Content

Inne

Boston 1926

Image

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 30 Maj 2019, o 11:48

Wystrzał w piwnicy rozległ się ogłuszającym hukiem. Derringer był mały, ale otaczające ich ściany zrobiły swoje.
Wielkolud stęknął i siłą rozpędu poleciał na karła. Rusty zatoczył się w bok, unikając tym samym przygniecenia przez kilogramy, już nie żywej, wagi.
Kiedy Adalbert rzucał się na posadzce w przedśmiertnych drgawkach, detektyw próbował się opanować. Czuł, jakby uszy rozsadzał mu od środka jakiś młot. Słyszał tylko przenikliwy pisk, nie docierały do niego nawet śpiewy. Pomimo wszytko miał jednak nadzieję, że nie ustały.
Zaczął już się obawiać, że stracił słuch, jednak pisk zelżał nieco. Rusty rozejrzał się zatem w poszukiwaniu kryjówki, bo chociaż nie słyszał, czy na dole ktoś zwrócił uwagę na strzał, wolał nie ryzykować.
Najpierw jednak zgasił latarnię, pozostawioną przez drwala. Nie chciał ułatwiać kultystom zadania.
Wokół widział tylko beczki na liturgiczne wino. Piwnica nie była duża, nie zapewniała zatem zbyt wielu kryjówek, ale karzeł nie miał czasu na bieganie po kościele i szukaniu ich. Wszedł we wnękę, w której ciemnościach ukrywał się wcześniej drwal, dosunął przed sobą dwie beczki i skulił się na posadzce za nimi. Miał nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy zaglądanie za nie.
Kiedy czekał, starał się uspokoić oddech. Przyszło mu to łatwiej, bo pieśni spod ziemi nie przeszkadzały mu już zebrać myśli. Niestety, tym samym zaczął roztrząsać sprawę.
Żeby dowiedzieć się prawdy, był zmuszony zabić człowieka. Stanowił on co prawda zagrożenie i zaatakował pierwszy, ale był niespełna rozumu, opętany jakąś chorą wizją tego ich wielebnego...
Karzeł miał tylko nadzieję, że nie będzie zmuszony strzelać więcej do żadnego z tych ludzi. Jednak, jakby na zaprzeczenie swoim myślom, przygotował rewolwer.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 30 Maj 2019, o 23:19

Zdawało mu się, że jeszcze słyszy echo wystrzału gdy kultyści zaczęli w milczeniu wychodzić z jaskini. Kilku z nich miało w ręku zapalone świece i w ich migotliwym blasku zobaczyli ciało ich brata spod którego wykwitała ciemna plama krwi. Plama, która jak zauważył Rusty, odbijała w sobie płomienie świec niczym gładka toń jeziora gwiazdy w bezchmurną noc.
Kultyści nic nie powiedzieli do siebie. W milczeniu wpatrywali się w zastaną scenę i czekali. Rusty wiedział za czym. Od razu spostrzegł, że nie ma wśród nich wielebnego Kellera.
Ten pojawił się po chwili a kultyści (nadal bez słowa) odsunęli się pod ściany robiąc swojemu liderowi więcej miejsca.
Keller spojrzał na ciało a potem powiedział zimnym głosem nieznającym sprzeciwu:
- Macie go dorwać. Karzeł przelał krew jednego z naszych braci. Znakiem to, że nie jest on jednym z nas. Ponad wszelką wątpliwość nie jest. Złapcie go i przyprowadźcie do mnie. Weźcie psy jeżeli potrzeba. Naznaczonej jeszcze nie ma z nami, ale myślę, że On z chęcią przyjmie ofiarę złożoną w akcie zemsty. Idźcie.
Kultyści kiwnęli tylko głowami i zaczęli wychodzić z piwnicy po schodach. Przez chwilę słychać było ich kroki niesione krótkim kościelnym echem wymieszanym ze skrzypieniem drewnianej podłogi, ale bardzo szybko te dźwięki ucichły. Brać z Odlbarn opuściła swój przybytek ruszając na poszukiwania niechcianego gościa i zabójcy.
- Czego tutaj szukasz knypku? - Zapytał sam siebie Keller, który klęknął przy ciele drwala i przewrócił go na plecy. - Przysłał Cię James? Naiwny człowiek. Eva przecież została wybrana. Nic nie może cofnąć wyboru przeznaczenia. On nie lubi zmian przeznaczenia. Nieważne co zrobi James. Eva jest już stracona dla naszej sprawy. Przecież to powinno być dla niego oczywiste. Co więc tutaj robisz, knypku?
Wielebny wstał. Rozejrzał się jeszcze po piwnicy i poszedł w ślady swoich współbraci. Po krótkiej chwili Rusty został w bluźnierczej świątyni sam.
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 3 Cze 2019, o 22:09

Nasłuchiwał jeszcze przez chwilę, czy aby na pewno wszyscy opuścili podziemia. Kiedy upewnił się, że nikt więcej nie został na dole, ostrożnie wychynął ze swojej kryjówki.
Bardzo zaniepokoiło go to, że mają tu więcej psów. Nie lubił psów. Wszystkie były zazwyczaj większe od niego. A to znaczyło tylko tyle, że musi się pospieszyć.
Spojrzał jeszcze ostatni raz na schody wiodące do kościoła, po czym skierował się do otworu skalnego prowadzącego do jaskini. Lampę zostawił w piwnicy. Oczy zaczynały mu się przyzwyczajać do ciemności, a on nie chciał zwrócić w tym momencie niczyjej uwagi.
Ze słów Kellera wywnioskował, że Eva rzeczywiście była odpowiedzialna za zamordowanie Thomasa. A kultyści widocznie widzieli w tym interwencję jakiegoś swojego bożka. Rusty'iego niepokoiło tylko to, że nazwali ją "straconą". Czyżby szykowali dla niej los podobny jemu?
Detektyw doszedł także do wniosku, że James nie chciał tej śmierci. Być może próbował jej zapobiec, albo chociaż pomóc w ujawnieniu sprawców. Ale w takim razie dlaczego krył swoją żonę, kiedy karzeł powiedział mu, że się przyznała?
Jeżeli jego przypuszczenia były trafne, a James jeszcze nie skończył w jakimś leśnym rowie przy Oldbarn, to mężczyźnie groziło niebezpieczeństwo. Podobnie, jak karłowi.
Rusty jednak znowu miał plan. Nie chodziło tu przecież wyłącznie o wykrycie sprawcy i przyczyny. Trzeba jeszcze ukarać winnych. A żeby zrobić to zgodnie z prawem, potrzebny był mu jakiś dowód. Księga niekoniecznie mogła się na niego nadawać, dlatego miał nadzieję znaleźć coś więcej w jaskini.
Zanurzył się w ciemność skalnego otworu i ruszył powolnym krokiem, szukając pod stopami stopni, schodków czy jakichkolwiek nierówności. Jedną dłoń trzymał w kieszeni, na kolbie derringera. Drugą macał ścianę obok, w razie gdyby miał się zagubić. Cały czas nasłuchiwał uważnie, czy nikt aby nie postanowił zostać albo wrócić się na dół. Ciemności pochłonęły karła, który przypadkowemu obserwatorowi mógłby wydać się zagubionym w labiryncie dzieckiem. Ale to skojarzenie nie mogło nikomu przyjść na myśl. W tej części podziemi Rusty był sam.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 4 Cze 2019, o 10:58

Jaskinie ciągnące się pod wzgórzem rozwijały się w skomplikowaną sieć wąskich przejść i niewielkich grot. Korytarze bliżej powierzchni były bardziej ziemiste i udekorowane długimi wiciami korzeni, które cały czas ocierały się z nieprzyjemną lepkością o twarz i ciało detektywa. Niżej położone struktury były z kolei zbudowane z twardej wapiennej skały; nie były tak wilgotne a nerwy karła z ulgą przyjęły brak mackowatego dotyku korzeni.
Smolista czerń jaka panowała w głębi podziemi - pomimo przyzwyczajenia się wzroku - byłaby nie do przejrzenia, gdyby nie niewielkie wnęki w których znajdowały się niewielkie świece i znicze. Większość z nich paliła się nikłymi jasnoniebieskimi płomieniami. "Ciekawe jaki składnik występuje tutaj w powietrzu, że te płomienie tak się palą?" pomyślał Rusty, zatrzymując się by popatrzeć na jeden z takich zniczy. W kilku miejscach dostrzegł też inne pamiątki okultystycznej działalności. Niewielkie gliniane urny, wstęgi z imionami kobiet, małżeńskie obrączki, złote i srebrne łańcuszki z serduszkami a nawet pojedyncze kości i czaszki. Wszystkie te przedmioty układane były w pobliżu wnęk ze zniczami. Tak jakby na pamiątkę zmarłej osoby.
Ta odrobina światła w połączeniu z ostrożnym wybieraniem drogi (Rusty starał się wybierać te odgałęzienia, które wydawały mu się być częściej używane) doprowadziły go w końcu do właściwego miejsca.
Grota była duża. Spokojnie osiągały rozmiary prezbiterium kościoła, który znajdował się teraz gdzieś nad głową Rusty'ego. Z kilku punktów w ścianie zlewała się woda, która na środku groty gromadziła się w naturalnej niecce. Woda nie miała żadnego ujścia z niecki a jej powierzchnia wydawała się być jednocześnie krystalicznie czysta niczym źródlana górska woda i skrywająca wielką głębię ukrytą pod jej zwierciadłem. Cała grota zalana była blaskiem tarasów świec i zniczy, które płonęły błękitnym światłem. Płomienie były statyczne, nie kopciły a pomimo ich ilości w grocie wcale nie było ciepło, wręcz na odwrót; ciało karła przeszedł wstrząs chłodu.
Nad niecką ustawiony był duży płaski kamień, który był pochylony do powierzchni wody pod kątem. W kamieniu przytwierdzone były zardzewiałe łańcuchy z kajdanami na ręce i nogi. Obok kamienia znajdował się duży gliniany kielich, którego brzegi skropione były krwią.
Ze skalnej komnaty nie było innego wyjścia jak tylko poprzez splątany kompleks jaskiń, który właśnie pokonał.
Być może to wyobraźnia, ale Rusty miał wrażenie, że spod powierzchni wody dobywa się jakiś bliżej nieokreślony pomruk. Pomruk, który przywoływał go. Nie był nachalny ale cały czas trwał na skraju słyszalności powodując, że karzeł co i rusz spoglądał się na ciemną toń wody.

Nagle usłyszał dziwny szelest i łopot skrzydeł! Nad sobą! Uniósł głowę do góry, potykając się przy tym o kamień i upadając boleśnie na kolano. W ciemności pod sufitem, poza zasięgiem błękitnego światła dostrzegł parę oczu, która lśniła w ciemności odbitym blaskiem. Oczy obserwowały każdy jeden jego ruch. Stworzenie, które tam się skryło zaskrzeczało nieprzyjemnie głosem należącym do istoty nie z tego świata.
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 4 Cze 2019, o 21:13

Skrzeczenie stwora sprawiło, że Rusty wypuścił całe powietrze z płuc. Długo nie mógł złapać oddechu.
Klęczał tak na jednym kolanie, wpatrując się w jasne punkciki oczu potwora, zanurzone w kipieli ciemności. Nie mógł zdobyć się na krzyk, na wdech, nawet jęk rozpaczy i bezradności. Bo to było pierwsze uczucie, jakie spłynęło na niego, kiedy pierwszy wyrzut adrenaliny do serca zelżał - bezradność.
Co on mógł tu zrobić? Sam przeciwko całej sekcie? W podziemnym labiryncie, z małym derringerem w kieszeni. A teraz nawet to mu nie pomoże. Bo oto przed nim, w mroku, czaił się potwór z najgorszych koszmarów.
Pomimo nagłej chęci rzucenia wszystkiego i poddania się biegowi wydarzeń, postanowił działać. Tak łatwo go nie wezmą.
Pozostając w przyklęku wyjął rękę z kieszeni. Rewolwer mu się teraz nie przyda, zwróciłby niepotrzebnie uwagę. A to, że potwór nie rzucił się na niego od razu, dobrze rokowało.
Karzeł, nadal klęcząc, małymi kroczkami, cały czas przodem do ukrytych w ciemności oczu, zaczął kierować się w stronę świec i zniczy. W trakcie powolnego przemieszczania się, ostrożnym i spowolnionym ruchem sięgnął po "Lieber Ivonis" ukrytą w kieszeni płaszcza.
Kiedy zbliżył się dostatecznie do tarasów ze świecami, wyciągnął za plecy rękę. Wolał zaryzykować poparzenie, niż spuszczenie z oczu stwora, dlatego nawet nie odwrócił głowy. Starał się wymacać największy znicz. I bardzo ignorować sadzawkę.

No to tak: chcę zniczem rzucić w potwora. Jeśli przed tym, w trakcie lub w ogóle się na mnie rzuci, zasłonię się księgą przed ewentualnymi niebezpiecznymi częściami jego bluźnierczego ciała.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 5 Cze 2019, o 12:05

Głowa stworzenia kiwała się na boki (co można było wywnioskować z ruchu pary oczu) zdradzając wielkie zaciekawienie małym człowiekiem. Drapieżne zaciekawienie. Zaciekawienie, które było właściwe młodemu lwiątku, które spotyka się po raz pierwszy z ofiarą i jeszcze nie wie, że jej wnętrze jest pyszne. Drapieżnością zdradzającą chęć do zabawy i poznania nowego kształtu. Zrozumienia go. Groteskowe wrażenia potęgowały dodatkowo dźwięki, które stworzenie zaczęło wydawać. Pomruk, który przechodził w krótkie serie... gdakania. Kura. To surrealistyczne skojarzenie zaczęło dominować w wyobraźni Rusty'ego.
Stworzenie łypało na Rusty'ego ale gdy karzeł wyciągnął egzemplarz "Liber Ivonis" uwaga stwora przeniosła się na książkę. Na krótką chwilę detektyw był wolny od przeszywającego i hipnotyzującego spojrzenia; palce detektywa zacisnęły się na zniczu.
Przez kilka sekund, które zdawały się trwać wieczność, potwór zupełnie stracił zainteresowanie Rusty'm. Potem stwór zaskrzeczał gniewnie i zmienił ułożenie całego ciała czemu towarzyszył nieprzyjemny zgrzyt pazurów drapiących skałę i łopot skrzydeł. (Tak jakby wielka kura poprawiała się na grzędzie, pomyślał Rusty). Na krótką chwilę w zasięgu wzroku pokazał się paskudnie wyglądający dziób i fragment łuskowatej i jednocześnie aksamitnej skóry. A potem znowu było tylko spojrzenie oczu odbijających błękitny blask świec.
Potwór czekał. Był zaintrygowany. Drapieżnie.
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 10 Cze 2019, o 17:40

To coś go nie zaatakowało. Jeszcze go nie zaatakowało...
Dobry znak?
Pod palcami czuł zimną powierzchnię znicza. Zimną. Zupełnie, jakby niebieski płomień pobierał ciepło, a nie je oddawał. Absurdalne, ale karzeł takie miał wrażenie. I nawet go to nie dziwiło.
Przestało go dziwić dziwne, ptako-nietoperzo-podobne stworzenie o aksamitnej w ciemnościach skórze. Przestała go dziwić jego reakcja na na widok księgi. Przestała go dziwić sadzawka, do której nabrał nagle ochoty podejść.
Ale wtedy coś zaświtało mu w głowie. Być może mózg właśnie skojarzył wygląd potwora, a być może było to tajemnicze oddziaływanie tego miejsca. Rusty wolał jednak wierzyć w tę pierwszą opcję.
Przełożył znicz do lewej ręki, a księgę do prawej. Na krótką chwilę, ogromnym wysiłkiem woli odwrócił wzrok od stworzenia, by zorientować się, gdzie znajduje się krawędź tarasu na świece. Szybko wrócił wzrokiem do oczu na ścianie.
Patrząc się cały czas w oczy potwora, trzymając znicz tak, żeby móc nim w razie czego rzucić, złapał za grzbiet księgi. Metalowe okucia, które naruszył w samochodzie, przyłożył do krawędzi tarasu, po czym uniósł rękę i z całych sił uderzył, próbując rozbić zamki.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Mistrz Gry
 
Posty: 145
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 10 Cze 2019, o 23:54

Zrobił to. Uderzył. Książka odpowiedziała metalicznym zgrzytem wyłamywanego zamku. W pierwszej chwili sam nie uwierzył w to co właśnie zobaczył. Rozpołowiony zamek wypluł z siebie kilka metalowych części i jakąś sprężynę, która odskoczyła gdzieś w kąt komnaty.
Stwór zaskrzeczał. Gniewnie. Był wyraźnie niezadowolony z czynu detektywa. Machnął skrzydłami i ponownie poprawił się w swym leżu. A potem...

- Sprawdźcie na dole! - Skalne echo przyniosło wołanie jakiegoś kultysty; chyba nawet samego wielebnego. Rusty mimowolnie odwrócił się w stronę wyjścia z groty, bowiem zdawało mu się w pierwszej chwili, że kultyści są tuż za jego plecami. Nikogo tam jednak nie było.

Poczuł ruch powietrza.
I oddech na swoim karku.
Obrócił się bardzo powoli starając się ignorować cichy i przeraźliwie bliski pomruk. Drapieżny pomruk. Pomruk zaciekawiony. Rusty poczuł napierający mocz.

Potwór stał tuż za nim. Jego bliskość sparaliżowała detektywa, a świadomość istnienia na Ziemi tak potwornych kształtów, wlała się w jego umysł, burząc wszelką logikę i porządek poznanego świata. Wcześniej jakiś głos rozsądku, rozpaczliwie trzymający się znanych faktów, podpowiadał mu, że może ma przewidzenia. Że pod sufitem wisi jakiś wielki nietoperz. Być może nawet jakiś nowy gatunek. Jednak teraz zasłona rzeczywistości została rozdarta. Istota ukazała swe prawdziwe i plugawe oblicze. I Rusty wiedział, że oto stoi przed prawdą, a nie fałszem skrzywionej wyobraźni.
Spojrzał w opalizujące oczy zbudowane z miliona niewielkich trójkątów. W każdym z nich Rusty widział swoje odbicie. Dziobaty pysk był ostry i przywodził na myśl kostne piły. Łeb osadzony był na cienkiej szyi, która przechodziła w pokraczny korpus. Z głowy stwora wyrastały dwie długie skórzane macki, które falowały teraz delikatnie. Na plecach bestia miała parę błoniastych nietoperzowych skrzydeł a wizerunku dopełniały długie i szponiaste łapy i nogi. Skóra była opięta na jej plugawym ciele niczym na wyschniętej mumii. Z bliska bestia cuchnęła w sposób niemożliwy do opisania.
Karzeł poczuł nagle ciepło. Rozlewało się od czubka jego głowy i spływało powoli na czoło i kark. Spostrzegł też, że jeden ze szponów potwora stał się w niespodziewany sposób wybrudzony krwią i czymś co wyglądało na kawałki mózgu. Potem bestia, z zaciekawionym pomrukiem, wbiła swój dziób w jego głowę. Kilka razy. Za każdym razem wyrywając z jego twarzy kawałki mięsa.
Rusty Vanderbeck mimo wszystko przyjął to z pewną dozą ulgi i wytchnieniem spokoju.

Byłaś świetna, Daesh. Dziękuję.
Awatar użytkownika
Quorn
Mistrz Gry
 
Posty: 967
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Poprzednia

Wróć do Inne