Content

Inne

Boston 1926

Image

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 27 Sie 2018, o 20:10

- Hmmm... ciekawe... - Rusty pocierał wąsy w zamyśleniu.
Roy jeszcze przez chwilę przestępował z nogi na nogę.
- Tak jak mówiłem, nie jest tego wiele - powiedział w końcu zniecierpliwiony.
- Roy, i tak mi bardzo pomogłeś. Jesteś nieoceniony.
Mężczyzna widocznie się zarumienił.
- Nie, no, Rusty. Jak chcesz mnie zaprosić na kolację, to poczekaj, aż skończę pracę - powiedział z udawaną kokieterią.
- Verpiss dich.
- Mam jeszcze prośbę - podjął z powrotem karzeł - Informuj mnie na bieżąco, jeśli ktoś wypapla coś o Kennedy'ch. I koniecznie mi powiedz, jeśli Ewa znowu się tu pojawi, jasne?
- Masz jak w banku, u mnie słowo droższe pieniędzy.
- Dzięki, Roy.
Rusty dopił "herbatę" jednym haustem, skinął głową mężczyźnie i wyszedł.
Zbliżała się pora obiadu, toteż karzeł udał się do trochę mniej zamożnej części Cambridge. Tam znalazł restaurację, oferującą niemieckie potrawy. Usiadł przy oknie, zamówił duży kawał golonki z zapiekaną kapustą, ziemniakami oraz kufel piwa, po czym, w oczekiwaniu na obiad, wyjął swój notes.
Zapisując kolejne hasła i szczegóły, analizował sprawę po raz kolejny. Spotkania Ewy i tej całej Abby nie musiały przecież być od razu podejrzane. Nie da się jednak wykluczyć, że jego spaczony pracą detektywa umysł podsuwał mu najgorsze rozwiązania tego szczegółu. Jednak gdyby Ewa, bądź też James mieli otruć staruszka, lekarze by to wykryli. Raczej. Na razie podkreślił nazwisko Abby, opatrzone dopiskiem: trucizna?
Kelner podał mu zamówienie. Rusty zabrał się za mięso, które nagle skojarzyło mu się z wielkim, upieczonym sercem. Dobrze, że lubił podroby - nie odebrało mu to apetytu. A golonka wręcz rozpływała się w ustach, idealnie komponując się z kwaskowatym smakiem kapusty, wszystko okraszone goryczką ciemnego piwa, nalanego jak to podobno robiono w Niemczech, z pianą na dwa palce.
Po skończonym posiłku, sporym napiwku dla kelnera i poczynieniu nowych notatek, zadowolony karzeł ruszył do domu. Nie zamierzał tam jednak długo zabawić - chwycił tylko z barku schłodzoną flaszkę wódki, schował ją w wewnętrznej kieszeni płaszcza i znów pospieszył na Copp's Hill.

16 października, środa - wczesny wieczór

Tym razem ominął kościół, przeszedł przez ulicę przed nim i wszedł na teren cmentarza. Tam rozejrzał się, szukając kogokolwiek żywego. Nie czekał długo, bowiem zaraz usłyszał ciekawą wymianę zdań i skierował się w stronę głosów.
- Te, Nikoś, dawaj te pół litra z lodówki! - krzyknął jakiś mężczyzna.
- Jeszcze się nie zamroziła.
- Taką wypijem - odparł trzeci z grabarzy.
- Dawaj, mówię!
- Nie lubię ciepłej wódki - obruszył się Nikoś.
- To kup se lodówkę, będziesz pił zamrożoną - rzucił pierwszy.
Kiedy Rusty się zbliżył, zobaczył trzech mężczyzn, którzy odsłoniwszy płytę nagrobną, wydobyli z niej flaszkę. Pierwszy z nich, gruby człowiek w berecie i starej, dziurawej koszuli, rozdał wszystkim sporej pojemności kubki. Podobnie ubrany grabarz, tylko o wiele szczuplejszy, leżał przy grobie i nalewał. Ostatni, rudy i młodszy od pozostałej dwójki, wychylał już pierwszą kolejkę.
- Żeby tak się stało, żebym nie musiał ciepłej pić - powiedział rudowłosy, wznosząc oczy ku niebu, jakby szukając tam pomsty za stan napitku.
- A taka może być? - powiedział Rusty, wyłaniając się zza drzew. Wyjął swoją flaszkę i wyciągnął przed siebie, dając tym samym międzynarodowy sygnał świadczący o pokojowych zamiarach.
- A zimna? - zapytał rudy, Nikoś.
- Jak lód.
Grabarzom aż oczy się zaświeciły. Schowali swoją butelkę z powrotem do grobu, opróżnili własne kubki i zapełnili nową kolejką. Rusty pierwszy raz widział, żeby ktoś wychylał kubek równie szybko, jak kieliszek.
- Czemu to zawdzięczamy szczodrość pana kierownika? - zapytał chudzielec.
- Widzicie panowie, mam do was sprawę - powiedział karzeł, podwijając poły płaszcza i siadając na ławce przed nagrobkiem. - Przedwczoraj pochowano tu niejakiego pana Kennedy'iego. I chciałbym dowiedzieć się, czy widzieliście ciało na własne oczy. Jeśli tak, to jak wyglądało, albo co mówili o nim lekarze? Szczerze mówiąc, interesują mnie wszystkie nietypowe szczegóły. Nawet te dotyczące gości i rodziny na pogrzebie.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 44
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Mistrz Gry » 4 Wrz 2018, o 08:06

Dwójka starszych grabarzy spojrzała po sobie i widać po nich było, że w tym trio nie oni byli od rozmawiania; nabrali wody w usta i tylko spoglądali na ich najmłodszego kompana. Rusty nawet ucieszył się z takiego obrotu sprawy bo tamci nawet nie wyglądali szczególnie interesująco i... inteligentnie. Detektyw wiedział, że nie byli głupcami, jednak z pewnością ich wiedza nie wniosła by nic nowego do śledztwa. Chyba, że chodziło by o miejsca gdzie można było kupić nielegalny alkohol.
- Nicholas, weź Powiedz Panu jak było. - Mruknął tylko jeden i poprawił czapkę.
- Eeee... To ten. - Zaczął Rudy. Nawet jeżeli młodszy nie był jeszcze tak zdegenerowany to był na dobrej drodze do tego by za parę lat dogonić swoich mentorów od szpadla.
- Niewiele mogę Panu powiedzieć. Zabralimy ciało od łapiducha... znaczy lekarza i przywieźliśmy w trumnie do kostnicy gdzie se czekał na ostatnią posługę. Wiedzieliśmy ciało. Normalne było. Jak to trup. Wiadomo, że poszyty bo łapiduch mu przyczyn szukał. Ale tak to normalny.
- Do kostnicy, przed nabożeństwem przyszedł tylko jeden gościu chyba syn. Ale nie znam ich z imienia. Coś tam chwilę stał przy trumnie i poszedł sobie. A tak to w zasadzie nikt więcej. Tyle. Potem nabożeństwo było, ostatnia wycieczka i tyle. Zasypalimy chłopa. Niedługo kamieniarze pomnik stawiać będą. W sumie pogrzeb jakich pełno już w życiu widziałem. Ino gości mało jak na takiego ważnego gościa. A może on wcale nie był taki ważny skoro tak mało gościa było?
Awatar użytkownika
Mistrz Gry
Mistrz Gry
 
Posty: 5940
Rejestracja: 3 Maj 2010, o 19:02

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 5 Wrz 2018, o 21:24

- Niestety obawiam się - powiedział karzeł - Że mógł być ważniejszy, niż się nam wszystkim wydaje.
Grabarze pokiwali głowami, jakby usłyszeli właśnie najgłębszą sentencję życia.
- Ale piniędzem to śmierdział - powiedział chudzielec - Widać po trumnie było.
- No - przytaknął mu gruby - Drewno dobre miał. Lakierowane, bez sęków.
Wymieniali się dalej zawodowymi uwagami odnośnie jakości trumiennego drewna i obicia wnętrza katafalku. Rusty jednak nie zwracał na rozmowę większej uwagi. Przemyślał sobie to, co usłyszał odnośnie syna pana Kennedy'iego. A potem przypomniał sobie jedną z powieści o Sherlocku Holmesie i wpadł na pomysł. Z racji tego, że pierwsze dobre wrażenie już osiągnął, a mężczyźni dalej raczyli się jego łapó... znaczy, prezentem, miał spore szanse na przekonanie ich. Musiał tylko użyć całego swojego uroku osobistego.
Pochylił się do przodu, opierając ramiona na kolanach i chwycił cylinder w dłonie.
- Widzicie, panowie - zaczął, spojrzawszy na niebo. Słońce powoli zaczynało zachodzić - Nie zdążyłem się nawet pożegnać z panem Kennedy'm. Na pogrzebie też mnie nie było, dlatego pytałem o gości.
Mężczyźni umilkli i z pewnym zafascynowaniem słuchali detektywa.
- Jego śmierć pozostanie dla mnie zagadką - kontynuował karzeł tonem rasowego filozofa - Tak samo, jak jej przyczyny. Żal mi jego osoby. Chciałbym zatem zobaczyć go po raz ostatni, pożegnać się należycie, tak, jak to robią w ojczyźnie moich dziadów. Dlatego miałbym do panów serdeczną prośbę - czy możecie jeszcze dzisiaj wykopać dla mnie trumnę pana Kennedy'iego?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 44
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 13 Wrz 2018, o 10:35

Panowie nie spodziewali się takiej prośby. Spojrzeli się po sobie wymieniając między sobą więcej informacji niż kilka sąsiadek plotkując przez godzinę. Rusty był tego pewien. Znał takich ludzi. Zgranych, doświadczonych, wiedzących co i jak. Miny jakie mieli grabarze nie mówiły nic dobrego i zanim najmłodszy się odezwał detektyw wiedział już jaka będzie odpowiedź.
- Nie Panie, nie będziemy nikogo wykopywać. Na to jakiś papier trzeba. I lepiej znikaj stąd już. Nie mamy nic więcej do dodania. My nie hieny cmentarne, żeby po nocach kopać.
- Właśnie. - Dodał jeden ze starszych stając za plecami rudego.
- Wypierdalaj. - Poprosił drugi podnosząc z ziemi łopatę.
Obaj zaciskali pięści i wpatrywali się w małego detektywa nieprzyjaźnie; byli o krok od przejścia do rękoczynów. Czekali tylko na reakcję Rusty'ego.
Tak, właśnie. Rusty w zasadzie miał ostatnią szansę by wycofać się z cmentarza unikając solidnej porcji łomotu od grabarzy.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 770
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 13 Wrz 2018, o 20:33

Scheisse, Scheisse, Scheisse.
Rusty wyczuł, co się święci. Nie przypadkiem przeżył te wszystkie lata w tym zawodzie. Dlatego czym prędzej nałożył cylinder na głowę.
- Dziękujęwidzenia - powiedział, zeskakując z ławki i oddalając się prędko. Starał się nie podnosić wzroku.
Żałował trochę, że rozegrał to w ten sposób. Może trzeba było jednak najpierw pokazać im jakiś lewy papierek, że niby pozwolenie na ekshumację. W końcu to tylko zapijaczeni grabarze - raczej nie rozpoznaliby urzędowego pisma, jeśli w ogóle potrafią czytać.
Przynajmniej dowiedział się, że któryś z synów mógł majstrować coś przy nieboszczyku. Szkoda, że ta krótka informacja kosztowała go całą flaszkę.
Gdy opuścił cmentarz zaczynało zmierzchać. O tej porze porządni ludzie kończyli pracę, wracali do domu albo już jedli kolację. Karzeł miał nadzieję, że Patrick Kennedy nie należy do tych "porządnych". A przynajmniej nie dzisiaj.
Skierował się zatem do "Jazz Hall'u". Chociaż na ulicach ruch zelżał, w okolicy lokalu dawało się odczuć jego znaczne natężenie. Rusty najpierw usłyszał lekki gwar i pomruki, a dopiero potem zobaczył sam budynek.
"Jazz Hall" z zewnątrz przypominał nieco operę lub filharmonię. Jego główne wejście, dobrze oświetlone, wychodziło na główną ulicę. Z okien wydobywał się poblask żółtych, przyciemnionych świateł. Goście tłumnie wlewali się do środka.
Większość przestrzeni wewnątrz zajmowała sala wypełniona stolikami z różną liczbą miejsc. Na wszystkich blatach stały świeczki, które rzucały drżące cienie na twarze siedzących przy nich ludzi.
Klienci wyglądali na ludzi z wyższych sfer. A przynajmniej na takich, którzy chcieli sprawiać takie wrażenie. Kobiety były modnie ufryzowane, ubrane w szerokie spodnie i koszule. Mężczyźni z przylizanymi włosami mieli na sobie szare garnitury i wzorzyste krawaty. Przy stropie unosił się dym z licznych papierosów i cygar.
Na drugim końcu sali mieściła się scena dla orkiestry. Czekały tam przygotowane wcześniej instrumenty, brakowało tylko samych grających.
Między stolikami krążyli kelnerzy, z tacami zastawionymi zamówionymi przez gości przekąskami. Wszyscy byli biali. Garson podszedł do detektywa.
- Jaki stolik dla pana? - zapytał, sięgając po płaszcz Rusty'iego.
- Tamten w rogu - wskazał stolik po prawej, przy ścianie. Niechętnie oddał płaszcz.
Kelner skinął głową i zaprowadził go na wskazane miejsce. Rusty odmówił poczęstunku (nie spodziewał się tutaj niskich cen), podziękował garsonowi i rozsiadł się wygodnie. Wyjął fajkę i tytoń z kieszeni, nabił ją zdecydowanymi ruchami. Na stoliku stała już popielniczka. Pomyśleli o wszystkim.
Karzeł zaciągnął się, spojrzał na scenę poprzez kłąb dymu. Miał nadzieję wypatrzeć gdzieś młodego Kennedy'iego, bez zwracania na siebie uwagi. Na razie był karłem, który przyszedł sobie do "Jazz Hall'u". Potem może będzie karłem chcącym kogoś udupić.
Z zadowoleniem pykał fajkę. Czekał.
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 44
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Re: Boston 1926

Postprzez Quorn » 18 Wrz 2018, o 14:40

Światła na sali przygasły i jednocześnie strumień reflektora ostrym kręgiem rozświetlił stojącą na scenie postać z mikrofonem. Mężczyzna w schludnym garniturze uśmiechał się do wszystkich szeroko.
- Proszę Państwa, nie będziemy specjalnie przedłużać. Czas na solidną porcję muzyki! Dzisiejszy koncert rozpocznie nasz Trio Jazz Hall wraz z Panem Patrickiem Kennedym na trąbce. Brawa!
Czerwona kurtyna ruszyła do góry a ostre światło reflektora zgasło. Teraz ciemność rozświetlały tylko niewielkie reflektory skierowane na muzyków. Pianistę, perkusistę i kontrabasistę.
Na czele grupy stał młodo wyglądający mężczyzna z trąbką w dłoni. Gdy tylko przyłożył ustnik do ust muzycy zaczęli grać. Momentalnie cała sala wypełniła się słodką i wolną muzyką, która czarowała słuchaczy. Nawet Rusty musiał przyznać, że zespół potrafił oderwać od rzeczywistości. Nastrój był nieziemski.

Koncert trwał dobą godzinę podczas, której Rusty bawił się całkiem dobrze. Na bok odłożył swoje profesjonalne podejście i dał się porwać artystom. Wszyscy bez wątpienia byli mistrzami w swoim fachu jednak zdecydowany prym wiódł Patrick. Swoją grą prowadził cały zespół. Bezbłędnie realizował tematy i totalnie odpływał w swoich improwizacjach. I nie nudził. Nie zalewał słuchacza bełkotliwym sznurem szybkich nut. Raczej bawił się frazą, ogrywał ją, nadbudowywał i pozwalał jej naturalnie prowadzić się w te obszary muzyki w które żaden kompozytor się nie zapuszczał. To był właśnie Jazz. Muzyczna impresja.

***

Rusty dostrzegł swoją szansę na rozmowę z Patrickiem gdy koncert się skończył i zaczęły się przygotowania do tanecznej części imprezy. Na scenie zaczęła się instalować większa orkiestra a część parkietu zaczęła być sprzątana by zrobić miejsce dla bawiących się par.
Patricki zasiadł przy jednym ze stolików i oddawał się rozmowie z dwiema blondynkami, które były nim wyraźnie zauroczone. Patrick wyglądał jak kocur, który wie, że za chwile zje dwie myszy ale jeszcze pozwala im się bawić w swoją mysią grę. Na jego twarzy było odmalowane błogie zadowolenie. Rusty doskonale wiedział, że jedna z tych dziewczyn spędzi dzisiejszą noc z utalentowanym trębaczem.
- A może, nawet obie? - mruknął do siebie karzeł.
Awatar użytkownika
Quorn
 
Posty: 770
Rejestracja: 2 Lis 2015, o 17:50
Miejscowość: Zakupane

Re: Boston 1926

Postprzez Daesha'Rha » 18 Wrz 2018, o 21:41

Przez chwilę wyobraził sobie całą trójkę w jakimś ciasnym pokoiku na zapleczu, zatopionych w namiętnym uniesieniu, zaaferowanych własnymi ciałami. Które, przyznał w myślach, mieli całkiem niezłe. Nawet ten cały Patrick.
Ale zaraz zszedł na ziemię. W pracy jesteś - upomniał sam siebie. Jak to się mówi - głodnemu chleb na myśli. A głodny nie jesteś sobą.
Niemniej jednak, pomimo pewnych rozpraszających umysł spraw, Rusty był pewien, że na długo zapamięta dzisiejszy koncert. Już dawno nie słyszał w lokalu tak dobrego występu. No, może poza tym, co widział w „Jack Rabbit Slim’s”. Swoją drogą, będzie musiał niedługo znów odwiedzić Mię. Miał jej już trochę do powiedzenia.
Na tę, za krótką jak na jego gust, chwilę zapomniał o zmartwieniach i swojej pracy. Dopiero kiedy zbliżył się do stolika Kennedy'iego, z siłą armaty wymierzonej w brzuch, poczuł ciężar spoczywającej na jego barkach sprawy.
Na początku nie zwrócili na niego uwagi. Było to zrozumiałe, głową ledwo sięgał krawędzi stołu (kto zrobił je tak wysokie?). Jednak ta niewielka postać, czyhająca w pobliżu ich kostek, musiała wprawić ich w pewien dyskomfort, bowiem Rusty nie musiał się uciekać nawet do chrząkania, żeby zwrócić na siebie ich uwagę.
Kobiety, co nie zdarzało się często, nie sprawiły na nim zbyt dobrego wrażenia. Obie miały włosy obcięte na, tak zwanego, "boba", do tego szerokie, skrzące się cekinami opaski na czołach. Ich sukienki były równie błyszczące, ale całkiem eleganckie. Jedna trzymała drobną, urękawiczoną dłonią papierosa w długiej tutce. Dym z niego nawet nie przebił się przez ten z fajki karła.
Patrick wydawał mu się natomiast dokładnie taki, jak go sobie wyobraził po rozmowie z księdzem. Młody cwaniaczek, z charakterystycznym dla jego wieku przerostem gruczołu ego i ostrym, chronicznym zapaleniem osobowości, czyli po prostu zbytnią pewnością siebie. Tyle przynajmniej Rusty wywnioskował z jego wyglądu. Wiedział, że nie powinien tego robić, ale w obecności takich "chłopaczków" coś mu w środku tykało niczym metronom, powodując mimowolne otwieranie się przysłowiowego noża w kieszeni. Albo odciągania kurka rewolweru.
Nie dał jednak poznać po sobie, że najchętniej pozostałby przy swoim pierwszym wyobrażeniu z całą trójką w roli głównej. Był przecież profesjonalistą. Dlatego kulturalnie wyjął fajkę z ust, zawinął dłonią i wykonał teatralny, może nieco przesadzony, ukłon.
- Witam państwa serdecznie - powiedział, na powrót zaciągając się fajką - Moje nazwisko Vanderbeck. Rusty Vanderbeck.
- Muszę przyznać - zaczął, zanim ktoś odpowiedział - Że jestem wprost oczarowany pańskimi umiejętnościami, panie Kennedy. Aż ciśnie się na usta pytanie, gdzie się pan tego nauczył? Czy może jest to naturalny talent, kształcony od dziecka? Bardzo przepraszam, że przerywam tę, z całą pewnością, interesującą i budującą konwersację, ale nie mogłem się powstrzymać i nie zapytać - pochylił się w stronę kobiet - Chyba nie obrażą się panie, że dołączę do stolika?
Image
Awatar użytkownika
Daesha'Rha
Gracz
 
Posty: 44
Rejestracja: 29 Mar 2018, o 19:55

Poprzednia

Wróć do Inne