Abby Cole, szefową kuchni. Skoro była lekarzem, z pewnością wiedziała, jak wywołać zgon przypominający naturalny. Była też małżonką Jamesa, więc obydwoje mogli zaplanować morderstwo.
Patricka podejrzewał chyba najmniej. No i została jeszcze Marge. Urocza, rezolutna Marge. Gdyby nie to, że Rustiego obowiązywał pewien kodeks pracy zawodowej oraz kontrakt z rodziną, nie miałby nic przeciwko bliższemu poznaniu dziewczyny. Ale z racji tego, że wiedział o niej mniej, jej również nie mógł wykluczyć. Wybijała się na tle pozostałych członków rodziny tak bardzo, że nie sposób było jej ignorować, a tym bardziej nie doceniać. To wszystko mogła przecież być jedna wielka gra.
Detektyw nie odrzucał również tego, że każdy z obecnych mógł być odpowiedzialnym za śmierć Thomasa Fridericka Kennedy'ego. To by była dopiero sprawa...
Rusty Vanderbeck stwierdził wtedy, że chyba pora zacząć wyciągać wnisoki i stawiać hipotezy. Teraz zakładał otrucie denata, wykonane najprawdopodobniej przez Evangeline z polecenia Jamesa. Bo do tego prowadziły go wszystkie poszlaki...
- Wspomniała pani o podróży do Afryki - zaczął Rusty, odłamując spokojnie płetwy ogonowe krewetek i odgryzając powoli kawałki mięsa - Miałem do tej pory okazję tylko czytać o zwyczajach rdzennej ludności Czarnego Lądu i muszę przyznać, że nawet te krótkie reportaże czy artykuły robiły na mnie wrażenie. Nie wiem, czy spotkała się pani z czymś takim, ale czytałem, że afrykańskie plemiona mają swoich szamanów, którzy zajmują się na przykład chorymi. Podobno leczą rany, wstrzykując w nie mikstury z tamtejszych ziół i składników, a te później ropieją i doprowadzają do śmierci. Zresztą, sprawa ma się podobnie z chorobami serca. Uważają je tam za najważniejszy organ w ciele człowieka, ale niestety zupełnie nie potrafią go leczyć. Nie to, co u nas, w Massachusetts. Prawda, pani Evangeline?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 6 Sty 2019, o 00:07

- Przepraszam. - Powiedziała nagle Evangeline wybuchając niemalże płaczem i jednocześnie wstając od stołu. Zrobiła to trochę zbyt nerwowo i w efekcie przewróciła kieliszki robiąc przy tym jeszcze więcej zamieszania. Wszystkie spojrzenia, oderwane od swoich dotychczasowych rozmówców, utkwiły w wyraźnie speszonej pani doktor.
- Kochanie, coś się stało? - Ciszę przerwał James; w pytaniu tym była zawarta najczulsza troska jaką kiedykolwiel Rusty słyszał. Karzeł był wyczulony na emocje innych i potrafił wyczuć prawdę w gestach i sposobie mowy. Teraz właśnie tak było. James był szczery w swej emocji.
- Nie, nie... Nic... Wybaczcie mi. Po prostu coś sobie przypomniałam... I... Emocje... Przepraszam. Muszę do łazienki na moment wyjść.
Evangeline wyszła z jadalni zostawiając pozostałych gości w stanie niemego otępienia; tylko Rusty wiedział, kto był prowodyrem tego wybuchu.
- Cóż... Myślę, że mojej żonie musiał udzielić się ponury nastrój tego spotkania. - Powiedział James wstając od stołu. - Wszak nie ukrywajmy tego, Pan Vanderbeck jest tutaj z nami tylko dlatego, że nasz tatulek twierdził, że ktoś z nas go zamordował, prawda? A wiecie, jak bardzo Eva jest... uczuciowa. Zaraz wrócę. Sprawdzę tylko co u niej.
To mówiąc James wyszedł w ślad za żoną. Widać było po nim, że przejął się zachowaniem żony.
- Dziwny widok, co nie? - Powiedział Marge po cichu do karła pochylając się w jego stronę tak, by tylko Vanderbeck ją usłyszał. - Wydaje się być takim kochającym mężem. To w ogóle nie pasuje mi do tego co o nim słyszałam. A słyszałam, że ponoć ją bije...
- Panie Rusty - odezwał się Bauer - w jaki sposób chce Pan poprowadzić przesłuchanie? - Słowa Jamesa najwyraźniej podziałały na prawnika dość stymulująco. - Czy w ogóle może najpierw chciałby Pan obejrzeć gabinet Pana Thomasa. Bo tam został znaleziony. Myślę, że wspólnymi siłami jesteśmy wstanie odtworzyć wydarzenia z tamtego wieczoru.
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 7 Sty 2019, o 18:09

Karzeł wytarł starannie usta serwetką po czym odparł:
- Chciałbym porozmawiać z każdym już na osobności, w gabinecie pana Kennedy'iego - powiedział, poważniejszym już tonem - Oczywiście zaraz po tym, jak zobaczę pomieszczenie. A teraz, gdyby pan mógł, z łaski swojej, zaprowadzić mnie tam.
Rusty musiał przyznać, że lekko zaskoczyła go reakcja Evangeline. Ale tylko lekko. Z dwojga złego, zyskał przynajmniej pewność, że kobieta coś wiedziała. I nieudolnie to ukrywała.
Detektyw wstał od stołu, przeprosił siedzących i razem z Bauerem opuścił jadalnię. Miał nadzieję, że nikt nie pomyśli teraz o odwiedzaniu go i przeszkadzaniu w pracy. Wierzył, że Marge jest na tyle gadatliwa, iż zatrzyma Patricka i jego "wybrankę" na dłużej przy stole.
Sam Rusty zyskał natomiast szansę na wypytanie samego prawnika. Gdzieś w głębi swojego karłowatego, zimnego, zgermanizowanego serca bardzo chciał zaufać mężczyźnie, mieć w nim oparcie i swojego rodzaju ostoję w tym domu. Ale wiedział, że nie mógł sobie na to pozwolić. Prawnik mógł być winny morderstwa tak samo, jak każdy z obecnych członków rodziny.
Zabawne, że pomyślał teraz o swoim sercu.
Gdy przemierzali korytarze domu Kennedy'ch, karzeł postanowił wykorzystać okazję:
- Od kiedy pani Evangeline jest tak... roztrzęsiona? Aż tak bardzo przeżywa śmierć teścia? Czy może nie układa jej się z Jamesem?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 8 Sty 2019, o 13:10

Wrócili do przepastnego hallu i skierowali się po schodach na galerię. Gdy Rusty zadał pytanie na temat Evangelin Pan Bauer nie odpowiedział w pierwszej chwili. Zastanawiał się Dopiero gdy weszli na galerię odezwał się:
- Proszę nie traktować tego jako pewną wiadomość. Raczej plotkę... trop. Może tak to zabrzmi lepiej. Wie Pan... - Bauer ściszył głos - ... James chyba ją bije. Chociaż nie. To też źle zabrzmiało. Nie bije jej. A może bije, ale tego nie wiem. Ale na pewno wygląda to tak, jakby James traktował Ewangeline jak... przedmiot. Na nic jej nie pozwala. Wszędzie musi jej towarzyszyć. Wie Pan, zwróciłem na to uwagę bo kiedyś tak nie było. James zmienił swoje zachowanie względem swojej żony jakiś czas temu. Chyba tego lata gdy wrócili z letniego pobytu w Oldbarn. Nie pamiętam czy to było dwa lata, czy trzy lata temu... Poza tym Pani Eva zawsze była odrobinę... emocjonalna w swoim zachowaniu choć jednocześnie potrafiła zachować chłodny profesjonalizm w sprawach dotyczących zawodowego życia.
Kliknij, aby zobaczyć wiadomość od Mistrza Gry
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 8 Sty 2019, o 22:49

I znowu informacje, że James bije żonę. Widocznie to, co odstawił podczas kolacji chwilę wcześniej, było dobrym popisem aktorstwa. A Rusty prawie dał się nabrać.
Dlaczego jednak wszystko kręci się wokół Oldbarn? To tam najpierw dzieciństwo spędził Patrick, kilka lat temu (dwa?, trzy?) pojechali tam James i Evangeline, a tego roku, w lipcu, zmarły zapisał klauzulę, którą również powiązał z Oldbarn.
Detektywowi powoli zaczynały układać się w głowie konkretne już wnioski.
Najwyraźniej James naprawdę bije własną żonę. Zaczął to robić po powrocie, według słów Bauera. To znaczy, że chce wymusić na Ewie posłuszeństwo. Grozi jej, żeby nie zdradziła jakiejś tajemnicy. Skoro zmienił się po powrocie, to w takim razie w samym Oldbarn musiało wydarzyć się coś, czego świadkiem była Evangeline. I, z racji tego, że jej mąż nie chciał, by to coś wyszło na światło dzienne, zaczął ją bić, żeby zmusić do milczenia.
Pozostaje jeszcze sprawa samej śmierci. Na razie wszystko wskazywało na to, że Ewa otruła jakoś (być może przy pomocy kucharki), z polecenia Jamesa, swojego teścia. Albo też wiedziała, kto to zrobił.
Jednak na razie Rusty postanowił się skupić na tajemnicy Oldbarn.
- Dlaczego wszystko kręci się wokół tego całego Oldbarn? - powiedział na głos, kiedy szli z Bauerem wzdłuż galerii - Czy stało się tam coś, czego nie wiem? Tylko Ewangeline i James wrócili stamtąd... odmienieni?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 11 Sty 2019, o 09:38

- Och, wie Pan... Oldbarn jest mi odległe zarówno ze względu na geografię jak i zakres moich obowiązków prawniczych. Moja działalność skupiała się wokół Bostonu i prowadzenia różnych porad prawnych Panu Thomasowi. Czasem brałem udział w szczególnie delikatnych negocjacjach wtedy gdy klient był wyjątkowo trudnym zawodnikiem. Nieskromnie dodam, że dzięki mojej pomocy Pan Thomas wychodził z tych rozmów wysoce usatysfakcjonowany.
- Nie wiem co się wydarzyło tego lata w Oldbarn. Ale wydaje mi się, że pomiędzy tę dwójkę wszedł ktoś trzeci. Zbyt często miałem kontakt z pokłóconymi i zdradzonymi małżonkami, by nie dostrzegać pewnych symptomów. Coś musiało się wydarzyć. Na pewno. Ale co? Mnie proszę o to nie pytać. Swoje domysły już powiedziałem - te o biciu znaczy się - i zastanawiam się teraz czy bardziej pomogłem sprawie czy zaszkodziłem.

- O. To tutaj. Gabinet Pana Thomasa.
Znaleźli się w drugim skrzydle budynku, na tyle daleko, że karzeł przestał słyszeć odgłosy niosące się z jadalni. Bauer wyciągnął pęk kluczy i zaczął szukać właściwego.
- Policja zrobiła już swoje. Na moją prośbę, zgodnie z procedurami prowadzenia prywatnego śledztwa, nie ruszano tutaj nic więcej oprócz tego co policja ruszyć musiała.
Bauer znalazł właściwy klucz, włożył go w drzwi i po chwili oczy detektywa ujrzały wnętrze gabinetu Pana Thomasa Kennedy'ego. Obudzony przełącznikiem elektryczny żyrandol powoli zaczął wyławiać z ciemności wyposażenie tego pomieszczenia. Na środku gabinetu, centralnie na przeciwko drzwi znajdowało się duże i bogato zdobione biurko, na którym stała elektryczna lampa z abażurem przystrojonym w woal długich frędzli. Za biurkiem znajdował się nie mniej imponujący fotel (dla gości przygotowane było kilka krzeseł, które już na pierwszy rzut oka wydawały się być bardzo niewygodne). Za fotelem były już tylko zaciągnięte kotary. Po prawej stronie, na całej ścianie znajdowała się biblioteczka na której znajdowała się masa różnych ksiąg i pamiątek. Na przeciwległej ścianie w kącie, przy oknach znajdował się sekretarzyk oraz niewielka stalowa szafka jakie Rusty nie raz miał okazję widzieć w szpitalach. Trzymano w niej leki.
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 12 Sty 2019, o 23:18

Najpierw karzeł rozejrzał się po pokoju z wysokości drzwi wejściowych. Biurko było ustawione tak, aby siedzący za nim widział dokładnie tego, kto wchodzi. Rusty był ciekaw, czy można było się zakraść jakąś inną drogą.
Podszedł do biblioteczki i obejrzał uważnie wszystkie półki. Ciężko było mu dojrzeć, co jest na najwyższym poziomie, ale oddalił się kawałek i jakoś sobie poradził. Szukał jakichś nietypowych książek lub przedmiotów, które powinny stać gdzie indziej. Przypatrzył się uważnie, czy nie ma tam gdzieś zbyt grubej lub też zbyt cienkiej warstwy kurzu, co wskazywałoby, jak dawno używane były przedmioty stojące na półkach. Wziął też w rękę książkę o najbardziej zużytej okładce, unikając dotykania samych kartek i powąchał ich brzegi.
Odwrócił się do ściany naprzeciwko biblioteczki. Opukał ją na całej długości, szukając pustych miejsc. Przyjrzał się także podłodze, próbując dostrzec zarysowania lub ślady częstego używania danej części.
Podszedł do okien i spojrzał na kotary. Starał się dotykać jak najmniejszej ich powierzchni; jedną uchylił i wyjrzał przez okno.
Następnie skierował się do sekretarzyka. Przejrzał wszystko, co na nim leżało, zajrzał pod blat, otworzył szuflady. To samo zrobił z szafką na leki. Obejrzał, ostukał, w końcu, kiedy zaczął się już czuć jak lekarz, otworzył drzwiczki w poszukiwaniu buteleczek z napisem "Trucizna powodująca zwapnienie i niewydolność serca u zdrowego, acz starego mężczyzny. Własność XXX". Szkoda, że to nie było takie proste. Ale może policja zostawiła coś, co mu się przyda?
Biurko zostawił sobie na koniec. Dokładnie zlustrował blat, potem szuflady, szukając w nich drugiego dna (dosłownie, jak i w przenośni). Obmacał nawet fotel, wkładając palce w zagłębienia materiału. Uklęknął na podłodze, by zajrzeć pod spód, co wywołało lekką konsternację u prawnika.
W trakcie oględzin Rusty zadawał pytania:
- Czy kiedy znaleziono denata, coś stało na biurku albo sekretarzyku? I kto pierwszy tu przyszedł?
- Czy przed jego śmiercią ktoś wchodził do tego pokoju? Czy pan Thomas na pewno był tu sam?
- I chyba najbardziej oczywiste pytanie - powiedział karzeł, podnosząc się z kolan i otrzepując ręce - Po co panu Kennedy'iemu szafka na leki, skoro podobno cieszył się dobrym zdrowiem, jakby był trzydzieści lat młodszy, co? I kto do tej szafki miał dostęp?
Kiedy Bauer odpowiadał, Rusty patrzył się uważnie na jego twarz, dłonie, postawę. Chciał wyczuć, czy mężczyzna przy którejś odpowiedzi kłamał albo wahał się.

Poproszę wyniki mojego małego "research'u" ;) Oczywiście w ścianie szukam ukrytych przejść, bo głupio byłoby tego nie sprawdzić :P
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 19 Sty 2019, o 00:28

Bystre oczy detektywa łowiły ze scenografii każdy szczegół. Wykonywał przy tym minimalną liczbę ruchów; tylko tyle ile wymagała zmiana pozycji ciała i chęć obejrzenia czegoś pod innym kątem. Tylko tyle. Bauer wpatrywał się w plecy Rusty'ego i nic nie mówił. Karzeł czuł jego spojrzenie i uśmiechał się odrobinę w duchu. Wiedział, że właśnie imponuje prawnikowi.

Po czasie wyciągnął notes i zaczął notować.

Po pierwsze dywan: Jest zadeptany licznymi śladami. Po śmierci Pana Thomasa musiało być w tym gabinecie strasznie dużo ludzi. Zakładam, że policjanci jak i sama rodzina czy nawet służba. Cóż, śmierć gospodarza domu z pewnością była dość atrakcyjnym wydarzeniem i wszyscy chcieli je obejrzeć. Nasz zabójca z pewnością wrócił na miejsce zbrodni zobaczyć wszystko oczyma postronnego obserwatora. Oni zawsze to robią.
Okna noszą ślady sprzątania, jednak niezbyt częstego. Szyby i parapety pokrywa cienka warstwa kurzu. Dwa wnioski: nikt przez okno nie wszedł oraz Pan Thomas rzadko wpuszczał tutaj służbę. Kotary zakurzone i w dobrym tonie porządnej służby było by je wymienić już dawno temu. Chyba, że rzeczywiście Pan Thomas Kennedy nie kazał służbie tego robić. (Kotary są tak ciężkie i gęste, że za dnia pewnie wcale nie przepuszczają światła. Światłowstręt?)
Brak tajnych przejść, choć konstrukcja ścian za pewne przewiduje istnienie niewielkich przestrzeni pustego powietrza pomiędzy poszczególnymi pokojami to jednak, nie wydaje mi się by było w niej dość miejsca na jakiekolwiek dodatkowe pomieszczenie. Może jakiś schowek, ale w tym świetle i przy pierwszych oględzinach nic takiego nie dojrzałem.
Bibiloteka jest bogata. Dużo różnych pamiątek. Książki nie są specjalnie poukładane. Pan Thomas z pewnością się odnajdywał w swojej kolekcji, ale przypadkowa osoba - taka jak ja - miała by problem z odszukaniem konkretnej pozycji. Wiele książek jest starych, wszystkie noszą na sobie ślady użytkowania. Tematyka różna. Od Bankierstwa, poprzez piwowarstwo i rybołówstwo na zielarstwie kończąc. Kilka książek jest poprzewracanych, a sądząc po startych śladach kurzu na nich, ktoś musiał przeszukiwać biblioteczkę. Czego szukał? Nie wiem.
W sekretarzu nie znalazłem nic ciekawego. Żadnych dodatkowych skrytek. Szuflady wypełnione papierami finansowymi, różnymi notatkami, wyliczeniami, ciągami rachunkowymi i tym podobnymi. Jedyne co wydało mi się ciekawe to niewielki, ale bardzo ładnie wykonany notes, który oprawiony jest w ciemnobrązową skórę. Zamykany jest na kluczyk (którego oczywiście nie ma). Na okładce jest wytłoczony napis Liber Ivonis. Nie wiem co to oznacza.
Wśród papierów w sekretarzyku odnalazłem też kilka starych i zrealizowanych recept na rozmaite leki. Leki wystawiała Pani... Evangelina Kennedy. Wszystkie recepty wskazują na to, że przynajmniej od 3 ostatnich lat żona syna Pana Thomasa Kennedy'ego dbała o jego zdrowie.
Bauer nie miał nic ciekawego do powiedzenia na temat warunków w jakich odnaleziono ciało Pana Kennedyego. Wiedział tylko, że o godzinie 20.00 tamtego wieczoru, wstał od kolacji i swoim zwyczajem skierował się do gabinetu. Około godziny 21.00 ciało znalazła Pani Abby Cole.
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 24 Sty 2019, o 16:43

Zaczynał dostrzegać pewną zależność w tych wszystkich poszlakach. Po pierwsze - nikt (oczywiście) nic nie wiedział. Kennedy był skryty, niezbyt towarzyski, mało czasu spędzał wśród ludzi, a przynajmniej rodziny, to i nikt nie wie, co się z nim działo. Aż dziw, że dla Marge miał chociaż odrobinę ludzkich uczuć.
Po drugie - nazwiska Abby Cole i Evangeline Kennedy zaczynały pojawiać się coraz częściej. Czy naprawdę miał jeszcze jakieś wątpliwości? Mianował się tak dobrym detektywem, a tymczasem nie wierzył wciskającym mu się w oczy poszlakom. Czuł się, jakby miał mordercę w garści, a jednocześnie on miał jego. Głupia gra w podchody zaczynała się przeciągać. A Rusty Vanderbeck nie lubił, kiedy robiło się z niego idiotę.
Skończył oględziny szafek i sekretarzyków, nonszalancko wstał i otrzepał dłonie. Sięgnął po notes w ciemnej skórze i pokazał "Liber Ivonis" prawnikowi.
- Potrzebuję klucza do tego oto kajetu - powiedział karzeł bez ogródek, trzymając zeszyt nad głową niczym Statua Wolności swoją pochodnię - Jeśli się nie znajdzie, będę zmuszony otworzyć go siłą.
- Proszę mi też powiedzieć - kontynuował, oparty plecami o biurko - Jak pan Kennedy zachowywał się podczas kolacji? A najważniejsze - co dokładnie zrobił tuż przed opuszczeniem sali bankietowej? Potrzebuję każdego możliwego szczegółu.
- I jeszcze jedno. Czy mógłby pan posłać po pannę Marge? Myślę, że pora zacząć przesłuchania.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 25 Sty 2019, o 10:00

- Hmmm... Klucza od tego? - Bauer podszedł bliżej i przyjrzał się niewielkiej książce trzymanej w dłoni karła. - Hmmm... Ciekawe. Co prawda nie wiem gdzie ten kluczyk mógłby się znajdować, ale... chyba widziałem tę książkę tego wieczoru w ręku Pana Jamesa.
- Kolacja. Hmmm... Tego dnia Pan Thomas miał wielu gości. Praktycznie od samego rana przyjmowaliśmy interesantów. Tak, tego dnia byłem prawie cały dzień razem z nim. Załatwiał wiele różnych spraw. Cały czas byłem przy nim. Powiem szczerze, myślałem, że ten dzień się nigdy nie skończy. Pan Thomas załatwiał rozmaite zaległe sprawy ze swoimi pomniejszymi kontrahentami i inwestorami. Raz na jakiś czas robił takie spotkania. Odniosłem jednak wrażenie, że tym razem był bardziej... wyłączony. Może rozkojarzony. A już na pewno łagodniejszy, bo kilku osobom podarował znaczną część odsetek a w jednym przypadku nawet anulował całkowicie dług roszcząc sobie prawo do 1% rocznych zysków. Gdyby to był duży bank to bym to zrozumiał, ale to była jakaś podrzędna grupa eksperymentująca z nagrywaniem filmów. Ruchomy obraz. To nie ma przyszłości. Co to ja mówiłem? Aaa... Później, wieczorem na kolację zaczęli przybywać zaproszeni goście, tzn. rodzina Pana Thomasa. Nikt nie wiedział dlaczego Thomas to zrobił. Powiedział tylko, że wszystkiego dowiemy się po kolacji. Kolacja się skończyła a gospodarz nie powiedział nic co by mogło zdradzać powód tej wizyty. Wszyscy - w tym także ja - domyślali się, że chodzi o sprawy spadkowe. Wstał i oznajmił, że idzie na górę. Nikt się tym specjalnie nie przejął. Pan Kennedy znany był z nagłych zmian decyzji i ekscentrycznych zachowań. Choć w końcu - chyba Pan James - posłał Abby Cole na górę by sprawdzić co z ojcem. Chyba miał już dosyć czekania.

***


- Och, nic się tutaj nie zmieniło... - Powiedziała cicho Marge wchodząc do gabinetu. Potem bez słowa usiadła na krześle na przeciwko ogromnego biurka, na którym bezceremonialnie siedział Rusty. - Panie Vanderbeck... Ja naprawdę nic nie wiem.
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 25 Sty 2019, o 17:51

- Ależ panno Stanford, skąd ten brak wiary? Zapewniam, że coś jednak musi pani wiedzieć.
Siedząc na biurku górował nad nią, jak nigdy w życiu. Czuł się dzięki temu pewniej, nagle stał się lepszy, a w tym momencie także nieco bardziej... władczy.
- Dziękuję panu, panie Bauer. Może nas pan zostawić i poczekać pod drzwiami.
Kiedy prawnik wyszedł, Rusty sięgnął po fajkę. Nabił ją i zapalił powoli. Ostentacyjnie. Dokładnie. Profesjonalnie.
- Ktoś w tym domu ma na rękach krew - zaczął, gdy zaciągnął się dymem - I ktoś stara się to ukryć. Przypadło mi zadanie dowiedzenia się, kto odpowiada za śmierć pana Kennedy'iego. A tak się składa, że była pani, na swoje nieszczęście, jedną z osób, które były tu tego dnia, gdy umarł. Stąd moje pytania: dlaczego przyjechała pani wtedy do Bostonu? I co pamięta pani z tamtego wieczora - jak zachowywał się pan Thomas, co jadł, co mówił. I co zrobiła reszta rodziny, kiedy zobaczyła jego ciało?
- I, z racji pani zainteresowania Czarnym Lądem i podróżami, co to jest? - wskazał na notes leżący na biurku - Bo podejrzewam, że pan Thomas wszedł w posiadanie tego zeszytu podczas jakiejś podróży.
- Chciałbym również dowiedzieć się - kontynuował, wyciągnąwszy z kieszeni buteleczkę z białym proszkiem znalezioną w szafce. Złapał ją między kciuki a palec wskazujący i obejrzał pod światło - co to takiego jest?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 26 Sty 2019, o 00:41

- Wtedy? To znaczy kiedy? Nie wiem czy dobrze zrozumiałam Pana, Panie Rusty. Nie przyjechałam do Bostonu w jakimś określonym celu, ot taki mi trasa wypadłą. Byłam w Nowym Jorku w odwiedzinach u znajomego a jeszcze wcześniej na florydzie, a przed florydą był półwysep Jukatan gdzie towarzyszyłam brytyjskiej ekspedycji badawczej poszukującej zaginionych azteckich miast. Wuj zawsze witał mnie całkiem serdecznie pod swoim dachem. Hmmm... Mam nawet wrażenie, że dla mnie miał więcej cierpliwości niż dla swoich własnych synów. Z całą pewnością tak było. Nawet pomimo tego, że mogła się z nim nie widzieć nawet i przez dwa trzy lata, zawsze witał mnie z szerokim uśmiechem. Więc postanowiłam wpaść do Bostonu na trochę. Przyznam jednak, że miałam trochę "celu" w moim przybyciu. Nie byłam pewna czy chcę to zrobić, ale podczas pierwszej mojej wizyty tutaj po czasie i po tym jak zobaczyłam stare pamiątki wuja, podjęłam decyzję. Chciałam go prosić o wsparcie finansowe dla tych wypraw na jukatan. To znaczy, będąc bardziej precyzyjną, chciałam prosić wuja o ufundowania mi własnej wyprawy. I nawet to zrobiłam... Cóż... Odmówił. Albo chciał odmówić. Tego już się nie dowiemy.
- Książka? Nie znam? Pierwszy raz widzę na oczy. Tytuł też mi nic nie mówi. Tak samo zresztą ta fiolka, nie mam bladego pojęcia co to może być. Wygląda na opakowanie jakiegoś... hmmm... leku, prawda?
- Wuj podczas kolacji wydawał się być odrobinę... nieobecny wygaszony. Dziwiło mnie to, bo widziałam się z nim kilka dni wcześniej właśnie podczas rozmowy o tej wyprawie i wydawał się być całkowicie innym człowiekiem, znacznie żywszym. Pełniejszym energii. Bardzo dużo rozmawiał z Jamesem. Nie bardzo wiem o czym była ta rozmowa ale dam sobie rękę obciąć, że parę razy wspominali coś o Fundacji z Oldbarn.
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 26 Sty 2019, o 23:43

- Scheisse - powiedział, wypluwając dym z ust - Coś mi się tu nie trzyma kupy. Mydli mi pani oczy, tyle powiem.
Zeskoczył z biurka, obszedł je, pogładził oparcie fotela należącego do zmarłego.
- Wie pani, ile razy przesłuchiwanym ludziom mówiłem, że powinni zeznawać zgodnie z prawdą? Że to dla ich dobra, że ja im wtedy pomogę, że oni pomagają w śledztwie... Ale w tym przypadku jest trochę inaczej.
- Jestem przekonany, że w tym domu siedzi właśnie morderca lub mordercy. A pani, panno Marge, ma teraz do wyboru dwie opcje: jeśli jest pani niewinna, to musi mi pani powiedzieć wszystko, co wie, bo inaczej pozostanie pani podejrzana. A jeśli ma pani coś wspólnego ze śmiercią wuja, to należy się chyba bardziej starać, żeby mniej mówić.
- Dostrzegam pewne prawidłowości i nieprawidłowości. Skoro pan Kennedy był tak surowy dla synów, dlaczego darzył szczególną sympatią akurat panią? Czym tak się pani zasłużyła?
- Skoro tak podobno lubił podróże, to gdzie je odbył? I czy przywoził zazwyczaj coś ze sobą? No i dlaczego nie był chętny, by sfinansować tę wyprawę na Jukatan?
- Ciekaw też jestem, co takiego jest w tej Fundacji z Oldbarn, że połączyła na krótką rozmowę zwaśnionego ojca i syna? Co to w ogóle za Fundacja, przewijająca się wszędzie? Co związanego z tym miejscem ukrywa wasza rodzina?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 30 Sty 2019, o 11:06

Reakcja detektywa spłoszyła Marge; wyraźnie zauważył w niej zmianę. Zdenerwowała się, zaczęła mówić nerwowo, roztrzęsionym głosem.
- Ja, ja... Nie wiem, dlaczego Wuj darzył mnie takim szacunkiem. Może... Może po prostu mnie lubił? Nie wiem, naprawdę Panie Rusty, nie mam pojęcia. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Po prostu... był miły. Nie wiem dlaczego. Naprawdę.
Marge była na skraju płaczu. Jej reakcja była szczera a Rusty nagle poczuł jakby uderzył w twarz bliską mu osobę. To było dziwne doświadczenie.
- Wuja z tego co wiem podróżował za młodu. Chyba zanim na świecie pojawił się James. Tak... Chyba tak było.. Ciocia Theresa - mama Jamesa rozchorowała się bardzo po jego porodzie i chyba nigdzie nie wyjeżdżała. Tak... Chyba tak było. Nie było mnie jeszcze na świecie, więc jej nie znałam, ale... zabawne jak pamięć może zaskakiwać... Chyba wuja coś o tym wspominał. Że opieka nad Theresą sprawiła, że przestał podróżować. Chyba nigdy więcej do tego nie wrócił.
- Oldbarn... To w zasadzie rodzinne strony Wuja. Fundacja? Hmmm... Chyba chodzi o Fundację Browarniczą z Oldbarn. Ale o co dokładnie chodzi to nie mam pojęcia.
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 30 Sty 2019, o 21:49

Brzmiało to na szczerą reakcję. To zadowoliło karła, bo bardzo nie chciał już wyżywać się na Marge. Musiał przecież oszczędzać siły na pozostałych członków rodziny.
Jej odpowiedzi nie wniosły do śledztwa czegoś znaczącego, oprócz informacji o chorobie małżonki pana Thomasa, o której jakoś niewiele mówiło się w domu. Na razie jednak Rusty postanowił zostawić Marge w spokoju.
- Jeśli mówi pani prawdę - zaczął, uśmiechając się i rozkładając ramiona w pozornie przyjaznym geście. Wiedział, że jego reakcja mogła wyglądać sztucznie, ale psychologia nie mogła kłamać. Uśmiech złagodził nieco atmosferę w pokoju, gdzie temperatura niemal widocznie przyrżnęła w dół termometru. Oczywiście, gdyby jakiś termometr w pokoju był. - To nie mam powodów, by dalej panią przepytywać. Jesteśmy w końcu dorośli, dokładnie wiemy, jak poważna jest sytuacja, w której się wszyscy znajdujemy i wiemy również, jak "niesportowe" byłoby kłamanie i oszukiwanie w takiej chwili, choćby ze względu na pamięć zmarłego... No cóż, dziękuję, że wytrzymała pani ze mną to przesłuchanie.
Kiedy Marge wstała, jedną rękę położył jej na plecach ( w tej chwili żałował, że jego ręka nie znajdowała się jeszcze niżej!) a drugą wskazał drzwi uprzejmym gestem. Zanim chwycił klamkę i wypuścił kobietę, pociągnął ją w dół i szepnął do ucha:
- Proszę nie mówić o moich pytaniach reszcie rodziny.
Zanim Marge zareagowała, detektyw wypchnął ją na zewnątrz. Gdy panna Stanford oddaliła się, Rusty złapał Bauera, stojącego grzecznie przy drzwiach, za rękaw.
- Niech pan przypilnuje, żeby nie rozmawiała z Jamesem - powiedział stłumionym głosem - I natychmiast proszę przyprowadzić tutaj Evangeline. A po drodze może przynieść mi pan jakiś młotek, tylko porządny. Aha, i jeszcze jedno. Przyda mi się mały talerzyk, szklanka wody i łyżeczka.
To powiedziawszy karzeł zamknął drzwi do gabinetu. Nasłuchiwał jeszcze kroków prawnika, a potem stanął przed oknem i zaciągnął się fajką. Zapomniał o niej wcześniej, ledwo uratował tytoń przed zgaśnięciem...
Bauer po chwili wprowadził Evangeline, położył młotek na biurku, a obok narzędzia także rzeczone sztućce oraz wodę i znowu wyszedł. Rusty ucieszył się, że prawnik przejawiał jeszcze jakieś zalążki inteligencji i posłuszeństwa. Szczątkowego co prawda, ale zawsze.
Ewa usiadła podobnie, jak Marge - na samej krawędzi niewygodnego krzesła. Detektyw przyjrzał jej się uważnie, zanim zaczął. Zależało mu na rozpoznaniu każdego jej gestu, każdej miny i grymasu...
- Pani Evangeline - powiedział Rusty i na tym skończył.
Wdrapał się na fotel zmarłego, sięgnął po łyżeczkę i młotek. To pierwsze położył przed sobą, tym drugim zaczął się, niby machinalnie, bawić.
- Na wstępie chciałbym zapewnić - kontynuował - Że mogę zapewnić pani ochronę przed Jamesem. Jeśli on panią bije albo zastrasza w jakikolwiek inny sposób, to są na to paragrafy. Proszę mi wierzyć, że w tym pokoju - zatoczył młotkiem krąg wokół głowy - zostaną wszelkie pani zeznania. James o niczym się nie dowie, nie będzie mógł pani skrzywdzić. A ja postaram się, żeby odpowiedział za to, co już pani zrobił. Myślę, że może mi pani powiedzieć w takim razie, co stało się w Oldbarn trzy lata temu. I jeżeli jest to związane z pani mężem, na nic się pani nie naraża, słowo prywatnego detektywa.
W trakcie swojego wywodu Rusty odłożył młotek z cichym łupnięciem. Znowu wyjął z kieszeni tajemniczą buteleczkę i nasypał odrobinę proszku na łyżeczkę. Następnie zamknął flakonik i podsunął sztuciec Ewie.
- Proszę to zażyć - powiedział z pełną powagą. Był gotów natychmiast zabrać łyżeczkę, gdyby kobieta rzeczywiście chciała połknąć substancję.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 143
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 31 Sty 2019, o 13:32

- Przepraszam? Dobrze usłyszałam? - Zaczęła Evangeline szczerze zaskoczona. Nawet zaśmiała się. - Idąc tutaj spodziewałam się sama nie wiem czego, ale na pewno nie takiego stwierdzenia! Nawet widząc Pana szykującego tę łyżeczkę ze specyfikiem, byłam pewna, że zapyta Pan o coś innego. Tymczasem Pan sugeruje, że mąż mnie, przepraszam, bije? Nie wierzę! Skąd ten pomysł przyszedł Panu do głowy?! On mnie nie bije. Jest najwspanialszym mężczyznom jakiego znam. Dba o mnie i troszczy się jak nikt nigdy przed nim. Owszem, jest stanowczy i zasadniczy, jednak potrafić być też niesamowicie czuły i wrażliwy. Nie bije mnie. Choć w sumie... być może dla osoby z zewnątrz mogę się wydawać osobą zdominowaną przez nielubiącego sprzeciwu męża. Zaręczam jednak, że tak nie jest. Jestem wdzięczna Bogu, za to, że ścieżki naszych dróg kiedyś się skrzyżowały.
Rusty'ego zaskoczyła wypowiedź Evangeline i w sumie poczuł się trochę idiotycznie trzymając łyżkę ciągle w górze.
Potem na moment zamilkła i wpatrywała się w karła. Rusty znał to spojrzenie. Tak wyglądały osoby, które dokładnie sobie układają w głowie swoją kolejną odpowiedź. Wiedział, że takie spojrzenie oznacza, że za chwilę detektywistyczna ciekawość zostanie nasycona jakąś istotną wiadomością.
- Nie wiem co się stało. To znaczy wiem, że James pokłócił się z ojcem, wtedy w Oldbarn. Nie wiem jednak o co dokładnie poszło. Podejrzewam, że chodziło o kwestie zarządzania Fundacją. W zasadzie James nie mówił mi nic na ten temat. Ja nigdy nie interesowałam się za bardzo finansami a on nie bardzo angażował się w moją pracę naukową. Po prostu z dnia na dzień ich wzajemne relacje uległy odwróceniu o 180 stopni. Z dnia na dzień wyjechaliśmy z Oldbarn a James... Cóż... zakazał mi wizyt i kontaktów z teściem. Tego nie mogłam zrozumieć i kiedy pytałam go o powód tego osobliwego zakazu zbywał mnie krótkim "bo nie" i "tak będzie dla Ciebie lepiej". Jednak... Cóż. Bardzo żałuję tego co zrobiłam później. Bo gdybym się posłuchała Jamesa... Teść by żył a tak... - W tym miejscu Evangeline załamała się a łzy nabiegły jej do oczu. - To ja zabiłam jego ojca. Mnie powinno się aresztować.
Awatar użytkownika
Quorn
Gracz
 
Posty: 962
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

PoprzedniaNastępna

Wróć do Inne